RSS
środa, 29 października 2014

    W ostatnim czasie nagminne było takie oto zachowanie – moje zachowanie: siadałem przed komputerem, zaczynałem pisać jakiś tekst i… nie kończyłem go. Ale że napisać jednak coś musiałem, bo niejako dyscyplina wewnętrzna przymuszała mnie do tego, więc próbowałem jeszcze raz i, niestety, wszystko kończyło się z podobnym skutkiem: kilka zdań i znów zniechęcenie. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy czasami nie dopadł mnie jakiś kryzys twórczy. Jednak po głębszym namyśle dotarło do mnie w końcu, że tak naprawdę za ten stan, w jakim się znalazłem, odpowiedzialne są – okoliczności! To jest właściwy kontekst, w jakim powinienem próbować roztrząsać przyczyny mojej niechęci do codziennego pisania. Okoliczności zewnętrzne, w jakich funkcjonujemy i działaniu których jesteśmy poddawani systematycznie dzień po dniu – to jest prawdziwa przyczyna mojej twórczej niemocy! Bo sami przyznajcie – jak tu komentować cokolwiek, gdy co chwila słyszy się i widzi takie informacje:

    – tragedia górników, znów wybuch i pożar w kopalni;

    – trzyosobowa rodzina nie żyje: młodzi dziennikarze wraz z małym dzieckiem;

    – kolejne ofiary pijanego kierowcy;

   – w zamachu radykalnego islamisty zginęło dwadzieścia siedem osób, a kilkadziesiąt jest rannych;

    – mimo zawieszenia broni walki na wschodzie Ukrainy nadal trwają.

    I tak dalej, i tak dalej. Więc czy w takich okolicznościach naprawdę można pisać w sposób na tyle ważny, choćby się miało dobre pióro i wiele ciekawych tematów do poruszenia, żeby przyznać sobie palmę pierwszeństwa z relacji z życia? Czy w słowach człowieka piszącego będzie więcej prawdy o naszym tragizmie, niż w tych wszystkich przygnębiających wydarzeniach, które nas co i rusz zewsząd atakują? Oczywiście – nie! Ludzie piszący mogą jedynie w pewnym ograniczonym zakresie przybliżyć się do prawdy, samą prawdą o naszej egzystencji ich słowa jednak nie będą. Prawda bowiem jest o wiele bardziej boleśniejsza niż słowa! One – to jedynie relacja, lepsza lub gorsza ze spektaklu zwanego życiem. Słowa zbyt słabe, aby móc wyrazić nasz ból, cierpienie, rozpacz, frustrację czy w ogóle rozczarowanie. One wszystkie okazują się zbyt ułomne w kontekście jakiekolwiek naszej tragedii. A jak doda się do tego jeszcze bylejakość urzędników państwowych, nieudolność sędziów i prokuratorów, czy potworną słabość naszego prawa, to chyba nic dziwnego, że odechciewa się wszystkiego – nie tylko zresztą pisania.

       29.20.2014 r.

10:26, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 października 2014

Przybysz: Uważam, że zbyt dużą wagę przywiązujecie do słów, jak dla mnie zbyt dużą, a za małą z kolei do czynów. Ale nie to jest jeszcze najgorsze, o wiele gorsze bo niebezpieczne jest, że wprowadzacie w życie to, co w tych słowach zawieracie.

Zdziwisz: Bo to naturalne prawo! W końcu na początku było ono – Słowo!

Przybysz: No słowo honoru, ale nie! Mylisz się. Na początku był dźwięk. I wszyscy obywatele wszechświata to wiedzą, tylko wy uparcie błądzicie od wieków niczym ślepcy, uparci i niereformowalni. Mówię wam – na początku był dźwięk. Bo dźwięk, to istnienie wszystkiego!

Terlik: Jakieś brednie opowiadasz. My dobrze wiemy, co było na początku!

Przybysz: A niby skąd? Byliście przy tym?

Terlik: Nie musieliśmy. Przekazano nam tę wiedzę.

Przybysz: Przekazano.

Zdziwisz: Oczywiście, w Piśmie. I nie dziw się tak. Pismo Święte mówi nam, co było na początku.

Przybysz: Jakie pismo?

Zdziwisz: Biblia. Pismo Święte!

Terlik: Nie pochodzisz stąd, więc nic dziwnego, że tego nie wiesz i teraz się dziwisz. To są podstawy naszej wiary. Prawda objawiona!

Przybysz: Wkręcacie mnie – przyznajcie się.

Terlik: Zwariowałeś?! To wszystko, co mówimy, to najszczersza prawda.

Zdziwisz: I niepodważalna!

Przybysz: Powiem wam, że gdy tak was słucham, to nie mogę wyjść ze zdumienia: święci ludzie, święte pisma, święte dni, syn jakiegoś boga, którego zresztą uśmiercacie, ale ten też jest oczywiście święty! Macie w zanadrzu jeszcze coś świętego?

Zdziwisz: Nie kpij!

Przybysz: Nie kpię! Po prostu pytam, bo ciągle mnie zaskakujecie. Nie powinno się was nazywać ludzie, szybciej już niespodzianki. Planeta ziemia zamieszkana przez niezliczone niespodzianki! To byłoby bliższe prawdy.

Terlik: Możesz mówić, co chcesz, my znamy prawdę, w odróżnieniu od ciebie, Przybyszu.

Przybysz: Nic z tego, nie znacie ani krztyny prawdy. Podobnie jak też nic nie wiecie o początku. Zupełnie nic! Jesteście największymi ślepakami w kosmosie!

Zdziwisz: Powtarzam ci: na początku było Słowo!

Przybysz: (śmiech, dziwny, przypinający duszący się traktor). Nie rozśmieszaj mnie, bo zajady mi popękają. Nie znacie zarówno swojego początku, jak i końca. Chociaż tego ostatniego możecie się przynajmniej domyślać. To nic trudnego, gdy postępuje się tak jak wy.

Terlik: Co masz na myśli?

Przybysz: Pomyśl, bystrzaku. Dla ułatwienia podpowiem wam, że tak czy inaczej i tak jesteście w czarnej…   tej,  w dziurze jesteście czarnej.

Zdziwisz: Nie zagaduj nas i odejdź stąd lepiej. Zniknij! maro nieczysta. Nie uda ci się odciągnąć nas od naszej jedynej prawdziwej wiary, o nie! (macha uniesionym w górę palcem)

Przybysz: Tak, tak, wiem – prawdziwa i jedyna, bo objawiona! Tak jak to wasze jakieś pierwsze słówko. Dźwięk – on był na początku. Czysty doskonały dźwięk rozległ się w całym wszechświecie i… zaczęło się! To było na początku.

Terlik: Kłamiesz!

Przybysz: A niby dlaczego miałbym kłamać? Mam jakiś powód? Nie, kochany, w tym rzecz, że mówię prawdę. Pierwszy był dźwięk. Nawet u was, gdy zaczęliście się rozwijać, szybciej cywilizować – dzięki nam zresztą, bo przyspieszyliśmy wasz rozwój – porozumiewaliście się dźwiękami, nie słowami. Słów nie było i nie było mowy. Żadnej. Dlatego nie opowiadajcie mi jakichś bajeczek o tym, że pierwsze było jakieś tam słówko. Wymyślcie coś sensowniejszego – stać was na to!

Trelik: Gadaj sobie zdrów i tak nikt tutaj ci nie uwierzy w żadne twoje słowo. Mamy swoją prawdę i tego się trzymamy. To kręgosłup naszej egzystencji, naszej cywilizacji!

Przybysz: Trudno, chciałem pomóc – nie udało się, więc czas się zbierać. Na koniec powiem wam jednak jeszcze jedno: nie przywiązujcie tak dużej wagi do słów. Oczywiście, one są ważne – w literaturze na przykład, w nauce, ale w codziennym życiu, obcowaniu ze sobą stawiajcie na czyny. Dobre czyny. Tylko one mogą was ocalić. Zacznijcie się w końcu uczyć na własnych błędach! W innym przypadku….

Ostatnich słów nie było już słychać – zagłuszyło je załączenie się silnika. Przybysz na koniec uśmiechnął się, następnie wszedł do swojego kosmolotu, a po chwili… I tyle go było widać! Pozostało tylko wspomnienie jego wizyty, które prawdopodobnie i tak nic nie dało dwóm jego rozmówcom.

        26.10.2014 r.

05:49, adelmelua
Link Komentarze (4) »
sobota, 25 października 2014

Jarosław Kaczyński zapowiedział swoją aktywność polityczną jeszcze po 2020 roku! Jego wyznawców taka deklaracja ucieszyła, co zrozumiałe, ale też nietrudno się domyślić, że wielu jednak jego słowa przeraziły. Na mnie owa zapowiedź podziałała inspirująco. Wyobraziłem sobie bowiem taką oto scenkę w niedalekiej przyszłości, bo za około dwadzieścia lat.

Jezioro. Dwóch starszych mężczyzn łowi ryby. To Donek i Jaro.

Donek: A pamiętasz, jak wypuszczałeś tego szalonego Antosia w maliny, a ten plótł te swoje androny trzy po trzy razy cztery i nic z tego nie było dobrego?

Jaro: Nawet mi nie przypominaj! Ile ja przez niego najadłem się wstydu – szkoda strzępić języka.

Donek: Kto sieje deszczówkę, ten zbiera burzę.

Jaro: Że jak? Mów głośniej, bo coś chyba słabiej słyszę ostatnio.

Donek: Mówię, że było – minęło.

Jaro: Wszystko przez ten nieszczęśliwy wypadek.

Donek: Bardzo ci wtedy współczułem. Nadal zresztą współczuję, tak jak i wszystkim rodzinom, których bliscy zginęli w tym nieszczęśliwym wypadku.

Jaro: Tego dnia wszystko od początku było nie tak…

Donek: To prawda. Co nie zmienia faktu, że stało się coś, co stać się nie miało prawa!

Milczenie podczas którego słychać przeciągłe pierdnięcie.

Jaro: Muszę ci się przyznać…

Donek: Nie ma o czym mówić – każdemu się zdarza.

Jaro: Nie rozumiesz. Chcę powiedzieć, Donek, że mojej winy też tam było sporo. W końcu to ja ubrałem brata w te polityczne buty, w których on jednak nigdy nie czuł się najlepiej.

Donek: Nie obwiniaj się, wszyscy w jakiejś części zawiniliśmy. Z drugiej jednak strony, czy w ogóle ktoś mógł przypuszczać, że może dojść do takiej tragedii? Nikt! Nikt przy zdrowych zmysłach, naturalnie.

Jaro: To prawda. Kto w ogóle mógł przypuszczać, że… Taka tragedia, taka tragedia!

                                   Chwila milczenia.

Donek: Zawsze chciałem cię o to zapytać. Minęło tyle czasu, więc myślę, że w zasadzie już można. Powiedz mi: Jak przyjąłeś wiadomość o śmierci brata? Uporałeś się już z tą stratą? W końcu wasz związek był dużo ściślejszy niż u innych. Wy byliście bliźniakami!

Jaro: Prawda jest taka, że nigdy nie pogodziłem się z jego śmiercią. Tamtego dnia wraz z odejściem Lecha, umarła również jakaś część mnie.

Donek: To przykre, co mówisz.

                                   Pauza.

Wybacz mi, jeżeli powiedziałem coś przykrego w tamtym czasie. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że nierzadko byłem przymuszony sytuacją zewnętrzną i presją, tak swojej partii, jak i opozycji.

Jaro: Myślisz o mnie? Ja też musiałem się tak zachowywać. Nierzadko było przecież tak, że to okoliczności zewnętrzne decydowały o naszych słowach i działaniach. Sam wiesz najlepiej, jak to jest w tym świecie.

Donek: Tak, tak, wszyscy jesteśmy niewolnikami czegoś lub kogoś. Bez wyjątku, co do jednego! I po co to wszystko?

                        Po chwili.

Jaro: Właśnie, po co?

                        Milczenie.

Donek: Słabo dzisiaj biorą. Cholernie słabo.

Jaro: Że co, słabo ci?

Donek: Mówię, że słabo dzisiaj biorą! Stoimy tu jak dwa palanty i czekamy jak na jakieś zmiłowanie.

Jaro: Zawsze byliśmy palantami. Tyle że teraz jesteśmy palantami na rybach. Beznadzieja!

                        Pauza.

Wiesz co, Donek? Tak sobie myślę, że my tutaj mamy właściwie taką kwintesencję Polski, jej jądro!

Donek: To znaczy?

Jaro: Że nie biorą tylko ryby.

Donek: (ze śmiechem) A niech cię, dunder świśnie! Ty jak już coś zasuniesz, to boki zrywać.

                        Po chwili.

Jaro: Ale jednego do dzisiaj nie mogę ci wybaczyć, wiesz.

Donek: O co chodzi?

Jaro: Pamiętasz to spotkanie w telewizji i jak powiedziałeś, że cię straszyłem w windzie pistoletem? Tą zagrywką poniżej pasa pogrążyłeś mnie wtedy.

Donek: Musiałem. Walczyliśmy ze sobą: albo my, albo wy – nie było trzeciego wyjścia. Bitwa z gatunku tych – być albo nie być!

Jaro: No i byłeś, a ja przepadłem. Tylko że to była zwykła zabawka – pistolet na wodę. Nie zrobiłby ci żadnej krzywdy.

Donek: Nie wiedziałem. Wyglądał na prawdziwy.

Jaro: Wiele rzeczy wówczas wydawało się prawdziwe, a takie nie było.

Donek: Ty byłeś prawdziwy.

Jaro: Ale ty przecież nie bałeś się mnie, co? Przyznaj się.

Donek: Bierze ci! Podetnij i ciągnij, no!

                        Po krótkiej chwili.

Świetnie. Świetnie ci poszło!

Jaro: E, sam widzisz – to zwykły leszcz. Jak zwykle zresztą.

Donek: Nie narzekaj, na bezrybiu i rak ryba. Lepszy byle jaki leszcz, niż kleszcz.

Jaro: No proszę, na starość stajesz się poetą.

Donek: E tam, czasami  coś przyjdzie do głowy, to się głośno powie i tyle.

Jaro: Nie bądź taki skromny, mnie nie oszukasz – obaj dobrze wiemy, jaki jesteś.

Donek: (śpiewnie) Ja to wiem, ty to wiesz, jestem zwykły leszcz, którego w dupę uciął kleszcz…

Jaro: (ze śmiechem) Donek, daj spokój, zgrywusie! Zsikam się jeszcze, a z tego pośpiechu żeby się nie spóźnić, zapomniałem założyć pampersa.

Donek: (nadal śpiewnie) Na szczęście nie jestem sam i ty to wiesz, boś taki sam polityczny leszcz!

Jaro: Ha, ha, ha!… Przestań! Proszę cię. Bo naprawdę popuszczę.

Donek: Co, zwieraczyki już nie trzymają?

Jaro: Nie śmiej, nie śmiej, zobaczysz za parę lat – też cię to dosięgnie. A może nawet jeszcze gorzej!

Donek: Gorzej? Jest coś gorszego na starość od zlanej pieluchy?

Jaro: Oczywiście: usrana pielucha! (śmiech)

Donek: Co, znowu mnie straszysz? Bez straszenia kiepsko ci się żyje?

Jaro: Mam w dupie strach! Mówię ci, co może być gorsze od zeszczanej pieluchy. Wystarczy, żeby tylko przypomniał sobie o nas Alois, wtedy mamy dosłownie przesrane!

Donek: Nie znam człowieka.

Jaro: Ważne, że on cię może znać. Alois Alzheimer posiada bardzo wielu znajomych.

Donek; No i znowu mnie jednak straszysz.

Jaro: Oj, Donek, Donek, nic się nie zmieniłeś – nadal bojaźliwy jak zawsze!

Donek: Ostrożny – nie bojaźliwy, bo mam wyobraźnię. Dlatego wolę dmuchać na zimne niż później żałować, że czemuś się nie zapobiegło, choć przecież mogło!

Jaro: Co, do mnie pijesz? Że niby…

Donek: Strasznie drażliwy jesteś. Tak tylko powiedziałem – ogólnie. Ale sam wiesz, jak jest. Mamy już swoje lata, więc niejedno już widzieliśmy i zdążyliśmy się niejednego nauczyć.

Jaro: To prawda. (ze śmiechem) Ja nawet, cholera, nauczyłem się łowić roby!

Donek: Właśnie. I znowu ci  bierze! Jaro, ty farciarzu! No, ciągnij, powoli, wolniej, wolniej – i teraz!...

I tak sobie Donek i pan Prezes łowili rybki w mojej wyobraźni. Lepiej szło Jaro, ale Donek z tego powodu nie zżymał się i dzielnie trwał w towarzystwie pana Prezesa. A potem… Potem nic już nie było ważne. Tak samo zresztą, jak przedtem nie było aż tak bardzo istotne, jak wszystkim się wydawało.

 

               25.10.2014 r.

13:46, adelmelua
Link Komentarze (2) »
niedziela, 19 października 2014

    Zapewne świat dawnych wierzeń, szczególnie w zetknięciu z agresywnym chrześcijaństwem skazany był na unicestwienie niejako w sposób naturalny. Ile ten proces nawracania na jedyną słuszną religię kosztował istnień ludzkich, to wie tylko Ten, w imieniu którego śmierć i pożoga były wzniecane przez fanatyków idei krzyża. Ale, na szczęście w tym nieszczęściu, to było. Było i minęło, czasu się nie wróci, żadnego życia nie przywróci. Tak jak nie przywróci się dzisiaj do życia ofiar wojującego islamizmu. Takie bowiem są koszta wszystkich wojen, nie tylko tych religijnych!

   Nieistotne, że wszystkie religijne animozje są o kant dupy rozbić np. w kontekście zagrożenia ziemi uderzeniem asteroidy lub jakiejś komety. To nic, że w chwili takiego zagrożenia żaden z tych najlepszych z bogów nie jest w stanie pomóc swoim wyznawcom choćby poprzez rozłożenie jakiegoś ochronnego parasola nad ziemią. Ważne, że On jest, bo my w Niego wierzymy! Jeżeli dzieje się tak jak się dzieje, to znaczy, że tak miało być, bo Stwórca tak zaplanował: taki sąd ostateczny na skróty i hurtem. Żeby nie słuchać biadolenia, jacy to jesteśmy wspaniali, wierni i bezgrzeszni; żeby nie słuchać naszych nigdy nie kończących się tłumaczeń i narzekań!

    Dla mnie, co nie jest tajemnicą, to, co robią wszystkie religie tego pięknego świata do kupy razem wzięte, to czyste zniewolenie. Pętają nasze umysły różnymi zakazami, nakazami, strasząc przy tym jakimiś grzechami i bzdurną karą za nie, albo też obiecując dla bogobojnych i nieprzejednanych fanatyków raj i zbawienie. Dzieje się tak, naturalnie, w trosce o nas i nasze zbawienie! Jakbyśmy sami nie wiedzieli, co czynimy, byli ubezwłasnowolnieni i niezbędni nam byli jacykolwiek pośrednicy; jakbyśmy byli nieświadomi w pełni swojego istnienia i nie byli w stanie dotrzeć do tego, co braciszkowie czarni nam obiecują – do Boskości! Bo my jesteśmy ślepi i głusi i potrzebujemy ich jako przewodników na zasadzie: prowadził ślepy kulawego!

   Ja, co zrozumiałe, za takich przewodników serdecznie dziękuję! Wolę błądzić sam, niż zawierzyć swój los, choćby i pośmiertny, w ręce ludzi kłamliwych, chciwych, bez czci i honoru. Nie oni będą moimi adwokatami, sam się obronię, a dokładniej moje życie to zrobi. Zanim to jednak nastąpi – jeżeli w ogóle się dokona – mam dla was opis pewnego spotkania, do którego co prawda nie doszło, ale jako że przyszłość płata nam różne figle, więc wcale nie jest powiedziane, że nigdy nie dojdzie. A oto zapis owej rozmowy, która mogłaby tak mniej więcej wyglądać:

Przybysz: Więc mówicie, że kogo macie?

Terlik: Boga. Tego, który stworzył ten świat – nasz świat!

Przybysz: Aha. Widzieliście go?

Zdziwisz: No nie dosłownie, ale kiedyś, dawno temu, kiedy żył Abraham... On miał to szczęście…

Przybysz:Abraham.

Zdziwisz: Przecie mówię!

Przybysz: I co się z nimi stało?

Terlik: Nic, nie żyje. Umarł.

Przybysz: Umarł.

Zdziwisz: Taka kolej rzeczy.

Przybysz: Czyli nikogo nie ma, kto mógłby poświadczyć, że go widział.

Zdziwisz: Zgadza się.

Przybysz: Dziwne rzeczy mówicie.

Terlik: Dlaczego dziwne? Po prostu wiemy, że On jest i tyle. Zawsze był!

Zdziwisz: Naturalnie! To znaczy dawniej, jeszcze przed nim byli bogowie, ale to było błędne myślenie. Dzisiaj znamy prawdę!

Przybysz: Skąd ta pewność, że teraz nie błądzicie?

Terlik: Ponieważ… ponieważ On nam to powiedział poprzez swojego syna, którego tutaj przysłał.

Przybysz: To ciekawe, co mówisz. I co z nim?

Zdziwisz: Z Jezusem?

Terlik: Tak miał na imię. Dokładnie Jezus Chrystus.

Przybysz: Więc, co z nim?

Zdziwisz: Nic, pojawił się i wskazał nam właściwą drogę.

Przybysz: Aha. I co, gdzie on jest? Mógłbym się z nim spotkać?

Terlik: To niemożliwe.

Przybysz: Dlaczego?

Zdziwisz: Bo on też nie żyje.

Przybysz: Naprawdę? Syn boga?!

Zdziwisz: Został ukrzyżowany.

Przybysz: Ukrzyżowany?! Ale jak?

Terlik: Normalnie. To ciekawa historia, ale długo by o tym opowiadać.

Przybysz: Syn, jak mówicie, waszego boga, nie żyje. I ojciec go nie uratował?

Zdziwisz: Tak miało być. Umarł za nas!

Przybysz: Obawiam się, że nadal nie rozumiem. Dlaczego musiał umrzeć i to akurat za was?

Zdziwisz: Żeby odkupić nasze grzechy.

Przybysz: Grzechotki?

Terlik: Grzechy – nie żadne grzechotki! Nasze złe uczynki.

Przybysz: Naprawdę bardzo dziwne rzeczy mówicie.

Terlik: Dlaczego dziwne? Całkiem normalne.

Przybysz: Ja ich nie rozumiem. Ktoś przysyła tutaj swojego syna, jak twierdzicie, żeby ten został ukrzyżowany, czyli poniósł śmierć, za jakieś wasze, jak to nazwaliście, grzechy, czyli złe uczynki. Przyznacie, że to co najmniej dziwne. I niehumanitarne. Gdybym był człowiekiem, powiedziałbym, że to nieludzkie! Wręcz chore!

Terlik: Właśnie! Dlatego że nie jesteś jednym z nas, nie zrozumiesz tego.

Przybysz: Bywałem w wielu miejscach naszego pięknego wszechświata, ale – wierzcie mi – nikt nigdzie by tego nie zrozumiał. To szaleństwo w czystej postaci! Jakiś bóg, na dodatek jedyny, jakiś jego syn przysłany tutaj, żebyście go zabili po to, żeby odkupił między innymi winę swoich zabójców – no powiedzcie, czy to jest normalne? Kiedyś odwiedziłem pewną planetę, mniej więcej dwa lata świetlne stąd, tam również mieli jakichś bogów i tak jak wy tutaj, oni, to znaczy ci bogowie również mieli swoich synów i córki. Ale to były tylko takie wymysły, takie mitologie, żeby poprawić samopoczucie mieszkańców tamtej planety. Ale nikt nikogo nie zabijał, żeby coś odkupywać! Aż ciarki przechodzą, jak mówicie takie rzeczy, brrrr!...

Zdziwisz: Pobyłbyś dłużej z nami, to byś zrozumiał. To nie takie trudne.

Przybysz: Zapewne, ale… może innym razem – czas na mnie. Może jeszcze kiedyś tutaj wpadnę, ale obawiam się, że nieprędko. Innych też ostrzegę, żeby się w te rejony nie zapuszczali, bo wieje zgrozą. Żegnajcie! Brrr!...

    I tyle było go widać. Jak szybko i niespodziewanie się pojawił, tak i błyskawicznie zniknął, bez wyraźnej i jednoznacznej obietnicy kolejnych odwiedzin. Ale czy można mu się dziwić? Czy w ogóle jest czemu się dziwić?

         19.10.2014 r.

10:56, adelmelua
Link Komentarze (4) »
wtorek, 14 października 2014

    W 1976 roku w Katowicach miały miejsce mistrzostwa świata w hokeja. W pierwszym meczu Polacy pokonali potęgę – ZSRR: sześć do czterech! I co? Lipa: spadliśmy do grupy „b”. Dzisiaj, po wygranej z aktualnymi mistrzami świata w piłce nożnej, mecz ze Szkotami. Rywal potencjalnie dużo słabszy od naszych zachodnich sąsiadów, co nie znaczy że łatwiejszy do pokonania. Osobiście jestem pełen wątpliwości i niepokoju co do samego przebiegu meczu, jak i jego finalnego wyniku. Bo tak naprawdę jest się czego obawiać – z Niemcami nie zagraliśmy tak naprawdę dobrego meczu, zagraliśmy jedynie, jak nigdy od lat, niezwykle skutecznie i z ogromną ambicją. Dzisiejszy mecz będzie wyglądał zupełnie inaczej, dzisiaj oczekuję od naszych chłopaków potwierdzenia boiskowej dojrzałości i mądrości, czyli kreacji i prowadzenia gry.

    Nie chciałbym, więcej – bardzo bym nie chciał, żeby te dwa mecze – z Niemcami i Szkotami – przypominały drogę z raju do piekła. Dzisiaj oczekuję potwierdzenia, że mamy jednak drużynę, z której możemy być dumni i na którą możemy liczyć w walce z każdym przeciwnikiem! Mam nadzieję, że dzisiaj nie wrócą stare demony, czyli niedokładne podania, nieporadność w zawiązywaniu akcji, a także chorobliwa wręcz nieskuteczność.

   Za kilka godzin będziemy wiedzieli, gdzie się znajdujemy – w piekle czy w raju. Czy nadal będzie trwało święto, czy ku naszej rozpaczy rozpocznie się żałobna msza.

       14.10.2014 r.

15:47, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 października 2014

    Wczoraj obejrzałem w TVN7 dokument właśnie tak zatytułowany, jak ww. tytuł dzisiejszego wpisu. Traktował on o młodym człowieku, który chciał zostać artystą, bo tak mu w duszy grało, tyle, że miał bardzo niepoukładany świat, jak również swoje pragnienia i w ogóle całe swoje otoczenie. A że miał swojego idola, imiennika Davida Lyncha, więc niejako udał się na jego poszukiwanie. Stąd zapewne również zainteresowanie medytacją, tzw. transcendentalną, której przedstawicielem i piewcą jest znany nam reżyser.

   Tym, który ją rozpropagował był niejaki Maharishi, ów znany guru, do którego w swoim czasie trafił również zespól The Beatles czy Mia Farrow i wielu innych naiwniaków poszukujących tego, co nieuchwytne, bo niezmiernie uduchowione.

    Nie chcę przez to powiedzieć, że w ogóle jakakolwiek medytacja jest „be”, bo tak nie jest. Uważam, że w człowieku drzemią tak duże a nieznane pokłady nieznanego a wielkiego, że każdy sposób dotarcia do nich poprzez naszą podświadomość jest jak najbardziej wskazany. To, co mnie od razu odrzuca od tego typu nawiedzeńców, to ludzie pokroju Maharishiego, którzy zbijają na tym ogromne, wprost niebotyczne majątki! Przykład:

  Pytanie: Gdzie mieszka guru Maharishi? Chciałbym się z nim spotkać i przeprowadzić wywiad.

   Odpowiedź: Jak to gdzie? Oczywiście w Beverly Hills!

  Jak usłyszałem gdzie ma swoją siedzibę ów uduchowiony człowiek, byłem w domu! Ta wiadomość mnie rozbroiła i ubaw miałem przez dłuższy czas. A wiecie dlaczego? Bo medytacja jest cool oczywiście, ale datki na przepych guru są jeszcze bardziej cool i jak najbardziej na miejscu! Mało powiedziane, że one są wskazane, one są wręcz nakazane! A jeżeli nie jesteś już w stanie nic zapłacić, to – wynocha! A sio, sio!!

   Jak powiedziałem: film w wielu swoich miejscach mnie rozbawił, a naiwność ludzi, którzy mieli duże pieniądze i w pewnym momencie trafiali do mistrza wyłudzeń, były dla mnie porażające! Oglądałem ich i słuchałem z niedowierzaniem, ale również z ogromnym rozbawieniem. W pewnym momencie w filmie pojawił się wątek lewitacji. Tytułowy David zadał więc, co zrozumiałe, pytanie bardzo bliskiemu współpracownikowi guru, które aż cisnęło się na usta:

   David: Czy Maharishi lewitował?

   Współpracownik: Nie.

   David: Dlaczego?

   Współpracownik: (z uśmiechem) Ponieważ był skromnym człowiekiem.

   Sami powiedzcie, czy można zachować powagę? Ja nie mogłem i śmiałem się do rozpuku!

Najciekawsze, że bardzo istotną postacią w tej sekcie jest wyżej wspomniany reżyser David Lynch, który jeździ po świecie i sprzedaje absurdalną ideę nieżyjącego już dzisiaj guru. Uparcie pieprzy trzy po trzy jak potłuczony i w zasadzie naciąga ludzi. Bo ludzie w swojej naiwności, a także w swoich poszukiwaniach czegoś transcendentnego, dają się łatwiej omamić cwaniakom. Tym bardziej, że oświecenie, które każdy chciałby osiągnąć, to naprawdę bardzo dobry towar i świetnie się sprzedaje. Bo o to tak naprawdę w tym wszystkim chodzi: o szmal!

    Pod koniec filmu tytułowy David (Sieveking) wybiera się w góry Nepalu, gdzie uczy się jogi. Podczas takich ćwiczeń mówi, że jadą mu syry. To zdanie według mnie genialnie podsumowuje niniejszy film:

   Joga jest okej, ważne tylko, żeby nie podtykać sobie pod nos własnych stóp, bo można naprawdę zdrowo odlecieć, niczym David, ale nie ten tytułowy, a Lynch!:)

     13.10.2014 r.

10:57, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 października 2014

   To, co pomogło stworzyć religię judaistyczną w takiej formie, jaka przetrwała do naszych czasów, a która tak naprawdę legła również u źródeł zarówno religii chrześcijańskiej jak i islamskiej, to przede wszystkim wygnanie babilońskie w VII wieku p.n.e. i zburzenie świątyni Salomona. Ten moment jest kluczowy w formowaniu się jedynobóstwa w religii judaistycznej, co później dwie wspomniane wyżej religie przejęły z dobrodziejstwem inwentarza. Pomijam działalność faraona i jednocześnie reformatora religijnego Echnatona i okresy, kiedy powstawało Pismo Święte oraz kiedy i dlaczego pojawił się YHWH: J – Jahwe, czy też rzadziej Elohim; to bowiem, co mnie tutaj ciekawi i zastanawia jeszcze bardziej, to – skąd zaczerpnięto wiedzę o tym jednym jedynym i konkretnym Bogu. Czy był to świadomy zamysł, czy, jak zwykle, historia jedynobóstwa potoczyła się w taki właśnie sposób dlatego, że zmieniał się człowiek, a tym samym również jego pragnienie innego wytłumaczenia świata w tym zakresie?

    Nieraz pisałem już o tym tutaj, iż oprócz jednej zasadniczej różnicy pomiędzy starożytnymi wierzeniami – łącznie z mitologiami różnych ludów – a dzisiejszymi religiami w zasadzie nie dostrzegam większej różnicy. Ta podstawowa odmienność to jednocześnie, tak się składa, kamień węgielny każdej religii, mianowicie – jedynobóstwo! Monoteizm, brak rywalizacji i przymus dzielenia się władzą z innymi bóstwami, co zapewne miało podkreślić potęgę tego jedynego i doskonałego boga!

  Jak wiemy, o czym wspomniałem już na wstępie, monoteistyczną religię jako pierwsi wykształcili owi „przeklęci” przez miliony ludzi Żydzi. Dzisiaj wiemy, że niejako na swoją zgubę – taki to nieciekawy los zgotował Jahwe swojemu ludowi, jakoby wybranemu, za to wyróżnienie. My, tzn. chrześcijanie, a także wyznawcy islamu przejęliśmy tę koncepcję religijną z całym dorobkiem inwentarza, co, niestety, legło u podłoża naszego obskurantyzmu, pętającego nam umysły na wieki, a tym samym nogi – ani kroku do przodu! Stanie w miejscu, to nasz cel i nasza idea! To program niemal wszystkich Kościołów!

   Ale że kajdany, choćby i religijne – a może przede wszystkim właśnie takie – muszą w końcu zacząć uwierać, więc z tymi również dzieje się podobnie. Społeczeństwa, to nie jest już dzisiaj strachliwy motłoch, któremu można wmówić wszystko, dzisiaj ludzie mają nierzadko większą świadomość od księży. Dlatego nie ma zgody na dreptanie do tyłu! Albowiem cofanie się, to obraz Kościoła z jakim mamy do czynienia u nas, albo, jeszcze gorzej, nieuniknioność postawy z jaką mamy do czynienia na Wschodzie: działalność dżihadystów, to najjaskrawszy przykład aberracyjnej wręcz skrajności religijnej!

  Na szczęście świat poprzez rozwój techniki niezmiernie się skurczył a człowiek dojrzał, więcej rozumie z otaczającego go świata; już nie szuka łatwego wytłumaczenia pewnych zjawisk jedynie w działalności takiego czy innego boga. Oczywiście, odrzucając jedno wierzenie natychmiast na to miejsce stwarzamy coś innego – taka jest nasza natura, ponieważ życie nie znosi próżni. Jednak nie wierzymy już na ślepo, niejako na słowo. Szukamy czegoś transcendentnego, albowiem ten pierwiastek jest niezbędny w naszym życiu, on pomaga nam w jakimś zakresie zrozumieć to, co niewytłumaczalne i tak naprawdę niepojęte. Ale cokolwiek by to nie było i jakkolwiek byśmy tego nie nazwali, jednego jestem pewien: najwięcej za, góra sto lat, tzw. Pismo Święte czy Koran odejdą do lamusa jako w ogóle nieprzystające i oderwane od wiedzy i pragnień człowieka XXII wieku. No, chyba że wcześniej coś nas zmiecie z powierzchni ziemi, albo nawet całą planetę szlag trafi, ale to już inna historia i na inne opowiadanie. Na dzisiaj koniec. Amen.

     P.S.

    Za tydzień przedstawię rozmowę kosmity z człowiekiem, może z dwójką ludzi, którzy będą próbowali mu wyjaśnić, kim są, jak żyją i w co wierzą. Zaprawdę, powiadam wam – będzie się działo, oj będzie!:)

       12.10.2014 r.

10:44, adelmelua
Link Komentarze (1) »

    Wygraliśmy! Po raz pierwszy w historii – nie licząc oczywiście dawnej NRD – wygraliśmy z drużyną Niemiec! Zatem – święto!

    Czy to znaczy, że byliśmy lepsi? Oczywiście nie. Ale jako że piłka nożna jest cholernie niesprawiedliwą dyscypliną sportową, gdzie gorszy może być zwycięzcą, więc my się dzisiaj cieszymy się ze zwycięstwa! To, co może tutaj smucić, to gorzka konstatacja, że jeszcze jednak nie mamy drużyny na miarę naszych pragnień i możliwości zawodników. Ale czas, myślę, działa na naszą korzyść. Ważne, że w dzisiejszym meczu było widać kolektyw z ogromną wolą walki o jak najlepszy wynik. Wysiłek drużyny plus duże umiejętności naszego bramkarza W. Szczęsnego dały efekt w postaci wygranej. Nie należy naturalnie tego przeceniać, jednak to, co się stało, to dużo. Bardzo. W końcu wygraliśmy z aktualnymi mistrzami świata! To jednak coś!

    Nie będę pisał o mankamentach w grze naszego zespołu, każdy oglądał mecz, więc widział to samo co ja – tym bardziej, że zwycięzców się nie osądza. Zatem i ja pomilczę. Dzisiaj, póki co, cieszmy się! Bo już wkrótce przed naszą drużyną kolejne sprawdziany. Oby również zwycięskie. I oby już nie tylko ze skuteczną, ale również i lepsza grą. Bo tyle szczęścia, ile mieliśmy w tym meczu, w następnym może już nie być.

    A swoją drogą – skuteczność dzisiaj mieliśmy genialną: na trzy strzały w światło bramki Neuera (tyle naliczyłem), nasi piłkarze zdobyli dwa gole. Skuteczność wymarzona!

         11.10.2014 r.



10:41, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 października 2014

    To nie jest tak, że nie chciałbym żebyśmy dzisiaj wygrali z Niemcami, po raz pierwszy zresztą w historii. Chciałbym – to mało powiedziane, pragnę tego zwycięstwa jak kania wilgoci! Jak ryba wody! Jak narty śniegu, a bałwan nosa z marchewki! Tyle tylko, że po ostatnim meczu z Gibraltarem, mimo że wygranym wysoko, ja, niestety, nie widziałem drużyny i musiałbym być ww. bałwanem, gdybym mimo wszystko obstawiał naszą wygraną. Tak samo zresztą nie widziałem jej w poprzednich meczach, na które, tak naprawdę, aż żal było patrzeć.

    Brak L. Obraniaka czy E. Polańskiego, to dla mnie porażka tej drużyny i samego A. Nawałki jako trenera. Bez nich drużyna traci siłę środka. A jeżeli dodać do tego jeszcze absencję Błaszczykowskiego czy Mierzejewskiego, to już w ogóle bryndza po całości. Tym bardziej że druga linia jest kluczowa dla drużyny. To tutaj decyduje się wszystko i tutaj znajduje się kreator i głowa każdej drużyny! Ja, niestety, takiego kogoś w naszej reprezentacji nie widzę, nie dostrzegam szefa drużyny, serca, które nadaje rytm grze, kogoś, kto nie boi się wzięcia na siebie odpowiedzialności!

    Trafiłem dzisiaj w Polsacie porannym na informację kibica, któremu jakoby śnił się mecz i że Polacy wygrali. Nie pamiętał ile, ale na pewno mecz zakończył się naszym zwycięstwem! Chciałbym w to wierzyć. Niestety, tak naprawdę oprócz nadziei nie ma żadnych racjonalnych przesłanek, iż ten mecz może się zakończyć dla nas pozytywnym wynikiem. Chociaż z całą pewnością, jak zwykle, będę naszym zawodnikom kibicował. Wygrają – świetnie i wielkie święto! Przegrają – czyli nic niezwykłego i można się było tego spodziewać; jeżeli natomiast zremisują – przynajmniej nie będzie w takiej sytuacji, że się tak wyrażę, wiochy. Zatem, oby właśnie nie było owej przysłowiowej wiochy:

      11.10.2014 r.

11:25, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 10 października 2014

    (Pośpiech jest jednak złym doradcą. Dzisiaj zamieściłem tutaj wcześniejszą, nieukończoną jeszcze wersję tekstu, co uświadomiłem sobie dopiero właśnie teraz, gdy siadłem po raz drugi do komputera. Zatem poprawiam błąd. Sorry:)

    To, co jest istotne tutaj, to pytanie o formę i treść literackiego dzieła. Czy jedno powinno przerastać drugie, czy raczej obie rzeczy powinny się uzupełniać i pozostawać względem siebie równoważne?

    Myślę, że o tyle ważne jest roztrząsanie wyższości jednej rzeczy nad drugą, o ile jedno wynika z drugiego, albowiem ów wpływ na siebie jest tutaj niezmiernie istotny, żeby nie powiedzieć kluczowy. Nierzadko bowiem dzieje się tak, że treść, mimo bezsprzecznie interesującego tematu, narażona jest na nieodpowiednie wykorzystanie w przypadku użycia, nie tyle może uboższej w środkach formy, co niezbyt  sugestywnie przemawiającej do odbiorcy, może nawet nieczytelnej. To z kolei, co zrozumiałe, rzutuje na całość dzieła, znacznie pomniejszając jego wartość. Dlatego w  takiej sytuacji pojawia się, musi się pojawić pytanie – co dalej, jak wybrnąć z tego literackiego zapętlenia?

    Jestem pewien, że bez względu na to czy utwór literacki już ujrzał, czy dopiero ujrzy światło dziennie zawsze jest czas na jego korektę. Więcej – autor ma wręcz obowiązek zaingerować w swoje dzieło powtórnie dla jego dobra, jak również dobra swojego i czytelników. I nieważne, kto czy też co uzmysłowi autorowi wprowadzenie niezbędnych poprawek, istotne, aby w ogóle taka myśl o nich się pojawiła u niego i niejako przymusiła go do dokonania tych zmian. Zmian na tyle korzystnych, aby po ich dokonaniu móc powiedzieć z satysfakcją: Tak, o to właśnie chodziło. Teraz treść równa jest konwencji, a tym samym utwór osiągnął swoje artystyczne apogeum! Złoty środek został znaleziony i zastosowany. Jestem zwycięzcą!

            10.10.2014 r.

19:02, adelmelua
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl