RSS
piątek, 07 grudnia 2018

Co ten powyższy skrót oznacza? Oczywiście Solidarną Polskę, której założycielem był pan Zbiszek, a z której w ostatnim czasie wystąpił Patryk Jaki, niedoszły prezydent Warszawy.

Kim jest pan Zbiszek, chyba wszyscy wiedzą, więc nie będę tłumaczył. Powiem tylko, że dopóki żyje poseł Kłamczyński, pan Zbiszek będzie się liczył w polityce o tyle, o ile będzie jedynie posłusznym wykonawcą planu swego plenipotenta. Aż w pewnym momencie stanie się dla niego bezużyteczny i zostanie „odstrzelony”. I tak zakończy się polityczny żywot pana Zbiszka. Chyba że z niebytu wyciągnie go człowiek od cudów, czyli capo di tutti capi z Torunia, dla niewielu ksiądz, dla większości zwykły biznesmen w sutannie, pan Rydzyk. A jeżeli owo wyciągniecie z niebytu zbiegnie się z jakąś dużą słabością (polityczną, zdrowotną) posła Kłamczyńskiego, wówczas pan Zbiszek znów nabierze politycznego znaczenia. I to bez względu na to, czy rzeczony wyżej redemptorysta będzie współtwórcą jakiegoś nowego ruchu politycznego, czy też nie.

Inaczej natomiast przedstawia się sprawa z panem P. Jakim. Ten, oczywiście, w pewnym momencie wstąpi do PiS-u i odwrotnie proporcjonalnie do pana Zbiszka, dopóki będzie żył prezes Kłamczyński, będzie miał szanse na polityczne pobłyskiwanie. Ale też oczywiście do czasu. Tak bowiem mają ludzie, który są wykorzystywani przez większych graczy do ich własnych celów politycznych.

Czy obu panów z SP coś różni? Nieważne, istotne, jak ich postrzega poseł Kłamczyński. A tutaj obaj panowie już się różnią. I to znacznie. Bo o ile po ostatnich wyborach na prezydenta stolicy, które Patryk Jaki przegrał z R. Trzaskowskim, prezes może być nieco rozczarowany – jak w ogóle takie odczucie może mu towarzyszyć po całych wyborach, szczególnie przy tak potężnych środkach pochodzących z budżetu państwa, jakie zaangażowano – o tyle pan Zbiszek zawiódł go parę lat temu inaczej i znacznie boleśniej, gdy wbił mu niejako nóż w plecy, odchodząc z partii i zakładając własne ugrupowanie polityczne. Właśnie Solidarną Polskę. A takich rzeczy pan Kłamczyński nie zapomina. Nigdy! I nikomu! Więc myślę, że za ten ruch z przeszłości przyjdzie mu kiedyś, wcześniej cz później zapłacić.

Na razie działają razem. Pan Kłamczyński wykorzystuje pana Zbiszka, a pan Zbiszek jest zadowolony, bo jest niejako w swoim żywiole: łamie prawo i ściga tych wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób mogą zagrozić rządom jedynie słusznej partii – Prawu i Sprawiedliwości.

W tym kontekście nie powinno też szczególnie nikogo dziwić, że po ostatnich wyborach samorządowych mamy do czynienia co i rusz z przekupywaniem ludzi w tzw. terenie, z reguły niezrzeszonych, którzy stali się w tym momencie niezwykle cennym języczkiem u wagi. Na Śląsku był, co prawda, jeden poseł zrzeszony, pan Kałuża z Nowoczesnej, jednak, mimo dużej krytyki, jaką wcześniej obdarzał PiS, wszedł z nią w koalicję, przeciągając większość w sejmiku na rzecz Prawa i Sprawiedliwości. Dlaczego? Z pewnością nie chodziło o stanowisko i pieniądze z tym związane, bo te miałby, koniec końców, również i na innym stanowisku zagwarantowanym przez Koalicję Obywatelską. Rzecz prawdopodobnie dotyczyć musiała czegoś zupełnie innego. A że PiS nie cofnie się przed niczym, żeby tylko sięgnąć po władzę, więc podejrzewam, że w grę musiało wchodzić coś tak paskudnego, jak szantaż.

Oczywiście, można grać nieuczciwie, sięgać po najpodlejsze zagrywki po to, żeby osiągnąć swój cel, tyle tylko – i tego jestem pewien – że: kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Prawo i Sprawiedliwość również od cięcia takim narzędziem padnie. Pytanie tylko: kiedy i kto ostatecznie zada ów śmiertelny cios. A może ono samo zada je sobie? W końcu tradycji powinno stać się zadość: honor nakazuje popełnić sepuku. Tylko kto z tych papierowych patriotów gotów jest zachować się honorowo? Pan Czarnecki? (śmiech) Pan Antoni? (jeszcze większy śmiech) A może pani Pawłowicz czy pan Piotrowicz?

– Panowie, dajcie spokój, cały kosmos pęka ze śmiechu! A to, uprzedzam, może mieć niezwykle groźne konsekwencje dla niego.

07.12.2018 r.

08:23, adelmelua
Link Komentarze (1) »
sobota, 01 grudnia 2018

1. Czytam i oczom nie wierzę, a właściwie wierzę, bo obserwuję to od dawna, tylko jakoś zawsze staram się szukać jakiegoś, choćby i pokrętnego usprawiedliwienia. Dzisiaj jednak, gdy o tym przeczytałem, pomyślałem, że nie ma się co dalej oszukiwać, należy spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć: antysemityzm został przez wielu z nas wyssany, niestety, z mlekiem matki. A oto tego konsekwencje.

W Opolu ktoś dokonał zniszczeń na cmentarzu żydowskim. Nie muzułmańskim, prawosławnym, katolickim czy, cholera, choćby celtyckim – gdyby się taki naturalnie uchował – a właśnie żydowskim! Kto się dopuścił tego czynu? Jak się okazało – dwóch 12-letnich chłopaczków oraz ich 13-letnia kumpela. Dlaczego to zrobili? Tłumaczyli, że dla zabawy. Czyli zgrywy. Tyle tylko, że nie zrobili tego na cmentarzu należącym do innej religii, a właśnie na żydowskim! Jakby ten cmentarz był szczególnie podatny na tego typu „żarciki”. Pytanie zatem, jakie musi się tutaj pojawić, brzmi: dlaczego właśnie na nim?

Odpowiedź, podobnie jak i pytanie, jest również krótka i niezwykle prosta: antysemityzm, ten nieuświadomiony, zbudowany na niechęci, czy to do Żydów jako narodu, czy też w odniesieniu do tej grupy społecznej żyjącej w jakimś kraju, jest wyssany niejako z mlekiem matki. A dokonuje się ten proces poprzez skuteczną filtrację tego mleka przez ojca, czy też środowiska, w jakim dany dzieciak żyje i dorasta.

Żeby jednak nie kończyć tego wpisu zbyt przygnębiająco, przytoczę scenkę, która powinna trafić do tych ludzi, którzy nie powinni mieć dzieci, bo nie potrafią ich wychowywać.

– Ma pani dzieci?

– Oczywiście!

– Dużo?

– Hm?

– Pytałam, czy dużo ma pani dzieci?

– Dwójkę. Dwa małe pieski.

– Ale ja pytałam o dzieci.

– Właśnie mówię. To ratlerek i york. Są urocze!

Gdy mam do czynienia z takimi sytuacjami jak wyżej, dochodzę do przekonania, że rzeczywiście lepiej by było, gdyby niektórzy ludzie mieli psy na wychowaniu, niż właśnie dzieci. Może z nimi poradziliby sobie lepiej. W końcu im trzeba poświęcać znacznie mniej czasu i szczekają na wszystkich jak leci, bez rozróżniania koloru skóry, przynależności narodowej, światopoglądu itd., itp.

2. Ostatnio człowieczak pełniący obowiązki prezydenta w okresie przejściowym, czyli w okresie polskiej smuty trwającej już trzy lata i mającej się zakończyć dopiero, niestety, za dwa, wyskoczył jak Filip z konopi i rzucił w przestrzeń publiczną, że Polska – rzeczywiście cała? Bo ja z pewnością nie! – jest jakoby zainteresowana utrzymywaniem stałej amerykańskiej bazy wojskowej na naszym terytorium, co ma kosztować polskiego podatnika co najmniej dwa miliardy złotych! A żeby zyskać przychylność dla tej propozycji drugiego takiego jak on, czyli kumpla po fachu, tyle że amerykańskiego, obiecał, że owa baza nosiłaby imię – TRUMP, dokładnie: Fort Trump! Ja bym to nazwał nawet: Trump Camp – Camp Trump!! Albo: Camper  Trumper! Jeszcze ładniej się rymuje.

Czy to dobry pomysł? Powiem, że co najmniej dziwaczny! Ale cóż, jaki człowieczak, takie i pomysły; takie pomysły, jacy jego doradcy, słowem – jedzie lipą na odległość! Po prostu niektórzy nigdy nie wyrastają z opowieści o Dzikim Zachodzie. Nasz Dyzio, jak widać, również z nich nie wyrósł. Nadal lubi się bawić w kowboja, co ma niezłego boja

3. Na koniec ze swojskiego podwórka :

Matka: Ustatkowałbyś się wreszcie, synu. Ożeniłbyś się, miał fajną żonę, dzieciaczki…

Syn: Wiesz, mamo, może i bym to zrobił, tylko jedna rzecz mi na to nie pozwala.

Matka: Nie rozumiem. Przecież niczego ci nie brakuje. Jesteś zdrowy, silny, masz dwie ręce, dwie nogi, dobrą pracę też masz…

Syn: Nie o to chodzi.

Matka: Więc o co?

Syn: Boję się nocy poślubnej.

 01.12.2018 r.

12:05, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 listopada 2018

Kilka dni temu miała miejsce rozprawa sądowa pomiędzy posłem J. Kaczyńskim, a b. prezydentem L. Wałęsą. 6 grudnia ma zostać ogłoszony w tej sprawie wyrok. Ja dzisiaj chciałbym jedynie w tym kontekście podzielić się pewną refleksją, a także przytoczyć fragment mojej sztuki, która dotyczy właśnie jednego z bohaterów tej rozprawy.

To, że poseł Kaczyński zakłamuje rzeczywistość, że fałszuje najnowszą historię Polski przy pomocy swoich posłusznych mu, a bezmyślnych sztabowców, starając się uczynić ze swojego brata – na marginesie słabego prezydenta – demiurga naszej wolności i pierwszą osobę Solidarności lat 80-tych – to rzecz tyleż pewna, co i z gruntu fałszywa; to, że tylko on i jego ugrupowanie polityczne, przy trudnych do opisania stratach, „zyskało” niepomiernie na nieszczęsnej katastrofie smoleńskiej, również nie powinno wzbudzać najmniejszych wątpliwości. Jednak, przy okazji ww. rozprawy: J. Kaczyński – L. Wałęsa, okazało się, że mimo tych oczywistych zysków i strat, jest on również megalomanem, i to niezwykle potężnym!

W oczekiwaniu na rozprawę obu panów na korytarzu sądu, miała miejsce pewna sekwencja, kiedy to L. Wałęsa powiedział, iż popełnił koszmarny błąd w przeszłości, kiedy zrobił powoda ministrem i że tego żałuje i – tego jestem pewien! –  będzie żałował do końca dni swoich. J. Kaczyński, nie chcąc być dłużny, błyskawicznie ripostował, mówiąc: a ja niepotrzebnie zrobiłem pana prezydentem. I w tym momencie okazało się, że to nie naród tylko właśnie pan Kłamczyński wskazał i wybrał na to stanowisko Lecha Wałęsę!

Powiem tak: prezes Prawa i Sprawiedliwości w zasadzie nigdy chyba nie miał dobrego kontaktu z rzeczywistością, co w zasadzie, gdy weźmie się pod uwagę jego karierę, poczynając od  filmu a skończywszy na byciu posłem od prawie trzydziestu lat, nie powinno jakoś szczególnie dziwić. Taka ścieżka życiowa jak najbardziej  może wypaczać ogląd świata. W przypadku pana Kłamczyńskiego tak najprawdopodobniej się stało. Stąd zapewne takie kosmiczne wręcz niedorzeczności, co może świadczyć, niestety, nie tylko o megalomanii i utracie kontaktu z rzeczywistością, ale również może być oznaką niezbyt dobrej kondycji umysłowej.

Oczywiście, zawsze istnieje szansa wyjścia z tego typu amoku, tyle, że musiałby zostać tutaj spełniony jeden podstawowy warunek: pisowskie przydupasy pana Prezesa musiałyby w końcu przestać go izolować od prawdziwego życia. W innym przypadku będziemy mieli do czynienia z tym, co poniżej:

Generał: Cholera! Ale leje. (spluwa na podłogę) Tfu!

Donek: Kto leje?

Prezes: Kogo?

Generał: Nie wiem. Ale paskudnie leje. Jak byłem mały…

Prezes: Właśnie. Dlatego nie poszedłem.

Donek: Gdzie?

Prezes: Na pogrzeb. W taką pogodę aż strach!

Donek: Przeziębić się łatwo. Pogrzeb?

Prezes: Nie po-grzeb, tylko pogrzeb!

Donek: Przecież mówię.

Prezes: Nie jestem głuchy. Powiedziałeś po-grzeb, a ja mówię, że nie poszedłem na pogrzeb!

Donek: Ale jaki?

Generał: Właśnie. Mówisz tylko ciągle o pogrzebie – zwariować można! Idź sobie na niego i nie zawracaj… tej, no…

Donek: Głowy.

Generał: Nie – nie, ale też jakoś tak na gie. Muzyki. To znaczy gitary! Nie zawracaj gitary.

                                               Po chwili.

Donek: Więc, jaki to pogrzeb?

                                               Milczenie.

Prezes, pytałem, jaki to pogrzeb.

Prezes: Taki zwykły.

Donek: Czyj?

Prezes: Jakiegoś umarlaka. Nie pamiętam nazwiska…

Donek: Aha.

Generał: Wiecie dlaczego?

Donek: Co „dlaczego”?

Generał: No, są pogrzeby oczywiście.

Donek: No. Właśnie.

Prezes: Wiadomo. Bo są umarlaki.

Generał: (ścisza głos) Chodźcie bliżej.

                                               Pauza.

Bo są ludzie. A ludzie są różni: są tacy, którzy dobrze żyją, są też tacy którzy źle żyją, ale są też właśnie i tacy, którzy nie żyją w ogóle!

                                               Chwila ciszy

Donek: No tak. To by się zgadzało.

Prezes: No raczej. Też mi odkrycie!

                                   Po chwili milczenia.                

Generał: Dziwne, ale dawno nie widziałem Jolki. Nie wiecie…

Prezes: Kręciła się gdzieś tutaj.

Donek: No tak, była. Kiedyś. Pamiętam.

Generał: Kiedy?

Prezes: Może wczoraj. Może dzisiaj. Kto by to spamiętał.

Generał: Dziwne.

                                                           Po chwili.

Donek: A ja bym nie poszedł!

Prezes: Gdzie?

Donek: No, na pogrzeb naturalnie.

Prezes: A jakbyś musiał?

Donek: Nie ma takiej możliwości!

Prezes: A na swój?

Donek: Na swój to co innego… Ale nie, na swój tym bardziej bym nie poszedł. Szkoda nóg. Ja już się nachodziłem w swoim życiu. Jeżeli chcą, żebym na nim był, to muszą mnie zawieźć.

Generał: Właśnie. Olać pogrzeb! (spluwa na podłogę) Tfu!

Donek: Co ty tak ciągle plujesz, Generał?

Generał: I tak stąd odchodzę. Poza tym lubię sobie splunąć.

27.11.2018 r.

16:44, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 listopada 2018

Dzisiaj jest niedziela, dzień wolny od pracy, w pewien sposób świąteczny, więc powinno być bez nienawiści. I będzie, tym bardziej że zawsze staram się pisać w taki właśnie sposób – może z niechęcią, z całą jednak pewnością bez nienawiści. Co prawda wiele zamieszczonych tutaj tekstów jest napisanych z ironią, nierzadko zjadliwą, to jednak zawsze staram się nie przekraczać w nich granic dobrego smaku. Niniejszy spot zatem będzie się odnosić do uczucia tak szlachetnego, jak miłość.

Przyznaję – już od dawna przymierzałem się do napisania kilku słów o świecie zakochanych. Ten świat bowiem, to całkiem inny obszar naszej rzeczywistości, o wiele mniej, że tak powiem, przyziemny. Nie znaczy to oczywiście, że jest nieprawdziwy, jakoś sztucznie wygenerowany. Oczywiście on jest jak najbardziej realny! Z tą jedynie różnicą, że pozostaje niejako odosobniony, może nawet w pewien sposób odizolowany od świata rzeczywistego, bardziej rozrzedzony nieobecnością innych, a zagęszczony sobą – dwojgiem zakochanych w sobie ludzi.

Wspólnota ich miłości zbudowana na wzajemności łączącego ich uczucia, jest w zasadzie wszystkim, czego w tym momencie dwoje zakochanych pragnie i wszystko i wszystkich innych im ona zastępuje. Zbyteczni są zarówno rodzice, jak bracia i siostry, czy przyjaciele i przyjaciółki – oni bowiem mają w tym momencie siebie nawzajem i to im w zupełności wystarcza. To jest ich świat, świat tu i teraz, właśnie – świat zakochanych! I jeżeli nawet im się nie uda przeżyć całego życia wspólnie, nie zestarzeją się razem, nie zdołają chronić swojej miłości, to jednak warto w tym świecie zaistnieć choćby i przez krótką chwilę. Bo to znaczy należeć od początku do końca do kogoś, kto poza nami świata nie widzi, nic się dla niego nie liczy oprócz nas. Jest bowiem tylko on lub ona i ty, istnieje dla nich tylko tu i teraz, tam i wtedy, i potem, i jeszcze kiedyś…

25.11.2018 r.

15:44, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 listopada 2018

Prawdopodobnie nic nigdy nie jest takie, na jakie wygląda, czyli jak coś widzimy. I nie chodzi mi o jakiś motyw, dajmy na to, martwej natury – bo to wygląda właśnie dokładnie tak, jak to coś postrzegamy; bardziej chodzi o ludzi i ich relacje między sobą. Te bowiem nigdy nie wglądają na takie, jakie są w rzeczywistości.

Sześć lat temu przeczytałem Białe zęby Zadie Smith (pisałem o tym tutaj 21.12.2012 r. ), jej literacki debiut i już wtedy była dla mnie niezwykłym literackim talentem! Dzisiaj, po przeczytaniu jej kolejnej powieści O pięknie, mogę tylko potwierdzić tamto spostrzeżenie: świetna literatura! Literatura, w której właśnie nic nie jest takie, jak nam się na początku wydawało.

 O czym ona jest? W zasadzie skupia się na opisie dwóch rodzin – Kippsów i Belseyów, a jako że ich męskie głowy, czyli ojcowie i mężowie są wykładowcami uniwersyteckimi, więc siłą rzeczy, oprócz opisu ich rodzin, mamy również do czynienia z konfliktem naukowym obu panów (Monty’ego i Howarda), a także nakreśleniem środowiska akademickiego w amerykańskim miasteczku Wellington.

Pierwsza z rodzin wygląda na świetnie prosperującą, kochającą się i w ogóle świetnie funkcjonującą. Tyle, że to tylko pozór, z czego zaczynamy zdawać sobie sprawę w miarę upływu czasu; druga z kolei, z którą jesteśmy dzięki pisarce bliżej, w zasadzie od początku posiada jakby wiele niedoskonałości, których, co istotne i co jest, paradoksalnie, według mnie zaletą, nie ukrywa. I nie chodzi o to, że się nimi szczyci, bo jest wręcz odwrotnie(!), rzecz w tym, że w swojej egzystencji jest bardziej szczera, dzięki czemu, im głębiej wchodzimy w treść powieści, tym mniejszego możemy – tak myślę – doznać rozczarowania. Tyle tylko, że mniejszego, nie mieć go bowiem w ogóle jest, jak wiadomo, rzeczą niemożliwą! I nie napiszę że – niestety, ponieważ wiem, jak wygląda życie i że rozczarowanie jest, tak naprawdę, niejako jego częścią składową.

Nie będę się tutaj wdawał w długie opisywanie fabuły tej książki, napiszę krótko – mimo swoich sześciuset stronic książka ani na moment nie nuży, wręcz przeciwnie – wciąga z każdą przeczytaną stroną. Z. Smith niezwykle zgrabnie, z wyczuciem i niezwykłym smakiem ciągnie swoją historię do samego końca. Nie ma tam niepotrzebnych słów, nietrafionych scen – wszystko jest na swoim miejscu i w odpowiednich proporcjach. Jest bowiem i dojrzewanie, i szlachetne zaakceptowanie upływu czasu; jest miłość, zarówno ta prawdziwie głęboka, jak również i ta szybka, przelotna na skutek zdrady; jest radość, smutek i rozpacz, czy wreszcie jest również choroba i śmierć. Ale, co zastanawiające, jest przy tym także szlachetność postępowania i niespodziewana przyjaźń – niespodziewana, bo dotycząca kobiet – żon obu konkurujących ze sobą profesorów, którzy stoją po dwu przeciwległych barykadach tez naukowych, odnoszących się do Rembrandta.

Gorąco polecam!

21.11.2018 r.

15:09, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 listopada 2018

Wiadomo, czym zaczyna się ten miesiąc – Świętem Zmarłych, dlatego też nic dziwnego że ludzie umierają, szczególnie właśnie w tym miesiącu.

 Kilka dni temu niespodziewanie (wylew) zmarła koleżanka z pracy. A właściwie żadna koleżanka, ot – bardziej znajoma, mimo że pracowaliśmy razem w tym samym miejscu od kilku już lat. Dlaczego właśnie bardziej znajoma niż koleżanka? Ponieważ była mi ona więcej niż obojętna. Krótko mówiąc – miałem z nią bardziej niż chłodne relacje. Ot – zwyczajowe cześć i takie tam od czasu do czasu sprawy zawodowe.

Nie wiem, jaką była matką, żoną, czy babcią – pewnie dobrą, ja jednak będę ją postrzegał tak, jak sobie na to zasłużyła w pracy: jako plotkarkę – i to tę, która plotki tworzy! – a także jako kogoś, kto robił tzw. bokami: więcej przebywała na zwolnieniach lekarskich w ciągu roku, niż w pracy. A o długości choroby wiedziała już wcześniej, zanim dostała zwolnienie. Oczywiście ani mnie to grzało, ani ziębiło, niemniej moja ocena jej osoby na koniec jest właśnie taka: leserka.

W tym tygodniu odbył się jej pogrzeb. Nie byłem na nim. I nie tylko zresztą ja. Poza tym ona również na moim nie będzie. I to nie tylko dlatego, że fizycznie już jej nie ma, więc jej obecność na pogrzebie, zarówno moim jak i innych osób jest niemożliwa, ale także dlatego, że mojego nie będzie. Nie odbędzie się. Wcześniej zostanę spopielony i jakaś piękna niewiasta – przynajmniej taką mam nadzieję – mnie dmuchnie. To znaczy rozdmucha na wietrze w wybranym wcześniej przeze mnie miejscu.

Można powiedzieć, że akurat w moim przypadku zaskoczenia nie było, ci bowiem, którzy mnie znają, wiedzą, czego można się w tym zakresie spodziewać.  Zaskoczeniem jednak mogło być już jednak to, co powiedziałem jeszcze przed jej pogrzebem:

– Cóż, odeszła, nagle, dla nas nagle, ale widocznie tam – wskazałem kciukiem na sufit – była oczekiwana. Dobrych pracowników tam również potrzebują.

Co niektórzy słysząc to, uśmiechnęli się, a ja poszedłem za ciosem i dodałem:

– Co do mnie natomiast, to co najwyżej możecie powspominać mnie w jakiejś knajpie, mówiąc, że: dobry był z niego (ze mnie naturalnie) herbatnik. I w ogóle dobre było ze mnie chłopisko, tylko jajka nosiłem zbyt nisko.

Tym razem, gdy wybrzmiały moje ostatnie słowa, wszyscy ryknęli śmiechem i tak zakończyło się wspomnienie o koleżance z pracy – dla jednych, o znajomej natomiast dla drugich.

18.11.2018 r.

00:04, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 listopada 2018

1.W Święto Niepodległości 11.11.2018 r. przez Warszawę przeszły dwa marsze. Jeden, nad którym ostatecznie patronat objął pan Andrzej Duda, drugi – zorganizowany został, jako cykliczna impreza, przez tzw. Młodzież Wszechpolską. Pytanie, jakie powinno się tutaj pojawić, brzmi: Dlaczego miały miejsce dwa marsze, skoro prawie do końca nikt o takim rozwiązaniu nawet się nie zająknął?

Za to, że tak się stało, niestety, odpowiedzialna jest pani H. Gronkiewicz-Walz, która, jako prezydent Warszawy, podjęła decyzję o rozwiązaniu marszu narodowców. Nie będę się tutaj wdawał w jakieś bardziej lub mniej zawiłe dywagacje, dlaczego to zrobiła, napiszę przede wszystkim o tym, czym to skutkowało, a skutkowało zorganizowaniem drugiego marsz przez p.o. prezydenta A. Dudę, co, tym samym, pozwoliło wyjść z twarzą zarówno jemu, jak i całemu PiS-owi z owego świątecznego zapętlenia.

Nie wiem, kto doradzał w tej kwestii pani prezydent Warszawy i czy w ogóle ktoś to robił, wiem tylko, że taka decyzja miała dwojakie znaczenie: od strony politycznej opozycji okazała się jak najbardziej fatalna, z pozycji jednak mieszkańców stolicy i w ogóle wszystkich obywateli kraju, była w pewien sposób zbawienna, bo charakter obu przemarszów miał w zasadzie przebieg niezwykle spokojny.

2. Wojna, każda oczywiście wojna wydobywa z człowieka najniższe, więcej niż zwierzęce instynkty, gdzie życie w ogóle traci jakąkolwiek wartość. Obok tego jednak jest jeszcze coś, jako element dominacji nad podbijanym narodem: w trakcie wojny podejmowane są przez najeźdźców takie decyzje, które mają podbity naród upokorzyć i pokazać mu, jak bardzo nim się pogardza.

W poniedziałkowym filmie Niepodległość, filmie dokumentalnym złożonym z wielu archiwalnych urywków zebranych w wielu miejscach Europy przez reżysera, a poświęconym 100-leciu odzyskania przez Polskę niepodległości, taką pogardę widać w jednym z jego fragmentów, tym dotyczącym Wawelu i tego, jak to Austriacy urządzili tam koszary wojskowe. Kiedyś w siedzibie, a dzisiaj nekropolii królów polskich!

Wiele było w tym filmie ciekawych momentów, ba – cały film był niezmiernie interesujący! Ten jednak fragment szczególnie zwrócił moją uwagę, tym bardziej że, jak wiemy z historii, nie był to odosobniony przypadek: podobnie postępowali z nami w przeszłości zarówno Rosjanie, jak i Niemcy, którym nierzadko nie wystarczało samo zwycięstwo, trzeba było jeszcze przegranego poniżyć, upokorzyć, podeptać jego godność...

15.11.2018 r.

14:36, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 listopada 2018

Wczoraj obchodziliśmy 100-lecie odzyskania przez nasz kraj niepodległości. Były przemowy, marsze, śpiewy, słowem – uroczysty, podniosły nastrój, ale też towarzysząca temu niezbędna refleksja.

To, co ja mam w tym kontekście do powiedzenia, to jedynie tyle: szkoda, że skończyła się „psia grypa”. Jej zakończenie bowiem niczego, tak naprawdę, nie zmieniło – na ulicach, naturalnie. Bo dla samych zainteresowanych, jak najbardziej! A że przy okazji cholernie niesprawiedliwie dla wielu niezainteresowanych, to już inna kwestia. Jedno wszakże potwierdziło się po raz kolejny: kto silny, ten załatwi sobie wszystko. Choćby i robił to przy pomocy nielegalnych środków!

Ale dość o tym, dzisiaj chcę napisać o krajobrazie również powyborczym.

Wyobraźcie sobie świat bez miast. Kiedyś to było oczywiście normalne, bo po pierwsze, i co było naturalne, nie było miast, po drugie zaś – nas, jako ludzi naturalnie, było znacznie mniej, więc świat wyglądał zupełnie inaczej niż dzisiaj i w ogóle nie stacjonowaliśmy w jednym miejscu, bo jako nomadzi prowadziliśmy wędrowny tryb życia. Dzisiaj jesteśmy w całkiem innym miejscu i trudno sobie wyobrazić cofnięcie się w czasie i powrót do tego, co było, bo to zwyczajnie niemożliwe.

Dlaczego nad tym się zastanawiam? Oczywiście w kontekście ostatnich wyborów. Wyszło nam w nich, że miasta opowiedziały się gremialnie za rozsądkiem, nawet w mateczniku PiS-u w Rzeszowie na Podkarpaciu prezydentem został po raz piaty zresztą T. Ferenc, nie należący do PiS-u, podczas gdy mniejsze miejscowości stanęły gremialnie za partią rządzącą, czyli populizmem, państwowym przekupstwem, łamaniem prawa i w ogóle powrotem do ustroju totalitarnego. A jako że wyborca z takich miejscowości to w większości człowiek z reguły słabiej wykształcony, nie poddający rzetelnej weryfikacji sceny politycznej, jej niuansów, dający łatwo sobą manipulować, więc, co zrozumiałe, opowiedział się za tym, co daje mu bezpośrednią korzyść. Nieważne, że takie myślenie jest fatalne dla losów całej Rzeczypospolitej, istotne że – on ma korzyść! Że żyje mu się lepiej i że, według obietnic rządzących, standard jego egzystencji będzie ustawicznie szedł w górę! Nieważne jakim i czyim kosztem, istotne, że tak jest i ma być. Nieprzerwanie i bezapelacyjnie!

Dlatego mamy to, co mamy: wygrana w dużych miastach opozycji, w mniejszych miejscowościach triumfuje Prawo i Sprawiedliwość, czyli partia obietnic bez końca, jak worek św. Mikołaja bez dna. Postępują tak, jakby nigdy nie miało im zabraknąć pieniędzy na pokrycie wszystkich obietnic. Prawdopodobnie uważają, że są współczesnymi Midasami. Tyle tylko, że tamten mitologiczny król, czego tylko dotknął, zamieniało się w złoto, co zresztą stało się jego przekleństwem. Oni, na ich szczęście, czegokolwiek się dotkną, zamieniają w gówno. Więc, zapewne tak myślą, nie mają się czego bać – co najwyżej będzie się za nimi ciągnął smród; głód jednak, tak jak mitologicznemu Midasowi, im nie grozi. Tylko nie wiem, czy można taki stan rozpatrywać w kategoriach jakichkolwiek i czyichkolwiek korzyści.

Zapewne wynik PiS-u byłby znacznie lepszy, gdyby jego przedstawiciele nie byli tak ostentacyjnie antyunijni w swojej retoryce i niekoalicyjni. Wykopując jednak topór wojenny przeliczyli się w swoich kalkulacjach. Ale nie mogło być inaczej, skoro ich duce z Nowogrodzkiej potrafi istnieć politycznie jedynie poprzez permanentny konflikt, który jest jego naturalnym paliwem politycznym. Pokój bowiem, kompromis są nudne i tak naprawdę nigdy nie przynoszą oczekiwanych korzyści. Dlatego należy zawsze być gotowym do wojny! Tej naczelnej zasadzie hołduje pan Kłamczyński chyba od maleńkości.

Co nam unaoczniły minione wybory? Kilka rzeczy. Jedną nich jest fakt posiadania przez Prawo i Sprawiedliwość szklanego sufitu, którego nie jest w stanie przebić nawet niezwykle populistycznym programem. Drugi fakt, to konstatacja, iż wygrać z PiS-em można jedynie tworząc dwa szerokie bloki koalicyjne. Chociaż, tak po prawdzie, to, co osiągnęło Prawo i Sprawiedliwość w ostatnich trzech latach, to jest wszystko, na co było ich stać, na dodatek przy cholernie szczęśliwym zbiegu okoliczności, czyli bardzo nieszczęśliwym rozłożeniu się głosów, ponieważ do sejmu nie weszła po raz pierwszy od 1989 roku lewica. Jednak powtórki wyników wyborów sprzed trzech lat już nie będzie – cuda zdarzają się okazjonalnie, dlatego właśnie są cudami!

Czy to oznacza, że będą się zwijać w przestrzeni publicznej? Nawet jeśli, to jeszcze zdążą porządnie napsuć krwi i zadbać oczywiście o siebie. Zawrą ze swoimi ludźmi takie umowy, że budżet państwa boleśnie to odczuje. W końcu patriotyzm kosztuje, a oni, jak powszechnie wiadomo, są najlepszymi patriotami! Może i pershingami również. Chociaż, tak po prawdzie, mnie przypominają bardziej ruskie katiusze.

12.11.2018 r.

13:26, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 listopada 2018

Moje nie – dla Prawa i Sprawiedliwości, podyktowane jest przede wszystkim tym, co poniżej:

za ich ostentacyjne wręcz łamanie prawa i deptanie zasad demokratycznego państwa;

za butę i zwykłe chamstwo, które są wręcz przerażające i uwłaczające większości obywateli;

za mariaż Kościoła z władzą świecką, uleganie mu i łożenie horrendalnych na Niego pieniędzy;

za brak dopłat do In vitro;

za brak antykoncepcji i lekcji uświadamiających młodym ludziom ich seksualność;

za niszczenie szkolnictwa;

za trzymanie u władzy przez ponad dwa lata takich ludzi jak A. Macierewicz, J. Szyszko, K. Jurgiel, Zalewska, czy K. Radziwiłł, a także, aż do dzisiaj, niewiele lepszych od nich: Z. Ziobry, Suskiego, J. Brudzińskiego czy M. Błaszczaka i wielu, wielu innych;

za to, że kupuje ludzi, a tych, których nie może kupić, zastrasza;

za to, że wykorzystuje telewizję i radio publiczne dla własnych propagandowych celów;

za to, że podporządkował sobie prokuraturę, a także, że wykorzystuje różnego rodzaju służby, włącznie z policją;

za to, że są rasistami, homofobami, ksenofobami, nacjonalistami i po prostu zwykłymi arogantami;

za brak tolerancji i codziennie upadlanie nas, tzn. tych, którzy się z nimi nie zgadzają i mają z nimi nie po drodze;

za religijność na pokaz, a tak naprawdę bigoterię, moralizatorstwo przy jednoczesnych uprzedzeniach etnicznych, politycznych, wyznaniowych;

za wydatkowanie ogromnych budżetowych pieniędzy na swoich ludzi, czyli za związane z tym finansowe rozpasanie i jednocześnie kupczenie stanowiskami;

za przekręty, a ściślej rzecz ujmując, za karuzelę zmian na państwowych stanowiskach i wypłacanie w związku z tym nieetycznych wręcz odpraw;

za upolitycznienie wszystkiego, co się da, łącznie z wyborami samorządowymi;

za zniszczenie dorobku poprzednich lat (stadniny w Michałowie i Janowie Podlaskim) i niszczenie tego wszystkiego, co zrobili poprzednicy polityczni, bo przecież: wszystko, co za nami, to samo zło! To od rządów PiS-u należy liczyć lata pomyślności RP. Od tego przecież momentu narodziło się dopiero państwo polskie!

Niestety, grzechów jest tak dużo, że aż nie chce mi się o nich pisać, dlatego poprzestanę na tym, co wyżej. Dodam do tego jeszcze, dla oddania sprawiedliwości, to, co PiS-owi udało się zrobić dobrego w ciągu tych trzech lat swoich rządów. Innymi słowy, dlaczego PiS:

bo zwiększył ściągalność podatków;

bo w końcu podjął autentyczną walkę z zalewającymi Polskę śmieciami;

bo wprowadził potrzebną politykę socjalną, chociaż, tak po prawdzie, nie do końca przemyślaną, a na dodatek zrobił to nie z potrzeby serca, a w wyniku politycznego wyrachowania;

bo walczy z dopalaczami, czyli z tymi, którzy je produkują i wprowadzają do obrotu;

bo….

Pewnie znalazłbym jeszcze parę pozytywnych rzeczy, jakie zrobił, czy też robi Prawo i Sprawiedliwość, tyle, że będzie to i tak niewiele w odniesieniu do tego, co ta partia zrobiła złego w tak krótkim czasie, bo tylko w ciągu trzech lat swoich rządów. Innymi słowy – więcej jest minusów niż plusów ich działalności. A najgorsze, że za te szkodliwe działania będziemy płacić jeszcze przez długi czas po ich odejściu od władzy. Ale, jak już kiedyś pisałem, każde, choćby najgorsze doświadczenie, uczy. Jestem pewien, że polityków innych partii lata rządów PiS-u nauczą czegoś pozytywnego. I to, mam nadzieję, zaowocuje już w niedalekiej przyszłości ważnymi zmianami – zmianami, które zabezpieczą nas na przyszłość przed tego typu rządami, które organizują państwo pod własne partykularne potrzeby. Bo choćby i były one dyktowane najlepszymi intencjami, to zawsze trzeba pamiętać, że dobrymi czy też najlepszymi intencjami piekło jest wybrukowane.

08.11.2018 r.

11:50, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 listopada 2018

O czym powiedziały nam ostatnie samorządowe wybory? Między innymi o jednej podstawowej rzeczy: o instynkcie samozachowawczym Polaków! Co się zresztą świetnie przekłada z kolei na rosnący w sposób naturalny dystans wobec nachalnej i prymitywnej polityki Prawa i Sprawiedliwości.

Nie będę się tutaj wdawał w dywagacje polityczne, kto, dlaczego, z kim, czy po co i jak, zarekomenduję tylko w tym miejscu coś, o czym niedawno tutaj pisałem, mianowicie – zarekomenduję serial Opowieść podręcznej nakręcony na kanwie powieści M. Atwood – powieści, która mogłaby nam śmiało mówić o Polsce za lat -dziesiąt, po wyrzuceniu nas już poza UE i w której rządziłoby ugrupowanie podobne do PiS-u.

Na szczęście to nam nie grozi! Co widać właśnie po wyborach. Przynajmniej nie tak szybko, jak by się to marzyło wszystkim pisowcom. Niemniej trzeba być ustawicznie czujnym i szybko reagować na podobne zagrożenia. Licho bowiem nie śpi! Żeby jednak uzmysłowić sobie, z jakim zagrożeniem mamy do czynienia, nie tylko warto, ale właśnie wręcz należy obejrzeć Opowieść podręcznej, której pierwszy odcinek będzie wyświetlony już 7-ego listopada o godz. 22 na Stopklatce. Nie przegapcie tego!

Dobrego oglądaniaJ

05.11.2018 r.
09:18, adelmelua
Link Komentarze (2) »
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl