RSS
sobota, 25 listopada 2017

Mówili i mówią różnie – a to że była jedną z uczennic Jezusa i kobiet dbających o wikt i opierunek Mistrza i całej reszty męskiej gawiedzi wałęsającej się z nim po Palestynie prawie dwa tysiące lat temu: a to że była najbliższą współpracowniczką Nazareńczyka, która pozostawała z nim w bardzo bliskich, bo intymnych relacjach; ba – była nawet tym, czym tak naprawdę nigdy nie była, czyli kobietą lekkich obyczajów, z której jakoby Mistrz wypędził aż siedem złych duchów!, a co sobie wymyślił pod koniec VI wieku dla podkreślenia naturalnie boskości Jezusa, papież Grzegorz Wielki.

Dla mnie więcej niż pewne jest jedno: Maria Magdalena pochodziła z Magdali (stąd drugie imię; zwykle pochodziło ono od męża lub ojca, tutaj raczej wywodzi się ono z miejscowości, z której Maria pochodziła) i była kobietą nie tylko majętną, ale również, co istotne w tej historii, wolną, to znaczy pozostającą w stanie bezżennym, chociaż, bardziej prawdopodobne jest, iż jej samotność wynikała z wdowieństwa. Samotną była jednak tylko do pewnego momentu – do chwili poznania Jezusa i związania się z nim. Od tej bowiem chwili staje się jego żoną, czy też konkubiną! Najdobitniej o tym świadczy nie tylko zachowanie Jezusa, który przy uczniach całuje ją w usta (Ewangelia Filipa), ale przede wszystkim fakt, że stosunki społeczne, jakie w tamtym czasie panowały wśród ludności żydowskiej, niejako wymuszały związanie się z kobietą i spłodzenie potomka. A najlepiej wielu. Chodziło bowiem tutaj o to, że mężczyzna pochodzenia żydowskiego nie mógł, ot tak sobie, pozostawać w stanie wolnym, tym bardziej, gdy miał swoje lata, a Jezus, przypomnę, zbliżał się już do czterdziestki! Taki status był zwyczajnie niezgodny z judaistyczną tradycją i jako taki mógł podlegać, jak myślę, pewnemu napiętnowaniu! W końcu nie na darmo zapisane zostało w Pięcioksięgu, iż Żydzi mają się żenić i rozmnażać, czyli dawać życie następnym pokoleniom. Tak przecież chciał sam Jahwe, ów Ojciec Niebieski, na którego powoływał się w swoim nauczaniu sztukmistrz z Nazaretu! Czy więc mógł ostentacyjnie wystąpić przeciwko owemu Ojcu i ustanowionym przez Niego prawom wieki temu? On musiał być w związku z kobietą, był niejako do tego zobligowany! Tego samego zresztą dowodzą historie jego uczniów, którzy, koniec końców, byli mężczyznami żonatymi nierzadko z porządnym przychówkiem!

To, co może tutaj dziwić i zastanawiać – a mnie osobiście właśnie dziwi i zastanawia – to fakt, że po śmierci Jezusa Maria Magdalena znika z kart historii chrześcijaństwa. Zostaje niejako wygumkowana z wszelkich opowieści dotyczących tego, co się dzieje po śmierci Nazareńczyka. Jakby gdzieś wyemigrowała i uczniowie jego nie mieli z nią żadnego kontaktu.

Myślę, że przyczyna tego stanu jest prosta: Jezus nie umiera na krzyżu, a Maria Magdalena, doglądając go w grocie należącej do Józefa z Arymateii, z jednej strony stara się ukryć jego cielesność, z drugiej zaś – zdając sobie sprawę z tego, iż powinno się dokonać to, co przepowiadał Nazareńczyk,  postanawia ogłosić wszem i wobec właśnie jego zmartwychwstania! Temat, co oczywiste, podejmują następnie jego uczniowie i… fama niesie się dalej o cudownym wniebowstąpieniu! Podwaliny więc pod boskość Jezusa zostały położone! Co prawda trzeba aż trzech stuleci i rządów Konstantyna Wielkiego, aby dogmat o jego boskości został ogłoszony i przyjęty przez Kościół katolicki, niemniej w końcu zostaje przyjęty i ogłoszony. Od teraz wszystko się zgadza: on gra rolę Syna Bożego, my natomiast, pokorne i niemyślące owieczki, możemy wznosić swoje modły do swojego guru, który nam załatwił zbawienie i życie wieczne.

A Maria Magdalena, co z nią? Gdzie się podziewa i co robi? Cóż, kobietka znajdująca się blisko Mesjasza i Syna Bożego mogła mu jedynie służyć, poza wszystkim innym była przeszkodą. Zbyt bliskie relacje pomiędzy nimi mogłyby bowiem jedynie niepotrzebnie podważać boskość Nazareńczyka! Ona, w momencie gdy zrobiła swoje, mogła już zniknąć. Najlepiej na zawsze i definitywnie. Stąd właśnie jej zniknięcie z kart wszystkich pism dotyczących Jezusa, skorelowane niejako z jego śmiercią, było niezbędne. W końcu podwaliny pod mit o jego boskości zostały stworzone! Reszta potoczy się już bez niej.

Tyle że tak dla niej, jak i Jezusa, to najlepsze rozwiązanie. Dla niego dlatego, bo ratuje swoje życie; dla niej – ponieważ on jest najważniejszy. Uratowała go, więc wszystko ostatecznie dobrze się kończy: przetrwał swoją kaźń! Od teraz może żyć tylko dla niej. I dzieci, które potencjalnie mogą się w przyszłości oczywiście pojawić.

 25.11.2017 r.

12:39, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 listopada 2017

W języku stworzonym przez Prawo i Sprawiedliwość, czyli w tak zwanym języku odwróconym, chodzi o to, że słowa, których znaczenie znamy od wieków, w pisowskiej  terminologii oznaczają zupełnie coś innego, dokładnie coś przeciwstawnego, krótko mówiąc – oksymoron! I tak np. prawda to kłamstwo, fakt to zmyślenie, mądrość to głupota, a geniusz to mizerak. Takie przestawienie pojęć bierze się oczywiście z potrzeby zakłamywania rzeczywistości i chęci przedstawiania jej własnej wizji, która jest niezbędna z czysto propagandowych pobudek.

Dlatego gdy znajdzie się ktoś, kto o PiS-ie i o tym, co to ugrupowanie robi, mówi źle, podważa jego działalność, wówczas, co logiczne i zrozumiałe, znajduje się od razu na cenzurowanym. O PiS-ie bowiem można mówić jedynie dobrze, albo wcale. Każdy, kto tę zasadę łamie, kto odważy się działalność tej wodzowskiej partii krytykować, z miejsca zostaje zaliczony do tzw. totalnej opozycji (chociaż, prawdę mówiąc, w zetknięciu z totalną władzą nie ma innego wyjścia, jak właśnie znaleźć się po stronie totalnej opozycji), a także, co najgorsze w tym wszystkim, również zdrajcą narodowym z gatunku tych sprzed ponad dwóch wieków, czyli targowiczan. Jakby tylko oni mieli prawo być i czuć się patriotami, jakby patriotyzm mieli przydzielony, nawet nie z racji urodzenia, a przynależności do tej właśnie partii.

Ale mylą się ci wszyscy z obozu rządzącego – to nie krytycy przynależą do obozu targowicy, to dużo szybciej  ludzie związani z obozem władzy pozostają w swojej działalności tą formacją, która sprzyja wrogom Polski. Tak jak to miało miejsce w drugiej Polowie XVIII-ego wieku, tak i dzisiaj ci mieniący się patriotami ludzie grają w jednej drużynie – choćby i nieświadomie – z tymi krajami, które nie należą do naszych przyjaciół (czytaj: Rosja).

Dlatego jak najbardziej należy ich ganić i krytykować! Oczywiście nie za te działania, które są dobre i oczekiwane przez społeczeństwo – bo koniec końców takie decyzje również zostają przez nich podejmowane – lecz za to, że starają się wszystko robić w taki sposób, który z poszanowaniem demokracji i wolności osobistej tak naprawdę niewiele ma wspólnego. Albo nawet nic.

Grzmią, że własne brudy należy prać na własnym podwórku! Bo to są nasze, polskie sprawy, a nie Unii Europejskiej. Więc odpowiadam wam, pisowscy nienawistnicy, wyjątkowo pokracznie pojmujący patriotyzm – mylicie się! Tak, to bez wątpienia są oczywiście nasze sprawy, nasze problemy, ale jak najbardziej dotyczą również Europy, ponieważ, tak się składa, tworzymy wespół z dwudziestoma ośmioma innymi państwami jeden wspólny organizm i Parlament Europejski jest tak samo naszym parlamentem, jak ten tutaj, w Polsce! Poza tym należy być konsekwentnym: jeżeli chcemy i chcieliśmy jakiejś pomocy od UE, np. w kwestiach ekonomicznych, to znaczy, że w innych sprawach, jak np. przestrzeganie prawa, również powinniśmy respektować to, czego Unia od nas żąda i nas obliguje! Nie może nas obowiązywać moralność Kalego: nam można wszystko, innym w Unii i samej Unii już nie za bardzo.

21.11.2017 r.

19:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 listopada 2017

Gdy myślę o Jezusie i czasach, w jakich przyszło mu żyć, niemal zawsze zastanawiam się nad tym, co by się stało, gdyby zachowało się do dzisiaj znacznie więcej tekstów opisujących jego działalność? Czym by skutkowało to, że wiedzielibyśmy iż Jezus, zwany Chrystusem, był zwykłym człowiekiem, na dodatek o usposobieniu niezwykle megalomańskim, zapiekłym i porywczym, a nie synem jakiegoś tam wyimaginowanego boga, mającym jakoby odkupić bliżej nieokreślone grzechy wszystkich ludzi, które, tak naprawdę, nie są do odkupienia przez kogokolwiek, i to na dodatek w tak wstrząsający i bestialski sposób, jaki miało to miejsce w jego przypadku prawie dwa tysiące lat temu? Albo jakie znaczenie miałby fakt, że nie skonał, jak powszechnie przyjęto jako pewnik, na krzyżu, tylko został z niego zdjęty w momencie, gdy stracił przytomność (przypominam: po sześciu godzinach!, a to nie jest na tyle długi czas, który gwarantował krzyżującym swoją ofiarę, że kara wymierzona będzie skuteczna, czyli będzie długotrwała i ostatecznie zakończy się śmiercią krzyżowanego; więcej – Piłat świadomie może go próbować oszczędzić, ponieważ wie, że jest synem obywatela cesarstwa rzymskiego – Tyberiusza Juliusza Abdesa Pantery!), więc na tyle wcześnie, żeby go uratować? Co by się stało, gdyby na soborze nicejskim w 325 roku zwołanym przez Konstantyna Wielkiego, nie ustanowiono dogmatu katolickiego, jakim było uznanie boskości Nazareńczyka, niemal trzy stulecia, jakoby, po jego śmierci?!

Powiem, co by się stało: po pierwsze – z całą pewnością przetrwałoby znacznie więcej tekstów z informacjami o działalności tego człowieka, a tym samym o nim samym i jego rodzinie; z nie mniejszą pewnością można przyjąć, że ten, który dzisiaj tworzy opokę katolickiego Kościoła, nie byłby przyczyną wielu bezsensownych wojen religijnych, łącznie z siedmioma wyprawami krzyżowymi organizowanymi jakoby do jego grobu, podczas których, niestety, trup słał się niezwykle gęsto. Więcej – z całą pewnością można przyjąć, iż uniknęlibyśmy również ponurych kazamat św. Inkwizycji, tym samym nie byłoby powodu do rozpalania tysięcy stosów, na których płonęli tzw. heretycy, czyli wszyscy ci, którzy nie tylko nie zgadzali się z wszeteczną nauką głoszoną przez instytucję zwaną Kościołem, ale również nie ginęliby w ich płomieniach bogu ducha winni ludzie, którzy będąc nierzadko zielarzami, znachorkami, zajmowali się przede wszystkim niesieniem pomocy innym w ich problemach zdrowotnych.

Tymczasem co zrobił Konstantyn Wielki wyraźnie powodowany potrzebą, którą było ratowanie państwa przed rozpadem? On dokonał tak naprawdę mariażu korony z religią, gdzie jedynym, który za ów ruch zapłacił w przyszłości, był zwykły szary człowiek, umiejscowiony tym samym pomiędzy młotem a kowadłem, gdzie w razie nieposłuszeństwa kowadłem od strony narzuconego prawa stało się państwo, rolę zaś młota, niejako na przysłowiowe czarownice, przyjął opresyjny Kościół ze swoją nie tylko karą cielesną za życia, ale również, co istotne, nieuniknionością jakoby kary piekielnej po śmierci człowieka!

Dlatego dzisiaj możemy jedynie żałować, że nie stało się inaczej i nie dysponujemy większą ilością tekstów z informacjami dotyczącymi sławnego Nazareńczyka; możemy żałować, że nie zachowały się żadne teksty Celsusa, który miał niezwykle sceptyczny stosunek do jego działalności, a który przecież żył jeszcze w miarę niezbyt odległych czasach po nim, więc można przyjąć, że w swoich przekazach o sztukmistrzu z Nazaretu był niezwykle sumienny, jak przystało zresztą na rzetelnego prawnika. Możemy żałować, albowiem, co istotne tutaj, diametralnie inaczej wyglądałaby nasza historia – szczególnie ta jej część ściśle związana z naszą działalnością religijną, która, niestety, stała się nieszczęściem dla milionów ludzi tak na jednej, jak i drugiej półkuli. Błędnie bowiem pojęta wiara w tego jakoby zmartwychwstałego syna bożego z całą pewnością nie niosłaby ze sobą tak katastrofalnych konsekwencji w postaci śmierci tych, których nazywano poganami, a których tradycje i kultura zostały zmiecione z powierzchni ziemi z całą bezwzględnością.

Oczywiście, gdyby wszystko w tej sferze potoczyło się inaczej, gdybyśmy na przestrzeni długich wieków nie byli poddawani indoktrynacji opartej na fałszu i totalnym zakłamaniu, z całą pewnością znajdowalibyśmy się dzisiaj w zupełnie innym punkcie naszych wierzeń; gdyby dotrwały jakimś cudem do naszych czasów teksty opisujące prawdziwą historię bohatera Kościoła katolickiego, wiem, że groziłoby to, co prawda, niejako trzęsieniem ziemi w kwestii religijnej, zmuszającym nas do diametralnych zmian zarówno w podstawie religii katolickiej, jak i, co istotne, również do odpowiednich zmian w dwu pozostałych religiach monoteistycznych, w których Jezus występuje jako prorok, niemniej z drugiej jednak strony zmusiłoby to również człowieka do poszukiwań odpowiedzi na pytania natury ontologicznej i transcendentalnej w innych obszarach życia, może bardziej zbliżonych do istoty rzeczy. Jakkolwiek jednak potoczyłaby się nasza historia w tym zakresie, jestem głęboko przekonany, że stałoby się to z korzyścią dla każdego z nas, jak i dla pozaeuropejskich kultur, zniszczonych właśnie w imię boga, tego jakoby jedynego i właściwego!

A może jeszcze kiedyś wpadną w nasze ręce teksty apokryficzne, które rozjaśnią nam zarówno osobę Nazareńczyka, jak również i jego działalność? Jeżeli tak się stanie, nieuniknione będzie postawienie w tym miejscu pytań: Co wtedy z naszą religią? Co z judaizmem i islamem? Co w ogóle z naszą transcendencją w kontekście religii chrześcijańskiej, i nie tylko jej zresztą, hm?

18.11.2017 r.

19:42, adelmelua
Link Komentarze (2) »
niedziela, 12 listopada 2017

1. K. Jurgiel, min. resortu rolnictwa, powiedział, że – nie obawia się odwołania ze swojego stanowiska, ponieważ ma silne poparcie na wsi. Jak to na wsi.

Nie dziwi mnie to: zapewne popierają go wszystkie bydlęta! Jak to na wsi.

2.Inny kandydat do odwołania, minister spraw zagranicznych W. Waszczykowski rzucił, że – dosyć już zaciskania zębów w sprawach nam niewygodnych, czyli m.in. ukraińskich.

Pewnie przyjdzie nam to tym łatwiej uczynić, że od teraz nie ma co już zaciskać – paradontoza dała znać o sobie i możemy co najwyżej zrobić komuś szybką laskę. Zresztą pozycja, w jakiej obecnie się znajdujemy na arenie międzynarodowej, czyli klęczna, świetnie nas do tego typu zachowania predestynuje.

3.Podobnie zresztą przedstawia się sprawa z J. Szyszko, kolejnym rządowym hirołem. Ten dobry kolega zabijaków, czyli w świetle prawa myśliwych, ma oczywiście poparcie tych, którym wraca głos w każdą wigilię Bożego Narodzenia, czyli zwierząt. Szczególnie zapewne tych ubitych przez ministra i jego kompanów.

 4.Nie można również zapomnieć o geniuszu medycznym K. Radziwille, który ostatnio wypuścił spot reklamujący podniesienie dzietności wśród Polek i Polaków. Od teraz mamy się pieprzyć i kocić na wzór królików! Taki jest plan tego geniusza intelektu na walkę z niżem demograficznym.

Rewelacja! Brawo! To jest dopiero świetlana przyszłość!

5.Wczoraj odbył się marsz narodowców pod hasłem: My chcemy Boga! Zastanawiam się tylko, komu owe dictum jest postawione: nam, tzn. całej reszcie Polaków, którzy nie szli w pochodzie z kretynami, czy samemu Bogu?

Cóż tu można powiedzieć, jak skwitować tę głupotę? Może powiem tak: jak będę miał kiedyś psa, z całą pewnością nazwę go Pis!

– Pis, do nogi! Noga, narodowy debilu!

Chociaż, z drugiej strony, z głupkami trzeba się liczyć, w końcu jest ich zdecydowana większość! W myśl zresztą słów samego Alberta Einsteina, który powiedział: wszechświat i głupota są nieskończone, chociaż, co do tego pierwszego, istnieją pewne wątpliwości.

12.11.2017 r.

12:12, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 listopada 2017

Nasze wybory, o których ostatnio pisałem, nie sprowadzają się jedynie do naszych preferencji politycznych, które, tak na marginesie, są oczywiście niezmiernie ważne, one mają znacznie szerszy zasięg – odnoszą się bowiem do tego, kogo i czego słuchamy, co czytamy, czy też, co oglądamy. To wszystko z kolei jest o tyle istotne, że tak naprawdę kształtuje nas, formułując nasz światopogląd i w ogóle nasze postrzeganie świata.

Dlatego nie dziwi mnie jakoś szczególnie, że mając takie oczekiwania od życia, jakie ma znaczna część naszego społeczeństwa, mając takie a nie inne gusta filmowe, literackie czy muzyczne, wybieramy w swojej masie tylko to, co łatwe i nijakie, a nierzadko wręcz głupie i infantylne. Jak np. disco polo, czy filmy, które nie tylko że nie śmieszą, mimo gatunku jaki reprezentują, czyli komedie, lecz nierzadko są wręcz żenujące. Przykłady, z nieodległej przeszłości: Tylko mnie kochaj, Dlaczego nie!, Och, Karol 2, czy te bliższe czasowo dniu dzisiejszemu, jak np. Facet niepotrzebny od zaraz, czy gorący jeszcze Botoks  Patryka Vegi, na który poszło do kin już ponoć ponad 700 tysięcy widzów. Siedemset tysięcy! Frekwencja na tyle potężna, że w pewnym momencie uzmysłowiła mi ona całą prawdę o nas samych. Okazuje się bowiem po raz kolejny, że ćwierćwiecze wbijania do głów moich rodaków bylejakości, utrwalania fatalnych wzorców, ustępowania na każdym kroku Kościołowi, olewania etyki przy jednoczesnym braku wpajania szacunku dla demokracji i państwa prawa, zaowocowało, niestety tym, że w wielu głowach moich rodaków i rodaczek panuje dzisiaj taki bałagan, jaki można było dawniej spotkać w tobołku u Cyganki. Stąd tani gust mas i fatalna świadomość polityczna. Krótko mówiąc – koszmar, który powinien nosić nazwę – totalna porażka!

Różne media podają od dłuższego już czasu, że wszystkie sondaże wskazują na bardzo wysokie poparcie społeczne partii rządzącej – na poziomie 40%. Nie wierzę w te sondaże. Jeżeli jednak są one prawdziwe, oznaczałoby to, że w ogromnej masie mamy bardzo niewyedukowane społeczeństwo, które nie widzi, nie analizuje, nie wyciąga wniosków z tego, z czym ma do czynienia na co dzień, na wzór zresztą społeczeństwa niemieckiego z lat trzydziestych w Niemczech. Aż przykro na to patrzeć, a jeszcze gorzej żyć w tym.

Powie ktoś, że nie powinienem tak pisać – nie mogę przecież obrażać innych ludzi, bo oni podobnie jak ja mają takie samo prawo do głosu i swoich błędów. W końcu na tym polega demokracja. Gówno prawda! Hitler i Stalin również mieli poparcie, ba – nadal je mają ponad pół wieku po swojej śmierci! – czy to znaczy jednak, że powinienem szanować tych, którzy ich dawniej popierali i popierają dzisiaj?

Niestety, jest niezmiernie dużo ludzi z którymi nie tylko nie warto rozmawiać, ale również, co gorsza, nie warto nawet do nich mówić. I mówić do popleczników posła Kłamczyńskiego, Pana Zbiszka, świątobliwego Antosia z diabłem za pazuchą, czy jakiejś tam pańci z szydełkiem, nie mam zamiaru. Ponieważ od ciemniactwa, cwaniactwa, zestrachanych intelektualnych zacofańców i zwykłej głupoty należy trzymać się jak najdalej!

08.11.2017 r.

10:58, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 listopada 2017

O tym, dlaczego znajdujemy się w takie sytuacji politycznej, w jakiej właśnie jesteśmy, pisałem już nieraz. Wiadomo – rządzący naszym krajem przed dzisiejszą ekipą polityczną, nie popisali się; robiąc swoje, zapomnieli o najsłabszych, przyklepywali przeciętniactwo, akceptowali bylejakość sądów i prokuratur, słabo zarządzali służbą zdrowia, pozwalali na działalność podejrzanych parabanków, nieuczciwych notariuszy czy komorników, którzy w świetle kulawego prawa ograbiali ludzi nierzadko z jedynej wartościowej rzeczy jaką posiadali – z mieszkania. Innymi słowy – mieli szaraka w dupie, ponieważ liczyły się jedynie statystyki i strach przed jakimikolwiek głębszymi zmianami. Większe zmiany bowiem nie gwarantowały im zajmowanych stołków!

Przeliczyli się: po latach okazało się, że prowadzenie przez nich, że się tak wyrażę, polityki kanapowej, tych stołków ich pozbawiła! W końcu ci, wykorzystywani przez długie lata, obudzili się z letargu i w wyborach zagłosowali na partie, które proponowały jakąś zmianę. Nieważne, dobrą czy złą, ważne, żeby w końcu ona nastąpiła. Ludzie bowiem chcieli jakiejkolwiek zmiany!

Dzisiaj zmagamy się z efektem tego wyboru. Ci bowiem, którzy zadecydowali o tym, kto dzisiaj w Polsce rządzi, niestety, nie wybrali wcale lepszych od poprzedników, ani tym bardziej lepszych od siebie, wybrali mentalnie podobnych sobie. Oczywiście, taki ogląd rzeczywistości z czegoś się bierze: przede wszystkim z braku krytycznego osądu rządzących i właściwej refleksji na temat tego, co ci ostatni robią, jak i do czego zmierzają; ponadto z braku rozsądku, nieoczytania i totalnego niewyrobienia politycznego; gorzej, że perspektyw na poprawę nie widać, ponieważ dzisiejsi władcy Polski robią wszystko, żeby społeczeństwo było ogłupiałe. Niezbitym dowodem na to jest nieszczęsna pseudo-reforma szkolnictwa, która cofa nas lata wstecz. A wszystko po to, naturalnie, żeby młody człowiek przesiąkł nacjonalistycznym, homofobicznym i ksenofobicznym nauczaniem, skutkującym wszeteczną i bojaźliwą postawą wobec świata, niechętną obcym, nie akceptującą inności, kultywującą swojskość, przaśność i generalnie zacofanie.

Cóż, mamy jak mamy, bo wychodzi na to, że nie jesteśmy wcale jakoś szczególnie inteligentnym narodem, a co dopiero mówić o narodzie wybranym! Chociaż może i jesteśmy wybrani, tyle że co najwyżej jako przykład głupoty i naszych straceńczych wyborów. Jest bowiem tak, jak z partią posła Kłamczyńskiego: im gorsza nędza, tym lepsze widowisko. Dla prymitywów naturalnie.

04 11.2017 r.

09:54, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 listopada 2017

I znów mamy po raz kolejny Święto Zmarłych. Przyznam, że dla mnie święto mocno wątpliwe, albowiem rokrocznie organizowane bez udziału beneficjentów. To tak, jakby czymś normalnym był brak pary młodej na własnym weselu!

Więc, jak wspomniałem wyżej, samych zainteresowanych tym dniem fizycznie nie ma, jesteśmy tylko my – żyjący tu i teraz, przynajmniej aż do momentu, w którym również zrobimy unik i przestaniemy się pojawiać by zapalić lampion, tym razem już na własnym grobie.

Oczywiście zniknięcie każdego z nas jest, czy też może być, różne. Jedni umierają ze starości, inni z powodu choroby, a jeszcze inni w wyniku jakiegoś nieszczęśliwego wypadku. Ja, gdybym dopiero co nie wyleczył się z żółtaczki typu C, z którą zmagałem się od prawie ćwierćwiecza, zapewne o wiele szybciej stałbym się na tego typu wątpliwej uroczystości główną postacią. Na szczęście zostałem przez los oszczędzony: szpital zrobił swoje i mnie uzdrowił! To znaczy wyleczył. Mam nadzieję że skutecznie. A że ponad dwie dekady temu sam wyleczyłem się również z nadkwasoty żołądka i owrzodzenia dwunastnicy, więc dzisiaj mogę powiedzieć, że jestem zdrowy. Dlatego, najkrócej rzecz ujmując, mogę wygłosić dzisiaj następujące słowa:

– Teraz wiem, że umrę zdrowszy. Hurrrrraaaaaa!...

A nie mówiłem, że powiało optymizmem?

01.11.2017 r.

08:44, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 października 2017

Poseł Kłamczyński raz po raz jeździ do pana Andrzeja Dudy, czyli człowieka p.o. prezydenta, w sprawie poprawek do ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa, próbując nakłonić go do ustępstw w tym zakresie. Zdaje sobie bowiem doskonale sprawę, że bez podporządkowania sobie Sądu Najwyższego jego zamiary złapania wszystkiego za mordę zwyczajnie się nie powiodą. A jako że to Prawo i Sprawiedliwość potrzebuje go  bardziej niż on ich, stąd te niekończące się pielgrzymki do Pałacu Prezydenckiego i kolejne upokarzanie się przed osobnikiem, który – jak zapewne myśli pan Prezes – znalazł się tam tylko i wyłącznie dzięki niemu, więc tym samym ów człowiek jest mu winien dozgonne posłuszeństwo!

Pomijając kwestię posłuszeństwa, czy też źle pojętej solidarności z grupą polityczną która go wypromowała, jest jeszcze jedna podstawowa rzecz w odniesieniu do osoby pełniącej obowiązki prezydenta tego kraju, mianowicie – lojalność wobec wszystkich Polek i Polaków. Bo to przecież przede wszystkim nam przysięgał pan Andrzej Duda służyć i dbać o nasze dobro! Poza tym, gdy powiedziało się „a”, nie można nagle dezerterować przed żądaniami posła Kłamczyńskiego i jego ugrupowania i nie powiedzieć kolejnej litery alfabetu. Tym bardziej że p. A. Duda również nie jest w ciemię bity i wie, że w tym momencie walczy tak naprawdę o coś więcej niż tylko SN i KRS, walczy również o swoją pozycję w przyszłości! W końcu wszyscy wiemy doskonale, że nikt żyć wiecznie nie będzie, pan Prezes również, więc, że się tak wyrażę, narowistość A. Dudy w odniesieniu do pana prezesa jest zarówno zrozumiała, jak i w pełni wytłumaczalna: on musi zawczasu zadbać o wzmocnienie swojej pozycji, w innym przypadku po usunięciu się ze sceny politycznej pana Prezesa rola osobnika p.o. prezydenta zostanie totalnie zmarginalizowana. I to nie tylko przez Z. Ziobrę czy A. Macierewicza, ale w ogóle przez cały rząd! Stąd, myślę, osoba p. Zofii Romaszewskiej i próba ukrycia się za jej autorytetem w owym zawetowaniu ustawy o SN i KRS-ie.

Oczywiście poseł Kłamczyński próbuje na różne sposoby urabiać A. Dudę, mówiąc m.in., że zmiany w sądownictwie zostaną tak czy inaczej przeprowadzone, ponieważ Prawo i Sprawiedliwość obiecało to Polakom w programie wyborczym, podobnie zresztą, jak i człowiek pełniący dzisiaj urząd prezydenta. I oczywiście pełna zgoda, zmiany są oczekiwane i niezbędne! Tyle tylko, że jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. Bo o ile zdecydowana większość Polaków oczekuje zmian w tym zakresie, to już nie wszyscy zgadzają się co do kierunku owych zmian. One bowiem, tak naprawdę, nie mają za wiele wspólnego z demokracją, równością wobec prawa i niezależnością zarówno sędziów, jak i prokuratorów. Od dłuższego czasu widać niezmiernie jaskrawo, że poprzez niedemokratyczne działania rządzących dąży się do przejęcia władzy na wszystkich odcinkach tam, gdzie zapadają kluczowe decyzje – kogo skazać, kogo wypuścić na wolność, a przeciwko komu w ogóle nie wszczynać postępowania karnego. A że to KRS wyznacza sędziów do Sądu Najwyższego, który, tak na marginesie, decyduje o ważności wyborów parlamentarnych, więc wystarczy przyjęcie jednej z tych ustaw, żeby stało się to, co sobie założył w swoich chorych planach ów geniusz Tatr!

Zatem walka, jaka się w tym momencie odbywa pomiędzy PiS-em a panem A. Dudą, musi trwać. Toczy się ona bowiem o być albo nie być państwa demokratycznego, o naszą przyszłość w państwie przestrzegającym zasad państwa prawa i osobistej wolności! Mimo, że wiele z tych wartości zostało już jakiś czas temu ograniczonych i to przy wydatnym zresztą współudziale osobnika p.o. prezydenta.

29.10.2017 r.

08:37, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 października 2017

Niniejsza książka, to prozatorski debiut M. Hłaski, jeszcze wcześniejszy niż sławna Baza Sokołowska, czy Sonata Marymoncka; debiut 18-letniego chłopaka, na tyle jednak dojrzały, że, przyznam z pewną nutką zazdrości, sam chciałbym mieć taki i to choćby w wieku lat trzydziestu! Oczywiście jest to bardzo różne od tego, co wyszło potem spod jego ręki, niemniej już tutaj widać lekkość pisania, niezmiernie żywą, sugestywnie budującą nastrój narrację, bystrość obserwacji otaczającej go rzeczywistości, empatię i wyczulenie na niesprawiedliwość społeczną.

Głównym  bohaterem ww. książki jest 16-letni Ryszard Lewandowski, chłopak z biednego warszawskiego Marymontu, który nie mając właściwie żadnych wzorców do naśladowania w najbliższym otoczeniu – bo ani dom, ani szkoła, ani tym bardziej dzielnica tego nie zapewniła, rozpaczliwie wręcz szuka jakiegoś punktu zaczepienia dla swojej egzystencji, czegoś, co nadałoby jej sens i dało nadzieję na odmianę własnego losu. Dalsze bowiem życie w takich warunkach w jakich trwał, bez jakichkolwiek perspektyw odmiany na lepsze, uważał za pozbawione sensu. On tak żyć nie chciał!

I to pragnienie, bardziej lub mniej świadomie, doprowadziło go w końcu do idei komunizmu, czyli ustroju jakoby sprawiedliwości społecznej, gdzie wszyscy mają pracę i gdzie nikt nie umiera z powodu chronicznego niedożywienia i braku środków na leczenie, jak to się właśnie stało w przypadku jego kolegi z klasy. On, Rysiek Lewandowski, chciałby żyć inaczej, lepiej, godniej i dlatego dla tej idei, jeżeli już ją znalazł, czy też raczej to ona do niego trafiła, jest w stanie zrobić wszystko, nawet kosztem własnego młodego życia. Bo dla tej idei, dla poprawy egzystencji innych, warto nawet zginąć!

Nie jest to jednak powieść socrealistyczna, mająca za zadanie poparcie idei komunizmu. Nic bardziej mylnego! Rysiek łapie się tej idei, bo tak naprawdę nie ma niczego innego pod ręką, co dawałoby mu choć złudzenie odmiany na lepsze. Nic się nie pojawia, nikt nie podaje ręki w potrzebie, oprócz człowieka, który właśnie tę ideę przynosi w postaci Janka Rączyna, sąsiada z ulicy, którego na końcu książki próbuje zaaresztować dzielnicowy. Tyle że Rączyn jednak ucieka. Jakby idea, którą on utożsamia nie mogła zostać po prostu zaaresztowana i skazana, a tym samym zdelegalizowana i zakazana. Ona musiała zostać uratowana, musiała przetrwać, by w odpowiednim czasie nadejść i świecić triumf!

Nie wiem, czy tej książki wstydził się Marek Hłasko, nigdzie bowiem o niej wspomniał. A nie myślę też, żeby o niej zapomniał. Wiem jednak jedno: nie miał najmniejszych powodów do wstydu. Sam chciałbym w jego wieku mieć tak sprawne pióro i tak dojrzale pisać. Powtórzę: gdy powieść powstała, miał raptem osiemnaście lat! To w zasadzie wiek, w którym robi się dopiero pierwszy krok w chmurach, czyli w dorosłość. On tą książką udowadnia, że tak naprawdę tę dorosłość już dawno osiągnął!

Tak właśnie wygląda literacki talent!

26.10.2017 r.

13:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 października 2017

Przez dekadę mieszkałem z kobietą, którą kochałem i która – to pewne! – mnie kochała. Bez wątpienia nasz związek do pewnego momentu był udany, a ja czułem się szczęśliwym człowiekiem; do momentu, oczywiście, w którym moja partnerka pomyślała, że trzeba zabić tę miłość.

Czy mogłem temu przeciwdziałać? Gdyby było można coś zrobić, pewnie bym to uczynił. Rzecz w tym, że o zdradach zainteresowany dowiaduje się zwykle jako ostatni, wtedy właśnie, gdy jest już za późno na jakąkolwiek sensowną reakcję. Pozostaje jedynie żal, rozgoryczenie, frustracja i tym podobne destrukcyjne emocje. Ale widocznie jest tak, że pewne sprawy muszą się zwyczajnie wydarzyć, żeby mogły mieć miejsce inne, stojące niejako w kolejce naszego życia.

Więc stało się tak, że zdradziła mnie, co zresztą opisałem w książce I pozamiatane. Można powiedzieć, że tytuł wypadł wręcz idealnie, ponieważ gdy przeczytała ją jej główna bohaterka rzeczywiście po naszej znajomości zostało pozamiatane! Ściślej – przestała się do mnie odzywać i szlag trafił wszystkie wspólnie przeżyte lata. Również te świetne. Jakby się w ogóle nie wydarzyły. Zostały przez nią wytarte gumką-myszką z kroniki wspólnych wydarzeń. Słowem – czarna dziura!

Kilka dni temu, gdy wracałem dworcowym tunelem do domu, prowadząc rower, z naprzeciwka nadchodziły trzy może cztery osoby, każda z nich z osobna. Im bliżej byłem wyjścia, tym wyraźniej rozróżniałem ich sylwetki. Traf chciał, że jedną z nich okazała się ona. Trochę zatem zwolniłem i gdy byłem na tyle blisko, żeby być słyszalnym, zapytałem, nie zatrzymując się:

– I co, nie odezwiesz się?

– Nie – beznamiętnie odparła i poszła dalej.

Wyszło na to, że nie tylko niczego nie zrozumiała z mojej książki, ale też nie poddała refleksji przyczyn naszego rozstania. Mimo że od tamtego czasu upłynęło sporo czasu, to zachowała się niczym urażona dziewczynka, która zabrała swoje zabawki z piaskownicy i wyszła z niej obrażona na cały świat. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko wykasować jej numer ze swojego telefonu, co zrobiłem jeszcze po drodze, a następnego dnia ustawiłem jej adres w swojej skrzynce mejlowej jako spam.

Oczywiście każdy ma prawo tak postępować, jak mu się żywnie podoba. Jednak w stosunkach damsko-męskich, gdy dwoje ludzi wiele łączyło i to na dodatek przez długi czas, gdy znają się, że tak powiem, do szpiku kości, przyjęcie postawy wykluczającej wspólną historię, jakby w ogóle jej nie było, jest według mnie nie tylko przejawem niedojrzałości życiowej, gorzej – jest zwykłą głupotą.

Nie wiem, jak wyglądałaby ostatnia część mojego tryptyku, gdyby nie jej zdrada i w konsekwencji nasze rozstanie; być może powstałoby coś na kształt mydlanej opowieści, bo przez długi czas w naszym związku było przecież sielsko-anielsko. A może musiałbym nałgać, co byłoby niezgodne z życiową prawdą i moimi zamiarami literackimi, ale co miałoby naturalny ciąg dalszy. Tyle, że we wszystkich moich czterech mikropowieściach zawarta jest właśnie prawda o mojej egzystencji, więc dalszym przedstawieniem swoich losów w kontekście fikcji byłbym raczej mało zainteresowany.

Dlatego to, co w tym momencie powiem, może zabrzmieć dziwnie, niemniej biorąc wszystkie argumenty za trwaniem naszego związku, jak i przeciw niemu, muszę przyznać, że z perspektywy czasu dobrze się stało tak, jak się stało, co zresztą zostało przeze mnie siedem lat temu wyartykułowane w formie motta w książce I pozamiatane: Świetnie że byłaś, dobrze że jesteś, doskonale że nie ze mną. To, myślę, mówi najlepiej o moim stosunku do tego, co zostało po tej miłości.

Pytanie, jakie mi się w tym miejscu nasuwa, brzmi: Czy przy takim finale związku: zdrada – z jednej strony, z drugiej natomiast – książka jako konsekwencja owej zdrady, możliwe są normalne relacje pomiędzy obojgiem partnerów? I nieważne tutaj, kto zdradził czy też kto został zdradzony, istotne, czy one są w ogóle możliwe? Czy urażona duma – z jednej strony, a wstyd z drugiej, są barierą nie do pokonania w relacjach dawnych partnerów? Czy w ogóle w tego typu sytuacjach wyżej wymienione odczucia mają jakąkolwiek rację bytu? Czy jednak pozostaje nam na zawsze jedynie gorzki smak po rozstaniu i utracie choćby najświetniejszego w swoim czasie związku, hm?

23.10.2017 r.

09:51, adelmelua
Link Komentarze (2) »
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl