RSS
niedziela, 29 października 2017

Poseł Kłamczyński raz po raz jeździ do pana Andrzeja Dudy, czyli człowieka p.o. prezydenta, w sprawie poprawek do ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa, próbując nakłonić go do ustępstw w tym zakresie. Zdaje sobie bowiem doskonale sprawę, że bez podporządkowania sobie Sądu Najwyższego jego zamiary złapania wszystkiego za mordę zwyczajnie się nie powiodą. A jako że to Prawo i Sprawiedliwość potrzebuje go  bardziej niż on ich, stąd te niekończące się pielgrzymki do Pałacu Prezydenckiego i kolejne upokarzanie się przed osobnikiem, który – jak zapewne myśli pan Prezes – znalazł się tam tylko i wyłącznie dzięki niemu, więc tym samym ów człowiek jest mu winien dozgonne posłuszeństwo!

Pomijając kwestię posłuszeństwa, czy też źle pojętej solidarności z grupą polityczną która go wypromowała, jest jeszcze jedna podstawowa rzecz w odniesieniu do osoby pełniącej obowiązki prezydenta tego kraju, mianowicie – lojalność wobec wszystkich Polek i Polaków. Bo to przecież przede wszystkim nam przysięgał pan Andrzej Duda służyć i dbać o nasze dobro! Poza tym, gdy powiedziało się „a”, nie można nagle dezerterować przed żądaniami posła Kłamczyńskiego i jego ugrupowania i nie powiedzieć kolejnej litery alfabetu. Tym bardziej że p. A. Duda również nie jest w ciemię bity i wie, że w tym momencie walczy tak naprawdę o coś więcej niż tylko SN i KRS, walczy również o swoją pozycję w przyszłości! W końcu wszyscy wiemy doskonale, że nikt żyć wiecznie nie będzie, pan Prezes również, więc, że się tak wyrażę, narowistość A. Dudy w odniesieniu do pana prezesa jest zarówno zrozumiała, jak i w pełni wytłumaczalna: on musi zawczasu zadbać o wzmocnienie swojej pozycji, w innym przypadku po usunięciu się ze sceny politycznej pana Prezesa rola osobnika p.o. prezydenta zostanie totalnie zmarginalizowana. I to nie tylko przez Z. Ziobrę czy A. Macierewicza, ale w ogóle przez cały rząd! Stąd, myślę, osoba p. Zofii Romaszewskiej i próba ukrycia się za jej autorytetem w owym zawetowaniu ustawy o SN i KRS-ie.

Oczywiście poseł Kłamczyński próbuje na różne sposoby urabiać A. Dudę, mówiąc m.in., że zmiany w sądownictwie zostaną tak czy inaczej przeprowadzone, ponieważ Prawo i Sprawiedliwość obiecało to Polakom w programie wyborczym, podobnie zresztą, jak i człowiek pełniący dzisiaj urząd prezydenta. I oczywiście pełna zgoda, zmiany są oczekiwane i niezbędne! Tyle tylko, że jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. Bo o ile zdecydowana większość Polaków oczekuje zmian w tym zakresie, to już nie wszyscy zgadzają się co do kierunku owych zmian. One bowiem, tak naprawdę, nie mają za wiele wspólnego z demokracją, równością wobec prawa i niezależnością zarówno sędziów, jak i prokuratorów. Od dłuższego czasu widać niezmiernie jaskrawo, że poprzez niedemokratyczne działania rządzących dąży się do przejęcia władzy na wszystkich odcinkach tam, gdzie zapadają kluczowe decyzje – kogo skazać, kogo wypuścić na wolność, a przeciwko komu w ogóle nie wszczynać postępowania karnego. A że to KRS wyznacza sędziów do Sądu Najwyższego, który, tak na marginesie, decyduje o ważności wyborów parlamentarnych, więc wystarczy przyjęcie jednej z tych ustaw, żeby stało się to, co sobie założył w swoich chorych planach ów geniusz Tatr!

Zatem walka, jaka się w tym momencie odbywa pomiędzy PiS-em a panem A. Dudą, musi trwać. Toczy się ona bowiem o być albo nie być państwa demokratycznego, o naszą przyszłość w państwie przestrzegającym zasad państwa prawa i osobistej wolności! Mimo, że wiele z tych wartości zostało już jakiś czas temu ograniczonych i to przy wydatnym zresztą współudziale osobnika p.o. prezydenta.

29.10.2017 r.

08:37, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 października 2017

Niniejsza książka, to prozatorski debiut M. Hłaski, jeszcze wcześniejszy niż sławna Baza Sokołowska, czy Sonata Marymoncka; debiut 18-letniego chłopaka, na tyle jednak dojrzały, że, przyznam z pewną nutką zazdrości, sam chciałbym mieć taki i to choćby w wieku lat trzydziestu! Oczywiście jest to bardzo różne od tego, co wyszło potem spod jego ręki, niemniej już tutaj widać lekkość pisania, niezmiernie żywą, sugestywnie budującą nastrój narrację, bystrość obserwacji otaczającej go rzeczywistości, empatię i wyczulenie na niesprawiedliwość społeczną.

Głównym  bohaterem ww. książki jest 16-letni Ryszard Lewandowski, chłopak z biednego warszawskiego Marymontu, który nie mając właściwie żadnych wzorców do naśladowania w najbliższym otoczeniu – bo ani dom, ani szkoła, ani tym bardziej dzielnica tego nie zapewniła, rozpaczliwie wręcz szuka jakiegoś punktu zaczepienia dla swojej egzystencji, czegoś, co nadałoby jej sens i dało nadzieję na odmianę własnego losu. Dalsze bowiem życie w takich warunkach w jakich trwał, bez jakichkolwiek perspektyw odmiany na lepsze, uważał za pozbawione sensu. On tak żyć nie chciał!

I to pragnienie, bardziej lub mniej świadomie, doprowadziło go w końcu do idei komunizmu, czyli ustroju jakoby sprawiedliwości społecznej, gdzie wszyscy mają pracę i gdzie nikt nie umiera z powodu chronicznego niedożywienia i braku środków na leczenie, jak to się właśnie stało w przypadku jego kolegi z klasy. On, Rysiek Lewandowski, chciałby żyć inaczej, lepiej, godniej i dlatego dla tej idei, jeżeli już ją znalazł, czy też raczej to ona do niego trafiła, jest w stanie zrobić wszystko, nawet kosztem własnego młodego życia. Bo dla tej idei, dla poprawy egzystencji innych, warto nawet zginąć!

Nie jest to jednak powieść socrealistyczna, mająca za zadanie poparcie idei komunizmu. Nic bardziej mylnego! Rysiek łapie się tej idei, bo tak naprawdę nie ma niczego innego pod ręką, co dawałoby mu choć złudzenie odmiany na lepsze. Nic się nie pojawia, nikt nie podaje ręki w potrzebie, oprócz człowieka, który właśnie tę ideę przynosi w postaci Janka Rączyna, sąsiada z ulicy, którego na końcu książki próbuje zaaresztować dzielnicowy. Tyle że Rączyn jednak ucieka. Jakby idea, którą on utożsamia nie mogła zostać po prostu zaaresztowana i skazana, a tym samym zdelegalizowana i zakazana. Ona musiała zostać uratowana, musiała przetrwać, by w odpowiednim czasie nadejść i świecić triumf!

Nie wiem, czy tej książki wstydził się Marek Hłasko, nigdzie bowiem o niej wspomniał. A nie myślę też, żeby o niej zapomniał. Wiem jednak jedno: nie miał najmniejszych powodów do wstydu. Sam chciałbym w jego wieku mieć tak sprawne pióro i tak dojrzale pisać. Powtórzę: gdy powieść powstała, miał raptem osiemnaście lat! To w zasadzie wiek, w którym robi się dopiero pierwszy krok w chmurach, czyli w dorosłość. On tą książką udowadnia, że tak naprawdę tę dorosłość już dawno osiągnął!

Tak właśnie wygląda literacki talent!

26.10.2017 r.

13:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 października 2017

Przez dekadę mieszkałem z kobietą, którą kochałem i która – to pewne! – mnie kochała. Bez wątpienia nasz związek do pewnego momentu był udany, a ja czułem się szczęśliwym człowiekiem; do momentu, oczywiście, w którym moja partnerka pomyślała, że trzeba zabić tę miłość.

Czy mogłem temu przeciwdziałać? Gdyby było można coś zrobić, pewnie bym to uczynił. Rzecz w tym, że o zdradach zainteresowany dowiaduje się zwykle jako ostatni, wtedy właśnie, gdy jest już za późno na jakąkolwiek sensowną reakcję. Pozostaje jedynie żal, rozgoryczenie, frustracja i tym podobne destrukcyjne emocje. Ale widocznie jest tak, że pewne sprawy muszą się zwyczajnie wydarzyć, żeby mogły mieć miejsce inne, stojące niejako w kolejce naszego życia.

Więc stało się tak, że zdradziła mnie, co zresztą opisałem w książce I pozamiatane. Można powiedzieć, że tytuł wypadł wręcz idealnie, ponieważ gdy przeczytała ją jej główna bohaterka rzeczywiście po naszej znajomości zostało pozamiatane! Ściślej – przestała się do mnie odzywać i szlag trafił wszystkie wspólnie przeżyte lata. Również te świetne. Jakby się w ogóle nie wydarzyły. Zostały przez nią wytarte gumką-myszką z kroniki wspólnych wydarzeń. Słowem – czarna dziura!

Kilka dni temu, gdy wracałem dworcowym tunelem do domu, prowadząc rower, z naprzeciwka nadchodziły trzy może cztery osoby, każda z nich z osobna. Im bliżej byłem wyjścia, tym wyraźniej rozróżniałem ich sylwetki. Traf chciał, że jedną z nich okazała się ona. Trochę zatem zwolniłem i gdy byłem na tyle blisko, żeby być słyszalnym, zapytałem, nie zatrzymując się:

– I co, nie odezwiesz się?

– Nie – beznamiętnie odparła i poszła dalej.

Wyszło na to, że nie tylko niczego nie zrozumiała z mojej książki, ale też nie poddała refleksji przyczyn naszego rozstania. Mimo że od tamtego czasu upłynęło sporo czasu, to zachowała się niczym urażona dziewczynka, która zabrała swoje zabawki z piaskownicy i wyszła z niej obrażona na cały świat. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko wykasować jej numer ze swojego telefonu, co zrobiłem jeszcze po drodze, a następnego dnia ustawiłem jej adres w swojej skrzynce mejlowej jako spam.

Oczywiście każdy ma prawo tak postępować, jak mu się żywnie podoba. Jednak w stosunkach damsko-męskich, gdy dwoje ludzi wiele łączyło i to na dodatek przez długi czas, gdy znają się, że tak powiem, do szpiku kości, przyjęcie postawy wykluczającej wspólną historię, jakby w ogóle jej nie było, jest według mnie nie tylko przejawem niedojrzałości życiowej, gorzej – jest zwykłą głupotą.

Nie wiem, jak wyglądałaby ostatnia część mojego tryptyku, gdyby nie jej zdrada i w konsekwencji nasze rozstanie; być może powstałoby coś na kształt mydlanej opowieści, bo przez długi czas w naszym związku było przecież sielsko-anielsko. A może musiałbym nałgać, co byłoby niezgodne z życiową prawdą i moimi zamiarami literackimi, ale co miałoby naturalny ciąg dalszy. Tyle, że we wszystkich moich czterech mikropowieściach zawarta jest właśnie prawda o mojej egzystencji, więc dalszym przedstawieniem swoich losów w kontekście fikcji byłbym raczej mało zainteresowany.

Dlatego to, co w tym momencie powiem, może zabrzmieć dziwnie, niemniej biorąc wszystkie argumenty za trwaniem naszego związku, jak i przeciw niemu, muszę przyznać, że z perspektywy czasu dobrze się stało tak, jak się stało, co zresztą zostało przeze mnie siedem lat temu wyartykułowane w formie motta w książce I pozamiatane: Świetnie że byłaś, dobrze że jesteś, doskonale że nie ze mną. To, myślę, mówi najlepiej o moim stosunku do tego, co zostało po tej miłości.

Pytanie, jakie mi się w tym miejscu nasuwa, brzmi: Czy przy takim finale związku: zdrada – z jednej strony, z drugiej natomiast – książka jako konsekwencja owej zdrady, możliwe są normalne relacje pomiędzy obojgiem partnerów? I nieważne tutaj, kto zdradził czy też kto został zdradzony, istotne, czy one są w ogóle możliwe? Czy urażona duma – z jednej strony, a wstyd z drugiej, są barierą nie do pokonania w relacjach dawnych partnerów? Czy w ogóle w tego typu sytuacjach wyżej wymienione odczucia mają jakąkolwiek rację bytu? Czy jednak pozostaje nam na zawsze jedynie gorzki smak po rozstaniu i utracie choćby najświetniejszego w swoim czasie związku, hm?

23.10.2017 r.

09:51, adelmelua
Link Komentarze (2) »
piątek, 20 października 2017

Ja – Jarosław wielki, naturalnie duchem nie ciałem, bo tak naprawdę, to ja z tych mniejszych jestem, czy nawet pokracznych, mówię dzisiaj do was z tego miejsca, że w odróżnieniu od mojego szanownego protoplasty Jarka Mądrego, jestem bardziej taki trochę świrus, krótkowidz, to znaczy, ściślej – maniakalny krótkowzroczniak ze mnie, nierzadko z archaicznymi pomysłami na rzeczywistość, pozostający mentalnie głęboko w ubiegłym stuleciu i to na dodatek w państwie totalitarnym. Żywię się tym, co jest mi w danym momencie akurat niezbędne: czasami są to poglądy ksenofobiczne, gdy trzeba równie skrajnie religijne i populistyczne, a nawet i antyhumanitarne, krótko mówiąc – jestem taki, jakie są potrzeby chwili. Ale jaki bym nie był, czego bym nie zrobił, pragnę dzisiaj ogłosić moim rodakom i rodaczkom, że miałem i nadal mam wizję – wizję przyszłości naszej pięknej i umiłowanej ojczyzny – Piasekcji. I wierzcie mi – zrealizuję ją, jak bum-cyk-cyk! Oczywiście dla naszego wspólnego dobra. Nawet gdyby droga tam wiodąca miała się okazać niezmiernie kręta i wyboista, to przyrzekam uroczyście, że was po niej poprowadzę!

Moi oponenci poddają moje zdolności umysłowe w wątpliwość, mówią nawet, że jestem chorym okrutnikiem, który wykorzystuje ludzi i jest zamordystą. Otóż chcę tym wszystkim oszczercom powiedzieć jedno – że ich kalumnie, to nic bardziej mylnego i takim gadaniem w żaden sposób mnie nie obrażą. Nie są w stanie tego zrobić, ponieważ są zbyt mali i nic nie znaczący. Wszelkiego rodzaju insekty bowiem nie mogą mnie obrazić. Jestem ponad to!

Mówią też, że nie rozumiem życia, nie znam go, bo nigdy nie miałem żony, dzieci, a oboje rodzice już nie żyją. To nieprawda! To znaczy prawda że nie mam żony, dzieci i rodzice mi umarli, nieprawdą jest jednak, że jestem chorym z nienawiści człowiekiem. Jest wręcz przeciwnie – ci, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem, jak to się mówi, do rany przyłóż. Jestem wręcz chodzącą dobrocią – dobrocią, która wie, czego chce i czego inni pragną! Nawet jeżeli nie uświadamiają sobie swoich potrzeb, to ja wiem, czego im trzeba. Zawsze wiedziałem, bo od maleńkości byłem wrażliwy na los innych. A gadają tak tylko dlatego, bo mi po prostu zazdroszczą. I tyle.

Dlatego, mimo że przeciwników mi przybywa i nawet gdybym miałbym ich mieć nieprzebrane miliony, to się nie poddam. Nigdy! Bo wiem, że ich pokonam. I osiągnę swój cel. Wbrew wszystkiemu i wszystkim. Bo jestem silny siłą waszych głosów, moi drodzy rodacy i rodaczki!

Wiedzcie, że nie ma dzisiaj odwrotu z naszej drogi, żadne – stój czy spocznij nas nie zatrzyma. Nawet na chwilę. Idziemy do przodu, bo innej drogi dla nas nie ma. Już nie ma! Jest tylko jedna, ta przed nami, prowadząca do upragnionego celu, do ostatecznego zwycięstwa. Ci wszyscy natomiast, którzy staną nam na niej, czeka piekło. Zostaną z tej drogi zmieceni wiatrem historii. Bo historia, to ja, to wy, to my! Najlepsza historia dla tego kraju. I nie ma lepszej!

Zatem – alleluja i do przodu, bracia rodacy. I rodaczki, ma się rozumieć. Choćby i do samego piekła!

20.10.2017 r.

11:12, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 października 2017

Mijają kolejne dni protestu lekarzy rezydentów, padają zapowiedzi od przedstawicieli pokrewnych im zawodów o wsparciu i przyłączeniu się do nich, a rząd i książę udzielny K. Radziwiłł mają to w pięciu literach. Oczywiście, zarówno on, jak i cały obóz rządzący, mogą to mieć tam, gdzie słońce nie dochodzi, tyle tylko, że takie zachowanie może trwać jedynie do czasu – do czasu kolejnych, tym razem przyspieszonych wyborów. A wymusić je mogą protesty uliczne innych grup społeczno-zawodowych, które już wcześniej zostały przez rządzących zaatakowane, poniżone, wyszydzone.

Naturalnie rządzący, według sondaży, nie mają się czego obawiać – w końcu ich poparcie sięga prawie pięćdziesięciu procent! Rzecz jednak w tym, czy te dane są prawdziwe. Nie przeczę – mogą być, tym bardziej, gdy się weźmie pod uwagę inne sondaże, jak choćby ten o sporym poparciu dla osoby p.o. prezydenta, jak i osobniczki p.o. premierki. To, co może tutaj dziwić, a mnie, przyznam, dziwi, to fakt, że obie strony, mimo że trwają w widocznym konflikcie (Pałac Prezydencki kontra niektórzy ministrowie), nadal cieszą się dużym zaufaniem moich rodaków i rodaczek, co albo świadczy o przegięciu sondażowym, albo zwyczajnie mamy do czynienia z czymś na kształt totalnej narodowej schizofrenii: w końcu obie strony tego konfliktu nie mogą mieć jednocześnie racji!

Osobiście w takie czy podobne banialuki nie wierzę. Jeżeli wierzą ci, których one dotyczą, to nie widzę problemu, żeby empirycznie to sprawdzić i ogłosić wybory. I to jak najszybciej! Wtedy Prawo i Sprawiedliwość, jeżeli te dane okażą się prawdziwe i będą miały pokrycie w praktyce, zdobędzie parlament i przeprowadzi takie zmiany, o jakich nam się nawet nie śniło, a jakie tylko mroczne dusze tego ugrupowania zapragną. I zrobią to wówczas, co istotne, bez łamania prawa. Jeżeli jednak okażą się one dymane i wzięte z sufitu, wówczas...

Cóż, panie Jarek, najwyższy czas chyba sprawdzić te karcioszki, hm?

17.10.2017 r.

09:29, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 października 2017

Jak wiadomo – od wielu dni trwa protest lekarzy rezydentów, którzy domagają się, oprócz większych pieniędzy za swoją pracę i w ogóle szacunku dla tego, co robią, również, a może przede wszystkim, zwiększenia przez państwo nakładów finansowych na służbę zdrowia, czyli tak naprawdę chcą rozpoczęcia jej uzdrawiania, bo w im lepszym stanie będzie ona, tym my, pacjenci, będziemy mieli lepszą obsługę w przychodniach i szpitalach.

Dzisiaj jest tak, że rządzący, zarówno p.o. premierki B. Szydło, jak i zachowujący się niczym książę na włościach minister K. Radziwiłł, tak naprawdę gardzą protestującymi i poprzez fałszywą narrację starają się ich protest zdyskredytować w oczach opinii publicznej, a ich samych poniżyć. I nie chodzi tylko o wypowiedzi dwójki wyżej wymienionych, rzecz dotyczy również lekceważących słów R. Terleckiego w radiowej „Trójce”, czy „geniusza Tatr” posła Kłamczyńskiego, który zastanawia się głośno, czy przypadkiem ten protest nie jest sterowany z Zachodu na wyraźną prośbę opozycji politycznej w kraju. Czy jest się czemu dziwić? W zasadzie nie! Człowiek bowiem, który nie potrafi wytłumaczyć racjonalnie pewnych zjawisk pozostających poza jego rozumem – my przecież jesteśmy tacy dobrzy! – sięga po najbliższy i najprostszy argument w dyskusji, czyli spiskowe teorie, które tak naprawdę zawsze znajdą swoich odbiorców. Ludzi nieufnych, niechętnych obcym, szukających wszędzie  tylko nie w sobie winy za to, że jest źle, nigdy i nigdzie nie brakowało i nie brakuje.

To jednak, co mnie w kontekście protestu lekarzy szczególnie intryguje, to odwaga i determinacja tych młodych ludzi, których to przymiotów brakuje mi u opozycyjnych polityków – i nie tylko zresztą u nich. Ponieważ, gdy PiS zaczął od łamania demokratycznego porządku w państwie, gdy podważał naszą Konstytucję i rozwalał Trybunał Konstytucyjny, podporządkowywał sobie prokuraturę, policję  i wojsko, wtedy właśnie należało zrobić to, co robią dzisiaj ci młodzi lekarze. Należało nie tylko zablokować mównicę sejmową, jak to zrobili niektórzy opozycyjni posłowie w grudniu ubiegłego roku, przede wszystkim trzeba było rozpocząć strajk głodowy i tym zdeterminowanym argumentem wymusić na rządzących cofnięcie się z realizacji swoich szalonych planów. Jestem pewien, że dzięki takiej ich postawie bylibyśmy dzisiaj politycznie w innym miejscu, spokojniejsi o dzień jutrzejszy i los naszej, jak się okazało, niestety, kruchej demokracji.

Niech to szlag!

15.10.2017 r.

16:55, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 października 2017

Ponad miesiąc temu zmarł Janusz Głowacki, pisarz, dramaturg, scenarzysta filmowy. Ci, którzy go znali, mówili o nim, że świetny człowiek i nieodżałowany kumpel. Niestety, jego śmierć przy całej swojej stracie dla rodziny i przyjaciół, co oczywiste, to również ogromna strata dla kultury polskiej. Strata tym większa, że nie do zastąpienia. Już nikt bowiem nie smagnie tak jak on swoją ironią rządzących, nie wychwyci absurdów naszej rzeczywistości, naszych przywar, głupoty, kompleksów i nie przedstawi ich w krzywym zwierciadle swojej twórczości.

Całkiem niedawno, już po śmierci wyżej rzeczonego, doszło do rozmowy Pawła Smoleńskiego z Wiktorem Jerofiejewem, który wypowiedział, właśnie na temat naszego nieżyjącego pisarza, następujące słowa:

„Głowacki w swojej twórczości dawał człowiekowi szansę. Każdemu, w każdej sytuacji, niech to będzie ten polski bezdomny, rosyjski zapity Żyd i Portorykanka w Antygonie w Nowym Jorku. To też jest w poprzek polskiej literatury, która woli opisywać  porażkę, a nie szansę i sukces. Jesteście w tym świetni, to wasza siła, mówicie, ze tak właśnie pracuje wasza pamięć. Niech będzie, ale trzeba wiedzieć, że tak pojmowana pamięć, skupiona na krzywdzie i martyrologii, nawet prawdziwej, chętnie zamienia się w nacjonalizm, także w państwowym wydaniu, jedną z najpaskudniejszych chorób naszych czasów. Gówno polskiego nacjonalizmu przynosi o wiele gorsze skutki niż gówno nacjonalizmu rosyjskiego, którego szczerze nie znoszę. Dlatego że nacjonalizm i naprężone muskułki wypychają was z waszego naturalnego miejsca, czyli z Europy, do której przynależycie, przynajmniej większość z was".

Oczywiście nie sposób się z W. Jerofiejewem nie zgodzić. Uprawiając od dwóch lat w taki sposób  politykę międzynarodową, w jaki robi to Prawo i Sprawiedliwość, z cała pewnością sami na własną prośbę wykluczamy siebie z rodziny europejskiej i wyrzucamy poza nawias cywilizacji zachodniej. I to nie podlega dyskusji. Nie zgadzam się już jednak z tym, że nasz nacjonalizm jest gorszy od rosyjskiego. A to właśnie, paradoksalnie, z wyżej wymienionego powodu: o ile bowiem my sami sobie szkodzimy poprzez własną głupotę, krótkowzroczność i wywijanie bezsensownie szabelką w obronie jakoby zagrożonej polskości, niezależności i cholera wie czego jeszcze, nie krzywdząc zresztą przy tym nikogo na zewnątrz, o tyle rosyjski nacjonalizm jest groźny dla innych narodów, ponieważ wynika z wielkomocarstwowego myślenia, chęci podporządkowania sobie innych i chorobliwego wręcz pragnienia przewodzenia wszystkim mniejszym od siebie. W zgodzie zresztą z myślą tych, którzy w drugiej połowie XIX wieku domagali się, aby w wewnętrznej polityce Rosji obowiązywał nacjonalizm rosyjski, na zewnątrz zaś realizowana była idea panslawizmu, czyli przewodzenia wszystkim krajom słowiańskim, w kontrze do całej reszty zachodniej Europy.

Dlatego właśnie nie mogę się zgodzić z W. Jerofiejewem, co do ważkości nacjonalizmu rosyjskiego i polskiego. O ile bowiem my przypominamy otoczonego przez wrogów skorpiona, który nie widząc szans na wygraną sam siebie unicestwia, o tyle Rosjanie poprzez swój nacjonalizm pragną unicestwić innych wokół siebie, a najlepiej jeszcze dalej. Jak najdalej!

12.10.2017 r.

12:32, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 października 2017

Nagrodę literacką NIKE przyznano w tym roku książce reportażowej Cezarego Łazarkiewicza zatytułowanej Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka. Hanna Krall, ikona polskiej szkoły reportażu powiedziała o tamtym wydarzeniu sprzed ponad trzydziestu lat: Sprawa była oczywista – wszedł do komisariatu zdrowy chłopiec, a wyszedł śmiertelnie pobity. Wiadomo, gdzie go pobili, kto bił. I tylko sąd zdawał się tego nie wiedzieć. Byłam reporterką od trzydziestu lat, naiwna nie byłam, a jednak dziwiłam się. Można aż tak kłamać? Było w tym coś bezwstydnego.

Przyznam, że dla mnie to ani nic dziwnego, ani niespotykanego. Po ponad trzydziestu latach od tamtych wydarzeń, po prawie trzydziestu od pożegnania najlepszego z ustrojów, mamy możność odbycia podróży w czasie i przeżycia tego samego, tylko w trochę zmienionej formie, bo i czasy się zmieniły. Mentalność rządzących pozostała jednak jak najbardziej taka sama! Dowodem czego może być choćby niedawna śmierć Igora Stachowiaka na komendzie policji.

Niestety, dzisiejsi władcy Polski, podobnie jak ich „wielcy” protoplaści, również działają w niezwykle perfidny sposób – kłamią w żywe oczy, zakłamują teraźniejszość i historię na każdym kroku, uprawiają obrzydliwą propagandę w należących do państwa środkach masowego przekazu i również zapowiadają swoje rządy na długie lata!

To, że poseł Kłamczyński jest chory i z tej przypadłości wynika taka a nie inna wizja Polski, to jeszcze jestem w stanie zrozumieć, ale że inni zgromadzeni wokół niego ludzie zarazili się podobną chorobą, to już przechodzi moje wszelkie wyobrażenia na temat skutków jakiejkolwiek epidemii, a także sprzedajności i dyspozycyjności ludzi.

Dlaczego jest tak jak jest? To proste: myślę, że problem tkwi w ich mentalności: oni najzwyczajniej w świecie nie lubią inteligentnych, świadomych swojego miejsca na ziemi ludzi, ponieważ nie wiedzieć czemu czują się w jakiejś mierze przez nich zagrożeni; postępują tak, jakby nienawiść ich napędzała do zwiększonego wysiłku w łamaniu prawa i zaprzeczaniu rzeczywistości; nie trawią tych wszystkich, którzy inaczej patrzą na świat, na życie. Dlatego nieprzypadkowo stałym, żelaznym elektoratem Prawa i Sprawiedliwości w swojej masie są ludzie słabo wykształceni, o niezbyt skomplikowanym światopoglądzie, najlepiej z tradycyjnym systemem wartości, mieszczącym się w haśle: Bóg – Honor – Ojczyzna, gdzie na końcu tego triumwiratu znajduje się zawsze jeszcze jedna osóbka – Maria. Ale nie byle jaka Marysia, a ta – zawsze dziewica!

Ament.

08.10.2017 r.

16:59, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 października 2017

Jerzy Ficowski zapytany kiedyś, czy jest Żydem, czy Cyganem, odparł: Kiedy biją Cyganów, jestem Cyganem, kiedy biją Żydów – Żydem. Od siebie dodam może tylko tyle, że taka postawa jest jak najbardziej zrozumiała, ponieważ tego wymaga od nas tak naprawdę nasze człowieczeństwo.

Wczoraj, jak zwykle, poparłem protest kobiet i wpisałem się na listę przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego. Zrobiłem to dlatego właśnie, że dzisiaj jestem kobietą! Oczywiście mentalnie nią jestem, fizycznie bowiem nadal pozostaję mężczyzną. Tylko podobnie jak ów wyżej cytowany poeta, ja również czuję solidarność z tymi, których próbuje się wykorzystać i za których chce się decydować w ich żywotnie ważnych sprawach egzystencjalnych. W tym wypadku chce się to robić za kobiety, narzucając im odgórnie takie restrykcje, jakie nigdy nie będą udziałem mężczyzn! Co, według mnie, jest czystą hipokryzją, która nie tylko że nie ma nic wspólnego z empatią, ale w ogóle jest jak najdalsza od jakiejkolwiek sprawiedliwości społecznej.

To, że będąc mężczyzną mam w życiu łatwiej, nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości; to, że będąc mężczyzną wiem, jak były i są traktowane kobiety, również nie podlega dyskusji; to, że to właśnie mężczyźni od wieków wprowadzają szereg nakazów i zakazów, które są kajdanami u rąk i nóg kobiet, to też niepodważalny pewnik; jak również jest nim i to, iż przez przypadek urodziłem się mężczyzną a nie kobietą. Tak właśnie, przez przypadek! Bo przecież równie dobrze mogłem przyjść na świat jako kobieta – podobnie zresztą jak i ci dzisiejsi zakłamani strażnicy moralności mogliby nimi być! – a wówczas dzisiejsze spory i problemy byłyby niejako z urzędu, czyli z urodzenia, moimi – i ich również.

Dzisiaj jestem z kobietami solidarny, ponieważ jestem człowiekiem odpowiedzialnym i myślącym, a także zwykła przyzwoitość nakazuje mi taką właśnie postawę, tym bardziej, że wcale nie jestem i nie czuję się, dzięki temu że jestem mężczyzną, lepszy od nich i dlatego powinien decydować o ich życiu. Poza tym nie chcę żyć w świecie tworzonym tylko i wyłącznie przez zacofanych i zakompleksionych facetów, na dodatek z przetrąconym kręgosłupem światopoglądowym; nie chcę żyć w kraju, w którym politykę wyznaczają nie tylko polityczni tetrycy, ale również osobnicy w sutannach, którzy akurat w kwestii współżycia damsko-męskiego i wynikających stąd problemów, mają najmniej do powiedzenia, a przynajmniej w tym momencie historycznym, kiedy wymaga się od nich wstrzemięźliwości seksualnej i nie wchodzenia w takie właśnie relacje, powinni mieć jak najmniej do powiedzenia! I na koniec również dlatego, że nie chcę żyć w kraju, w którym pozycja klęczna staje się normą i wymogiem, jak to już się stało w przypadku wielu polityków. Bo to i niezdrowe, i cholernie niewygodne, ale też parszywie rokujące na przyszłość.

Ament.

05.10.2017 r.

11:55, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 października 2017

Mówi się, że ten pan, który pełni obowiązki prezydenta tego kraju, to Adrian. Więc ten pan Adrian, jak ostatnio zauważam, stara się odciąć pępowinę, jaka go łączy z posłem Kłamczyńskim, i tym samym uzyskać pewien zakres niezależności. Czy mu się to uda? Nie jest to istotne, przynajmniej dla mnie, ważne jest to, co ten pan zrobił nieco ponad dwa miesiące temu, zapewne niezamierzenie, mianowicie – swoim ruchem polegającym na zawetowaniu dwóch z trzech ustaw o sądach, uratował Prawo i Sprawiedliwość przed dużą falą protestów społecznych. Oczywiście, nie zrobił tego w trosce o tę partię, myślał przede wszystkim o sobie i poszerzeniu zakresu swoich uprawnień!

Do tej pory było tak, że człowiek ten podpisywał wszystko to, co podsunęli mu posłańcy (bo przecież nie posłowie) pana Kłamczyńskiego pod nos; dzisiaj zmieniło się tyle, że pan Adrian zrozumiał, iż „miszcz” z Nowogrodzkiej nie będzie żył wiecznie i sam musi jak najszybciej zadbać o swoje prezydenckie podwórko i jak największy zakres władzy dla siebie. Szczególnie w odniesieniu do dwóch bezwzględnych w swoich planach ministrów: Z. Ziobry i A. Macierewicza, czemu zresztą trudno się tak naprawdę dziwić, znając dotychczasową działalność obu straceńców.

Dzisiaj jest tak, póki co, że tę silną pozycję może sobie jeszcze wywalczyć, jutro jednak, jako że życie polityczne toczy się niezmiernie szybko, z całą pewnością będzie już za późno. Stąd, tak naprawdę, wzięły się jego weta, a nie w trosce o konstytucyjność pisowskich ustaw!

Nie wiem, jak dalej będą przebiegały rządy Prawa i Sprawiedliwości, wariantów jest kilka. Pierwszy – PiS trwa do wyborów przy coraz większych protestach społecznych, które następnie przegrywa i oddaje władzę; drugi – przegrywa wybory i władzy nie chce oddać; trzeci – z różnych powodów odracza datę wyborów na bliżej nieokreślony czas. Jeżeli żaden z ww. wariantów nie zostanie zrealizowany, wówczas czeka nas wariant czwarty – ulica i odebranie władzy siłą. Nie muszę chyba mówić, że jest to wariant najgorszy, ale, niestety, przy pisowskiej mentalności bardzo możliwy do zrealizowania.

Mam nadzieję, że moi rodacy, czy bardziej rodaczki, nie zawiodą. Bo nie kto inny, jak właśnie kobiety – jestem tego pewien! – obalą ten wszeteczny rząd. Wyjdą na ulice po raz kolejny i dokonają przewrotu. A do niezadowolonych kobiet, tak myślę, dołączą zwolnieni w wyniku pseudoreformy nauczyciele; może również przebudzą się w końcu młodzi i ruszą w obronie tego, co interesuje ich chyba najbardziej: Internetu!; dalej KOD-owcy, czyli my – ogół społeczeństwa, od prawa do lewa, poprzez długowłosych i łysych, starych i młodych, grubych i chudych, wysokich i niskich, itd., itp. I potem… potem wszystkich tych zaprzańców demolujących porządek prawny i zasady demokracji postawimy przed sądem oraz Trybunałem Stanu. Należy to zrobić w imię zarówno sprawiedliwości, jak i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Aby nigdy nikomu w przyszłości nie przyszło do głowy naśladowanie dzisiejszych szaleńców!

01.10.2017 r.

09:39, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl