RSS
niedziela, 04 listopada 2018

Zawsze miałem słabość do małych, naturalnie z perspektywy dużych aglomeracji, wręcz mikroskopijnych miejscowości. Wolałem tzw. pipidówki, ze swoim niewielkim ryneczkiem, kilkoma sklepikami, jakimś kioskiem Ruchu, niż rozpasane w swojej architektonicznej perspektywie molochy. Takie bowiem małe mieściny zawsze miały i mają nadal – przynajmniej dla mnie – pewien niezaprzeczalny walor: nieodparty urok polegający na pewnego rodzaju skromności i intymności, co niewątpliwie może stwarzać wrażenie nieuświadomionego sobie przez wielu z nas przyciągania do siebie. W takich miejscowościach mieszkańcy znają się wzajemnie, są bardziej ze sobą zżyci, co może i zapewne nierzadko stwarza nawet pewien rodzaj oczekiwanej zażyłości. Innymi słowy są niejako bliżej siebie.

Z kolei duże miasta zawsze posiadały coś, co mnie w nich przerażało i niejako w naturalny sposób odpychało. Przygniatały mnie ich gwarne, zbyt szerokie ulice i przytłaczające swoim ogromem budynki, przerażał natłok ludzi, wzmożony ruch i ustawiczny, niesłabnący gdzieś pośpiech. Więcej – moje przerażenie zawsze rosło, nadal zresztą tak jest, wraz z wielkością miasta, ściślej – im dana aglomeracja większa, tym proporcjonalnie do tego również moje przerażenie potężnieje.

Oczywiście, są ludzie, którzy w takich miejscach czują się świetnie, jak przysłowiowe ryby w wodzie. To zapewne osobnicy należący do żywiołu ognia i powietrza. Ja jednak jestem przedstawicielem wody, a ta, jak wiadomo, lubi przestrzeń, delikatny nurt lub leniwe trwanie w swoich brzegach. I zapewne stąd bierze się moja ogromna wstrzemięźliwość w odniesieniu do zmian miejsca zamieszkania, do wszelkich dalekich podróży – choćby i krótkotrwałych. No, chyba że muszę, wbrew sobie. Jak choćby do Warszawy, która mnie właśnie przytłacza, uświadamiając mi jednocześnie moją, czyli tak naprawdę ludzką, nas wszystkich, maleńkość i kruchość. Bo to my, co prawda, tworzymy te molochy, niejako powołujemy do życia jak co najmniej jacyś bogowie!, stawiamy coraz większe drapacze chmur – takie współczesne wieże Babel, sami jednak nadal pozostajemy w odniesieniu do nich przy swoich mikroskopijnych wręcz rozmiarach. Tacy mali!

Jeżeli jest inaczej z jakimś większym miastem, to z pewnością z Krakowem, do niego zawsze lubiłem i nadal lubię się zapuszczać. On jakoś nigdy mnie nie przerażał, bardziej, może wydać się to w jakiejś mierze dziwne, szczególnie w kontekście tego co napisałem wyżej, przyciągał. Swoją historią, klimatem starych murów, Wawelem, rynkiem…

Naturalnie, jeżeli ktoś szuka anonimowości, nie rzucania się w oczy, pragnie pozostać anonimowym, to właśnie w dużym mieście może się szybciej ukryć, bo tutaj jest zdecydowanie łatwiej to zrobić. Tyle tylko że, paradoksalnie, jednocześnie z tą anonimowością pojawia się niebezpieczeństwo samotności. Każdy bowiem w takim molochu żyje dla siebie. Obok. Niby wszyscy są razem w tym ludzkim mrowisku, jednak w odróżnieniu od nich (mrówek) nie współpracują ze sobą. Raczej są do siebie odwróceni plecami. Żyją obok siebie, indywidualnie, ale tylko dla siebie. Egoistycznie!

I to jest chyba jeszcze jeden powód, dlaczego lubię małe mieściny.

04.11.2018 r.

13:15, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 listopada 2018

Smutna to konstatacja, że kiedyś nadejdzie czas pożegnania się z tym pięknym światem, i to pomimo fatalnej działalności człowieka w tym właśnie świecie. Może gdybym był uznany za świętego, udałoby mi się jakimś psim swędem co nieco wyżebrać u Piotrka  tfu!, niewłaściwe słowo  znacznie lepiej brzmi wytargować. Tylko czy Piotrek wykazałby choć odrobinę dobrej woli przystąpienia do jakiegokolwiek targu? Albo czy w ogóle ja sam mam jakiekolwiek zadatki na świętego? Osobiście ich nie zauważam. No, chyba żeby uznać, że wystarczy jedynie mocno kochać życie, a nienawidzić śmierci. Tyle tylko, że w ten sposób, to właściwie każdy, a przynajmniej zdecydowana większość, może zostać uznana za świętych, więc taka konstrukcja myślowa jest w zasadzie, niestety, błędna.

Okej, może trochę przesadziłem. Jakby jednak na to nie spojrzeć fakt rozstania się z tym padołem łez jest niezmiernie przygnębiający. Mam jednak coś na pociechę, naturalnie jedynie dla siebie: jako że nie spodziewam się na tamtym świecie żadnych forów i pożegnam się z tym tutaj nie jako święty a zwykły człowieczek, postanowiłem, iż zostanę skremowany (nie mylić z kremem do rurek – nie jestem znowu taki słodziak), a potem rozrzucony gdzieś w urokliwym miejscu. Na koniec jednak zażyczę sobie w testamencie, żeby to nie było zwykłe rozrzucenie, to ma być rozproszenie poprzez dmuchnięcie, moje ostatnie niezapomniane – porządne dmuchnięcie! I najlepiej, naturalnie, jak uczyni to jakaś urocza, powabna niewiasta. Żebym jeszcze na koniec poczuł przyjemność. Choćby i wątpliwą.

Z drugiej strony mam też świadomość tego, że nie muszę jakoś specjalnie długo czekać żeby to zrobić, tzn. spopielić się: już za życia bowiem mam silne przeświadczenie że się rozsypuję. O czym świetnie mogą świadczyć słowa rzucane pod moim adresem:

– Chłopie, jak ty wyglądasz? Zrób coś ze sobą – ładniejszych do grobu wkładają. Cha, cha, cha, cha!…

Czy muszę jeszcze coś do tego dodawać? Po prostu wiem, że wcale nie muszę być martwy, żeby stać się prochem.

To by było wszystko na ten temat. Na inne tematy również. Przynajmniej na dzisiaj.

01.11.2018 r.

08:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 października 2018

Obaj panowie M. Morawiecki i poseł Kłamczynski, czyli Pinokio i jego polityczny twórca Gepetto, twierdzili zaraz po wyborach, że zwyciężyli po raz kolejny zresztą i że teraz, to już na pewno niedługo osiągną swoje wyznaczone dalekosiężne cele. I w zasadzie z tym bym się zgodził: cele jak najbardziej, z tą jednak różnicą, iż niewykluczone, że będą one nieco chłodne i niezbyt nasłonecznione.

Nie chce mi się tutaj przytaczać ich przemów, bo co słowo to kłamstwo, więc tak naprawdę odwracanie kota ogonem, czyli budowanie rzeczywistości alternatywnej, albo nawet wirtualnej. Jedno wszak podczas tych przemów mnie uderzyło: podobieństwo ucznia do mistrza. Nie z fizjonomii naturalnie, ale w sposobie artykułowania swoich myśli. O ile jednak Prezes robi to nie tylko z cynizmu, ale też z idei – bo to człowiek starej daty i, czego by  złego o nim nie powiedzieć, ideowy w wielu kwestiach i zafiksowany na tym punkcie, o tyle pan Morawiecki, to już czystej wody hipokryzja i cynizm. Krótko mówiąc – bezduszny człowiek do wynajęcia. Kiedyś był bank i możliwość zarobienia wyjątkowo dużej kasy – świetnie! Pojawiła się możliwość zaistnienia w polityce, początkowo anonimowo jako jeden z członków Rady Gospodarczej przy premierze D. Tusku, też nieźle – czemu nie skorzystać. A że w międzyczasie nadarzyła się jeszcze niezła okazja sprzedania swoich usług dzisiejszemu obozowi władzy? Cóż, nikt nie powiedział, że ma być miło. Aż w końcu nadszedł czas wyjścia z cienia i zaspokojenie swoich ambicji politycznych poprzez objęcie posady premiera. Tak bowiem nagradza pan Prezes za wierność i lojalność. Oczywiście taka nobilitacja niezmiernie mile łechce próżność, więc pan Mateusz tym nie pogardził, tym bardziej, że taki rozwój wypadków był niezmiernie kompatybilny z jego wybujałymi aspiracjami!

Ja rozumiem, że wybory rządzą się swoimi prawami i można nadużywać – chociaż się nie powinno! – retoryki kłamliwej i oszczerczej. PiS jednak to robił, nie tylko w odniesieniu do Koalicji Obywatelskiej, ale również w szczególnie niewybredny sposób atakując PSL, czego szczytem, można powiedzieć, była wypowiedź rzeczniczki klubu parlamentarnego PiS-u B. Mazurek, która rzuciła nawet w stronę dziennikarzy taką myśl, gdy ci zapytali o zdolność koalicyjną PiS-u, iż partia ta powinna przestać istnieć! Do czego jednak zaraz po wyborach dodała, gdy okazało się że Prawo i Sprawiedliwość jest zmuszone szukać koalicjantów w samorządach, że – byliśmy przecież w kampanii wyborczej i taka retoryka jest dopuszczalna, tym bardziej, że przeciwnicy polityczni również nie szczędzili PiS-owi ostrych słów. A w ogóle, gdyby PSL-owcy zmienili swojego szefa, to zapewne mogłoby dojść do zawarcia koalicji z ludowcami w tzw. terenie.

         Kampanijna retoryka – psia jego mać! Trzeba nie mieć mózgu a przy tym mieć nie lada tupet, żeby pieprzyć takie dyrdymały. Prawda jest taka, że zwyczajnie przeliczyli się z siłami i dzisiaj zdali sobie sprawę, że przeszarżowali i zawędrowali o jeden most za daleko. Ten ich geniusz Tatr wykalkulował sobie, że już kupił wieś, że tam bez problemu poradzi sobie z ludowcami i może zagrać va bank. Tyle tylko, że po wyborach okazało się, że plotki o śmierci PSL-u są przedwczesne i nieprawdziwe, i żeby gdzieś współrządzić w terenie, czy to w sejmikach czy radach, należałoby zawrzeć jakąś koalicję – choćby i zgniłą, właśnie z  PSL-em!

Pisowscy sztabowcy powtarzają w kółko, że wynik mógłby być co prawda lepszy, ale i tak wyszło nieźle, bo wybory wygrali. Oczywiście, matematycznie rzecz ujmując tak się stało, tyle tylko, że nie zawsze wygrana oznacza zwycięstwo. W tym przypadku tak właśnie jest: przy takich bowiem nakładach jakie poniósł PiS, przy tak nachalnej propagandzie sączącej się z mediów publicznych, przy ogromnym zaangażowaniu się M. Morawieckiego w kampanię wyborczą PiS-u, wynik, jaki osiągnęło Prawo i Sprawiedliwość nie oszałamia. Nie może oszałamiać! I dlatego właśnie dla mnie osobiście są jednak głównymi przegranymi tych wyborów. Powiem więcej – porażka ta stała się źródłem dwóch dla mnie oczywistych rzeczy: pierwsza to taka, że opozycja wie, że z PiS-em można wygrać, pod warunkiem jednak zawarcia szerokiej koalicji, jeszcze szerszej niż miało to miejsce w tych wyborach, po drugie zaś i, co tutaj najważniejsze, strach pisowcom zajrzał w oczy. I to bardzo głęboko! Bo okazało się nagle, że nie wszystkich można kupić, nie wszystkich uda się przekonać poprzez swoje propagandowe, jadowite tuby – TVP 1 i TVP Info. A jak dodamy do tego jeszcze bankowo przegrane wybory na prezydenta, to określenie pasujące do sytuacji określające położenie PiS-u, będzie jedno: klęska! I to, tak myślę, w końcu dzisiaj dotarło do tych zakutych czerepów: że jednak nie są niezatapialni i tak naprawdę mogą przerżnąć kolejne wybory!

Czego to dowodzi i czym rokuje na przyszłość?  Jednym: rządy PiS-u zakończą się równie szybko, jak się niespodziewanie zaczęły. Bo po raz drugi taki fart z pogranicza cudu już się nie zdarzy – tym razem Lewica do parlamentu wejdzie, a dzięki temu układ, jaki się wówczas wytworzy zmusi Prawo i Sprawiedliwość do oddania władzy. Co będzie oznaczało jedno: trzeba będzie odpowiedzieć za tę prawnopolityczną rozpierduchę, z jaką mamy do czynienia w kraju od trzech lat!

29.10.2018 r.

06:02, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 października 2018

Poniższe scenki miały się ukazać tutaj w poniedziałek, na dobry tydzień, ale jako że byliśmy ledwie po wyborach, więc byłem niejako zmuszony zastąpić je tekstami dotyczącymi właśnie niedzielnych wyborów. Na szczęście nieznaczny poślizg im nie zaszkodził, bo nie mógł, więc z małym opóźnieniem zamieszczam je dzisiaj.

Scenka I.

Kolega I: Cholera, nie widziałem, że twoja żona była we Francji!

Kolega II: Gdzie tam, nie była. Taki jeden świntuch tutaj ją tego nauczył.

Scenka II.

On I: W końcu będziesz miał dziecko? To świetna wiadomość.

On II: Pewnie. Tylko mam prośbę: nic nie mów mojej żonie. Chcę jej zrobić niespodziankę.

Scenka III.

Rozmowa przez telefon.

Przyjaciółka I: Wyobraź sobie – wczoraj robiłam sobie paznoki, wiesz – zmywanie resztek poprzedniego lakieru, wybieranie nowego wzoru, a tu patrzę i co widzę? Mam sześć paznoków!

Przyjaciółka II: Jak to sześć?

Przyjaciółka I: Właśnie, też nie chciałam uwierzyć!

Przyjaciółka II: Może się pomyliłaś?

Przyjaciółka I: Głupiaś! Liczę i liczę, ale ciągle wychodzi to samo: sześć i nie chce być inaczej. No przecież umiem do pięciu, nie?

Przyjaciółka II: Ale mówisz, że było ich sześć.

Przyjaciółka I: Ty, skup się, dobra? Było pięć i ten kolejny, jeszcze jeden, czyli ten nie może być drugi raz piąty, nie? Więc…

Przyjaciółka II: Więc jest sześć!

Przyjaciółka I: No przecież o tym mówię! Jakby pierwszy z drugiej ręki, co nie?

Przyjaciółka II: No dobrze, i co zrobiłaś? Obcięłaś go?

Przyjaciółka I: Za żadne skarby świata! Broń Boże! Postanowiłam zapuścić je jeszcze dłuższe.

Przyjaciółka II: Ale to przecież już niemodne!

Przyjaciółka I: Nieważne. Pomyślałam sobie, że przydadzą mi się takie szpony na tego mojego. Jak jeszcze raz nie kupi mi kiecki, bucików, czy torebki, wiesz – tych wszystkich rzeczy, bez których nie może się obejść prawdziwa kobieta, to mu tym tak przejadę po facjacie, że mu się obwarzanki z pierwszej komunii przypomną. Dobre, co?

Przyjaciółka II: Świetne, kochana. Aż ci zazdroszczę!

26.10.2018 r.

10:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 października 2018

Okazuje się, że frekwencja w tych wyborach była najwyższa od 28 lat, z czego cieszył się nawet pan M. Morawiecki. Tyle że, jak zwykle, kłamał, czyli przybrał tak naprawdę dobrą minę do złej gry. W końcu nie od dzisiaj wiadomo, że im wyższa frekwencja, tym słabszy wynik Prawa i Sprawiedliwości. Więc żeby być uczciwym wobec nas, wobec wszystkich wyborców, należałoby powiedzieć: szkoda, że tak dużo was poszło do wyborów. Gdyby nie to już dzisiaj mielibyśmy władzę totalną! Wszędzie! Od najmniejszych miejscowości, do miast. Więc ogromna szkoda, że wielu z was nie zdecydowało się zostać jednak w domu.

Na szczęście dzięki PiS-owi, dzięki ich szalonej nagonce na PSL, dzięki ich tubie propagandowej, dzięki  sączącemu się jadowi z I-ego programu TVP, czy z TVP Info wobec opozycji, ludzie okazali się grubo impregnowani na nią i pokazali, przynajmniej w miastach, czerwoną kartkę pisowskim populistom i antydemokratom. Kartkę, która tak naprawdę jest dla nich poważnym ostrzeżeniem przed wyborami do naszego parlamentu już w przyszłym roku!

Korzystając więc z okazji, chciałbym z tego miejsca złożyć specjalne podziękowania PiS-owi: to dzięki wam, chłopaki, mógł być osiągnięty przez opozycję tak dobry wynik. Dzięki więc, że nie byliście powściągliwi w atakach na opozycję; że używaliście poniżającego języka; że przemawiała przez was buta i arogancja i że nie byliście rozsądni w tej swojej krytyce. Dzisiaj wiem, że dzięki takiej polityce w terenie niewiele się zmieni. Nadal będę mógł od czasu do czasu pójść do biblioteki i przeczytać Gazetę Wyborczą czy Politykę. Gdybyście wygrali o takich przyjemnościach mógłbym zapomnieć. Tak jak musieli o tym zapomnieć ci wszyscy, którzy pracują w państwowych przedsiębiorstwach, spółkach czy urzędach. Wszędzie tam bowiem zlikwidowaliście możliwość prenumeraty tych i kilku jeszcze innych gazet. Że nie wspomnę o stacjach CPN-u zależnych od was, gdzie tego typu pisma nie mogą znajdować się na widoku! Bo wizja państwa jest tylko jedna: ta nasza – pisowska!

Jak wspomniałem wyżej – frekwencja podczas tych wyborów była najwyższa od 28 lat. To jednak, według mnie, w niczym nie usprawiedliwia tych – a było ich aż 45%! – że do wyborów nie poszli. Dlatego, idąc wzorem choćby Belgii czy Szwajcarii, powinniśmy przyjąć zasadę obowiązkowego uczestnictwa w państwowych głosowaniach czy referendach. Gdy tego się nie robi, bo tak się chce, powinna być na takiego kogoś nałożona ustawowo kara pieniężna. Chcesz mieć w dupie, obywatelu, kto będzie u władzy w tych czy innych wyborach, płać! Proszę bardzo – olej sobie swój obywatelski obowiązek, ale potem za to zapłać. Bo to będzie zapłata na coś więcej niż tylko za twoją absencję podczas wyborów, to będzie zapłata za twoją krótkowzroczność i zwykłą, czystą głupotę! Po to, żeby w przyszłości do władzy nie doszli tak paskudni populiści, którzy bez żadnych możliwości ich zatrzymania, poprowadzą kiedyś ten kraj na skraj przepaści.

O demokracji można powiedzieć wiele złego. Ale tak się składa, że niczego lepszego dotąd ludzie nie wymyślili. Dlatego powinniśmy nie tylko jej bronić, ale również, a może przede wszystkim, powinniśmy ją udoskonalać! Likwidując bowiem w niej niedoskonałości, zabezpieczalibyśmy się w ten sposób na przyszłość przed wzrostem nastrojów ksenofobicznych, nacjonalistycznych, autorytarnych, itd., itp,

I dlatego właśnie uważam, że wybory, wszystkie!, powinny być obowiązkowe. Dla naszego dobra!

24.10.2018 r.

11:06, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 października 2018

Zanim przejdę do słów posła Kłamczyńskiego, powiem tak: do wyborów poszło ok. 53% wyborców uprawnionych do głosowania (więcej niż kiedykolwiek wcześniej, ale, według mnie, to wciąż zbyt mało), czyli nie zagłosowało ok. 47%! Innymi słowy chodzi o to, że te aż 47% potencjalnych wyborców miało w dupie to, co będzie się działo w ich lokalnych ojczyznach, kto będzie podejmował decyzje dotyczące bezpośrednio ich podwórka. O czym to świadczy? Przede wszystkim o jednym: że ci ludzie mają dla mnie mentalność potencjalnych niewolników! Co do wyborców Prawa i Sprawiedliwości nie będę się wypowiadał, ponieważ nie chcę nikomu sprawiać, delikatnie rzecz ujmując, przykrości.

A teraz powyborcza gadka-szmatka posła Kłamczyńskiego:

Kochani, znowu wygraliśmy! Po raz czwarty! A w samorządach po raz drugi z rzędu. Dlatego… dlatego, jak zwykle, zgodnie z moją filozofią życiową, nie wejdziemy z nikim w koalicję, a tym samym nie będziemy rządzić w samorządach! To jednak nieważne, istotne bowiem jest co innego: istotna jest sama wygrana, która nas ustawicznie coraz bardziej przybliża do dnia, kiedy zwycięstwo nasze będzie niepodważalne, bo totalne!

Będą wam wmawiać, że to pyrrusowe zwycięstwo. Ale nie wierzcie im! W ten bowiem sposób będą chcieli nas poróżnić, osłabić nasze morale. Dlatego musimy się trzymać razem, nadal, i niezachwianie z determinacją kroczyć do kolejnego zwycięstwa. Statystyki nie kłamią – jesteśmy zwycięzcami! I tak jak teraz zwyciężyliśmy, również w przyszłości wyjdziemy zwycięsko z następnych wyborów. W przyszłości bowiem, to my i tylko my będziemy liczyć głosy!

W przyszłym roku mamy wybory do Parlamentu Europejskiego, a na jesień do obu naszych izb – sejmu i senatu. Tam również wygramy i, jak zwykle zresztą, tam też nie wejdziemy w żadną koalicję, a tym samym nie będziemy rządzić, czy też współrządzić. Nas bowiem – i to muszę tutaj szczególnie mocno zaakcentować – interesują jedynie samodzielne rządy! Musimy pamiętać o tym, że nie możemy się ugiąć i cofnąć choćby na centymetr z raz obranej drogi pod naporem jakiejkolwiek krytyki. Ponieważ nie interesują nas żadne zgniłe kompromisy! Jeżeli chcemy zmienić Polskę i odnowić ziemię – tę ziemię!, nie możemy wątpić w nasz cel, w naszą raz wybraną słuszną drogę!

To, co dzisiaj jest istotne, to nasze moralne zwycięstwo. Tylko to się tak naprawdę liczy i jedynie to doprowadzi nas kiedyś do odnowy moralnej całego społeczeństwa. Kiedyś zatriumfujemy, a naród nam za to podziękuje – obiecuje to wam! Ja zapewne już tego nie dożyję, ale idea – ta właśnie idea, wokół której się zjednoczyliśmy, ona przetrwa – ona zwycięży! Musi zwyciężyć! Bo wszystko, co robimy, robimy dla ludzi, dla Polaków, dzięki Bogu i – pod Jego okiem!

Na koniec fragment zasłyszanej przeze mnie rozmowy. Toczyła się ona, dajmy na to, w moim śnie, dlatego mogłem ją na twardym dysku mojego mózgu zarejestrować. Teraz przytaczam jedynie jej końcowy fragmencik:

– Wiesz, dlaczego oni są tacy, jacy są, tzn. mentalnie paskudni i odpychający, wręcz odrażający? Bo są – z wytrysku last minute! Proste, nie?

22.10.2018 r.

12:20, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 października 2018

Dawniej, a ściślej jeszcze nie tak dawno, wybór polityczny był w zasadzie łatwy, bo istniało tak zwane prawo, lewo sceny politycznej, czy też jeszcze jakieś centrum, czyli coś pomiędzy. Dzisiaj tak prosty jej podział, niestety, już nie istnieje, przez co, co zrozumiałe, jest o wiele trudniej z owym wyborem. I to nie tylko dlatego, że owe prawo czy lewo w takim znaczeniu jak dawniej już nie istnieje, lecz dlatego, że dzisiaj już nie wiadomo, co znaczą oba ww. pojęcia: lewica i prawica. Wszystko bowiem tak potwornie się wymieszało i spłaszczyło, że wyłapać różnice, połapać się w tym codziennym politycznym miszmaszu jest rzeczą niezwykle trudną. Pracy w tym zakresie nie ułatwia dodatkowo również fakt, że na dodatek do głosu doszli zwykli populiści, którzy okazują się niezwykle skuteczni. Ale, niestety, nie we wprowadzaniu w życie własnych genialnych projektów politycznych, oczywiście dla naszego dobra, polepszeniu naszego bytu, lecz przede wszystkim w sianiu strachu, nienawiści i obietnicach, szczególnie tych bez pokrycia. A że ludzie uwielbiają miraże i złudzenia, więc wychodzi na to, że nie jest to jakoś szczególnie niezwykłe, że właśnie ci ostatni święcą dzisiaj triumfy.

Pojutrze mamy wybory. Niezwykle ważne, bo samorządowe, czyli odnoszące się bezpośrednio do nas, a tym samym do naszych małych ojczyzn – miejscowości, w których żyjemy na co dzień. Mam nadzieję, że wybory te będą cieszyć się większą frekwencją niż ostatnie, że ludzie widząc, co się dzieje w kraju od trzech lat w zakresie ustrojowym, w obszarze państwa prawa, pójdą zagłosować przeciwko nie tylko temu, o czym właśnie było przed chwilą, ale również zrobią to, opowiadając się za wolnością w mediach publicznych, za wolnością jako taką, za świeckim państwem, za Polską w Unii Europejskiej i za wieloma innymi rzeczami, których tutaj nie wymieniłem, ale które są przynależne ludziom wolnym!

Osobiście jestem spokojny o wynik wyborów, ponieważ nie jest tak, że wszystkich da się kupić. Gdyby tak było już dawno byśmy nie istnieli jako państwo. A jednak przetrwaliśmy i to przetrwaliśmy, mimo stu dwudziestu trzech lat nieistnienia na mapach Europy i świata. To chyba coś znaczy i mówi samo za siebie!

Oczywiście, rozdrobnienie polityczne z jakim mamy dzisiaj do czynienia nie pomaga opozycji w walce o dobry, tzn. skuteczny wynik, wierzę jednak, iż mimo to będzie dobrze. Myślę, że większość z nas bowiem dosyć ma państwa, w którym policja wykorzystywana jest do ochrony nacjonalistycznych oprychów; że mamy dosyć państwa nieszanującego swojej przyrody (Puszcza Białowieska i działalność, na szczęście już byłego ministra ochrony środowiska); że mamy dosyć państwa, które było do niedawna świadomie osłabiane przez człowieka, który to państwo miał bronić; że mamy dosyć państwa, które ustawicznie walczy z Unią Europejską, co prowadzi nas prostą drogą do wyjścia z niej! Dlatego, żeby to nie nastąpiło wcześniej czy później, choćby i poprzez wykluczenie nas z jej grona brew większości z nas zresztą, należy pójść na wybory i zagłosować przeciwko polityce szczucia przeciwko sobie i innym, przeciwko ksenofobii i nacjonalizmowi, przeciwko głupocie i krótkowzroczności.

Do spotkania po wyborach! Oby wygranych, czyli pozytywnych dla przyszłości Polski, przyszłości nas wszystkich.

19.10.2018 r.

22:53, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 października 2018

Fajansiarze z partii Prawo i Sprawiedliwość, a tak naprawdę reprezentanci specyficznie pojmowanego prawa i takiejż sprawiedliwości, chcą zmieniać sądy, totalnie je zawłaszczając. Oczywiście w imieniu narodu, bo niby suweren tego żąda. Czyli ja, ty, on, krótko mówiąc – społeczeństwo.

Jako że jestem marną bo marną, ale jednak częścią tego społeczeństwa, pozwolę się nie zgodzić z wyżej wspomnianą opcją i powiem: gówno prawda! Nikt, kto jest rozsądny, kto ma choć trochę oleju w głowie na zawłaszczanie sądów, pod pokrętną przykrywką jakoby jakiejś reformy, godzić się nie może. Osobiście uważam, że trochę tego oleju mam i jako jeden z wielu członków owego suwerena na taki rozpieprz państwa prawa się nie zgadzam! Podobnie zresztą jak w dużej części moja rodzina, koledzy i koleżanki, dalsi i bliżsi znajomi – oni również mają dość tej pokrętnej polityki ugrupowania, które mówi prawdę tylko wówczas, gdy się pomyli! Dlatego, proszę was, dziady kalwaryjskie, nie kłamcie! Nie reprezentujecie całego narodu i nigdy tak nie będzie, że on w całości wam się podporządkuje. Zbyt głęboko bowiem go podzieliliście!

Pewien człowieczak, niejaki Andrzej Duda, czyli gość p. o. prezydenta w tym kraju, dołożył do tej rozpierduchy swoją łapcię. Bez zbędnej, choćby płytkiej refleksji podpisuje w tri miga wszystko to, co mu podrzucą z Nowogrodzkiej, a na Wiejskiej uchwalą. Bez cienia skrupułów firmuje wszystko to, co zrodziło się jakiemuś tetrykowi z Nowogrodzkiej w jego rażonej starością dyńce. Zanim jednak cokolwiek podpisze, najpierw karnie przyjeżdża na ową Nowogrodzką, bez względu na porę nocy, i robi wszystko to, co mu poseł Kłamczyński nakaże. Zapominając o swojej niezależności, dumie i jakimkolwiek szacunku dla urzędu, który reprezentuje.

Jego koledzy na prawicy też nie próżnują: znowu złorzeczą, ponieważ sędziowie nie stosują się do treści powiadomienia, jakie wysłała im kancelaria pana A. Dudy, informując część z nich o  ich jakoby przejściu w stan spoczynku. O jakich sędziów chodzi? Oczywiście Sądu Najwyższego! Czyli sędziego J. Iwulskiego, czy prezes tegoż sądu p. M. Gersdorf. Tyle tylko, tak między nami, nie ma się o co zżymać, chłopaki. Powiadomienie bowiem sędziów o tym fakcie (przejścia w stan spoczynku) ma taki sam skutek i moc prawną, jak to, że kolega powiedział mi wczoraj, iż od jutra nie muszę już przychodzić do pracy – i tak będę miał świetną comiesięczną pensję! To nic że to nieprawda, ważne, że zostało powiedziane! Krótko mówiąc – jedna pani szepnęła drugiej na ucho o czymś w maglu i tyle. Taki sam skutek posiada owe powiadomienie.

W ten sposób, chłopcy, możecie z podobną skutecznością próbować wywołać trzecią wojnę światową. I tak nikt nie weźmie tego na poważnie. Tak jak i Franka Dolasa nikt na poważnie nie brał z jego opowieścią: Jak rozpętałem drugą wojnę światową.

Kiedyś zastanawiałem się, czy by nie otworzyć schroniska dla psów. Teraz jestem pewien, że jeżeli już, to powinienem otworzyć schronisko ogólnie dla zwierząt. Ale nie chodzi o zwierzęta jako takie, lecz o niepełnosprawne! Miałbym tam osły, barany, świnie, wieprze, kury i inne mniej lub bardziej rozumne istoty. Mam już nawet dla wielu z nich imiona: Dudak, Szydełko, Sasinek, Maciora, Suseł, Mazureczek, albo i Poleczka, Płaszczak – i tak dalej, i tak dalej. Przyznam, że już nie mogę się doczekać, aby rzucić komendę:

– Dudak! Szydełko! Taaaś-taś-taś-taś-taś-taś-taś…

Albo:

– Sasinek! Maciora! Koryto!

Albo jeszcze inaczej:

– Płaszczak! Noga!, wierny psie. Ale już!

Zatem: uwaga, uwaga! Arka, czyli zwierzyniec, dobija do brzegu!

12.10.2018 r.

18:12, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 października 2018

Czy sądy powinny być niezależne, nie powinny podlegać żadnej władzy wykonawczej? Pytanie to powinno być w zasadzie z gatunku tych retorycznych, bo to oczywiste, tak jak np. oddychanie, że takie być powinny! Nie znaczy to jednak, że powinny znajdować się poza jakąkolwiek kontrolą. Jak najbardziej winny posiadać nad sobą władzę zwierzchnią, jak każdy z nas zresztą, i tak jak inny przedstawiciel sprawiedliwości – prokurator, powinien takiej władzy podlegać. Po to, żeby nie rodziła się w jej ramach patologia, wynikająca z bezkarności jej przedstawicieli, którzy dzięki wyjątkowości wykonywanego zawodu, będą kiedyś próbowali to wykorzystywać i ustawiać siebie ponad prawem. Co jest rzeczą o tyle normalną, że niezmiernie ludzką, więc ułomną!

Niestety, pisowcy uważają inaczej: według nich sądy, jeżeli nawet nie powinno się ich zaorać, to przynajmniej uzależnić od siebie, od swoich planów, pragnień i ideologicznych celów. Są w tym niezwykle podobni do swoich ideologicznych braci – bolszewików! I nie tylko zresztą do nich. Władza bowiem, każda władza autorytarna posiada takie dążenia. Bierze się to, co może wielu tutaj zaskoczyć, nie tyle z jej siły wewnętrznej, ile raczej ze słabości – słabości ludzi, którzy ją tworzą; ludzi, którzy mają dusze niewolników i szukają siły oraz akceptacji w jakiejś grupie. Jakiejkolwiek! Ważne, żeby ona się pojawiła, żeby w końcu nie być tak przeraźliwie samotnym; żeby nie czuć się odrzuconym i nierozumianym!

Dlatego, żeby obronić niezależność sądów i w ogóle polskiego sądownictwa, nie tylko sędziowe, ale również my – społeczeństwo, ta jego część o wolnych, nie zniewolonych umysłach, musi zrobić wszystko co w naszej mocy, aby tę ich niezależność utrzymać. Dlatego z jednej strony sędziowie muszą wykazać się – tak jak to robią dotychczas – twardym mentalnym kręgosłupem, z drugiej z kolei my, społeczeństwo, musimy postawić veto w protestach ulicznych. Tylko bowiem razem, we wspólnym marszu, możemy osiągnąć cel, jakim są wolne od politycznych nacisków sądy!

P. S.

Tak na marginesie: myślę, że to, co mogłoby położyć kres wszystkim pisowskim oszczerstwom, większym czy też  mniejszym kłamstwom, to składane przeciwko nim kolejne pozwy. Jestem pewien, że procesy te, dopóki sądy w większości są od rządzących niezależne, kończyłyby się wygraną pozywających. W ten sposób zamknęłoby się skutecznie usta wszystkim pisowkim bulterierom typu D. Tarczyński.

09.10.2018 r.

06:03, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 października 2018

Wieś, to niezwykle niewdzięczny elektorat – niewdzięczny, bo zwykle nielojalny. Nie będę się tutaj wdawał w opisywanie przeszłości, jak to było przed wojną i jak sobie z tym radził W. Witos, czy też jak było zaraz po wojnie i jaką rolę pełnił S. Mikołajczyk w ruchu ludowym – ale nie tylko, a także, jak ewoluowała ta partia, łącznie ze zmianą nazwy, i na jakich przeciwników natrafiała i natrafia nadal po drodze; napiszę krótko o elektoracie, który stanowią w większości ludzie związani z ziemią. Bo właśnie taki elektorat stanowi o tym, czym ta partia była w przeszłości i czym jest dzisiaj.

To oczywiste, że człowiek zawsze idzie tam, gdzie widzi korzyść. Na wsi zawsze było to i jest widoczne w sposób szczególny. Dlatego właśnie przez długie stulecia chłopi nie byli zainteresowani „jakimiś tam” wojenkami czy też w ogóle walkami o niepodległość. Zawsze ich punkt widzenia zawężał się do horyzontu tego, co posiadali, bo przetrwanie ich samych i ich rodzin było dla nich najważniejsze. A kto rządzi, czy też będzie rządził? A kogo to!?

Czy mieszkańcy miast są inni, różnią się pod tym względem od tych, którzy mieszkają na wsi? Naturalnie. Ale wbrew pozorom tylko nieznacznie. Bo tak jak ci pierwsi, ci drudzy również podążają tam, gdzie widzą dla siebie korzyść, co szczególnie wyraźnie widać w ostatnich czasach. A jak jeszcze dochodzi zagrożenie dla zastanego stanu posiadania, wówczas w ogóle optyka diametralnie się zmienia i powiedzenie: bliższa koszula ciału staje się niezwykle prawdziwe. Dzieje się tak, ponieważ zarówno jedni jak i drudzy są nie tylko interesowni, oni są przede wszystkim krótkowzroczni, tym samym życiowo niezwykle głupi. A są tacy, albowiem pozostają nieświadomi konsekwencji swojej postawy w dłuższej perspektywie czasowej. Nieważne dla nich jest to, że skutki ich decyzji dzisiaj mogą odczuć pokolenia po nich, w tym ich dzieci, ważne, że tu i teraz odczuwają doraźną korzyść! Więc podejmują takie a nie inne fatalne decyzje i tak to się toczy od lat. Głupio i bez większych szans na zmianę.

Biorąc powyższy kontekst pod uwagę nie może dziwić, że PiS wygrał wybory przed trzema laty i mimo wielu fatalnych decyzji jakie podjął po drodze od tamtego momentu, nadal cieszy się znacznym poparciem moich rodaków. Dziwi już jednak fakt, że wyborcy ci nie wyciągają żadnych wniosków z postępowania PiS-u w wielu obszarach naszego życia. Jakby nie dostrzegali żadnych zagrożeń; jakby wszystko przebiegało w jak najlepszym porządku prawnym i było zgodne z ich oczekiwaniami. Albo, jeszcze lepiej, jakby w ogóle ich to nie dotyczyło!

Jeżeli jest to prawdą, jeżeli rzeczywiście to, co dzieje się u nas w obszarze prawa jest zgodne z ich oczekiwaniami, to znaczy, że jesteśmy narodem bezmózgich obywateli, którzy nie zasługują na wolność. Okazuje się bowiem, że wystarczy nam jedynie dobre panisko, które zadba o miskę strawy i już jest dobrze, już jesteśmy obłaskawieni i szczęśliwi! Dlaczego? To proste: kłamstwa z reguły brzmią ładniej i milej dla ucha, niż nierzadko cholernie bolesna prawda. Poza tym, jak wiadomo, ciemnym ludem zawsze łatwiej się rządzi, ciemny lud kupi wszystko – jak powiedział kiedyś pisowski klasyk, rządzący dzisiaj, tak na marginesie, polską telewizją.

Zatem – do spotkania przy urnach wyborczych!

06.10.2018 r.

06:08, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl