RSS
środa, 27 czerwca 2012

Rozwiązano sprawę zwłok dziecka znalezionych ponad rok temu w wodzie. To Szymon, syn pewnej pary z Będzina, żyjącej w wolnym związku. I choćbym chciał coś tutaj na ten temat napisać, nie zrobię tego. Z jednego prostego powodu: nie lubię pisać o bestii tkwiącej w człowieku.

I to jest całym moim komentarzem w tej sprawie.

27.06.2012 r

12:16, adelmelua
Link Dodaj komentarz »

Niestety, choćbyśmy nie wiem jak bardzo się starali, czasu w żaden sposób nie uda nam się zatrzymać. Nawet na najkrótszą chwilę. Naturalnie, to truizm. Wiem. Wszyscy wiedzą. Ale ta oczywista prawda dotarła do mnie najgłębiej i najboleśniej nie wówczas, gdy począłem zauważać pierwsze oznaki bezwzględnego wpływu jego działania na mnie, lecz bardziej dotkliwie wtedy, gdy ze smutkiem skonstatowałem, jak wielu ludzi, którzy wydawali mi się wieczni i niezniszczalni, odchodzą jeden po drugim na drugą stronę – tę, za którą żaden z żyjących nie ma wstępu. I oprócz tego, że to cholernie przygnębiające odczucie, to również, niestety, bolesne uświadomienie sobie, że niezmienność istnienia jest niezmiernie brutalna w swojej dosłowności. Czy wierzyłem w to, że jest inaczej? Oczywiście że nie! I tak naprawdę nie w tym rzecz. Istotne jest tutaj co innego – nasze złudzenia. Złudzenia, które, gdy jesteśmy młodzi i nie zastanawiamy się za często nad tym zagadnieniem, rodzą nadzieję, że jest jednak inaczej, a Czas jest dla nas łaskawszy. No bo czymże tak na dobrą sprawę jest życie, jak nie balonikami złudzeń, które, niestety, ale dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, a wreszcie rok po roku pękają z mniejszym czy też większym hukiem pod naporem rzeczywistych zdarzeń. Dlatego też pojawić się musi tutaj pytanie: Czy w takim razie powinno być  inaczej, czy powinniśmy przestać się łudzić? I odpowiedź oczywiście może być tylko jedna: otóż nie, nie powinniśmy! Życie bowiem bez złudzeń byłoby zbyt płaskie, nazbyt przyziemne, szare i jednowymiarowe, bez wzlotów tak nam niezbędnych do sięgania po niemożliwe. Byłoby monotonne i bezbarwne, a my tym samym bylibyśmy pozbawieni wręcz niejako skrzydeł, których dostajemy, gdy dotyka nas szczęście. I nieważne, że są to tylko krótkie i ulotne chwile – istotne, że są i że mogą być naszym udziałem. Choćby i wbrew bezwzględnemu właśnie upływowi Czasu.

Żeby nie było tak poważnie, dla odmiany od wczorajszego zapisu, przytoczę może kilka swoich fraszek:

Mężczyzna jest stworzeniem, Kobieta – jego pragnieniem.

Gdy Helena była Troją, fortel „z koniem” był mą zbroją.

Mój słupek rtęci już ją nie nęci.

Najdokładniej przez nią sprawdzony, był mój skromny „most zwodzony”.

Powolutku, lecz bez chęci, podążamy „ku pamięci”.

Od ablucji – do polucji. Od Polucji – do Łucji!

Moja Kicia – ma tendencję do tycia.

Toruń? – To Kopernik. No i jeszcze piernik!

Mam nadzieję, że kogoś to rozbawiło. Choćby i na krótko.

Dobre nazwisko – załatwia wszystko.

27.06.2012 r

12:13, adelmelua
Link Dodaj komentarz »

Czytam kolejny artykuł o losach ludzi w czasach wojny. I znów Drohobycz. Ten Brunona Schulza. Tyle że teraz rodziny Schenkelbachów. I znów, w trakcie jego lektury, budzi się we mnie gniew i protest – gniew i protest przeciwko wojnie! Głupiej, niegodziwej, bezsensownej, zabierającej bliskich sobie ludzi. Na zawsze. Można by zapytać: „Dlaczego to mnie tak bardzo oburza, porusza, tyle lat po tym holokauście ludzkości, holokauście człowieczeństwa?” Przecież nie było mnie tam. W żaden sposób nie zostałem przez nią dotknięty. Ale czy rzeczywiście w żaden? Czy mimo, że urodzony wiele lat po wojnie, pozostałem poza jej skutkami?

Otóż uważam, ba – z dużym prawdopodobieństwem śmiem nawet twierdzić, że dotknięty nią zostałem! Nie w bezpośredni, fizyczny sposób naturalnie, niemniej w sposób pośredni na pewno. Bo gdyby nie wojna właśnie, mnie, jak i wielu innych istnień ludzkich, najzwyczajniej w świecie nie byłoby na ziemi. Oczywiście, byłyby inne, ale ja–powojenny z całą pewnością bym się w żaden sposób nie zmaterializował. Nie urzeczywistnił. Z powodu innych okoliczności i aktorów biorących udział w tej sztuce, jaką jest życie. A biorąc powyższe pod uwagę jestem zmuszony niewątpliwie skonstatować jedno: jeżeli chodzi o mnie mianowicie, to jednak… wolałbym nie istnieć, a ściślej nie zaistnieć, byleby tego tragizmu, w postaci wojny, ludzkości oszczędzić. I nie chodzi tutaj o jakieś moje poświęcenie czy też wyjątkowość mojego istnienia jako ofiary w zamian za lepszy los ludzkości. Chodzi o to, że nie istniejąc, tak naprawdę nie miałbym nic do stracenia. W ten sposób może, paradoksalnie, istniałbym wiecznie, natomiast inni przychodziliby na świat, zmagali się ze swoim życiem, jego przeciwnościami, a potem umierali bardziej czy też mniej z niego zadowoleni. Niestety, stało się inaczej i to ja muszę się z nim dzisiaj zmagać i mieć do niego pretensje o wiele rzeczy i w końcu umrzeć rozczarowany. Jakkolwiek jednak jest na końcu, dzisiaj, czytając o rodzinie Schenkelbachów, czuję gniew, bunt i protest! Właśnie przeciwko wojnie. To moja niezgoda na potworność, jaką sobie fundujemy, każdej wojny. Nie wiadomo tylko dlaczego, po co i dla kogo.

Na koniec, dla pokrzepienia, kilka moich myśli – nie całkiem zresztą złotych. Od tych są inni – chociażby S. J. Lec czy Oscar Wilde, obaj genialni! Niemniej kilka swoich przytoczę:

Tylko ludożerca nie gardzi człowiekiem.

Każdy w swoim krótkim życiu przeżywa własną małą wojnę.

Wchodząc do wody z prądem, nie znaczy wcale, że nie weszło się pod prąd.

Dobro ma swoje granice, zło – nie ma żadnych.

Ludzie – prawdziwi są tylko przed lustrem.

Nie religia jest ważna, istotna jest wiara.

Gdybyśmy umieli korzystać z własnych rad, nie musielibyśmy korzystać z cudzych.

Mędrzec, to tylko ktoś mniej głupszy od innych.

Wystarczy. Mam nadzieję, że nie zanudziłem zbyt wielu.

26.06.2012 r

12:12, adelmelua
Link Dodaj komentarz »

Od jakiegoś czasu jedna myśl nie daje mi spokoju: zastanawiam się mianowicie, co myśleć o narodzie, który, co prawda dawno, bo przeszło pół wieku temu, dał się zwieść, czy raczej uwieść i ogłupić człowiekowi z szaleństwem w oczach? Oczywiście, tak jak napisałem, to było dawno – prawie osiemdziesiąt lat temu – zupełnie inne czasy i okoliczności niż dzisiaj. Ale czy to w jakikolwiek sposób tłumaczy ów naród i jego ślepe zapatrzenie? Czy na pewno w innych okolicznościach i innym czasie ten naród zachowałby się inaczej? Może jest tak, że pewne narodowe cechy są na tyle silne w ludziach, bo wrośnięte w nich od wieków z dziada pradziada, że jedno czy dwa pokolenia nie są w stanie tego zmienić, zneutralizować, w konsekwencji na tyle ich odmienić, żeby cechy indywidualne brały górę nad narodowym charakterem. Ciekawe więc w tym kontekście jest to, jak dzisiaj zachowałyby się Niemcy, gdyby nagle objawił im się kolejny „mesjasz” na kształt Adolfa Hitlera? Czy poszliby za nim potulnie jak przed laty, skandując swoje uwielbienie dla jego osoby? Czy daliby się zwieść kolejnemu rzeźnikowi pozbawionemu uczuć wyższych? I wcale nie są to tylko błahe i nieaktualne pytania. Wystarczy tylko wspomnieć to, co całkiem niedawno działo się w sercu Europy – na Bałkanach, za przyczyną Slobodana Miloszewicza, Karadżicza czy Ratko Mladicza. Wystarczy w tym właśnie kontekście pomyśleć do czego zdolny jest człowiek, mimo swoich tragicznych doświadczeń związanych z wojnami i utratą najbliższych. A jak jeszcze odniesiemy to nasze myślenie do kondycji człowieka, do działalności al Kaidy czy tego, co się stało w Norwegii za sprawą A. Breivika, to myślę, że wówczas powyższe pytania nie zabrzmią ani głupio, ani bezpodstawnie i na wyrost.

Jakkolwiek jednak będzie, jakakolwiek rysuje się przed nami przyszłość, jedno wydaje się niepodważalnie pewne: tylko rozwój demokracji, niszczenie wszelkich granic, a także włączanie pojedynczego człowieka jako świadomego obywatela w odpowiedzialność za losy nie tylko najbliższej rodziny, ale i również swojego miejsca zamieszkania, ojczyzny czy wreszcie świata, są w stanie uchronić nas przed hekatombą, którą jesteśmy w stanie sami, niestety, uruchomić. Tylko rozwój świadomości i praca u podstaw, praca od najmłodszych lat mogą nas uchronić przed samozniszczeniem. W innym przypadku takich Breivików w różnych częściach świata przybędzie na tyle, że w ogóle dalsze istnienie człowieka stanie pod jednym wielkim znakiem zapytania. Bo świat bez granic to piękna idea, ale świat bez granic z szaleńcami – to zniszczenie tej idei. Każdej zresztą idei. Choćby i najpiękniejszej.

26.06.2012 r

12:10, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 czerwca 2012

Czy sądy są sprawiedliwe w swoich orzeczeniach? Mam nadzieję, że w przytłaczającej większości tak. Ale również jakaś część ich wyroków pozostaje, niestety, w sferze mającej niewiele wspólnego ze sprawiedliwością. Zasadnym w takiej sytuacji jest pytanie: Dlaczego tak się dzieje? Czy sądy orzekające wadliwie nie są niezawisłe? Naturalnie, są niezależne! Przyczyna słabości sądów tkwi bowiem w czymś innym, mianowicie – w słabości naszej ludzkiej natury! Chodzi o to, że sędziowie, reprezentując swoją patronkę Temidę, nierzadko zachowują się tak, jakby jej niepełnosprawność i ich opanowała i stają się ślepi! Pół biedy, gdy stają się ślepi w sposób permanentny, bo wówczas ich niekompetencja rozdzielona jest na wszystkie prowadzone przez nich sprawy – tym samym można by powiedzieć przekornie, że wyroki w tych sprawach są poniekąd sprawiedliwe! Gorzej, gdy ich ślepota jest wybiórcza. Bo wtedy cierpią ci, którzy im w jakiś sposób nie pasują, podpadli im – a to już nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością. Najdobitniej widać to po wyrokach, jakie zapadają w tych samych sprawach, ale które prowadzone są w dwóch różnych sądach. Jak pokrętne, a zarazem pokraczne wówczas są uzasadnienia tychże wyroków, myślę, że przekonywać nikogo nie muszę. A dzieje się tak dlatego właśnie, że sędziowie, będąc niezawiśli w swoich decyzjach, niestety, tak jak nadmieniłem wyżej, są tylko ludźmi i tacy niezawiśli już nie są jako obywatele: mają bowiem swoje polityczne sympatie czy antypatie, podlegają pewnym mentalnym wpływom, i to nierzadko ma swoje przełożenie na ferowane przez nich wyroki. Takie właśnie skojarzenie, niestety, negatywne, pojawiło się u mnie w związku ze sprawą służby specjalnych i ich byłego szefa M. Kamińskiego. I nie chodzi o to, który z tych wyroków (bo zapadły już dwa, a kolejne odwołanie jeszcze przed nami) jest zasadny, rzecz w tej właśnie ambiwalencji wyroku! Ambiwalencji, która nie jest oczywiście niczym groźnym w innych aspektach naszego życia, jednak w kontekście sprawiedliwości jak najbardziej razi. Musi razić, bo jak najgorzej wróży nam – zwykłym obywatelom!

25.06.2012 r.

16:44, adelmelua
Link Dodaj komentarz »

Włosi wygrali z Anglią. Co prawda dopiero w rzutach karnych, ale zasłużenie. Na szczęście. Piszę – „na szczęście”, bo przy rzutach karnych, jak wiadomo, bywa różnie. To loteria. Mogli równie dobrze wygrać gorsi. Czyli Anglicy, którzy w tym meczu przypominali mi, wypisz – wymaluj, Greków w meczu z Niemcami. Co najmniej różnica klasy. A to, co robił Pirlo, to Himalaje kierowania drużyną! Jak nietrudno się domyślić, oglądając ten mecz kibicowałem Włochom, którzy kreowali to widowisko. Ale obserwując ich grę, myślami byłem również przy naszej reprezentacji i przy meczu, który przed mistrzostwami przegraliśmy gładko dwa do zera, a który już wówczas powinien być dzwonkiem alarmowym dla naszej drużyny i jej trenera. Bo zagrali z nami wówczas jak profesorowie. Niestety, nie wyciągnęliśmy z tamtego spotkania żadnych wniosków. A właśnie na tym meczu, jako ewidentnym przykładzie jak nie wolno nam grać w piłkę, powinniśmy się uczyć. Gdybyśmy odrobili należycie lekcję, jestem pewien, panie trenerze, że dzisiaj bylibyśmy piłkarsko w innym miejscu, a pan nadal pracowałby z kadrą. Dlatego za błędy trzeba płacić. Kończąc, mam nadzieję, że w finale mistrzostw spotkają się właśnie Włosi z Portugalczykami. Byłoby piękne widowisko. Bez kunktatorstwa i murowania własnej bramki. Życzę obu ekipom takiego właśnie finału.

25.06.2012 r.

16:42, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 czerwca 2012

     Można utożsamiać się z mniejszymi, lubić i kibicować słabszym piłkarsko drużynom, ale nie można przymykać oczu na słaby football, jeżeli darzy się szacunkiem piłkę nożną! Bo mecz powinien być emocjonujący, powinien być spektaklem, stworzonym przez dwudziestu dwóch zawodników na użytek nas, czyli kibiców. I mimo że nie należę do jakichś zagorzałych sympatyków drużyny niemieckiej, to we wczorajszym meczu z Grekami kibicowałem właśnie Niemcom. Bo ich gra, to obietnica uczty piłkarskiej, granie do końca i nie schodzenie poniżej pewnego solidnego poziomu. To gwarancja braku nudy! Ale kibicowanie w tym konkretnym przypadku właśnie im, nie oznacza wcale mojej dozgonnej dla nich sympatii. Tym bardziej, że dostrzegam dla tej drużyny zagrożenia. Największym jest Bastian Schweinstenger. Wczorajszy mecz w jego wykonaniu był po prostu koszmarem! I jeżeli w następnym meczu zaprezentuje się podobnie, a trener Joachim Low nie ściągnie go na czas, wówczas pojawi się realna szansa na pokonanie drużyny niemieckiej. A jeżeli miałoby się tak stać z korzyścią dla widowiska, jestem jak najbardziej za.

     23.06.2012 r.

12:50, adelmelua
Link Dodaj komentarz »

     Tak się zastanawiam, co jest niezbędne, aby ta „genialna” istota, jaką jest człowiek, ujrzała w drugiej genialnej istocie kogoś bliskiego – bez względu na dzielące ich różnice: religijne, mentalne, kolor skóry, przekonania polityczne? I im dłużej żyję, tym bardziej przekonuję się do myśli, że tym czymś jest – strach! Strach przed czymś nieznanym, wielkim, nie do ogarnięcia rozumem. Oczywiście, to może być strach przed trzęsieniem ziemi, wybuchem wulkanu, potopem, epidemią, uderzeniem w ziemię asteroidy itd., itp. Ale prawdziwy, paraliżujący strach, mający odnieść pożądany skutek, musi mieć inne podłoże – mocniejsze! Dlatego uważam, że jeżeli miałoby już wydarzyć się coś, co ludzi do siebie zbliży na tyle, żeby powyżej wymienione przeze mnie różnice przestały być istotne, to niech to będzie strach przed pewnego rodzaju niespodzianką pochodzącą z kosmosu. I jakkolwiek brzmi to może fantastycznie, to chciałbym, aby takie właśnie zagrożenie kiedyś się spełniło: jako bat na człowieka w jednym konkretnym celu – uświadomienia mu, co jest istotne w życiu. A istotnym nie jest podział na: Rusek – Polak, Arab – Żyd, Biały – Czarny, islamista – katolik, bo te wszystkie podziały tak naprawdę są głupie i bezsensowne, ważne jest samo życie, cieszenie się nim!

     Zapewne niektórzy pomyślą: Cóż, zaczęło się lato, nic dziwnego – dogrzało mu, czyli mnie. Być może. Chociaż z powodu upału nie dostrzegam u siebie jakichś wyraźnych zmian chorobowych, tj. odejścia od normy. Ale żeby dokładniej wyjaśnić, co mam na myśli w związku z tym „zagrożeniem” z kosmosu, powiem tylko tyle: mam wewnętrzne głębokie przekonanie, że nie jesteśmy we wszechświecie wyjątkowi, a tym samym sami. A świadczą o tym choćby takie ślady jak: wiedza Dogonów, ludzi, którzy nie wykształcając swojego pisma, przekazują sobie wiedzę z pokolenia na pokolenie w sposób ustny. A wiedza to, to również, co ciekawe, wiedza o tzw. psiej planecie, czyli Syriuszu, z której jakoby oni pochodzą! I wiedza ta znana im była jeszcze przed odkryciem Syriusza i jego pierścieni. Dwa: budowle kamienne pozostawione przez minione cywilizacje, z których szczególną uwagę zwraca piramida faraona Chufu (Chefrena), której rozmiary, to ukryta wiedza astronomiczna: o odległości ziemi od słońca, czy liczbie Pi. Trzy: w wielu religijnych księgach, jak choćby Biblia czy Mahabharata, znajdują się informacje o pobycie na ziemi „kogoś” z kosmosu. Dalej wymieniać nie będę, bo trzeba by wymieniać w nieskończoność - i Arnolda Mostowicza "My z kosmosu", i Erich von Danikena, itd., titd. Ten, kto będzie zainteresowany tematem, na pewno znajdzie odpowiednie źródła. Problem tylko w tym, czy będzie chciał.

     23.06.2012 r.

12:42, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 czerwca 2012

     Kilka dni temu napisałem o swoim kosmopolityzmie. Nie wiem, jak ten tekst został przyjęty, niemniej czuję się w pewien sposób w obowiązku co nieco wyjaśnić, żeby być właściwie zrozumianym.

     Chodzi o to, że mój kosmopolityzm w żaden sposób nie gryzie się z moim patriotyzmem. Rzecz w tym, czym dzisiaj jest patriotyzm. Odpowiedź bowiem na tak postawione pytanie determinuje całą resztę dyskusji na ten temat.

     Otóż uważam, iż dzisiaj patriotyzm to nie wymachiwanie szabelką na prawo i lewo, groźne pohukiwanie, jaki to jestem mocny i niezależny; to nie napinanie się i ogłaszanie całej Europie, jaki to jestem wyjątkowy jako Polak i z tego tytułu roszczę sobie prawo do bycia mesjaszem innych narodów. Mój patriotyzm, można by powiedzieć, jest bardziej przyziemny. Bo to od wielu lat codzienna segregacja śmieci i wywożenie ich na miejsce swojego przeznaczenia; to zakręcanie niepotrzebnie lejącej się gdziekolwiek wody, czy gaszenie zbytecznie świecącego się światła; to niezaśmiecanie środowiska i walka z codziennym marnotrawstwem; to uczestniczenie w akcjach zbierania np. zakrętek plastikowych na wózek inwalidzki, a jednocześnie też bycie uprzejmym na co dzień w stosunku do sąsiada. To wiele jeszcze innych pomniejszych rzeczy, których wymienianie tutaj jest zbyteczne. Ważne, że tak właśnie widzę dzisiaj patriotyzm – jako odpowiedzialność za kraj na najniższych jego szczeblach naszego codziennego funkcjonowania! Dlatego mierżą mnie i drażnią te wszystkie bogoojczyźniane hasła, które nie mają w tym momencie żadnego przełożenia na naszą codzienność. Stąd wynika moja zazdrość wobec Czechów z ich zdrowego dystansu do siebie i w ogóle nietraktowania wszystkiego na serio. Jak ja im tego zazdroszczę:)

     22.06.2012 r.

14:16, adelmelua
Link Komentarze (2) »

     Dwa osobne zespoły psychiatrów miały orzec, czy A. Breivik jest człowiekiem pełnosprawnym umysłowo i jako taki powinien odpowiadać przed sądem za swój czyn, czy też jest przypadkiem chorobowym i z tego tytułu winno się go poddać leczeniu i dalszej obserwacji. Niestety, stało się tak, że oba zespoły znalazły się sytuacji niejako patowej: jedni bowiem uznali że jest chory (jeden z typów schizofrenii), drugi, że wszystko z nim w porządku. I, według mnie, oba mają rację. To znaczy jest jak najbardziej zdrowy – co zresztą sam Breivik uparcie podkreśla przez cały czas trwania procesu – tym samym powinien zostać osądzony i skazany. Chorym pozostaje dla nas w zasadzie jedynie w zakresie pojęciowym, ponieważ w naszym postrzeganiu rzeczywistości takie zachowanie jest najzwyczajniej w świecie nie do przyjęcia. Znaczy to ni mniej ni więcej tylko tyle, że kieruje się on innymi systemem wartości, uważając siebie za męża opatrznościowego, występującego w obronie czystości rasy, czystości swojego narodu. Oczywiście znamy takie przypadki z nie tak znowu odległej historii, możemy mieć do tego typu zachowań różny stosunek, niemniej nie jestem pewien, czy taka postawa życiowa jakoś bardzo różni się od tego, co utożsamiali ze sobą ci, którzy zaatakowali Stany Zjednoczone 11 września 2001 roku. Więcej – myślę, że zarówno w jednym jak i drugim przypadku mamy do czynienia z podobnym stosunkiem do otaczającego świata. Co prawda źródła takiej postawy są różne, ale cel ten sam: unieszkodliwić przeciwnika, który nie akceptuje naszego systemu wartości, a który przez to jest zagrożeniem dla istnienia tejże wizji. Konkluzja jest jedna i zasadnicza – przynajmniej dla mnie: A. Breivik powinien być skazany na dożywocie. I mimo iż w Norwegii trwa ono tylko 21 lat, to jednak już nigdy nie powinien być wypuszczony na wolność. Tego typu szaleństwo musi być izolowane!

     22.06.2012 r.

14:12, adelmelua
Link Komentarze (2) »
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl