RSS
poniedziałek, 10 września 2018

Pojedyncza historia życia, historia każdego z nas, zawsze może potoczyć się nie tak jak trzeba, jak tego oczekujemy. Tak zresztą przeważnie się dzieje. Tyle tylko, że taki scenariusz dotyczy jedynie nas, pojedynczych, i ewentualnie naszych najbliższych, czy też najbliższej osoby, z którą idziemy przez życie. Historia, która toczy się tak jak nie powinna w szerszym wymiarze i odnosi się do całego narodu, czy też wielu społeczeństw, to już coś znacznie poważniejszego i dużo gorszego.

Podobnie jak historia ludzkości potoczyła się ewidentnie źle w kontekście zarówno pierwszej, jak i drugiej wojny światowej, tak i, niestety, nasza historia ostatnich nawet nie trzech, a siedmiu lat, potoczyła się zdecydowanie nie tak jak powinna. Więcej – ona rozegrała się wręcz koncertowo fatalnie! Dlatego dzisiaj zmagamy się z rozkładem państwa prawa i zamachem na system demokratyczny, który z niemałym trudem budowaliśmy przez ostatnie 30-lecie.

Dlaczego tak się stało, tzn. dlaczego znajdujemy się akurat w tym nieciekawym historycznie miejscu? Cóż, przyczyn, jak zwykle w takich sytuacjach, jest wiele. Jednak u podłoża tego stanu znajduje się jedno kluczowe, a niezmiernie tragiczne wydarzenie, które niczym zadra tkwi pod naskórkiem narodu, nie dając się zabliźnić ustawicznie zaognianej ranie. Tym wydarzeniem jest oczywiście katastrofa samolotu prezydenckiego w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku i śmierć 96 osób na jego pokładzie, które miały większy czy też mniejszy wpływ na funkcjonowanie naszego państwa. Ten właśnie tragiczny wypadek jest główną przyczyną tego, z czym zmagamy się od trzech lat, tj. – z zamachem na demokratyczne struktury państwa prawa, czyli tak naprawdę mamy do czynienia z pełzającą dyktaturą! Co swego czasu Marek Borowski niezwykle trafnie określił jako demokraturę!

Niestety, mimo wielu fatalnie prowadzonych spraw przez Prawo i Sprawiedliwość niewielu zwolenników tej partii dostrzega zagrożenia związane z działalnością i planami tego ugrupowania. Wielu nie chce ich dostrzec, ponieważ pozostaje zatwardziałymi zwolennikami tego antydemokratycznego tworu politycznego i czego złego nie zrobiliby politycy tej partii zawsze będzie im wybaczone, a winy odpuszczone; inni z kolei choćby i widzieli zagrożenia związane z działalnością swoich politycznych faworytów, dają się kupić łatwym rozdawnictwem, jaką pisowcy realizują z konsekwencją wartą lepszej sprawy: a to 500+; a to jakieś darmowe leki dla tych, którzy ukończyli 75 lat; a to 300+, a to planowane 500 złotych również dla emerytów; a to zapowiedziana podwyżka w sferze budżetowej, którą ostatnio wynegocjowała Solidarność (ostateczna kwota ma zostać ustalona na dniach); a to coś tam znowu dla rolników – i tak dalej, i tak dalej. Krótko mówiąc – mamy do czynienia z politycznymi szujami i hochsztaplerami, którzy zrobią wszystko, żeby kupić sobie kolejne lata rządów na wypadek, gdyby nie udało im się do najbliższych wyborów tak poustawiać instytucji państwowych (SN, KRS, wcześniej już zagarnięty TK), żeby decyzja o uznaniu wyborów za prawidłowe leżała w ich rękach!

Dlatego zwyczajnie szlag mnie trafia, gdy pomyślę o zaniechaniu oporu wielu grup przeciwko grabarzom polskiej demokracji i zdrowego rozsądku. Szlag mnie trafia również wtedy, gdy myślę o naszych samorządach, które dały sobie narzucić przez rządzących ową pseudo-reformę szkolnictwa. Nie mówię, że powinny zachować się podobnie do strajkujących lekarzy-rezydentów – nie w tym rzecz, chodzi przede wszystkim o to, że nie powinny chować głowy w piasek, czy też bardziej dosadnie – bezwiednie, bez żadnego oporu kłaść głowy na pniu pod pisowski topór. Szlag mnie trafia, gdy pomyślę, że tak łatwo ludzie rezygnują z przynależnej im wolności w zamian za miskę strawy, którą tak naprawdę jest trucizna, tyle że działająca z pewnym opóźnieniem.

Niestety, za ten oportunizm i zaniechanie oporu kiedyś zapłacimy wszyscy, tzn. my, lokalni podatnicy w swoich większych czy też mniejszych miejscowościach. Największą jednak cenę, tak naprawdę, zapłaci najmłodsze pokolenie!

Dzisiaj kłamcy i destruktorzy polskiego prawa i demokracji powtarzają jak zaklęci, że mają w sondażach ponad 40-procentowe poparcie wyborców, więc mogą robić, co im się żywnie podoba, bo tego oczekuje od nich tzw. suweren. Tyle tylko, że jeżeli nawet on tego wymaga, to z całą pewnością nie jest to całe społeczeństwo, czy też jego większość, ale zdecydowana mniejszość, bo jedynie jedna piąta uprawnionych do głosowania – tak właśnie było w ostatnich wyborach – lub, ja kto woli, ok. 37,5% tych, którzy poszli od wyborów. Zatem ustawiczne powtarzanie bzdur, jakoby większość społeczeństwa chciała ich szaleństwa, jest jedynie zawracaniem kijem Wisły i czczym, kłamliwym gadaniem. Po co? To proste – żeby w razie przegranych wyborów zarzucić opozycji, że nastąpiły fałszerstwa i żeby Sąd Najwyższy ze swoim prezesem-dublerem miał podstawy do nie zatwierdzenia wyniku wyborów!

Tyle tylko, że jeżeli to zrobią, jeżeli ci wszyscy szaleńcy spod prawicowego sztandaru posuną się do realizacji takiego scenariusza, jedno będzie pewne: uliczne rozruchy staną się faktem!

10.09.2018 r.

11:35, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 września 2018

1. Kukiz’15, to ugrupowanie opozycyjne. Oczywiście jedynie z nazwy. Z jego działań bowiem, to raczej byt polityczny wspierający rządzących. A jeżeli już w ogóle jest jakąś opozycją, to dość specyficzną, bo nakierowaną raczej w kontrze do opozycji parlamentarnej. I to jest kwintesencja rozdwojenia jaźni tej partii, podobnie jak jej przywódcy, o którym Krzysztof „Grabaż” Grabowski, lider zespołów Strachy na Lachy i Pidżamy Porno, powiedział, że Paweł Kukiz przypomina mu faceta, który siedzi na stacji w Krzyżu i zastanawia się, do którego pociągu ma wsiąść. W końcu wszystkie składy odjeżdżają, a on nadal siedzi na peronie. Od siebie dodam, że siedzi tam jak jakiś głupol, który dziwi się, że jednak nie zdążył na pociąg, mimo że przyszedł przecież przed czasem!

Oczywiście, można się tak zachowywać. Tyle że na tym poziomie uprawiania polityki, to ogromnie niepoważne. Dlatego właśnie przypomina mi on jedynie głupola, który siedzi na tym dworcu w Krzyżu z gaciami pełnymi kupy i boi się ruszyć, ma bowiem świadomość, że gdy to zrobi, smród się rozniesie. Ale, co gorsza, to nie tylko jego smród przygważdża go do ławki, to smród całego ugrupowania Kukiz’15! Wszyscy bowiem jego członkowie zapomnieli o jednej podstawowej prawdzie: gdyby zwolennicy tej pseudo-partii chcieli popierać Prawo i Sprawiedliwość, z pewnością głosowaliby nie na Kukiza’15, a właśnie na PiS i mieliby sprawę jasną! Więc trzeba być diablo nieodpowiedzialnym, żeby iść ręka w rękę z partią rządząca w tym marszu niszczącym naszą demokrację.

2. PiS-owi oczywiście odpowiada sytuacja zagmatwania wokół stanowiska prezesa Sądu Najwyższego. Mimo że, według konstytucji, M. Gersdorf pozostaje na stanowisku prezeski do 2020 roku, to hołota pisowska robi i zrobi wszystko, żeby przed wyborami wskazać i wybrać swojego prezesa SN. Oczywiście po to, że gdy przyjdą wybory – jedne, drugie, trzecie, to w chwili ich przegrania przez PiS ten ich samozwańczy prezesina nie uzna wyników tych właśnie wyborów. I co im kto zrobi? Nikt i nic! Nie muszę chyba dodawać, że taki stan zawieszenia będzie im oczywiście na rękę. Podejrzewam nawet, że będzie on trwał aż do momentu, gdy w końcu społeczeństwu skończy się cierpliwość i poirytowane wyjdzie na ulice zaprotestować.

Jeżeli jednak taka sytuacja nastąpi, to mogę mieć jedynie nadzieję, że nie poleje się krew. Choć pewny tak bardzo bym tego nie był. Różnica bowiem między komunistami a PiS-em jest, co prawda, tylko jedna, niemniej zasadnicza: o ile komuniści rządzili u nas nieco ponad 40 lat i w pewnym momencie dojrzeli do oddania władzy, czy też podzielenia się nią, o tyle Prawo i Sprawiedliwość jest dopiero u progu swoich – przynajmniej w planach – wieloletnich rządów i do oddania władzy komukolwiek mają niezmiernie daleką drogę. Mentalnie odległą! Teraz są właśnie na etapie zachłystywania się nią.

W takim kontekście W. Jaruzelski i jego stan wojenny mogą się okazać zwykłą zabawą i bułką z masłem w odniesieniu do tego, co może zrobić PiS ze swoimi oszołomami. A zrobić może wiele, bo to, jak zdążyliśmy się już przekonać w ostatnich trzech latach, ludzie bez zasad moralnych, którzy obiektywną prawdę nazywają kłamstwem, natomiast wygenerowane przez siebie łgarstwo nazywają najczystszą obiektywną prawdą.

3. Pytanie, które wielu z nas – kibiców zadaje sobie po zmianach w kadrze piłkarskiej, brzmi: czy J. Brzęczek, nowy selekcjoner kadry, poradzi sobie, czy sprosta trudnemu zadaniu stworzenia takiej reprezentacji, której nie będziemy się wstydzić i która będzie trudnym przeciwnikiem dla każdej narodowej drużyny?

Otóż, tak jak w przypadku jego poprzednika, tak i w tym uważam, iż nowy coach, mimo braku większych sukcesów, bo dwa razy piąte miejsce w naszej lidze, z Wisłą Płock i Lechią Gdańsk, posiada jednak nie gorsze papiery niż miał je A. Nawałka, żeby objąć naszą reprezentacyjną drużynę i prowadzić ją z nie gorszymi efektami.

Zbigniew Boniek miał rację, powołując go na to stanowisko. Jeżeli trenerem miał być Polak, to może obok – i to są jedynie moje typy – Jacka Zielińskiego, obecnego trenera Termaliki, czy Piotra Stokowca, trenera Lechii, on chyba rokuje najlepiej!

Oby mu się powiodło!

4. Nareszcie! Od początku września poranny program Polsatu został wydłużony o godzinę, Teraz trwa on od szóstej do dziewiątej!

Kiedyś już o tym pisałem. Chodziło mi o to, żeby telewizje komercyjne nadawały przynajmniej o godzinę więcej swojego programu w otwartym paśmie, ponieważ ta reżimowa, czyli publiczna, która znajduje się w rękach rządzącej partii, poprzez swoje propagandowe audycje robi ludziom wodę z mózgu.

I oto jest! Co prawda o tę jedną godzinę został jedynie wydłużony program poranny Polsatu, ale to zawsze coś! Jak to mówią: na bezrybiu i rak ryba. Albo, jakby mogli powiedzieć nasi bracia Rosjanie, gdyby znali z kolei moje przysłowie: lepszy rubel w garści, niż dolar w kantorze. Albo w banku. Dlatego dobra i ta godzinka. Może z czasem będzie i druga przed południem. Albo też i TVN podąży tym śladem.

Oby!

06.09.2018 r.

11:00, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 września 2018

Chciałem wam dzisiaj powiedzieć, że ja… Ja już żyłem! Pośród innych ludzi i w innym czasie, ale już tutaj byłem. I działo się tak już nie jeden raz! Żyłem bardzo dawno temu, całkiem niedawno – choć czas, to pojęcie bardzo względne – ale żyłem też w czasach wam bliższych. Jednak tu i teraz pojawiłem się po to, aby wreszcie odkłamać jedną ze swoich historii, tę najgłośniejszą – sprzed dwóch tysięcy lat, kiedy byłem Jezusem z Nazaretu zwanym po mojej śmierci Chrystusem. Wiele bowiem nastąpiło w niej przeinaczeń, nie tylko nieświadomych, ale również, co gorsza, całkiem świadomych zakłamań, które zostały, niestety, wykorzystane przeciwko mnie – że wspomnę tutaj choćby wyprawy krzyżowe, czy działalność tzw. Świętej Inkwizycji! – i ku zgubie niewinnych ludzi. Czy zdołam to zrobić ze względu na wasze zamiłowanie do kłamstw, to już inna sprawa, istotne, żeby taką próbę podjąć!

Niektórzy, szczególnie ci bogobojni czy też bogoojczyźniani, będą odsądzać mnie od czci i wiary, będą oskarżać o herezję, czy też nazywać faryzeuszem, że fałszywie uzurpuję sobie prawo do głoszenia jakoby jakiejś prawdy o sobie. Tyle tylko, że wszyscy oni są w błędzie: nie uzurpuję sobie prawa do niczego, albowiem wiem – wiem doskonale, co mówię, ponieważ znam, jak nikt inny, historię swoich poprzednich wcieleń. Znam więc też świetnie historię i tego wcielenia sprzed dwóch tysięcy lat, i dlatego mówię dzisiaj to, co mówię!

Przedstawiciele jakoby mojego Kościoła uparcie twierdzą od wieków w swoich Ewangeliach, że umarłem na krzyżu. Otóż ogłaszam wszem i wobec: nie umarłem na krzyżu! Zostałem z niego zdjęty po sześciu godzinach męki dzięki Józefowi z Arymatei i przekupionemu setnikowi, który okłamał prefekta Judei Piłata o moim zgonie. To dzięki nim mogłem dalej cieszyć się życiem przy boku mojej ukochanej żony Marii Magdaleny, a także w późniejszych latach mojego syna.

Kościół, którego wcale nie zamierzałem budować, albowiem byłem jedynie reformatorem tego, który już istniał, czyli Kościoła judaistycznego, a także ewangelie opisujące moją kaźń i jakoby śmierć, mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Ewangelie, jakoby Marka, Mateusza, Łukasza, tak naprawdę mają niewiele wspólnego z rzeczywistością, że nie wspomnę już o ewangelii Jana, który jest tutaj chyba największym bajkopisarzem! Krótko mówiąc te cztery ewangelie tzw. Nowego Testamentu wyrządziły nie tylko mnie ogromną krzywdę, ale również moim zwolennikom: odczłowieczyły mnie i uczyniły kimś, kim nigdy nie byłem! Byłem bowiem jedynie takim samym synem bożym jak wy wszyscy przede mną i po mnie. Dlatego właśnie dzisiaj te moje słowa. Nie mogłem dłużyć milczeć i przyzwalać na głoszenie tego chorego kłamstwa. Dosyć!

Prawda jest taka, że żaden z tych wyżej wymienionych moich uczniów nie był autorem ewangelii, których autorstwo im się przypisuje A nie byli nimi z jednego prostego powodu: byli niepiśmienni! Więcej – te ewangelie powstały nie tylko długo po mojej biologicznej śmierci, ale również po zejściu owych uczniów z tego ziemskiego padołu. Dlatego jako takie, jeżeli w ogóle coś obwieszczają, to jedynie kłamstwo powtarzane od wieków i nic więcej. A stało się tak, ponieważ Kościół powstały na niniejszym podłożu miał w tym żywotny interes: tak jak powiedziałem wcześniej – najpierw mnie On odczłowieczył, następnie uczynił bogiem, a na końcu tego zabiegu stworzył biznes pod nazwą Krzyż – spółka z ograniczoną odpowiedzialnością! Powiem więcej – prawda o tym jest znacznie bardziej prozaiczna: u podłoża tej decyzji legł zamysł cesarza Konstantyna Wielkiego, który chciał poprzez wprowadzenie jednej religii w cesarstwie ratować państwo przed rozpadem. Ot i cała tajemnica tego zabiegu!

Ewangelie natomiast, które mówiły o mnie prawdę, to wszystkie te pisma, które nie weszły w skład waszego tzw. Nowego Testamentu, to tzw. ewangelie gnostyczne, które odnosiły się do mojego nauczania i tego, że każdy z was może mieć takie same relacje z Ojcem Niebieskim, jakie i ja osiągnąłem. Pod jednym wszakże warunkiem – że każdy z was będzie pracował nad sobą i swoim rozwojem wewnętrznym. W innym wypadku skończy na zwykłym bezużytecznym rytuale, jaki odprawiacie od ponad półtora tysiąca lat!

Dlaczego o tym sam nie napisałem? Otóż napisałem! Tyle tylko, że tak jak niszczono wszystkie dzieła dotyczące mnie jako człowieka, jak zniszczono choćby dzieła Celsusa, w tym jego Prawdziwą doktrynę, podobnie uczyniono i z moimi pismami. Bóg bez oznak boskości, bez historii nie z tej ziemi, nie mógł się ostać jako podstawa katolickiego Kościoła. Nie mógł się ostać jako podstawa żadnego Kościoła!

Dlatego chciałbym z tego miejsca sprostować to kłamstwo krążące o mnie od prawie dwóch tysięcy lat – nie umarłem, a jedynie zostałem ukrzyżowany na około sześć godzin. W piątek. A jako że następnego dnia miał być szabas, więc zgodnie z żydowską tradycją zostałem zdjęty z krzyża w celu pochówku. Oczywiście nie pogrzebano mnie, a jedynie przeniesiono do uprzednio przygotowanej groty, skąd po trzech dniach, gdy doszedłem do siebie na tyle, żeby chodzić, zostałem wyprowadzony. To wszystko mogło się stać dzięki fortelowi Józefa z Arymatei, który przekupił setnika, a ten z kolei potwierdził słowa Józefa o mojej śmierci przed prefektem Judei Piłatem, co skutkowało wydaniem zgody tego ostatniego na zdjęcie mnie ze słupa. Był jednak jeden warunek tego zabiegu: musiałem na zawsze zniknąć z przestrzeni publicznej. I zrobiłem to! Uczyniłem to z tym większym pragnieniem, gdy dotarło do mnie, że nic się nie wydarzy po mojej śmierci. Stąd zresztą pełne zwątpienia słowa, które wypowiedziałem tuż przed utratą przytomności: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?

Dzisiaj, gdyby to ode mnie zależało i miałbym przeżyć powtórnie tę historię, zrobiłbym to zupełnie inaczej: na pewno nie dałbym się ukrzyżować! Dlaczego? Z dwóch powodów: pierwszy jest taki – że odkupienie grzechów uczynionych przez człowieka, to zwykła ułuda; drugi zaś sprowadza się do konstatacji, że bez względu na to, jak bardzo bym cierpiał na krzyżu, żaden bóg nie może zaingerować w fizyczne życie człowieka. Żaden! Ten bowiem należy do innego świata, tego niematerialnego, dlatego nie może ingerować w to, co się rozgrywa w fizycznym świecie człowieka. Dzisiaj to wiem, wtedy… wtedy byłem nieuleczalnym wręcz naiwniakiem, dlatego właśnie po raz drugi już bym tak bezsensownie ukrzyżować się nie dał. Nie warto!

Na koniec powiem tak: jeżeli ktoś chce się dowiedzieć czegoś o moich naukach, gorąco zachęcam do czytania tego wszystkiego, co znajduje się poza uznanymi przez oficjalny Kościół tzw. ewangeliami. Prawda bowiem o mnie jest zawarta przede wszystkim w pismach mojej żony Marii Magdaleny, Filipa, Tomasza, Bartłomieja, Judasza i wielu, wielu innych. One są, przetrwały, niektóre jeszcze nieodnalezione, jednak, mimo trudności, spróbujcie do nich dotrzeć. Tam jestem cały ja!

02.09.2018 r.

10:49, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 31 sierpnia 2018

Kolega I: Coś taki markotny?

Kolega II: A, nie ma o czym gadać.

Kolega I: Nie pieprz, tylko nawijaj, co cię gryzie.

Kolega II: No wiesz, czuję się coraz bardziej odrzucony.

Kolega I: Słucham? Ty – odrzucony? (śmiech)

Kolega II: To wcale nie jest śmieszne.

Kolega I: Zgrywasz się. Przyznaj.

Kolega II: Chciałbym, ale to najszczersza prawda.

Kolega I: Przez kogo odrzucony? Jak?

Kolega II: Jak to przez kogo? Przez Asię.

Kolega I: Chrzanisz! Przecież twoja Aśka świata poza tobą nie widzi…

Kolega II: Nie widzi – nie widzi! Może kiedyś i nie widziała, dzisiaj jednak… dzisiaj zdjęła te swoje bryle i dokładnie przejrzała na oczy. Jakby sobie kupiła jakiś nowy okular.

Kolega I: Ale nadal nie rozumiem. Mówże jaśniej o co chodzi!

Kolega II: Jak o co? O miłość się rozchodzi. Dzisiaj, jeżeli się ze mną kocha, to tylko sześć razy w tygodniu, dasz wiarę? A przecież tydzień ma siedem dni. Siedem! Powiesz mi, co robić z pozostałym czasem?

                        Po chwili milczenia.

Kolega I: Rzeczywiście, wielkie nieszczęście cię spotkało. Biedactwo z ciebie.

Kolega II: Właśnie o tym mówię. A przecież już Jezus mówił, żeby swój miecz trzymać w pochwie! Czy ja chcę robić co innego? Staram się wypełniać jego wolę i tyle. I co mnie spotyka w zamian za moje dobre intencje? Gadać się nie chce, tyle ci powiem.  Zwyczajnie – dupa blada! 

On podchodzi do dziewczyny. Pyta:

– Masz chłopaka?

Ona:

– Nie, nie mam.

On:

Świetnie. To już masz.

31.08.2018 r.

09:21, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 sierpnia 2018

Rzecz dotyczy wyborów, zarówno tych najbliższych – samorządowych, jak i tych późniejszych, do Parlamentu Europejskiego, a zaraz potem do naszego. Ustawodawca, czyli wszechwładnie panujący nam w parlamencie PiS, próbował ostatnio zmienić prawo wyborcze, jednak plany te pokrzyżował mu osobnik p.o. prezydenta. Niestety. Piszę „niestety”, ponieważ gdyby ruch ten nie został zablokowany, byłaby ogromna szansa na wygranie z PiS-em, i to w cuglach! Oczywiście pod jednym warunkiem: że ugrupowania opozycyjne zawarłyby szeroką koalicję, ściślej – gdyby zostały utworzone dwa bloki. Jeden, skupiający Nowoczesną, PO i np. PSL – i ten byłby blokiem centrowym, drugi natomiast, lewicowy, tworzyłyby organizacje społeczne, partia Razem i, co byłoby wskazane, również SLD, przy całej niechęci ugrupowania Razem do takiego sojuszu.

Niestety, stało się inaczej. Człowiek, od którego zależało dalsze procedowanie tej ustawy, w porozumieniu z posłem Kłamczyńskim zawetował ją. W ten sposób zyskał nie tylko PiS, który w ten sposób uciekł spod katowskiego topora społeczeństwa, a straciła opozycja, ale również, niejako mimochodem, zapunktował człowiek dzierżawiący od trzech lat budynek prezydencki w Warszawie. Wyszedł bowiem tym wetem na kogoś, kim zupełnie nie jest, czyli na polityka niezależnego, chociaż, co wszyscy doskonale wiedzą, to tak naprawdę, pic i fotomontaż.

Oczywiście, opozycja mogłaby zaskoczyć Prawo i Sprawiedliwość i odrzucić razem z PiS-em weto (ci przecież musieliby zagłosować za swoją ustawą!), tyle tylko, że takiego ruchu nie wykonają, bo brakuje im nie tylko jaj, ale, co gorsza, strategicznego myślenia! Dlatego właśnie wielka szkoda, że pojawiło się owe weto – szkoda tym większa, że przy tym wyborczym ogniu rozpalonym przez PiS, zostałyby upieczone dwie pieczenie. Oprócz bowiem wygranych wyborów samorządowych przez opozycję, drugą byłoby wyrugowanie z rozgrywki politycznej wszystkich popierdółek na prawo od Prawa i Sprawiedliwości. Krótko mówiąc do wora poszłyby: Kukiz’15, J.K.Mikke, organizacje nacjonalistyczne, czy ewentualne ruchy radiomaryjne z Maciorą na czele!

Mniemam ponadto, że gdyby już w tych pierwszych w kolejności wyborach Prawo i Sprawiedliwość poniosło porażkę, to opozycję mogłoby to ponieść do następnych wyborów i na tej fali mogłaby wygrać wszystkie następne wyborcze starcia. W takiej sytuacji to oczywiste, że poseł Kłamczyński musiałby szybko zareagować. Całkiem więc prawdopodobne, że tak jak szybko zrezygnowaliby ze starej ordynacji, tak szybko by do niej powrócili. No, chyba że znowu te diabły w ludzkiej skórze wymyśliłyby coś diabelskiego, bo tego akurat wykluczyć nie można. PiS bowiem jako partia niedemokratyczna i zaprzedana swojemu bogu – Belzebubowi, z oddaniem władzy z całą pewnością tak czy inaczej będzie miała problem. Strach bowiem przed rozliczeniami weźmie górę nad rozsądkiem.

28.08.2018 r.

20:12, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 sierpnia 2018

Kiedyś była tzw. Banda Czworga, w Chinach, dzisiaj króluje banda trojga, z tą jednak różnicą, że ta działa od kilku lat z powodzeniem u nas, w Polsce. Co to za banda? Już wyjaśniam: osoba p.o. premiera, osoba p.o. prezydenta oraz ten, który zarządza dwoma powyższymi osobnikami, czyli prezes, stojący na czele politycznego ugrupowania przestępczego, taki capo di tutti capi. To banda, która od trzech lat, na nieszczęście wszystkich Polek i Polaków, rządzi naszym krajem, rujnując jego prawne, demokratyczne fundamenty.

Ale czy mogło być inaczej, choćby w obszarze sprawiedliwości, skoro szefem MSWiA jest człowiek, który będąc za młodu uczniem szkoły rybołówstwa w Szczecinie, zajmował się rozbojami, kradzieżami, zastraszaniem i demolką pociągów? Albo czy naprawdę mogło być inaczej skoro szefem naszego bezpieczeństwa narodowego do niedawna był człowiek, którego wiele dróg prowadziło prosto na Kreml? Że nie wspomnę już jego decyzji mających na celu totalne rozbrojenie Polski!

Oczywiście że nie mogło być inaczej! W myśl zresztą starej, ale zawsze aktualnej zasady: odpowiedni ludzie na właściwym miejscu! Dlatego nikogo ten stan nie powinien ani dziwić, ani zaskakiwać. W takiej sytuacji bowiem wszystko się zgadza i jest w jak najlepszym porządku.

Idąc jednak tym tropem dalej napotkamy kolejne kwiatki z tego samego ogródka: już dawno mówiłem i powtarzam to również dzisiaj z pełną odpowiedzialnością: niestety, obecnie dzieje się tak, że w mundurach policji mamy niemało bandytów. Stąd zapewne brutalność tzw. stróżów prawa wymierzona nierzadko w zwykłych obywateli; stąd oczywiście pobłażanie nacjonalistom i narodowcom, a prześladowanie bogu ducha winnych ludzi za ich niezgodę na państwo ułomnej sprawiedliwości; stąd również nieadekwatność kar, czyli karanie za głupstwa niewinnych obywateli, a patrzenie przez palce na młodych łysielców, nierzadko paradujących w twarzami ukrytymi w kominiarkach.

Dlatego na koniec powiem tak: O polskiej policji napisałem już tutaj kilka cierpkich słów. Dzisiaj chcę dodać coś jeszcze, fragment z naszej historii, coś, co odnosi się do MO, ORMO i ZOMO, a co, niestety, powróciło dzisiaj, tyle że w zmienionej, bo uwspółcześnionej formie.

Zapewne większość starszych osób wie, co oznaczają wyżej wymienione skróty. Ja podam zarówno ich starsze znaczenie, jak również i aktualne, jednak o wiele trafniej oddające ich istotę. Zatem:

MO znaczyło kiedyś: Milicja Obywatelska, a tak naprawdę ów skrót sprowadzał się do prostego – Mogą Obić.

ORMO, to nie Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej, jak powszechnie starano się udowodnić, ale – Oni Również Mogą Obić.

ZOMO natomiast, to nie Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej, a – Zwłaszcza Oni Mogą Obić!

Dzisiaj powyższe formacje odeszły w zapomnienie, co wcale nie znaczy jednak, że obecnie nie jest podobnie. Jest i to jak najbardziej! Z tą jedynie różnicą, że wszystkie ww. czynności wykonuje jedna formacja. Prawdopodobnie ze względu na niepotrzebne koszta. I to cała różnica pomiędzy tym, co było, a tym, co jest w chwili obecnej.

25.08.2018 r.

08:44, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 sierpnia 2018

I znów odkryłem tzw. swojego pisarza. Tym razem okazał się nim angielski prozaik David Nicholls, autor powieści My, Jeden dzień, Dubler. Ja odkryłem go podczas lektury pierwszej z wyżej wymienionych pozycji.

O czym jest niniejsza ksiażka? Najkrócej rzecz ujmując, to relacja dojrzałego mężczyzny, po pięćdziesiątce, Douglasa Petersena, naukowca biochemika, o swoim małżeństwie – o tym, czym i jakim chciał być meżem, ojcem, naukowcem. To relacja, mimo barwności języka, jakim posługuje się autor, jego ironii, naznaczona jednak smutną konstatacją że, niestety, nic nie trwa wiecznie, a już na pewno nie trwa tyle miłosć i wynikające z tego konsekwencje, czyli związek małżeński – związek z kobietą, jak twierdzi główny bohater książki, zjawiskową. I nie ma w tym stwierdzeniu nic dziwnego i zaskakującego – w końcu dla każdego zakochanego mężczyzny obiekt jego uczucć tak własnie powinien wyglądać!

Niestety, mimo że on nadal niezmiennie ją kocha, jak przed laty, ona podobno jego również, to okazuje się jednak, że to za mało, aby ich związek mógł trwać nadal, tak jak przez poprzednie dwadzieścia pięć lat. I dlatego właśnie pewnego dnia, już na samym wstępie książki, jego żona Connie, wypowiada do niespodziewającego się niczego złego Douglasa, niezmiernie złowieszcze słowa, które działają niczym ostrze noża w sercu i które zaciążą na całej reszcie poczynań głównego bohatera – słowa, które szczególnie niepokojąco muszą brzmieć o czwartej nad ranem:

– Douglasie, chyba chcę od ciebie odejść.

Douglas Peteresen od tego momentu wie, że musi zrobić wszystko, aby ją zatrzymać. Organizuje więc dla całej trójki, tzn. dla siebie, Connie i ich syna Albiego (Alberta) wakacje, które mają być nie tylko kształcącą podróżą przez kilka państwa europejskich, ich muzea i najpiękniejsze architektonicznie miejsca, ale również mają być podróżą, którą będą wspominać przez lata z nostalgią i rozrzewnieniem.

Niestety, jak to zwykle bywa w życiu nie wszystko idzie tak jak trzeba. Podczas podróży dochodzi do niechcianych, lecz nieuniknionych jednak napięć, które są rezultatem nie tylko wiszącej groźby rozpadu małżeństwa niczym miecz Damoklesa nad ich małżeństwem, ale również są one wynikiem braku porozumienia pomiędzy ojcem i synem. Porozumienia, którego nie było od dawna, tzn. od chwili, gdy Albie zaczął oddalać się emocjonalnie od ojca, a zbliżać do matki, czyli właściwie od najmłodszych już lat. 

Dlatego muszę przyznać, że w zasadzie nie wiem, co miałby w tym momencie zrobić Douglas, żeby wszyscy byli zadowoleni i aby każdy otrzymał od losu to, czego by sobie życzył. Tym bardziej iż odnosi się wrażenie, że bez względu na to, co by on jednak nie zrobił i tak decyzja o odejściu została przez Connie podjęta już wtedy, gdy nad ranem oznajmiła mu o swojej decyzji. Jest bowiem tak, jakby powiedział któryś z bohaterów serialu Gra o tron: To, co umarło, nie żyje!

Dlatego pytanie podstawowe w tej sytuacji brzmi: czy mogło być inaczej, czy w ogóle może być inaczej, skoro jest właśnie tak jak jest, czyli że wszystko, co żyje, zmierza, chcąc nie chcąc, do swojej naturalnej śmierci? I chodzi nie tylko o to, co odnosi się do tego, co tętni życiem, czyli do całego świata zwierzęcego i roślinnego, rzecz dotyczy również tego wszystkiego, co człowiek tworzy na co dzień, czyli chodzi o relacje międzyludzkie i wynikające stąd związki.

I odpowiadam: otóż nie może! Wszystko bowiem, co żywe, ma niestety zakodowane w sobie przeznaczenie śmierci. Również właśnie owe relacje międzyludzkie. Co można podsumować jedynie jednym krótkim słowem: niestety.

To jednak, co jest w tej historii najbardziej przygnębiające, oprócz oczywiście rozpadu związku Connie i Douglasa i wygaśnięcia łączącej tych dwoje ludzi miłości, to coś, co jest obecne przez cały czas trwania tej historii, mianowicie – upływ czasu. Nieunikniony. I wszystko to, co się z tym wiąże: i nasze starzenie się, i rozpad, i odchodzenie – nie tylko nas, ale wszystkiego w ogóle. I właśnie świadomość tego – świadomość upływu czasu jest, według mnie, najdotkliwsza. A dzieje się tak dlatego, ponieważ jego upływ powoduje, iż chcąc nie chcąc powstaje poczucia życiowej porażki. Bo oto okazuje się, że przeżyliśmy z kimś całe swoje dojrzałe życie po to tylko, żeby pod sam jego koniec zostać samotnym jak palec. Dlatego właśnie świadomość tego, myślę, powodować może owo ogromne poczucie życiowej porażki. Chociaż Connie pod koniec książki mówi do Douglasa, żeby właśnie tak tego nie postrzegał. Tylko czy rzeczywiście można do tego inaczej podejść?

22.08.2018 r.

22:49, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 sierpnia 2018

Jest wczesna jesień. On i Ona w kawiarnianym ogródku. Siedzą przy stoliku, jedzą ciastka i piją kawę.

Ona: Gdyby słońce się co chwila nie chowało za chmurami, byłoby nawet ciepło.

On: Zimno ci?

Ona: Tylko trochę, w ręce.

On: Chcesz już iść?

Ona: Ależ skąd! Nie jest mi zimno tylko…

On: Może załóż rękawiczki.

Ona: Przy stoliku? Nie wypada.

On: Jesteśmy na dworze i jest początek jesieni. Poza tym to nie są rękawiczki na śnieg. Załóż.

Ona sięga po rękawiczki, wybiera tę na prawą rękę, po czym próbuje ją włożyć.

Ona: Coś w niej jest, coś…

W następnej chwili wyjmuje z rękawiczki pierścionek w kształcie łezki z małą perłą w środku.

Co to…? Skąd to się tutaj wzięło?

On: Taki mały suprajs.

Ona: Suprajs?

On: Mała niespodzianka. Nie miałem odpowiedniego opakowania, pomyślałem, że w tym też będzie dobrze wyglądał.

Ona: Mam ci go przechować?

On: Jest dla ciebie.

Ona: Chcesz powiedzieć, że… Mam rozumieć, że to są oświadczyny?

On: Mniej więcej.

Ona: Mniej więcej? Nie rozumiem. Mógłbyś jaśniej?

On: To wszystko na co mnie stać. To znaczy w zakresie bycia ze sobą.

Ona: Obawiam się, że nadal nie rozumiem.

On: Chodzi o to, że następnych kroków nie będzie. Żadnych ślubów, małżeństwa, przyjęcia weselnego, w ogóle tego całego cyrku związanego z pobieraniem się. Po prostu chcę z tobą być, nie wiem, czy na złe, ale na dobre na pewno. I na zawsze.

Ona: (ze śmiechem) Jesteś wariat, wiesz?

                                   Po chwili.

On: Więc?

Ona: Mogę się zastanowić?

On: To ładny pierścionek…

Ona: Wiem, głuptasie. Przecież nie o to chodzi.

On:  Więc nad czym tu się zastanawiać? Podobasz mi się i dobrze mi z tobą.

Ona: Właśnie – ja tobie się podobam, a pomyślałeś, czy ty mi się podobasz?

On: A to ważne? Jesteśmy ze sobą już trzy lata, było się zastanawiać – czas na rozterki już minął. Za późno na dezercję! Poza tym słyszałem, że w związkach ważne jest, żeby mężczyzna był jedynie ciut ładniejszy od diabła a już jest dobrze, czyż nie?

Ona: Oczywiście, kochanie. Tylko że ty jesteś od niego brzydszy.

On: (ze śmiechem) Jesteś diablica!  Ale właśnie takiej diablicy mi trzeba.

Ona: Wiem.

On: Więc zgadzasz się?

Ona: (unosi filiżankę z kawą do ust) Za nas, kochanie.

On: Za nas i naszą miłość, diablico.

19.08.2018 r.

11:19, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 sierpnia 2018

1.Pytanie, jakie stawiamy sobie jako ludzkość od dawien dawna, brzmi: Czy podróże w czasie są możliwe? Czy jesteśmy w stanie przenieść się w przeszłość, a tym samym również w przyszłość, i w ten sposób zaingerować w oba wymiary?

Myślę, przy całym optymizmie jaki może nas w tym aspekcie budować, że jednak nie – nie jesteśmy w stanie tego zrobić, tzn. zaingerować zarówno w przyszłość, jak i w przeszłość. Z jednego prostego powodu: podróżując w czasie bylibyśmy w stanie rodzić się po wielokroć i zmieniać swoje własne życie, bieg jego wydarzeń, które już przecież miały miejsce lub też jeszcze nie miały żadne szansy zaistnieć. Więcej – bylibyśmy w stanie nie tylko to robić, co groziłoby, oczywiście, totalnym chaosem, ale w naszej mocy byłoby również niejako „wskrzeszanie” umarłych poprzez ingerencję w wydarzenia, które już się dokonały! Gdyby tak rzeczywiście mogło się stać, to musiałoby się tutaj pojawić kolejne ważkie pytanie: Czy mając takie właściwości, dysponując taką mocą, nie stalibyśmy się przypadkiem w ten niezwykle pokrętny sposób nieśmiertelni?

Nie wiem jak z innymi, osobiście uważam, że to zwyczajnie nie–mo-żli-we! Gdybyśmy bowiem mogli to robić, czyli podróżować w czasie, znaczyłoby to ni mniej ni więcej jak tylko tyle, że posiadamy niejako moc sprawczą Boga czy też Bogów! A ja, mimo tego że jestem, co prawda jedynie ziemskim bogiem, to jednak takiej mocy nie posiadam. Przynajmniej nic o tym nie wiem. Niewykluczone jednak, że w bliższej czy też dalszej przyszłości takową posiądę. Z drugiej jednak strony całkiem prawdopodobne że już ją posiadam, tyle tylko, że w sposób nieuświadomiony? Jakkolwiek jest jedno jest pewne: będę musiał nad tym popracować.

2. Myślę, że różnica pomiędzy np. katolicyzmem czy judaizmem, a fundamentalizmem islamskim tkwi przede wszystkim w… przeszłości. O ile bowiem judaizm i jej młodsza siostra – religia chrześcijańska przeszły krwawą drogę od występków i okrucieństwa do dzisiejszej tolerancji i próby wyrzeczenia się przemocy, oczywiście, w kontekście czysto religijnym, o tyle ewolucja islamu przebiega wprost odwrotnie proporcjonalnie do ww. wyznań, tzn. islam ewoluuje od pokojowego nastawienia do militarnego podboju. Różnica zatem, można by rzec, tkwi niby w niuansie, jednak niuans ów jest niezmiernie ważki w swoich konsekwencjach.

3.Powtarzają nam do znudzenia od tysięcy lat, ba – mówi nam o tym Stary Testament, czyli ich Tora, a nasz pięcioksiąg – Biblia, że Żydzi, to naród wybrany. Ale czy rzeczywiście tak jest?

Dla tego narodu to oczywiste, więc nie zwracam się z tym pytaniem do przedstawicieli tej narodowości, pytam tych wszystkich, którzy znajdują się poza tą społecznością. Pytam, a jednocześnie odpowiadam: tak, Żydzi zostali narodem wybranym. Ale nie przez jakiegoś tam wyimaginowanego Boga Jahwe, lecz przez kogoś innego i w zupełnie innym czasie i celu. Zostali narodem wybranym przez Niemców w latach trzydziestych ubiegłego wieku do masowej eksterminacji! Zostali wybrani do fizycznego zniszczenia! Zagłada – to jedyna i niepodważalna prawda odnosząca się do owych wybrańców losu, prawda będąca jednocześnie nieopisywalnym dramatem narodu tzw. wybranego. A cała reszta, to jedynie oszukiwanie siebie i szukanie dobrego samopoczucia przez naród wyjątkowy, bo znajdujący się jakoby pod opiekuńczymi skrzydłami jakiegoś tam Boga.

 15.08.2018 r.

05:59, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 sierpnia 2018

Ona: Idziesz?

On: (z rozdrażnieniem) Gdzie znowu?

Ona: Do kościoła oczywiście. Jest niedziela.

On: Do kościoła? Niby po co? Etat, który mnie tam interesuje, jest już zajęty.

Ona: Etat? O czym ty mówisz?

On: Tego, co zbiera na tacę. To jedyne zajęcie w kościele, które tłumaczyłoby w jakiś sposób moją obecność w tym miejscu.

Ona: Kpij sobie, kpij. Zobaczysz – kiedyś jeszcze wrócisz skruszony na łono Kościoła i zapragniesz modlitwy.

On: Nie przesadzaj, kochanie. Całe moje życie, póki co, jest jedną niekończącą się modlitwą.

Ona: Życie. Twoje.

On: Właśnie tak, moje. Poza tym te wszystkie modlitwy, prośby czy błagania, to nic innego jak spam dla tego, do którego są adresowane.

Ona: Słucham? Spam?

On: Wiesz – taki niechciana poczta…

Ona: Wiem, co to jest spam! Tylko nie mogę uwierzyć, że tak to traktujesz. Powiedz mi, ale tak szczerze, cyniku, czy jest w ogóle coś, w co wierzysz?

On: Naturalnie. W wiele rzeczy.

Ona: Rzeczywiście? Mógłbyś podać przykład choćby jednej? Słucham.

On: Na przykład w siebie i w to (ze śmiechem), że jak nie zjesz, to się nie zesrasz. Bo z głodu nikt jeszcze tego nie zrobił.

Ona: I zapewne myślisz, że to jest zabawne?

On: Mnie bawi. Wystarczy.

                                   Po chwili.

Ona: Więc tak naprawdę nie wierzysz?

On: Ależ jesteś namolna! Niby w co znowu nie wierzę?

Ona: Nie w co, a w kogo.

On: No dobrze, w kogo?

Ona: Oczywiście, w Boga!

On: A, o to chodzi. W sumie to nigdy gościa nie widziałem, więc sama rozumiesz diablo – ups! – trudno jest mi w kogoś takiego uwierzyć.

Ona: Nie musisz widzieć, żeby uwierzyć. On pozostaje niewidzialny dla wszystkich. Po prostu jest. I tyle.

On: Czyli obowiązuje wielowiekowa zmyłka: błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli, ostatni będą pierwszymi, cierpliwi będą nagrodzeni i takie tam podobne popierdółki, co?

Ona: Nie zmyłka i popiedółki tylko prawda. Prawda naszej egzystencji!

On: Skucha! Tak się składa, kochanie, że akurat w takie dymane prawdy naszej egzystencji nie wierzę. Oczywiście, my wszyscy możemy w te czy inne jakoby prawdy uwierzyć, jednak istotniejsze tutaj jest co innego: żebyśmy tylko mogli to zrobić! Tak się składa, że ja jakoś nie mogę.

Ona: Dlaczego? Co ci przeszkadza to zrobić?

On: Inteligencja i wiedza, kochanie, nie pozwalają mi na to. A najkrócej rzecz ujmując, nie pozwala mi na to samo życie.

Ona: Nie rozumiem. Jak to życie?

On: Po prostu – życie człowieka nie pozwala mi uwierzyć w te wszystkie bajania o jakimś tam bogu, jego synu, niebie, piekle i czyśćcu, czy też raju. Nie pozwalają mi uwierzyć zbrodnie człowieka, zło immanentnie w nim tkwiące, ustawiczna potrzeba zabijania, śmierć dzieci, które nie zdołały jeszcze niczego złego uczynić, i tak dalej, i tak dalej.

Ona: Widocznie Bóg tak chce. Niezbadane są wyroki boskie.

On: Właśnie! I masz odpowiedź na swoje pytanie.

Ona: To znaczy?

On: Niezbadane są wyroki boskie! Ja takich wyroków nie akceptuję, są one bowiem dla mnie niezrozumiałe. Może właśnie dlatego, że będąc zbyt boskimi, pozostają wręcz nieziemsko nieludzkie. A Bóg, taki Bóg, cholernie podobny do nas w swojej małości i nikczemności nie jest mi do niczego potrzebny. Świetnie daję sobie radę bez niego.

Ona: Kiedyś zrozumiesz że…

On: Kochanie, zejdź z tej ambony. Ja już dawno zrozumiałem tyle, ile trzeba. Dzisiaj jestem jedynie konsekwentny w swoim postępowaniu. Poza tym nie chce mi się już z tobą o tym gadać. Idź do tego kościółka, a ja w tym czasie zrobię równie pożyteczną rzecz: poczytam sobie podobną literaturę – fantasy. No i oczywiście grozy.

Ona: Och, Jarek, Jarek.

I tak zaczęła się kolejna niedziela, w pewnym domu, pewnych ludzi. Niedziela, jak wiele poprzednich. Jedno jednak nie dawało Jarkowi spokoju: Niewykluczone – czasami myślał – że gdyby to zrobił, tzn. uwierzył w różne bajania, wbrew logice i wiedzy jaką posiadał, tak jak wierzył w baśnie i klechdy kiedy był dzieckiem, gdyby uwierzył wbrew sobie, mógłby być jednym z najszczęśliwszych ludzi na tym padole niekończących się łez. Nie miałby co prawda żadnej pewności co do obiektu swoich wierzeń, miałby jednak za to jedno: spokój, święty spokój w zakresie nieznanego, a pośmiertnego.

Ament. Jak zwykle – w paździerzu.

12.08.2018 r.

09:04, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl