RSS
niedziela, 30 października 2016

– Cholera! Niepotrzebnie wyrzuciliśmy też drugiego pilota. Teraz ratunek tylko w modlitwie.

– Spokojnie, poradzimy sobie. A z pilotami musieliśmy tak postąpić – nie słuchali nas. Jak zmieniamy wszystko, to nie możemy sobie pozwalać na chwile słabości.

– Ale chociaż drugiego mogliśmy oszczędzić, przynajmniej do momentu bezpiecznego wylądowania.

– Nie panikuj, okej? Poradzimy sobie. Bóg jest miłosierny. I sprawiedliwy. Idź lepiej zapytać pasażerów, czy któryś z nich umie pilotować samolot.

– Pasażerów? Uważasz, że to dobry pomysł?

– O co ci chodzi?

– Myślę, że nie za dobrze będzie to wyglądało, jeżeli zwrócę się do nich z takim zapytaniem.

– A co ma… Chociaż nie, zaraz – masz rację: nikogo o niczym nie informuj. Sami sobie świetnie damy radę!

– A może Antonio mógłby?

– Banderas? Jest na pokładzie?

– Banderas? Skąd ci to przyszło do głowy?

– No, sam powiedziałeś…

– Powiedziałem tylko, że Antonio może by mógł, ale chodziło mi oczywiście o świątobliwego Antonio. Wiesz, tego od…

– A, ten. To niedojda!

– Ale z tego, co zawsze mówił, to tylko on zdaje się znać na rzeczy. To fachowiec jak mało który. Najlepszy w kraju!

– Pewnie. Tylko że od tych spadających samolotów, a nie unoszących się w powietrzu.

– Musisz znowu krakać? Nic, tylko kraczesz i kraczesz?! Jeżeli ktoś może nas dzisiaj uratować, to tylko ktoś taki jak on. Sytuacja szalona, to tylko szaleńcowi może się powieść wyjść z tego cało, nie?

– W zasadzie… Coś w tym jest. W końcu w każdym szaleństwie jest jakaś metoda, więc dlaczego nie miałoby być jej tutaj.

– Właśnie! Więc nie przepierduj więcej. I tak nie mamy zbyt dużego wyboru. Albo on, albo…

– Okej! Rydzyk-fizyk – niech nas sprowadza w dół. Tylko oby na ziemię, a nie na drogę głoszonej przez niego prawdy i oczyszczenia.

                                    Pauza.

– W takim razie idę po niego.

– Idź, chłopcze. Krzyż na drogę.

– To idę. I ament. W pacierzu.

30.10.2016 r.

14:56, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 października 2016

To, że nie wierzę politykom, to nic nowego – wielu z nas posiada do nich taki właśnie stosunek. Odczuwamy w odniesieniu do nich duży dystans i krytycyzm, nieufność, a nawet nierzadko pogardę. Zasłużoną czy nie, czy my bylibyśmy lepsi na ich miejscu, to już osobna kwestia. W tym przypadku chodzi w końcu nie o nas, a o nich – tych konkretnych, decydujących za nas o naszym życiu tu i teraz. Dlatego mamy pełne prawo do ich oceny, choćby i najostrzejszej!

Spośród wielu naszych polityków dwóm nie wierzę w sposób szczególny, powiedziałbym nawet, że zwielokrotniony: to prezes Kłamczyński i jego świątobliwy przydupas. Obaj panowie bowiem, mimo że wyraźnie różniący się od siebie wizualnie, to jednak mentalnie przypominają właściwie braci syjamskich – obaj wiernie hołdują wspólnemu systemowi wartości, który, według mnie, bliższy jest grupie gangsterskiej niż zwykłym zjadaczom chleba. I jest to dla mnie pewnik taki sam jak to, że nigdy nie polecę choćby na księżyc.

Pierwszy z nich, człowiek o dobrotliwej twarzy mnicha – tyle że nie ascety! – to nałogowy kłamca, łże w żywe oczy jak z nut! Kłamał zarówno w przeszłości, gdy zwracał się do „braci Rosjan” tuż po tragedii smoleńskiej; kłamał, gdy składał gratulacje D. Tuskowi z powodu wyboru tego ostatniego na przewodniczącego rady Unii Europejskiej (do czego publicznie się przyznał!), a także łgał ostatnio w sprawie aborcji. Człowiek ten kłamie lekko, bez zająknięcia i mrugnięcia okiem,  jak to w zwyczaju ma dobry aktor, którego kłamstwo, jak wiemy, jest chlebem powszednim. Bo im ktoś taki pozostaje wiarygodniejszy w sprzedawaniu kłamstw, tym lepiej jest opłacany. Jeżeli chodzi o pana prezesa powiedziałbym, że nie musi się martwić oswoją finansową przyszłość!

Drugi z tej pary już tak łagodnej twarzy nie posiada, kojarzy mi się on raczej z najciemniejszymi postaciami z powieści Dostojewskiego. Ale jest też w niej coś, co ją jednak w pewien sposób łagodzi – to wyraz pewnego kretynizmu. Czego by jednak o obu nie powiedzieć, czy też napisać, obaj są siebie warci, obaj trzymają siebie w uzależniającym wzajemnie uścisku. Nie ma więc najmniejszego powodu, aby jednemu czy drugiemu wierzyć bardziej lub mniej i  żeby w ogóle wierzyć któremukolwiek w jakiejkolwiek, niekoniecznie gorącej kwestii politycznej. Ja w każdym razie tak naiwny nie jestem i najzwyczajniej w świecie im nie wierzę! Choćby przysięgali na klęcząco na jakąkolwiek świętość, jestem pewien, że i tak będą łgali. Obaj ci panowie bowiem ludzi i politykę traktują w sposób zadaniowy i instrumentalny.

Niestety, dzisiaj jest tak, że obaj do spóły rządzą krajem, którego jestem obywatelem, z tą różnicą, że jeden – ten ważniejszy, robi to, tak to ujmę, z tylnego siedzenia. Ściślej chodzi o to, że ten o łagodnej twarzy mnicha, nie posiadając prawa jazdy, czyli nie dysponując żadnymi uprawnieniami, kieruje autobusem pod nazwą Polska, który, jeżeli się nawet rozpieprzy, to za katastrofę spowodowaną przez siebie nie będzie odpowiadał w ogóle.

Oczywiście, to sytuacja nienormalna, i to zapewne nie tylko dla mnie. Tylko że nienormalna w normalnym kraju! Czy my jesteśmy jeszcze krajem normalnym? Myślę, że coraz mniej. Koszmar, w którym uczestniczymy brew pragnieniom i oczekiwaniom wielu z nas trwa w najlepsze. Na szczęście, jako że wszystko w naszym życiu posiada swój kres, tak i ten koszmar również musi się kiedyś skończyć. Jak wskazuje kalendarz wyborczy ten będzie miał swój finał najdalej za trzy lata. Dlatego pozostaje uzbroić się w cierpliwość i mieć nadzieję, że przez ten czas obaj ci panowie, wraz ze swoimi kumplami od dintojry politycznej, nie zrujnują tego kraju i nie poczynią zbyt wielu strat nie do odrobienia. Bo to, że one nastąpią, to pewnik. One zresztą już następują, dzień po dniu. Dzień po dniu. Dzień po…

28.10.2016 r.

13:11, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 października 2016

Gdy tak obserwuję sobie nasz świat, odnoszę wrażenie, że wielu rządzącym nim zależy przede wszystkim na jednym: żeby jak najmocniej ludzi ogłupić! I chodzi tutaj zarówno o polityków, jak biznesmenów, duchownych różnych religii, czy dziennikarzy, szczególnie tandetnych brukowców, a nawet o tych, z pozoru niewinnych, którzy należą do twórców gier komputerowych. Niestety, tutaj właśnie działalność ww. grup, a także wielu innych przenika się i nawzajem uzupełnia. Dlatego mamy do czynienia na co dzień z tym, co widać – z powierzchownością ocen dotyczącą wielu aspektów naszej egzystencji, z coraz większą bezdusznością, spsieniem obyczajów, ale też, co znamienne w obecnych czasach, sprzyjaniem tanim gustom na masową wręcz skalę. Generalnie żyjemy w czasach, w których mamy do czynienia z zataczającą coraz szersze kręgi wszechobecną, triumfującą głupotą!

To, że w życiu stykamy się na każdym kroku z szablonowością myśli i działań – nic nowego. Ja, od kiedy pamiętam, zawsze byłem w kontrze do takiego myślenia, zawsze mnie ono irytowało, nigdy nie było we mnie zgody na sztampowość, akceptację przesądów czy różnego rodzaju teorii spiskowych. Uważałem, że przyjęcie takiej postawy, to jedynie nieudolność i bezradność w naszych poszukiwaniach odpowiedzi na gnębiące nas pytania. Podobnie było – jest nadal! – z naszym wiekiem emerytalnym i wydłużaniem się naszego życia.

W październikowym numerze GW przeczytałem, w oparciu o artykuł naukowy zamieszczony w Nature, że: (…) jeśli limit biologiczny nie istnieje (lub jest niemożliwy do zaobserwowania przy użyciu współczesnych technik), to powinien nastąpić zauważalny wzrost przeżywalności w coraz starszych grupach wiekowych. Inaczej mówiąc: powinno nam przybywać osób będących tzw. superstulatkami(…). Ta hipoteza jest sensowna, ale… okazuje się nieprawdziwa. Autorzy odkryli, że w większości krajów, które mają wiarygodne dane, największa poprawa przeżycia w najstarszych grupach wiekowych osiągnęła szczyt ok. 1980 r. i od tamtego czasu nic już się nie zmieniło.

Jaki wynika z tego wniosek? Oczywiście jeden, za to zasadniczy: teza, jakoby nasze życie ustawicznie się wydłużało, można włożyć między bajki!

Cytuję zatem dalej: Co więcej, maleje też maksymalna długość życia ludzi. Nasz gatunek nigdy nie przekroczył granicy 122 lat. Superstulatków nie przybywa, mimo że populacje na całym świecie się starzeją. Te dwie obserwacje przekonująco dowodzą, że ludzkie życie ma jednak naturalny kres.

Z czego więc wziął się ten cały szaleńczy hura optymizm w sprawie, jakoby, permanentnego wydłużania się naszego życia? Otóż z obserwacji tego zjawiska w ubiegłym stuleciu, w którym rzeczywiście średnia jego długość wydłużyła się i to w sposób drastyczny, bo aż o 30 lat! Tyle tylko, że to jedynie średnia, która w żaden sposób nie przekłada się na spowolnienie starzenia się naszego organizmu. Tak jak bowiem starzeliśmy się dawniej, podobnie starzejemy się i teraz, w chwili obecnej jednak jesteśmy narażeni dodatkowo na wiele chorób tzw. cywilizacyjnych, które niezwykle mocno przyśpieszają naszą umieralność.

Oczywiście, ubiegły wiek w tym względzie – nie będę jednak wdawał się w tym momencie w przyczyny tego zjawiska – był korzystnym dla człowieka ewenementem, obecne jednak stulecie przyniesie korektę w tym względzie. I, jestem tego pewien, będzie to korekta niezmiernie dla nas bolesna! Już kilka miesięcy temu GUS podał, że średnia długość życia w Polsce obniżyła się o dwa miesiące. Poczekajmy zatem jeszcze chwilę na następne dane, a doświadczymy kolejnego w tym względzie rozczarowania.

P.S.

W kontekście tego, co wyżej, mam prośbę: jeżeli ktoś usilnie chce pracować do 67. roku życia, czy nawet jeszcze dłużej, to proszę bardzo – droga wolna, ja przeszkadzał nie będę. Mnie jednak nie zmuszajcie do tego. Ja pieprzę takie na ramię broń – 65 lat i finał. Dosyć wykorzystywania! Dalej w tej gierce rządzących, tak z jednej jak i z drugiej strony, uczestniczyć nie chcę. Już nie!

– Emeryturko, chcę cię! I obiecuję, że będę brał cię, nie tylko w aucie!

26.10.2016 r.

12:35, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 października 2016

Obie wyżej wymienione kwestie, to niewątpliwie cenne zdobycze ludzkiej cywilizacji, to emanacja wyższej świadomości społecznego bytu. Tyle tylko, że żyjąc w warunkach przez nie stworzonych, powinniśmy wiedzieć, jak korzystać z przywilejów owych zdobyczy myśli ludzkiej, winniśmy znać ich granice i wynikające z tego tytułu prawa, aby nie doszło do zawsze możliwych wypaczeń. Te bowiem, jak uczy historia, mogą zaistnieć, czego jaskrawym przykładem było choćby ostatnie głosowanie Anglików w sprawie ich wyjścia z Unii Europejskiej. Tutaj demokracja i związana z nią wolność wyboru doprowadziła do opowiedzenia się trochę więcej niż połowy głosujących za czymś, na temat czego tak naprawdę nie mieli, jak się później okazało, większego pojęcia.

U nas, po ostatnich wyborach parlamentarnych, śmiało można powiedzieć, że wyszło podobnie. W wyniku splotu różnego rodzaju niekorzystnych okoliczności – niekorzystnych z mojego subiektywnego punktu widzenia naturalnie – doszło do zawarcia niepisanego sojuszu cwaniaków politycznych z masami, czyli tymi, którzy korzystając właśnie ze swoich demokratycznych praw, postawili na owych cwaniaków, co zaowocowało wymianą ekipy rządzącej. Czym to się skończyło? – widzimy i doświadczamy na co dzień wszyscy. Czym to ostatecznie się zakończy? – Opatrzność raczy wiedzieć i może intuicja niektórych z nas. Moja podpowiada mi, że mariaż głupoty z cwaniactwem pomyślnie zakończyć się nie może. Ale, jak widać, musimy przez to przejść, bo na głupotę nie ma innego lekarstwa, jak doświadczyć jej.

Marcin Król, historyk idei i filozof, napisał w jednym ze swoich artykułów, że: (…) jeżeli chcemy bronić demokracji, jeżeli będziemy chcieli ponownie ją instalować po stratach uczynionych przez wirus głupoty, to musimy wziąć się do roboty: wszyscy razem i każdy z osobna. Demokracja przyszłości musi polegać na wiedzy, bystrości, inteligencji, roztropności i wielu cechach, których nam nie brakuje, ale które zostały zepchnięte do kąta przez szatański sojusz mas z idiotami u władzy.

Zatem, jak się okazuje, jakieś wyjście z tej nieciekawej dla nas sytuacji jest. Czy z tej szansy skorzystamy? Nie wiem, mogę mieć jedynie nadzieję, że tak się stanie. Jeżeli nie, to obawiam się, że znów dopadnie mnie zniechęcenie, jakie ogarnęło mnie w ubiegłym tygodniu, gdy zamilkłem na kilka dni.

Oczywiście, moje milczenie, jak i działalność, że tak to ujmę, literacka, niczego nie zmienią – świat zarówno z nią jak i bez niej będzie trwał dalej, więc mała strata. Albo wręcz żadna. Chociaż… W końcu nie od dzisiaj wiadomo, że kropla drży skałę, więc może…

24.10.2016 r.

11:21, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 października 2016

Dlaczego bogobojni Żydzi, ich kapłani nie uwierzyli w Jezusa? Dlaczego chcieli go uśmiercić? Co on im zrobił? Jaką niewybaczalną krzywdę wyrządził? A może chodziło jedynie o kogoś, kto podburzał lud i przez to był nie tylko niebezpieczny dla cesarstwa rzymskiego, ale przede wszystkim sprowadzał realne zagrożenie na samych Żydów, jak wiek później uczynił to Szymon bar Kochba, dlatego Kajfasz musiał się go pozbyć? Jego, albo Barabasza  jak ponoć zarządził namiestnik rzymski Poncjusz Piłat ?

I tutaj pojawia się kolejna wątpliwość: Może nie było żadnego Barabasza, może to jedynie zgrabne przekłamanie historyczne? Może w rzeczywistości chodziło o Bar Abbasa (bar Abbas=Barabasz), czyli syna Abbasa, potomka Aarona Wielkiego? Może. Jakkolwiek jednak na to nie spojrzeć, wychodzić może na to, że Kajfasz mógł nie mieć innego wyboru, jak złożyć donos na Jezusa do Poncjusz Piłata. Z jednego podstawowego powodu: w Jerozolimie w tym czasie przebywało około pół miliona ludzi, a lada dzień miał rozpocząć się szabat, wystarczyła więc tylko jakaś iskra, aby w tym ludzkim tyglu wybuchło powstanie, które tak naprawdę mogło mieć jeden przewidywalny finał: rzeź Żydów. Może więc dlatego za wszelka cenę ów kapłan musiał się pozbyć zagrożenia, jakie stwarzał dla Żydów ów wieśniak z Galilei, który, chcąc nie chcąc, wichrzył i podburzał ludzi tym, co głosił? Pewne jest jedno: Jeżeli tak właśnie sprawy się miały, to z całą pewnością czasu do stracenia nie było, każda zwłoka Kajfasza mogła tutaj oznaczać niepotrzebne ofiary wśród ludności żydowskiej.

Oczywiście, Żydzi oczekiwali proroka (A ty Betlejemie Efrata, najmniejszy z okręgów judzkich, z ciebie mi wyjdzie ten, który będzie władcą Izraela. Początki jego od prawieku, od dni zamierzchłych. Dlatego wyda ich aż do czasu, gdy ta, która ma porodzić, porodzi.), podobnie jak dzisiaj Jehowici oczekują Armagedonu, tylko czy ktoś, kto miałby odzyskać państwo dla nich mógł to uczynić w taki sposób, w jaki głosił to Jezus, czyli pokojowy? Czy odzyskanie niepodległości przez Żydów było możliwe bez użycia siły i przelania krwi? W końcu Jezus, jak powszechnie wiadomo, głosił wszystko tylko nie bezpośrednią walkę z drugim człowiekiem, więc czy tym mógł zagrozić potędze Rzymu? Odpowiedź wydaje się oczywista: Rzymowi zagrozić w żaden sposób nie mógł, jednak swoim współplemieńcom już jednak jak najbardziej! Zagrożeniem mogło być jego nauczanie, ponieważ tym, co głosił, burzył odwieczny porządek rzeczy, odciągał ludzi od religii ich przodków, wzywał do nieposłuszeństwa wobec kapłanów i tradycji. Dla Rzymu mógł jednak pozostawać obojętny, dla nich mógł być jedynie jeszcze jednym nawiedzeńcem chcącym uchodzić za żydowskiego proroka. Mogli więc bez żadnego ryzyka pozwolić mu głosić, co mu się żywnie podobało, pod warunkiem, że jego działalność nie będzie wymierzona w cesarza i państwo. Mógł głosić pokój i zamiast wyciągania miecza z pochwy i nawoływania do zbrojnej walki, proponować nadstawienie drugiego policzka, gdy otrzymało się już uderzenie w pierwszy. To nie było w żaden sposób niebezpiecznie i nie zagrażało cesarstwu rzymskiemu, wręcz przeciwnie – z pozycji Rzymu takie podejście było w jak najlepszym porządku.

Nie wiem, jak było naprawdę i zapewne już nigdy się tego nie dowiemy. Kajfasz niewątpliwie mógł tak postąpić, ale niekoniecznie musiał  to jedynie domysł. Jedno w tej historii jest jednak bezsprzeczne: Jezus pokonał Rzymian, i to w sposób rzeczywiście pokojowy! A zrobił to niecałe trzysta lat po swojej śmierci, gdy cesarz Konstantyn Wielki ustanowił chrześcijaństwo religią całego cesarstwa. To było jego niepodważalne zwycięstwo! Niestety, jak szybko miało się okazać, było to zwycięstwo pyrrusowe. Chrześcijaństwo bowiem głoszone przez Kościół katolicki miało niewiele wspólnego z nauczaniem wieśniaka z Galilei. Jego nauka w zasadzie od początku swojego uznania przez państwo rzymskie z premedytacją była wypaczana, czego dzisiaj, po długich i ciemnych wiekach swojego panowania, mamy szczególnie widoczne efekty w naszym kraju. U nas z radością religia ta przepoczwarzyła się, przybierając koszmarną wręcz formę; dzisiaj, i to nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, jesteśmy tak przeraźliwie bogobojni, tak głęboko bezmyślnie wierzący, do tego stopnia fałszywie świątobliwi, że gdyby ponownie pojawił się ktoś taki jak Jezus – tym razem wśród nas, współczesnych Polaków, to ukrzyżowalibyśmy Go z dziką satysfakcją nie mniejszą niż przed wiekami uczynili to jego oprawcy, gdyby tylko sprzeciwił się naszym poglądom religijnym i wierze w Niego samego! Temu spektaklowi oczywiście przewodziłby Poncjusz Piłat Kościoła polskiego – Tadzio Rydzyk, przy wydatnym udziale takich postępowych apostołów i apostołek, jak T. Terlikowski, A. Sobecka, M. Jurek, J. Żalek, B. Chazan, K. Radziwiłł, D. Oko, P. Natanek, S. Małkowski i wielu, wielu innych, a wszystko dokonane w odpowiedniej reżyserii, oczywiście A. Krauze. Bo co nam by tu gadał jakiś Żyd, skoro przecież my i tak wiemy lepiej jak było i, co najważniejsze, jak być powinno!

Dlatego bardzo dobrze, że nie można tego zarówno sprawdzić, co było przed wiekami, jak i sprowadzić Go tutaj ponownie. Jestem bowiem pewien, że jego rozczarowanie byłoby wręcz potworne i nie do przeżycia!

22.10.2016 r.

13:42, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 października 2016

Obserwując nie tylko ostatnie wybory prezydenckie, ale w ogóle Amerykę jako taką, przyznam, że nie wiem, co trzeba powiedzieć, jakiego świństwa się dopuścić, jak bezmyślnie zachować, żeby doszło do amerykańskich obywateli, że jakiś człowiek zupełnie nie nadaje się na prezydenta. Odnoszę jednak wrażenie, że na bardzo wiele można sobie pozwolić, jeżeli chodzi o amerykańskich wyborców, ci bowiem w swojej masie – i tutaj mam już bardziej pewność, niż wrażenie – nie należą według mnie do zbyt wyrobionych politycznie. Więcej – należą do niezbyt wyrobionych w wielu aspektach naszej egzystencji, dlatego poparcie, jakim może się cieszyć ktoś, kto jest zwykłym chamem i prostakiem, nie musi być wcale niezrozumiałe, niewytłumaczalne i zaskakujące.

Donald Trump – bo o niego tutaj chodzi – kandydat na prezydenta w obecnych wyborach, jest uosobieniem wszystkiego, co fatalne nie tylko w polityce, ale w ogóle w życiu. Jest uosobieniem tego wszystkiego, co w niej paskudne i raczej nie tyle ślepy nie mógłby tego nie dostrzec, co przede wszystkim głuchy. Mimo to jednak, pomimo kolejnych wpadek obyczajowych, nadal ten człowiek cieszy się dużym poparciem swoich wyborców, co oczywiście bardzo źle świadczy o amerykańskich obywatelach, bo wychodzi na to, że w dużym procencie należą oni właśnie do tych głuchych i jeżeli nawet nie ślepych, to z całą pewnością zaślepionych. Należą oni również, niestety, do ludzi nie tylko akceptujących naganne postępowanie i zachowanie D. Trumpa, ale też, co jest już dużo gorsze, identyfikujących się z nim!

Na szczęście w ostatnich sondażach Hilary Clinton wyprzedza i to coraz znaczniej Donalda Trumpa. To, oczywiście, dobrze, zarówno dla świata, jak i Ameryki. Dlaczego? Podam przykład:

Dwa dni temu zadzwoniła do mnie młodziutka przyjaciółka z Niemiec, która zapytała mnie, czy będzie wojna czy nie. Przyznam, że wprawiła mnie tym pytaniem w konsternację, bo nie znałem przyczyny jej niepokoju. Oczywiście, świat jest niespokojny, szaleńców bowiem jest coraz więcej, ale żeby od razu wojna, i to ta w najgorszym wydaniu, globalna? – nie myślę. Zaraz jednak dodała, że chodzi o to, co powiedział Putin, tzn., że wezwał wszystkich Rosjan przebywających za granicą do powrotu do Rosji.

Odparłem jej, że tej jego wypowiedzi nie słyszałem, wiem jednak, co powiedział W. Żyrynowski, jeden z potężniejszych kretynów w rosyjskiej Dumie, który jednak artykułuje to, czego nie wypada robić oficjalnie Kremlowi, i który w jednym z ostatnich wywiadów rzucił, że jeżeli wygra Hilary Clinton, to zapewne wojny nie da się uniknąć; w przypadku jednak, gdy wybory wygra Trump, to nic się nie stanie, bo on nie będzie się mieszał w sprawy Syrii, czy Ukrainy, poza tym ceni Putina, więc ogólnie będzie happy! Generalnie – takie ględzenie idioty, któremu się marzy powrót Rosji do roli światowego hegemona.

– Więc wojny nie będzie? – zapytała ponownie.

– Przynajmniej nie tej wywołanej przez Rosję – odparłem.

– Pytam, bo jestem pod Kauflandem i nie wiem, czy już mam robić większe zakupy, czy jeszcze mogę się wstrzymać. – Zaśmiała się.

– Spokojnie – odrzekłem. – Więcej jedzenia w domu zawsze się przyda, wiesz o tym. Chociaż tak po prawdzie, to najważniejsza dla przetrwania jest woda. Wojny jednak Rosja nie zacznie. Nie rozpoczynają jej bowiem ci, którzy nie mają przewagi nad przeciwnikiem, a na dodatek mają też najwięcej do stracenia. A Wowka Krysionok, tak się składa, ma tutaj najwięcej do stracenia: ładna, młoda żona, dwójka małych dzieci (dwójka też starszych), no i beztroskie, póki co, życie w luksusie. Byłby ogromnym głupcem, gdyby wszystko to postawił na szali, która mogłaby źle odmierzyć. Dlatego, jeżeli kiedyś jakaś wojna o globalnym charakterze się zacznie, to z całą pewnością zostanie ona wywołana przez biedne państwo, albo taką grupę ludzi jak dżihadyści. Oczywiście pod jednym warunkiem: gdy w ich ręce wpadnie bomba atomowa, np. w Pakistanie.

 – Więc jednak!

– Cóz, zawsze istnieje jakieś niebezpieczeństwo. W końcu nic nie jest do końca jednoznacznie zdeterminowane w kierunku pozytywnym, również nasza historia, tzn. historia ludzkości.

Potem pogadaliśmy jeszcze o naszych przyziemnych sprawach, ściślej o mojej niesłabnącej miłości do niej, po czym zakończyliśmy połączenie i wróciliśmy do swoich zajęć – ja do czytania, ona do zakupów, zostawiając temat wojny tym, którzy ją kiedyś zapewne wywołają. Ja jednak zanim na powrót zagłębiłem się w przerwaną lekturę, rzuciłem groźnie w przestrzeń pustego pokoju:

– Nu, Krysionok, pagadi!

17.10.2016 r.

12:39, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 października 2016

We wszystkich ewangeliach natrafiamy na wiele myśli wypowiedzianych przez Jezusa podczas jego marszruty po Judei i Galilei. Problem w tym, czy wszystko, co zostało mu przypisane, jest tworem jego intelektu, czy też może wiele obiegowych mądrości i pojęć kursujących wówczas na Bliskim Wschodzie tylko wtłoczono w jego usta na potrzeby religii. W końcu zarówno przed nim, w czasie jego działalności, jak i po nim było wielu, którzy spodziewając się końca świata, próbowali wmówić ludziom swoje posłannictwo, nie odbiegające zresztą w swoich założeniach zbyt daleko od nauki Nazareńczyka. I tak, podobnie jak on, głosili swoje posłannictwo: Apoloniusz z Tiany czy Szymon Mag, a nawet Szymon bar Kochba, który stał się jednocześnie zarówno przywódcą żydowskiego powstania przeciwko Rzymianom w latach 132-135 n.e., jak i nie tyle Mesjaszem, ile grabarzem państwowości żydowskiej.

To, co mnie skłania do takiego myślenia, że nie wszystko, co przypisuje się Jezusowi, jest jego autorstwa, mogą świadczyć choćby poniższe słowa:

   Ewangelia Tomasza, 43: Rzekli Mu uczniowie Jego: „Kim jesteś, który nam to mówisz?” „W tym, co wam mówię, nie znajdujecie, kim jestem? Lecz staliście się jak Żydzi: lubią drzewo i nienawidzą jego owocu, i lubią owoc, a nienawidzą drzewa”.

To, co tutaj zastanawiającego to pogląd, który informuje nas, iż jego uczniowie nie są Żydami, lecz stali się nimi dopiero w momencie, gdy pytają go o to, kim jest, że mówi im to, co mówi? Pytanie zatem, jakie się tutaj nasuwa, brzmi: Czy ci, którzy towarzyszyli mu w wędrówce po Palestynie, wyrzekli się swojego żydostwa w momencie przystąpienia do niego, czy może nigdy nie byli Żydami? Oczywiście, bliższą prawdy jest pierwsza część odpowiedzi. Wyrzekając się bowiem religii przodków, nie wyrzekli się oczywiście Boga, którego wysłannikiem na ziemi był jakoby ich Nauczyciel – ich duchowe guru, który został posłany przez Niego, aby nawracał błądzących, wskazując im właściwą drogę do Królestwa Niebieskiego.

Jakkolwiek jednak było, cokolwiek było prawdą czy zmyśleniem, jakaś część myśli zawarta zarówno w ewangeliach gnostycznych, jak i synoptycznych, należała bezsprzecznie do Galilejczyka; myśli, które wypowiedział są, istnieją w naszej świadomości, przetrwały do naszych czasów i warto nad wieloma z nich zatrzymać się na dłużej, próbując odgadnąć ich właściwy sens. Czyli, co ich autor miał na myśli – tym bardziej, że wiele z nich jest jakby nie do końca jasnych i jednoznacznych, co może budzić nie tylko kontrowersje, ale w ogóle podważać ich autorstwo, gdyż nierzadko stoją one w jaskrawej wręcz sprzeczności z nauką głoszoną przez Nazareńczyka. Najpierw więc może te, które – według mnie – świadczą o niemałej megalomani Jezusa:

Ewangelia Tomasza, 10: Rzekł Jezus: przyniosłem ogień na świat i oto podtrzymuję go, aż zapłonie.

13 Rzekł Jezus uczniom swoim: „Porównajcie i powiedzcie mi, kogo przypominam?” Powiedział Mu Szymon Piotr: „Jesteś podobny do sprawiedliwego anioła”. Powiedział Mu Mateusz: „Jesteś podobny do człowieka, który miłuje wiedzę i jest rozumny”. Powiedział Mu Tomasz: „Nauczycielu, moje usta nie ujmą zupełnie tego, aby powiedzieć, do kogo jesteś podobny”. Rzekł Jezus: „Ja nie jestem twoim nauczycielem, ponieważ wypiłeś i napoiłeś się ze źródła kipiącego, które ja odmierzyłem”. I wziął go i odwrócił się, i powiedział mu trzy słowa. Gdy zaś Tomasz przyszedł do swych przyjaciół, zapytali go: „Co ci Jezus powiedział?” Rzekł im Tomasz: „Jeśli wam powiem jedno ze słów, które mi powiedział, podniesiecie kamienie, aby rzucić we mnie, a ogień wyjdzie z kamieni, aby was spalić”.

15 Rzekł Jezus: „Jeśli ujrzycie takiego, którego nie zrodziła kobieta, padnijcie na wasze twarze, uczcijcie go - ten jest waszym ojcem”.

17 Rzekł Jezus: „Dam wam to, czego oko nie widziało i czego ucho nie słyszało, i czego ręka nie dotknęła, i co nie weszło do serca człowieka”.

28 Rzekł Jezus: „Stanąłem w środku świata i objawiłem się im w ciele. Znalazłem ich wszystkich pijanych. Nie znalazłem nikogo wśród nich spragnionego, a dusza moja bolała nad synami ludzkimi, gdyż są ślepi w swych sercach i nie przejrzą, że puści przyszli na świat i starają się wyjść z tego świata puści. Teraz jednak są pijani. Gdy odrzucą swoje wino, wtedy będą pokutować”.

30 Rzekł Jezus: „W miejscu, w którym jest trzech bogów, tam są bogowie. Miejsce, gdzie dwu lub jeden jest, ja jestem z nim”.

61 Rzekł Jezus: „Dwaj będą spoczywać na łożu: jeden umrze, drugi będzie żył”. Rzekła Salome: „Ktoś ty, człowiecze? Czyjś? Wszedłeś na moje łoże i zjadłeś z mego stołu”. Rzekł jej Jezus: „Ja jestem tym, który powstał z równego sobie: Dano mi to, co należy do mego Ojca”. „Jestem twoją uczennicą”. „Dlatego mówię: Jeśli ktoś jest równy, wypełni się światłością, gdy się oddzieli, napełni się ciemnością”.

77 Rzekł Jezus: „Ja jestem światłością, która jest ponad wszystkimi. Ja jestem Pełnią, Pełnia wyszła ze mnie, Pełnia doszła do mnie. Rozłupcie drzewo, ja tam jestem. Podnieście kamień, a znajdziecie mnie tam”.

82 Rzekł Jezus: „Kto jest blisko mnie, blisko jest ognia, a kto jest daleko ode mnie, daleko jest od królestwa”.

86 Rzekł Jezus: „Lisy mają swoje nory i ptaki mają swoje gniazda, Syn Człowieczy zaś nie ma miejsca, aby skłonić głowę, odpocząć”.

91 Rzekli Mu: „Powiedz nam, kim jesteś, abyśmy uwierzyli w ciebie”. Odrzekł im: „Badacie oblicze nieba i ziemi, a tego przed wami nie poznaliście - to jest stosowny moment, którego nie potraficie zbadać”.

108 Rzekł Jezus: „Kto napił się z mych ust, stanie się takim, jak ja. Ja sam stanę się nim i tajemnice zostaną mu objawione”.

I jeszcze z innej beczki.

14 Rzekł im Jezus: „Jeśli pościcie, tworzycie sobie grzechy, a jeśli się modlicie, będziecie skazani. Jeśli dajecie jałmużnę, wyrządzicie krzywdę swoim duchom. Jeśli wychodzicie do jakiejkolwiek prowincji, i jeśli wędrujecie po wioskach, i jeśli was przyjmują, to jedzcie, co przed wami położą, uzdrawiajcie chorych, którzy są wśród nich. Bowiem to, co wejdzie do waszych ust, nie zanieczyści was, ale to, co wychodzi z waszych ust, jest tym, co was zanieczyści”.

16 Rzekł Jezus: „Ludzie może myślą, że przyszedłem, aby przynieść pokój na świat, a nie wiedzą, że przyszedłem, aby przynieść rozdarcia, ogień, miecz, walkę. Gdy bowiem pięciu będzie w domu, trzech powstanie przeciw dwom, a dwu przeciwko trzem, ojciec przeciw synowi, a syn przeciwko ojcu. I staną się wobec siebie samotni”.

27 Rzekł Jezus: „Jeśli nie będziecie pościć na świecie, nie znajdziecie się przed królestwem. Jeśli nie uczynicie szabatu szabatem, nie zobaczycie Ojca”.

55 Rzekł Jezus: „Kto nie znienawidził swego ojca i swej matki, nie będzie moim uczniem; i kto nie znienawidził swych braci i swych sióstr, nie dźwiga swego krzyża tak, jak ja, nie będzie mnie godnym”.

79 Rzekła Mu kobieta z tłumu: „Błogosławione łono, które cię nosiło i piersi, które cię karmiły”. Odrzekł jej: „Błogosławieni ci, którzy usłyszeli słowa Ojca i zachowali je w prawdzie. Nadejdą bowiem takie dni, gdy powiecie: „Błogosławione łono, które nie poczęło, i piersi, które nie karmiły”.

99 Powiedzieli Mu uczniowie: „Twoi bracia i twoja matka stoją na zewnątrz”. Rzekł im: „Ci oto, którzy wypełniają wolę mego Ojca, są moimi braćmi i moją matką. To oni wejdą do królestwa mego Ojca”.

101 Ten, kto nie żywi nienawiści wobec swego ojca i swej matki, jak ja, nie będzie moim uczniem. I ten, kto nie kocha swego ojca i swej matki, jak ja, nie może być uczniem moim. Matka moja bowiem, która [...] zaś moja matka prawdziwa dała mi życie.

105 Rzekł Jezus: „Kto pozna swego ojca i swoją matkę, tego nazwą synem rozpusty”.

Przyznam, że niezbyt ciepło brzmią powyższe słowa, szczególnie w kontekście propagowanej przez Jezusa miłości do bliźniego. Oczywiście takich przykładów jest więcej również w innych ewangeliach. Ale nimi przyjdzie czas zająć się później.

Ament. W…

16.10.2016 r.

11:10, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 października 2016

Po raz kolejny katoliccy bigoci chcą decydować za kobiety. W ich sprawach, ściślej – w kwestii odnoszącej się do ich rodzicielstwa: mają bezwzględnie rodzić! Innymi słowy odmawia im się możliwości decydowania o sobie, swoim życiu, zdrowiu, sprowadzając je tym samym do roli zwykłej maszyny reprodukcyjnej! Nieważne, czy dziecko będzie pochodziło z gwałtu, z kazirodczego stosunku, czy będzie chore genetycznie czy nie – istotne, że spłynęła na nią jakaś tam łaska i że ma bezwzględnie urodzić! Co właśnie potwierdził guru prawicy, Jarosław Kłamczyński, który powiedział, że – kobieta powinna urodzić, bez względu na chorobę dziecka, po ty, aby dziecko mogło być ochrzczone i pochowane w obrządku katolickim. Nic do dodać, nic ująć – jak dla mnie, i zapewne dla wielu kobiet, to przejaw czystego sadyzmu!

Wychodzi na to, że pierwszy kawaler RP – nie kawalarz, a właśnie kawaler! – chce decydować poprzez odgórny nakaz o czymś, co w ogóle go nie dotyczy i o czym tak naprawdę nie ma zielonego pojęcia!

Ile trzeba mieć w sobie bezduszności i zwykłej podłości, żeby takie bezmyślne i okrutne rzeczy głosić, aż przykro myśleć, mówić i pisać. Dlatego przytoczę tutaj jedynie fragment mojego scenariusza filmowego, który napisałem ponad 20 lat temu, a który był moim głosem w tej sprawie:

Scena 10. Kościół. Plener. Dzień.

Jest słonecznie. Pod kościół podjeżdża dwukonna bryczką. W niej Andrzej i Renata jako para młoda. Naprzeciwko nich siedzą drużbowie. Wszyscy szczęśliwi i uśmiechnięci. Po chwili wysiadają z niej i zmierzają w kierunku kościoła. Ta i następna scena odbywa się bez słów, obecna jest jedynie muzyka K. Groniec, utwór Będę z tobą.

Scena 12. Kościół. Wnętrze. Dzień.

Ksiądz: …chcesz pojąć za męża?

Renata: (niemo) Tak. (Albo kiwa tylko głową. Obecna jest jedynie muzyka.)

Scena 18. Dom wczasowy. Wnętrze. Noc.

Pokój. Końcowa sekwencja sceny miłosnej. Po chwili Andrzej przyciąga do siebie niewidoczną dotąd Renatę.

Renata: Udusisz mnie!

Andrzej: Chciałbym. Chciałbym cię wchłonąć w siebie, żebyś była tylko dla mnie. Niewidoczna dla nikogo – tylko moja.

                                               Milczenie.

Renata: Andrzej?

Andrzej: Słucham.

Renata: Dobrze ci dzisiaj było?

Andrzej: Przecież wiesz. Po co pytasz?

Renata: Chcę to usłyszeć. Powiedz.

Andrzej: Jak zawsze. Ale dzisiaj, jak nigdy przedtem.

Renata: Dla ciebie taka jestem. Tylko.

Andrzej: Wiem.

Renta: Teraz zawsze będę ci to robiła. Dobrze?

Andrzej: Nie musisz.

Renata: Chcę tego.

                                               Cisza.

Andrzej: Dobrze mi z tobą.

Renata: Uhm.

                                               Pauza.

            Szkoda.

Andrzej: Co…?

Renata: Bardzo szybko minęły te dwa tygodnie. Za szybko. Szkoda.

Andrzej: Wszystko ma swoje granice.

Renata: Wszystko… Nie, nie chcę tak!...

Andrzej: Kochanie, nie myśl teraz o tym. Spróbuj zasnąć. Jutro…

Renata: Dlaczego czas jest taki okrutny?

Andrzej: Ludzie są bardziej. A czas… Czas chyba jedynie pragnie nauczyć nas pokory. Niczego więcej, tylko pokory.

Renata: Pokory.

Andrzej: Tak, pokory. A teraz śpij. Śpij już.

Scena 23. Sala. Wnętrze. Dzień.

Renata w dużym, jasnym pomieszczeniu gra na fortepianie. Po chwili wstaje i zaczynają tańczyć, podczas gdy muzyka, którą grała, nadal jest obecna. Następnie do środka wchodzi Andrzej. Renata podbiega do niego, mówi, ale dialog ukazuje się w napisach na dole ekranu. Wszystko odbywa się zwolnionym tempie.

Renata: Och, jaka jestem szczęśliwa!... (ujmuje go za rękę i przystawia ją do swojego brzucha.) Dotknij. O, tutaj! I tutaj. I jeszcze tu. I tu. I tu…

Andrzej: Więc to…

Renata: Tak, kochanie. Tak! Tak! Tak!

Andrzej: To pewne?

Renata: Jak to, że jestem twoja. I tylko twoja. Na zawsze!

Andrzej: Ko – cham – cię!

Renata: Taka jestem szczęśliwa!...

Andrzej: Kocham! Kocham! Kocham!...

            Koniec sceny imaginowanej przez Renatę.

24.Mieszkanie. Wnętrze. Wieczór.

Andrzej: Renata! Mówię do ciebie.

Renata: Co…? Słucham…?

Andrzej: Nic. Już nic.

Renata: Przepraszam, zamyśliłam się.

Andrzej: I?

Renata: Co – „i”?

Andrzej: I gdzie byłaś?

Renata: Daleko. Bardzo daleko. Obok ciebie.

Andrzej: Nie rozumiem…

Renata: Wiem.

Andrzej: Więc może łaskawie mi wytłumaczysz, oświecisz ciemniaka?

Renata: Słowa, słowa. Tylko słowa.

                                   Po chwili.

Andrzej: Już wiem, co bym zrobił, gdybyś była w ciąży.

                                Dłuższa pauza.

Renata: No, słucham. Co takiego byś zrobił?

Andrzej: Zapytałbym, czy ze mną?

Renata nagle zatrzymuje się, patrzy przez dłuższą chwilę na Andrzeja, po czym odwraca się i wybiega z pomieszczenia.

Andrzej: Renata! Renata!

Anna: Reniu, a ty gdzie? Co się stało?

Renata: Nic. Źle się czuję. Przepraszam.

            Otwiera drzwi i wybiega z mieszkania.

Andrzej: Renata, ja przecież tylko żartowałem…

To jedynie krótki fragmencik dotyczący zachowania mężczyzny. Tak naprawdę problem w tym scenariuszu jest dużo poważniejszy – w jego dalszej części chodzi o zabieg aborcyjny. Dokonany zresztą, co tragiczne, w imię miłości do Andrzeja, który ów zabieg na Renacie wymusza. Jakie to przynosi konsekwencje dla kobiety, pisał nie będę. Tak jak niejednokrotnie już tutaj wspominałem – aborcja to nie sport i żadna chyba kobieta nie podejmują takiej decyzji, jakby miała do czynienia z chusteczkami do nosa. To naprawdę każdorazowo potężny problem. Dlatego na koniec powiem tylko tyle:

– Bigoci wszelkiego rodzaju: łapska precz od kobiet!

P.S.

Gdyby ktoś był zainteresowany moją literacką twórczością, odsyłam na moją stronę: www.jczaplinski.pl.

14.10.2016 r.

13:52, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 października 2016

Nacjonalizm – to pierwszy krok do antysemityzmu, szowinizmu, faszyzmu, homofobii, ksenofobii, islamofobii i wielu innych postaw, które tak naprawdę są z gruntu podłe, bo nie mają wiele wspólnego z istotą człowieczeństwa. Ludzi jednak z takim nastawieniem do życia, niestety, nie brakuje. Dlatego człowiek wrażliwy i odpowiedzialny powinien zawsze zachowywać czujność na tego typu postawę, powinien mieć świadomość, że zaraz za takim oglądem świata może pojawić się szereg kolejnych negatywnych zachowań, które nieopatrznie mogą nas przybliżyć do kolejnej tragedii w dziejach ludzkości.

Oczywiście, zanim nienawiść do obcych, do inności zatriumfuje w szerszym zakresie, na arenie międzynarodowej, odniesie najpierw zwycięstwo na własnym podwórku. Zwycięży jednak nie tylko dzięki sfanatyzowanym zwolennikom wszelkich podziałów na lepszych i gorszych, na tych naszych i tych obcych, ale również dzięki tzw. pożytecznym durniom, czyli tym, którzy święcie wierząc w to, co głoszą ich cwani bracia w wierze ideologicznej, poprą ich w cynicznej rozgrywce o władzę. Zawsze bowiem było tak, że idioci dzielili się na tych, którzy są debilni ze względów właśnie ideologicznych, więc niejako z urzędu, i na tych, którzy zawsze cynicznie próbowali wygrywać swoje, głosząc swoje objawienia ex katedra, wykorzystując przy tym owych debilnych sojuszników w sprawie.

Naturalnie, można powiedzieć: to nie żadni idioci, tylko zwyczajnie zagubieni ludzie. W końcu w natłoku dezinformacji, fałszywych postaw, kłamstw lejących się w zasadzie codziennie z różnego rodzaju mediów, różnorakiego typu oskarżeń i pomówień, to w zasadzie nic dziwnego i zaskakującego – można się pogubić! I zapewne jakaś część społeczeństwa jest zagubiona, jakaś jej część utraciła zdolność krytycznego myślenia i właściwej oceny rzeczywistości. Są też i tacy, którzy zwyczajnie szukają uznania swojej podmiotowości: przygarną nas – to świetnie, nie zrobią tego, poszukamy akceptacji gdzie indziej. Na przykład w Internecie na różnego rodzaju portalach społecznościowych, gdzie mogą się spotykać nieznani sobie ludzie i nawiązywać zażyłe relacje, które następnie przepoczwarzają się – jakoby – w przyjaźnie. Bo rzecz w końcu w tym, żeby znaleźć się w pewnej grupie społecznej, w której odnajdziemy siebie i w ogóle swoje miejsce tu i teraz. Chodzi o miejsce, gdzie nas zaakceptują!

Niestety, wielu ludzi taką akceptację właśnie tam znajduje, za co niektórzy płacą nierzadko wręcz koszmarną cenę – utratą więzi z bliskimi, co jest fatalne dla wszystkich, zarówno dla zainteresowanego, jego rodziny, jak również dla społeczności, w której ów człowiek funkcjonuje na co dzień.

Oczywiście, niektórzy z nas mogą powiedzieć, że dopóki nie dotyka mnie to bezpośrednio, jestem obojętny. Rzecz w tym, że nie możemy sobie pozwolić na obojętność, tak zwyczajnie, na zasadzie – ani mnie to grzeje, ani ziębi. Bo to tylko pozór, że jesteśmy na to grubo impregnowani. Tak naprawdę ten problem dotyczy nas wszystkich. Z większym lub mniejszym skutkiem bowiem uderza rykoszetem w całe społeczeństwo. Jeżeli nawet nie od razu, bezpośrednio, to w bliższej czy dalszej przyszłości. Zawsze jednak jakiś rachunek jest wystawiony, który przychodzi nam wszystkim zapłacić.

12.10.2016 r.

14:49, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 października 2016

Dzisiaj odszedł od nas Andrzej Wajda. Jeden z największych nie tylko polskich, ale w ogóle światowych reżyserów filmowych. Oczywiście, słowa nigdy nie wyrażą tego, ile tracimy wszyscy, jako ludzkość, wraz ze śmiercią takich osób. Dlatego ja nie będę się tutaj silił na jakieś wzniosłe peany, napiszę krótko: Odszedł Ktoś, po Kim nikt z dzisiaj żyjących nie będzie w stanie wypełnić opuszczonego miejsca. Kolejna śmierć i kolejna bolesna strata w polskim życiu, nie tylko przecież kulturalnym, nie do zastąpienia.

Nasze życie z każdą umykającą minutą uzmysławia nam brutalnie, że nic nie trwa wiecznie  życie człowieka tym bardziej. Mimo jednak tej wiedzy nigdy nie jesteśmy przygotowani na czyjeś odejście  ono zawsze boli.

Żeby niepotrzebnie nie przedłużać, przytoczę jeszcze wiersz mojego niespodziewanie zmarłego niedawno kolegi,  Krzysztofa Waldemara Kupca.

Odchodzenie

Jeszcze

jeden oddech,

spojrzenie na sufit…

A może w Niebo?

Chociaż

trzymam Cię mocno,

wymykasz się

z moich ramion

w nieskończoność

mojego bólu i tęsknoty,

do wieczności

swojego żywota.

 

10.10.2016 r.

16:15, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl