RSS
sobota, 23 czerwca 2012

     Można utożsamiać się z mniejszymi, lubić i kibicować słabszym piłkarsko drużynom, ale nie można przymykać oczu na słaby football, jeżeli darzy się szacunkiem piłkę nożną! Bo mecz powinien być emocjonujący, powinien być spektaklem, stworzonym przez dwudziestu dwóch zawodników na użytek nas, czyli kibiców. I mimo że nie należę do jakichś zagorzałych sympatyków drużyny niemieckiej, to we wczorajszym meczu z Grekami kibicowałem właśnie Niemcom. Bo ich gra, to obietnica uczty piłkarskiej, granie do końca i nie schodzenie poniżej pewnego solidnego poziomu. To gwarancja braku nudy! Ale kibicowanie w tym konkretnym przypadku właśnie im, nie oznacza wcale mojej dozgonnej dla nich sympatii. Tym bardziej, że dostrzegam dla tej drużyny zagrożenia. Największym jest Bastian Schweinstenger. Wczorajszy mecz w jego wykonaniu był po prostu koszmarem! I jeżeli w następnym meczu zaprezentuje się podobnie, a trener Joachim Low nie ściągnie go na czas, wówczas pojawi się realna szansa na pokonanie drużyny niemieckiej. A jeżeli miałoby się tak stać z korzyścią dla widowiska, jestem jak najbardziej za.

     23.06.2012 r.

12:50, adelmelua
Link Dodaj komentarz »

     Tak się zastanawiam, co jest niezbędne, aby ta „genialna” istota, jaką jest człowiek, ujrzała w drugiej genialnej istocie kogoś bliskiego – bez względu na dzielące ich różnice: religijne, mentalne, kolor skóry, przekonania polityczne? I im dłużej żyję, tym bardziej przekonuję się do myśli, że tym czymś jest – strach! Strach przed czymś nieznanym, wielkim, nie do ogarnięcia rozumem. Oczywiście, to może być strach przed trzęsieniem ziemi, wybuchem wulkanu, potopem, epidemią, uderzeniem w ziemię asteroidy itd., itp. Ale prawdziwy, paraliżujący strach, mający odnieść pożądany skutek, musi mieć inne podłoże – mocniejsze! Dlatego uważam, że jeżeli miałoby już wydarzyć się coś, co ludzi do siebie zbliży na tyle, żeby powyżej wymienione przeze mnie różnice przestały być istotne, to niech to będzie strach przed pewnego rodzaju niespodzianką pochodzącą z kosmosu. I jakkolwiek brzmi to może fantastycznie, to chciałbym, aby takie właśnie zagrożenie kiedyś się spełniło: jako bat na człowieka w jednym konkretnym celu – uświadomienia mu, co jest istotne w życiu. A istotnym nie jest podział na: Rusek – Polak, Arab – Żyd, Biały – Czarny, islamista – katolik, bo te wszystkie podziały tak naprawdę są głupie i bezsensowne, ważne jest samo życie, cieszenie się nim!

     Zapewne niektórzy pomyślą: Cóż, zaczęło się lato, nic dziwnego – dogrzało mu, czyli mnie. Być może. Chociaż z powodu upału nie dostrzegam u siebie jakichś wyraźnych zmian chorobowych, tj. odejścia od normy. Ale żeby dokładniej wyjaśnić, co mam na myśli w związku z tym „zagrożeniem” z kosmosu, powiem tylko tyle: mam wewnętrzne głębokie przekonanie, że nie jesteśmy we wszechświecie wyjątkowi, a tym samym sami. A świadczą o tym choćby takie ślady jak: wiedza Dogonów, ludzi, którzy nie wykształcając swojego pisma, przekazują sobie wiedzę z pokolenia na pokolenie w sposób ustny. A wiedza to, to również, co ciekawe, wiedza o tzw. psiej planecie, czyli Syriuszu, z której jakoby oni pochodzą! I wiedza ta znana im była jeszcze przed odkryciem Syriusza i jego pierścieni. Dwa: budowle kamienne pozostawione przez minione cywilizacje, z których szczególną uwagę zwraca piramida faraona Chufu (Chefrena), której rozmiary, to ukryta wiedza astronomiczna: o odległości ziemi od słońca, czy liczbie Pi. Trzy: w wielu religijnych księgach, jak choćby Biblia czy Mahabharata, znajdują się informacje o pobycie na ziemi „kogoś” z kosmosu. Dalej wymieniać nie będę, bo trzeba by wymieniać w nieskończoność - i Arnolda Mostowicza "My z kosmosu", i Erich von Danikena, itd., titd. Ten, kto będzie zainteresowany tematem, na pewno znajdzie odpowiednie źródła. Problem tylko w tym, czy będzie chciał.

     23.06.2012 r.

12:42, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 czerwca 2012

     Kilka dni temu napisałem o swoim kosmopolityzmie. Nie wiem, jak ten tekst został przyjęty, niemniej czuję się w pewien sposób w obowiązku co nieco wyjaśnić, żeby być właściwie zrozumianym.

     Chodzi o to, że mój kosmopolityzm w żaden sposób nie gryzie się z moim patriotyzmem. Rzecz w tym, czym dzisiaj jest patriotyzm. Odpowiedź bowiem na tak postawione pytanie determinuje całą resztę dyskusji na ten temat.

     Otóż uważam, iż dzisiaj patriotyzm to nie wymachiwanie szabelką na prawo i lewo, groźne pohukiwanie, jaki to jestem mocny i niezależny; to nie napinanie się i ogłaszanie całej Europie, jaki to jestem wyjątkowy jako Polak i z tego tytułu roszczę sobie prawo do bycia mesjaszem innych narodów. Mój patriotyzm, można by powiedzieć, jest bardziej przyziemny. Bo to od wielu lat codzienna segregacja śmieci i wywożenie ich na miejsce swojego przeznaczenia; to zakręcanie niepotrzebnie lejącej się gdziekolwiek wody, czy gaszenie zbytecznie świecącego się światła; to niezaśmiecanie środowiska i walka z codziennym marnotrawstwem; to uczestniczenie w akcjach zbierania np. zakrętek plastikowych na wózek inwalidzki, a jednocześnie też bycie uprzejmym na co dzień w stosunku do sąsiada. To wiele jeszcze innych pomniejszych rzeczy, których wymienianie tutaj jest zbyteczne. Ważne, że tak właśnie widzę dzisiaj patriotyzm – jako odpowiedzialność za kraj na najniższych jego szczeblach naszego codziennego funkcjonowania! Dlatego mierżą mnie i drażnią te wszystkie bogoojczyźniane hasła, które nie mają w tym momencie żadnego przełożenia na naszą codzienność. Stąd wynika moja zazdrość wobec Czechów z ich zdrowego dystansu do siebie i w ogóle nietraktowania wszystkiego na serio. Jak ja im tego zazdroszczę:)

     22.06.2012 r.

14:16, adelmelua
Link Komentarze (2) »

     Dwa osobne zespoły psychiatrów miały orzec, czy A. Breivik jest człowiekiem pełnosprawnym umysłowo i jako taki powinien odpowiadać przed sądem za swój czyn, czy też jest przypadkiem chorobowym i z tego tytułu winno się go poddać leczeniu i dalszej obserwacji. Niestety, stało się tak, że oba zespoły znalazły się sytuacji niejako patowej: jedni bowiem uznali że jest chory (jeden z typów schizofrenii), drugi, że wszystko z nim w porządku. I, według mnie, oba mają rację. To znaczy jest jak najbardziej zdrowy – co zresztą sam Breivik uparcie podkreśla przez cały czas trwania procesu – tym samym powinien zostać osądzony i skazany. Chorym pozostaje dla nas w zasadzie jedynie w zakresie pojęciowym, ponieważ w naszym postrzeganiu rzeczywistości takie zachowanie jest najzwyczajniej w świecie nie do przyjęcia. Znaczy to ni mniej ni więcej tylko tyle, że kieruje się on innymi systemem wartości, uważając siebie za męża opatrznościowego, występującego w obronie czystości rasy, czystości swojego narodu. Oczywiście znamy takie przypadki z nie tak znowu odległej historii, możemy mieć do tego typu zachowań różny stosunek, niemniej nie jestem pewien, czy taka postawa życiowa jakoś bardzo różni się od tego, co utożsamiali ze sobą ci, którzy zaatakowali Stany Zjednoczone 11 września 2001 roku. Więcej – myślę, że zarówno w jednym jak i drugim przypadku mamy do czynienia z podobnym stosunkiem do otaczającego świata. Co prawda źródła takiej postawy są różne, ale cel ten sam: unieszkodliwić przeciwnika, który nie akceptuje naszego systemu wartości, a który przez to jest zagrożeniem dla istnienia tejże wizji. Konkluzja jest jedna i zasadnicza – przynajmniej dla mnie: A. Breivik powinien być skazany na dożywocie. I mimo iż w Norwegii trwa ono tylko 21 lat, to jednak już nigdy nie powinien być wypuszczony na wolność. Tego typu szaleństwo musi być izolowane!

     22.06.2012 r.

14:12, adelmelua
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 czerwca 2012

     Jakiś czas temu napisałem scenariusz filmu, w którym pojawia się właśnie ów problem. Ale nie tylko jako zaspokojenie pragnienia posiadania dziecka przez główną bohaterkę, również jako próba wyleczenia się z endometriozy, czyli zewnętrznej gruczolistości macicy. Tak się dziwnie bowiem składa, że to niezwykle przewrotne schorzenie: albowiem utrudniając możliwość zajścia w ciążę w sposób naturalny, jednocześnie nie rozwija się, gdy kobieta zachodzi w ciążę i rodzi dziecko. Sytuacja właściwie patowa. Dlatego świetną metodą walki z nią jest właśnie owe nieszczęsne in vitro. Stąd nieistotne są dla mnie w tym momencie wszelkie dywagacje natury światopoglądowej: zamrażać zarodki – nie zamrażać i takie tam pierdoły, ważny jest problem: zajście w ciążę! Dlatego uważam, że państwo – jakiekolwiek i gdziekolwiek powinno być przede wszystkim neutralne światopoglądowo, a swoim obywatelom zapewnić jak najwyższy komfort życia. Ten komfort, to możliwość wyboru, dzięki któremu ktoś stanie się ojcem i matką. Albowiem jednym z najwyższych dóbr człowieka jest możliwość posiadania dziecka, tym samym bycie rodzicem! A próba wtłoczenia tego prawa w dyskusję o podłożu religijnym, to i nieuczciwe, i pozbawione empatii.

     Ci natomiast, którzy są cholernie oburzeni ze względów światopoglądowych na dopuszczalność in vitro, niechaj pomyślą w ogóle o medycynie w szerszym zakresie: dlaczego niby „poprawianie” Pana Boga w kwestiach medycznych miałoby być do przyjęcia i zaakceptowania w jednych schorzeniach, a w innych już nie? W końcu życie, każde życie jest jednakowo ważne – i to powstałe w sposób naturalny, jak i to, któremu z pomocą przyszła medycyna. Bo tak naprawdę, to ona każdemu przyszła kiedyś i przychodzi nadal z pomocą.

     21.06.2012 r.

17:10, adelmelua
Link Komentarze (2) »

     Żeby się niepotrzebnie nie rozpisywać, idę na skróty i przyczyny takiego stanowiska ujmę w kilku punktach. Zatem:

     - po pierwsze: odsuwanie w nieskończoność debaty i związanego z nią projektu in vitro (projekty SLD złożony w sejmie czekał rok na nadanie mu numeru! To jawna kpina z prawa i kobiet, które pragną mieć dziecko);

     - po drugie: haniebny wręcz sposób procedowania ustawy o wydłużeniu wieku emerytalnego (błyskawiczne tempo i pogarda dla innych propozycji niż rządowa);

     - po trzecie: z powyższego zarzutu wynika niniejszy, mianowicie buta i buńczuczność w wypowiedziach polityków rządzącej koalicji (skąd my to znamy!?);

     - po czwarte: działalność min. J. Gowina i jego deregulacja zawodów, jako niewidzialna a czarodziejska ręka wolnego rynku. Problem w tym, że to wiara Harry'ego Pottera i wylewanie dziecka razem z kąpielą. A będzie się tak działo, gdy nie zadba się przy tym o nasze prawa – prawa zwykłych konsumentów;

     - po piąte: brak jakichkolwiek rozmów w osławionej sprawie ACTA. Na nasze szczęście podniósł się zbyt duży rwetes wokół tego zagadnienia, żeby państwa UE problem zbagatelizowały i przeszły nad tym do porządku dziennego;

     - po szóste: brak rozmów w sprawie zapowiadanego przez PO zmniejszenia liczby posłów;

     - po siódme: brak rozmów w sprawie zniesienia immunitetu, co praktycznie właściwie stawia naszych parlamentarzystów ponad prawem;

- po ósme: brak rozmów w sprawie senatu i jego roli;

     - po dziewiąte: nadal brak ratyfikacji przez nasz rząd konwencji Rady Europy dotyczącej przemocy wobec kobiet;

     - po dziesiąte: wystarczy! Ta wyliczanka bowiem mogłaby jeszcze trwać przez jakiś czas, tyle, że niewiele by to zmieniło. Moje rozczarowanie i zawiedzenie obecnymi rządami jest i tak ogromne. Nie chcę przez to powiedzieć, że inne rządy były lepsze. Przeszłość w końcu nie kłamie i dobitnie wskazuje, że tak nie było. Każdy z rządów bowiem w ostatnim 20-leciu przyczynił się do tego, w jakim dzisiaj miejscu jesteśmy. A że mogliśmy być jednak dalej, to pewnik. Niemniej ten właśnie rząd rozczarował mnie w sposób szczególnie dotkliwy. Był bowiem niejako moim rządem – moim, bo w wyborach oddałem na niego mój głos!

21.06.2012 r.

17:09, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 czerwca 2012

    Odpowiedź jest, wbrew pozorom, zaskakująco wręcz prosta, żeby nie powiedzieć prostacka: bo w całym znanym nam świecie życie daje istota żeńska! No, chyba że przyjmiemy ten wybór jako karę, którą Stwórca nałożył na ród żeński, wtedy wszystko jest zrozumiałe i logiczne. Tylko pojawia się pytanie: za co ta kara? I czy nie kłóci się to z ideą dobra i miłosierdzia, jaką jest Bóg?

   Otóż to! Zatem pozostaję przy swojej opcji: Ona – Bogini jest Stwórczynią wszech rzeczy! W taką ideę jestem skłonny uwierzyć o wiele szybciej niż jakieś bzdety o YHWH. I mocniej, głębiej. Chociaż, tak naprawdę, najbliżej mi do idei boskości pojmowanej jako korelacji Energii i Czasu, które wypełniają zarówno nasz, jak i inne światy – cały niemierzalny wszechświat, w którym rozpraszamy się po śmierci i stąd istniejemy wiecznie.

  Kiedyś napisałem o tym sztukę – Od a do zet. Niestety, do dzisiaj nikt nie był zainteresowany jej wystawieniem. Prawdopodobnie ze strachu. I z niezrozumienia tematu. Ale to bez znaczenia. Jeszcze w tym roku stworzę swoją stronę, gdzie umieszczę część swoich niezbyt popularnych utworów, więc co niektórzy sami ocenią, czy to takie głupie i nie do przyjęcia. Poza tym taka koncepcja jest mi potrzebna: daje mi bowiem niezbędną nadzieję – szczególnie po śmierci najbliższej mi osoby.

            20.06.2012 r.

15:11, adelmelua
Link Komentarze (2) »

     Wyobraźcie sobie górę piasku usypaną z siedmiu miliardów ziarenek. Jedno ziarenko gdzieś się zapodziało i nie można go odnaleźć. Tym ziarenkiem jest każdy z nas z osobna. Jakie to ma zatem znaczenie dla istnienia góry? Żadnego. I tyle my też znaczymy dla świata, niestety. Dlatego, znając te proporcje, nie lubię się w nic angażować, i nigdy nie lubiłem. Zawsze wolałem stać gdzieś z boku, jedynie obserwować. Mieć swój świat i wyglądać z niego tylko wtedy, gdy trzeba. Nadal zresztą tak jest. A wraz z upływem lat moja mizantropia, jak zauważyłem, jeszcze bardziej chyba przybrała na sile. Cóż, zawsze ceniłem sobie ocenę z dystansu. To nie zaburza widoku.

    Zapewne niejeden powie: „Cwaniactwo”. Być może. Nie twierdzę, że to dobra i godna naśladowania postawa życiowa. Niestety, nie jestem w posiadaniu cudownej recepty na wspaniałe, udane życie, a na inną postawę mnie po prostu nie stać. Ta jest dlatego dobra, że niewiele ode mnie wymaga, a na dodatek daje mi satysfakcję. Wiem, że to w pewnej mierze wygodnictwo. Z drugiej jednak strony zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że świata nie zmienię, ani tym bardziej nie zbawię. Mimo świetnych inicjałów: J.C. Dlatego pozostanę już tam, gdzie jestem – na poboczu życia.

     20.06.2012 r.

15:09, adelmelua
Link Dodaj komentarz »

     Polacy odpadli z mistrzostw – to wiemy. Ale co w związku z tym? Myślę, że tak naprawdę, to nic się nie stało. Tak powinno się było stać! A to dlatego, że taka jest rola gospodarza: jeżeli kogoś się zaprasza, to robi się wszystko, żeby gość czuł się u zapraszających jak najlepiej. A co gwarantuje mu w tym konkretnym przypadku takie właśnie samopoczucie? Oczywiście awans do dalszego etapu rozgrywek. I to inni osiągnęli! Między innymi naszym kosztem, czyli dzięki nam. Zatem test na gościnność zdaliśmy celująco! Czas jeszcze na Ukrainę i dobrej kindersztubie stanie się zadość. A wracając do naszej reprezentacji i F. Smudy.

     Po tych kilku dniach od naszego odpadnięcia z mistrzostw pojawiają się spekulacje, czy może dobrze by było, gdyby na stanowisku selekcjonera pozostał trener Smuda. Osobiście nic do człowieka nie mam, więcej – nawet go lubię! I zgodziłbym się na takie rozwiązanie, tyle że pod jednym warunkiem: trener przyzna się do błędu. Bo że go popełnił nie mam wątpliwości! A co on mówi? On idzie w zaparte i twardo obstaje przy koncepcji, że niczego nie zaniedbał i jeżeli miałby raz jeszcze podejmować decyzje, to byłyby one takie same. Mimo przegranych mistrzostw, zajęcia ostatniego miejsca w grupie, byłyby one (decyzje) takie same! Zero refleksji, zero poczucia winy i uderzenia się w piersi. I gdzie my – kibice jesteśmy w tym wszystkim, hm? Otóż to! To jest moja odpowiedź w tej sprawie: takie właśnie stanowisko, według mnie, dyskwalifikuje F. Smudę ze starań o stanowisko selekcjonera reprezentacji. Albowiem człowiek, który nie wyciąga wniosków ze swojej porażki, nie gwarantuje w przyszłości żadnego sukcesu i powinien odejść. Tak dla własnego, jak piłkarzy i kibiców dobra. Na koniec, dla polepszenia humoru, dwie sprawy. Pierwsza dotyczy tych nieszczęsnych mistrzostw i przyczyny naszego z nich odpadnięcia. Wydaje mi się, że zdiagnozowałem przyczynę: to brak Adamiakowej w podstawowym składzie! Druga, równie poważna, to moja propozycja personalna na nowego trenera reprezentacji: Pep Guardiola. Jest wolny, więc do wzięcia! To mój prywatny apel do "leśnych dziadków" z PZPN:)

     20.06.2012 r.

15:08, adelmelua
Link Dodaj komentarz »

     Romuald Szeremietiew, były minister obrony, wszem i wobec zakomunikował, że jest zdrowy i w związku z tym nie zamierza popełnić samobójstwa. Świetna, radosna wiadomość. Jakże budująca! Ze swej strony mogę jedynie powiedzieć, że jestem ogromnie rad, że pan R. Szeremietiew cieszy się dobrym zdrowiem – choć zapewne niejeden psycholog po takim jego komunikacie puszczonym w eter, miałby pewne wątpliwości. No bo co ta informacja nam mówi? Ano, ni mniej ni więcej jak to, że tylko ludzie nie cieszący się dobrym zdrowiem są potencjalnymi samobójcami! Czy tak jest w istocie? Śmiem wątpić, znam bowiem przypadki samobójczych śmierci, w których choroba nie odgrywała żadnej roli. Ale to zagadnienie na osobny temat. Ja zajmę się tutaj czym innym.

     Naturalnie, ten histeryczny ton, przypominający zresztą inne nie tak dawne wystąpienie przed kamerami pana W. Waszczykowskiego i jego apel, żeby „ich” nie zabijać, miał mieć zapewne inne przesłanie i czemu innemu miał służyć. Ale, jak to bywa, zajechało lipą. Jednak nie te dwa niepoważne wystąpienia obu panów są dla mnie istotne, ważne jest coś innego – coś, na co nikt, niestety, nie zwrócił do tej pory uwagi, a co mnie od dłuższego już czasu nurtuje. Mianowicie – choroba Alzheimera, której to nazwa pojawiła się w związku ze śmiercią generała Petelickiego.

     Zapewne wielu będzie wątpić w taką przyczynę śmierci generała. I, oczywiście, mają do tego pełne prawo. Mnie jednak ta informacja, szczególnie w kontekście tej właśnie choroby w ogóle nie dziwi. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: jestem podobnie jak gen. Petelicki zdeterminowany, gdyby dopadło mnie podobne schorzenie, czy też inna niepełnosprawność, która w konsekwencji odebrałaby mi godność. Bo nie sama śmierć sama w sobie jest straszna, dużo gorsze jest powolne umieranie, codzienne konanie z traconą ustawicznie godnością, traconym człowieczeństwem. Na takie odejście mojej zgody nie ma i nigdy nie będzie! Żadne bowiem cierpienie nie uszlachetnia. No, może w literaturze. W życiu jest ono okrutne i ciężkie do zaakceptowania, bo czyniące nas bezbronnymi, a naszych bliskich bezsilnymi. Dlatego, jeżeli taka przyczyna legła u podłoża decyzji generała, rozumiem ją doskonale – tym bardziej że wiem, jak takie powolne umieranie wygląda: trzy tygodnie temu umarła na to schorzenie moja mama.

     Teraz jednak powiem wam, jakie są moje spostrzeżenia związane z tą chorobą.

     Otóż, w latach panującego u nas pseudo-komunizmu, bardzo popularne były naczynia wykonane z glinu, czyli aluminium: garnki, patelnie, sztućce, dzisiaj używa się go nagminnie jako folii używanej do pakowania kanapek, do produkcji puszek do różnego rodzaju napojów, jest w kartonach na soki czy napojach mlecznych, albo też w antyperspirantach itd., itd. Niestety, tak się składa, że w 100% badanych przypadków choroby Alzheimera, stwierdzono w mózgu ludzi dotkniętych tą przypadłością, złogi aluminium, a także, i tu ciekawostka, pasożyty, którymi są przywry jelitowe! Nie wiadomo, co było wcześniej, niemniej obie te rzeczy w tym schorzeniu występują. Nie będę się tutaj rozpisywał, dlaczego i co jest tego przyczyną, że one się tam znajdują – odsyłam do książki dr H. R. Clark „Kuracja życia metodą dr Clark”, powiem jedynie, że zachorowań na tę przypadłość będzie przybywać. Już przybywa, jak niejeden z was zdążył zauważyć! Osobiście jestem pewien, że to konsekwencja powszechnego występowania właśnie aluminium w naszym życiu.

     Dlatego też, jeżeli prawdą jest to, co mówią ludzie związani w jakiś sposób z generałem, patrzę na tę śmierć, jako na coś nieuniknionego i nieodwracalnego. Nie wyobrażam sobie, żebym i ja mógł w takiej sytuacji inaczej postąpić.

     19.06.2012 r.

15:03, adelmelua
Link Komentarze (1) »
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl