RSS
czwartek, 31 października 2013

   Zapis pochodzi z 29.06.1993 roku. Przytaczam tę datę, bowiem w tej materii, o której dzisiaj tutaj napiszę, w zasadzie nic się nie zmieniło od lat. Nadal są ludzie żebrzący, którzy stawiają innych w niezręcznej sytuacji.

   „Piszę właśnie Dziennik, gdy do moich uszu dobiega bardzo delikatne pukanie do drzwi. Odkładam więc pióro i idę otworzyć. Nie widzę nikogo. Wychodzę na klatkę schodową i… Na antresoli zatrzymuje się ok. 11-letnia dziewczynka. Mówi:

    – Zbieram na chleb.

    Pytam z niedowierzaniem:

    – Na chleb?

   Ona potakująco kiwa głową, nie pozostawiając mi żadnych złudzeń. Wracam więc do pokoju, sięgam do kieszeni leżących na łóżku spodni i z 40 tysięcy, jakie w ogóle w tym momencie posiadam – nie licząc 3 mln długu, na spłacenie którego nie mam nie tylko gotówki, ale w ogóle żadnych perspektyw (brak pracy) – wyciągam 10 tysięcy. Po drodze jednak nie mogę uciec od natrętnej myśli, czy aby dobrze robię, czy na pewno są to pieniądze na chleb, czy raczej na coś zgoła innego, na coś dużo mniej niezbędnego i poczciwego. Czy to, co ta dziewczynka robi w tym momencie, stawiając mnie w wyraźnie niekomfortowej sytuacji, jest właściwe, jest moralnie w porządku? I mimo że niejednokrotnie przecież odpowiadałem i nadal odpowiadam pozytywnie na takie potrzeby, czy apele o pomoc, to w tym konkretnym przypadku mam jednak mieszane uczucia. Bo nie jestem pewien, czy nie powinienem raczej zaprosić ją do domu, nakarmić – tak jak postąpiłem kiedyś z chłopcem, którego przyprowadził do domu mój 7-letni siostrzeniec – i dopiero wówczas wspomóc ewentualnie jakimś groszem, po uprzednim oczywiście wypytaniu owej dziewczynki o kilka szczegółów jej położenia. Tylko z drugiej strony, czy takie okazanie „miłosierdzia” nie kojarzyłoby się źle, z czymś niegodziwym, bo wyrachowanym? Nie znajdując właściwej odpowiedzi, zabieram 10 tysięcy z kieszeni i wracam na klatkę schodową. Następnie bez słów wręczam pieniądze dziewczynce.

   Czy zachowałem się właściwie? – myślę. – Czy nie wygląda to na jakiś tanie kupienie spokoju sumienia czy coś w tym rodzaju? Przyznam, że nie wiem. Wiem, że ktoś jest w potrzebie, więc wszystko inne przy tym blednie i tak naprawdę jest nieważne. Należy pomóc. Trzeba to zrobić! Nawet, jeżeli padnie się ofiarą taniego oszustwa amatorki czy też amatora szybkiego a łatwego zarobku.”

   Około dwa miesiące temu miałem podobne zdarzenie. Był późny wieczór, gdy rozległo się pukanie do drzwi – innych już drzwi, ponieważ w międzyczasie zdążyłem się przeprowadzić. Tym razem stał za nimi mężczyzna. Na oko około 40-letni. Mówił coś o mleku Bebiko i że nie ma dla dziecka, że dopiero w poniedziałek będzie miał z MOPS-u, ale dzisiaj jest piątek i czy nie mógłbym... Dałem mu dziesięć złotych. W jego oczach dostrzegłem zdziwienie. Prawdopodobnie sumą mojej hojności, bo z reguły w takich sytuacjach ludzie albo nic nie dają, albo wręczają złotówkę, góra dwa złote. Dałem dziesięć. Czy zrobiłem dobrze? Nie mam takiej pewności. Jakoś wewnętrznie czułem, że mnie naciągnął. Wtedy jednak pomyślałem: A może faktycznie to, co mówi, jest prawdą? Czy moje odczucia są tutaj w tym momencie istotne? Jeżeli nawet faktycznie naciąga mnie, to czy strata dziesięciu złotych zmieni mój status materialny? Czy w wyniku utraty dziesięciu złotych jakoś dotkliwie zubożeję, a on wzbogaci się moim kosztem? W żaden sposób! Najwyżej drugi raz temu samemu osobnikowi już naciąć się nie dam. Innemu tak, temu samemu już nie!

        31.10.2013 r.

06:29, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 października 2013

      Zapisane 20.06.1993 r.

    W końcu zapoznałem się w całości z eposem staro-babilońskim o Gilgameszu. Piszę „w końcu”, albowiem od dawna zabierałem się do jego lektury, ale zawsze działo się tak, że odkładałem to na jakieś nieokreślone „później”. Czasami czytałem jakieś jego fragmenty, gdzieś coś obejrzałem, gdzieś coś usłyszałem i tyle – to była cała moja wiedza na temat tej historii, mocno zresztą niekompletna. I dopiero teraz, właśnie „w końcu” przeczytałem ów epos w całości!

    Wniosek zasadniczy, jaki się pojawił u mnie w związku z tą lekturą mógł być w zasadzie tylko jeden: O ile wcześniej mogłem mieć jeszcze jakieś wątpliwości, co do pewnych treści występujących w Biblii, tak teraz posiadam już niezachwianą pewność, że posiada ona bardzo dużo zapożyczeń i to pochodzących w linii prostej właśnie z tegoż eposu! Ale nie tylko z niego, również nie jest ona wolna od zapożyczeń z innych miejsc – choćby z różnego rodzaju mitologii. O czym to zatem świadczy?

   Myślę, że każdy logicznie myślący człowiek o otwartym umyśle sam potrafi właściwie zinterpretować wydarzenia mające miejsce w ww. eposie. I historię potopu, i Utnapisztima, który wraz z rodziną i zwierzętami na statku, przetrwał ów potop, a także kruka, który wypuszczony nie wraca, ponieważ znalazł w końcu suchy ląd, czego nie osiągnęły wcześniej gołąb wraz z jaskółką. Jak się okazuje takich i innych zapożyczeń z mitów różnych narodów występuje w Piśmie Świętym niemało; historycznych wydarzeń, które zostały świadomie przekłamane również jest sporo, dlatego nie mogę się zgodzić z występującym w Biblii przekazem, według którego mamy do czynienia jakoby z jakąś „prawdą” w niej zawartą. Prawda tam bowiem taka, jak i świętość, czyli żadna – przynajmniej dla mnie.

    To jednak, co mnie szczególnie w historii o Gilgameszu intryguje, to przede wszystkim problem ludzkiej nieśmiertelności! Na tym zasadza się główna idea utworu. Okazuje się bowiem, że pomimo upływu pięciu tysięcy lat od jego powstania, ludzie, którzy żyli w tamtym czasie w międzyrzeczu Eufratu i Tygrysu – w tym przypadku chodzi o Sumerów – tak naprawdę nie różnili się od nas jakoś szczególnie. Przeżywali te same radości, te same smutki, podobne trawiły ich problemy dnia codziennego – oczywiście w innym czasie i okolicznościach, jednak wszystko było niezwykle bliskie nam dzisiaj, ludzkie. Stąd też, właśnie z powodu tych pragnień, zrodził się ów bohater, który, aby uzyskać wiedzę o nieśmiertelności, podejmuje wędrówkę do Utnapisztima – człowieka, który – jak już wyżej wspomniałem – jako jedyny wraz ze swoją rodziną i zwierzętami przetrwał potop, zesłany na ziemię przez bogów. A że ci ostatni z czasem zaczęli żałować swojej decyzji, więc w formie zadośćuczynienia i odkupienia swoich win, postanowili obdarować Utnapisztima i jego  żonę nieśmiertelnością!

    Można by tutaj zapytać, czy wyjawienie tego sekretu ludziom rzeczywiście byłoby wskazane, mądre i wytłumaczalne? Wątpię. Więcej – jestem pewien, że byłaby to decyzja niezwykle błędna. I nawet nie dlatego, że byłoby to złe dla bogów, niestety, okazałoby się to o wiele bardziej niekorzystne dla nas samych, dla ludzi. Nasza bowiem nieśmiertelność doprowadziłaby niechybnie do jednego: do zachwiania porządku świata, a w konsekwencji do zniszczenia ziemi! I o ile wówczas, w czasie kiedy epos powstawał, takiego zagrożenia jeszcze nie było, to z całą pewnością jest ono już realne jak najbardziej teraz – w dobie możliwości zniszczenia totalnego! Dlatego konkluzja z tej lektury nie może być inna, jak tylko taka: Dobrze, że jest tak, jak jest. Pytania, naturalnie, powstawać powinny, i to jak najwięcej, jednak już nie zawsze powinniśmy umieć na niektóre z nich odpowiedzieć. Dla własnego dobra.

       30.10.2013 r.



08:14, adelmelua
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 października 2013

    Dzisiaj będzie niezwykle oszczędnie: Tadeusz Mazowiecki nie żyje! Pierwszy premier Polski po zmianach politycznych w roku 1989 odszedł tam, gdzie kiedyś my wszyscy dotrzemy. Na tym bowiem polega nasza droga. Jedni odchodzą tam z zasługami, inni bez nich; jedni wcześniej – inni później, jednak nigdy nie jest to ten akurat właściwy czas. Na odejście bowiem zawsze jest za wcześnie. Dlatego niezwykle ważne jest to, aby odejść spełnionym, a przy tym pozostać w dobrych wspomnieniach. Jestem pewien, że T. Mazowiecki osiągnął zarówno jedno, jak i drugie.

   Może to dziwnie zabrzmi, ale ja przy tego typu sytuacjach zastanawiam się nierzadko, czy gdyby kiedyś zaistniała możliwość spotkania się „ich – tam”, już umarłych, nieobecnych pośród nas, z nami „tu” – jeszcze żywymi (w naszym postrzeganiu życia naturalnie), pomiędzy światem realnym – tym, w którym istniejmy, a światem poza rzeczywistym, światem śmierci, to czy zrozumienie się, jakiekolwiek wzajemne porozumienie byłoby możliwe? A jeżeli tak, to jakiego musielibyśmy użyć języka i co chciałbym powiedzieć tym, którym nie zdążyłem powiedzieć czegoś ważnego, albo też nie miałem sposobności tego zrobić, ponieważ nigdy ich nie poznałem? Co powiedziałbym premierowi T. Mazowieckiemu? Przyznam, że nie wiem, co mógłbym wówczas powiedzieć i czy to w ogóle byłoby możliwe, wiem, co chcę powiedzieć dzisiaj, teraz:

    – Panie premierze, dziękuję.

        28.10.2013 r.

09:12, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 października 2013

   Nareszcie! W końcu obejrzałem Pasję Mela Gibsona i… Cóż, film nie powalił mnie na kolana. Nawet nie dlatego, że nie lubię pozycji klęcznej, on po prostu okazał się dla mnie zbyt, że tak powiem, apologetyczny. Oczywiście, świetnie że powstał, że jest, jednak co do jego istoty – ukazania boskości Jezusa a jednocześnie Jego ogromnego cierpienia za nas wszystkich, cierpienia wprost niewyobrażalnego – jakoś do mnie nie trafia. Stało się tak prawdopodobnie z jednego prostego powodu: film ten, według mnie, nakręcony jest z założoną z góry tezą: udowodnić boskość Chrystusa! A także, myślę, ukazać Piłata jako niewinną ofiarę Sanhedrynu, czyli, jeżeli jest tutaj ktoś winny śmierci Mesjasza, to oczywiście tylko ci paskudni Żydzi (wyraźny antysemicki wydźwięk typowy dla chrześcijanina), którzy swoimi naciskami na rzymskiego prefekta tej prowincji doprowadzili do ukrzyżowania Pana naszego! Całości obrazu dopełnia jeszcze bezmyślne i bezsensowne bestialstwo żołnierzy rzymskich. To wszystko. Mamy Pasję Syna Bożego!

    Pięknie! Tyle tylko, że ja tej historii zupełnie nie kupuję! Być może byłoby inaczej, gdyby była ona ewenementem w tamtym świecie, czymś wyjątkowym i niespotykanym. Tak jednak nie było. Ponieważ tak właśnie rzymianie karali wszystkich tych, którzy nie tylko że  kwestionowali boskość Cesarza, nie uznając  w ten sposób jego pochodzenia, ale również odrzucali jego władzę i zwierzchnictwo. Taki bunt nie mógł zostać zlekceważony przez namiestnika Rzymu nie tylko w tej prowincji, ale w ogóle w każdej innej. Każda bowiem niesubordynacja wobec cesarstwa – choćby tylko jednostkowa, mogła się stać zarzewiem jakiegoś powszechnego a niebezpiecznego buntu! Dla Jezusa nie było innego wyjścia i innej kary, jak właśnie ukrzyżowanie. Przede wszystkim dlatego, że krzyż był najokrutniejszym narzędziem śmierci i upokorzenia skazanego, a samo ukrzyżowanie nie tylko jako przykładne ukaranie buntownika, ale również jako odstraszenie ewentualnych naśladowców!

    Wyznanie swoich obywateli, praktykowana przez nich religia tak naprawdę nie interesowała państwa rzymskiego, cesarstwo w tej mierze było bardzo tolerancyjne i otwarte, ważne były podatki i lojalność wobec Rzymu. Na tym zasadzała się jego jedność! A to było najważniejsze z perspektywy dobra imperium.

    A teraz, jako dopełnienie tego co wyżej, to, co napisałem na ten temat 25/26.12.1992 r.

   Prawdę mówiąc nie wiem, co sądzić o Jezusie. Znając bowiem głupotę, małość i nikczemność gatunku ludzkiego, z całą pewnością osobiście nigdy nie zdobyłbym się na tego rodzaju heroiczny akt, a właściwie to nawet czyn desperacki. Nigdy nie odważyłbym się pójść drogą krzyża – nawet za cenę nieśmiertelności w ludzkiej świadomości na tysiące lat. Taka nieśmiertelność dla mnie to zwykła niedojrzałość, żeby nie powiedzieć naiwność, czy wręcz głupota! Jednak nie tylko z powodu niewdzięczności ludzi i strachu przed niewyobrażalnym wprost cierpieniem taka droga była i jest dla mnie nie do przyjęcia, ona jest taką przede wszystkim dlatego, iż nie uważam, żeby zbawienie kogokolwiek w ten sposób było możliwe! Może z jednym wyjątkiem – siebie. Ale jeżeli nawet, to na pewno nie w ten sposób i nie „tu” i „teraz”. Zbawienie bowiem, to na tyle odległa perspektywa dla każdego z nas, że w zasadzie pozostająca w świecie czystej abstrakcji. Wiec jeżeli zabawienie „tu” i „teraz”, to jedynie jako nieustająca praca nad sobą, na to, co może być „tam”. Czyli dobre, ludzkie życie „tutaj”, w zamian za „lżejsze istnienie tam”, mniej obciążone tym, co „tutaj” zrobiliśmy złego innym. Jak natomiast z tym jest naprawdę, czy też będzie, to się zobaczy. Albo i nie. Wszystko bowiem, co powiemy czy napiszemy, to jedynie błądzenie po omacku. Niczym dzieci we mgle. Tak wszystkich nas razem, jak i każdego z osobna.

    Czy zatem w powyższym kontekście ofiara Jezusa poszła na marne? Otóż nie myślę, żeby tak się stało. Bo chociaż historia niegodziwców dobitnie wykazuje, że sprzeniewierzyliśmy się Jemu i Jego naukom, to On sam nadal pozostał czysty, szlachetny, nieskalany. Dlatego, jeżeli już coś złego stało się z Jego ofiarą, to co najwyżej fakt, że została ona niezwykle błędnie zinterpretowana. Niestety, gorzej, że niewłaściwie przez nas przyjęta, spowodowała tym samym naszą krzywdę. Niemniej, jeżeli ludzie nadal zachowują nadzieję na lepszy świat i życie gdzieś „tam” – w niebiosach, to właśnie dzięki Niemu. To On bowiem, wiara w Niego wyznacza nam jakby inne, wyższe cele, trwalsze wartości, do których możemy i powinniśmy dążyć, które możemy i powinniśmy osiągać. I w tym kontekście Jego okrutna śmierć nie poszła marne.

        27.10.2013 r.

05:15, adelmelua
Link Komentarze (2) »
sobota, 26 października 2013

    Refleksja 1. Niektórzy, gdy zbliża się zima, zapadają w zimowy sen, premier D. Tusk działa na odwrót: On tuż przed nią budzi się z niego – przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie po jego oświadczeniu na temat katastrofy w Smoleńsku i zapowiedzi odniesienia się do tego, co głosi wszem i wobec A. Macierewicz i J. Kaczyński. Trzy i pół roku po katastrofie Pan premier robi coś, co należało zrobić już kwietniu 2010 roku! Cóż, lepiej późno niż wcale – ponoć, jak mówią, mnie jednak takie postawienie sprawy nie przekonuje. Kiedyś napisałem fraszkę o osóbce inteligentnej inaczej: Miała dwa zapłony, w tym jeden spóźniony. Niestety, Pan premier tą wypowiedzią wypisz wymaluj taką właśnie osóbkę mi przypomina. Temat bowiem został doskonale spieprzony już dawno, a teraz wszystkie ruchy przypominają jedynie odgrzewaną zupkę. Na dodatek może się okazać, że zupkę cokolwiek przesoloną. A wiadomo, co może się stać z kucharką, która podaje przesoloną zupę. Oczywiście, może oberwać w ryj, co kiedyś widziałem na bilbordach dotyczących przemocy domowej.

   Dlatego uważam, Panie premierze, że oblał Pan ten egzamin nie tylko jako premier – polityk, ale, co gorsza, również jako historyk z wykształcenia. A to podwójny błąd i tym bardziej trudny do wybaczenia. Zaskoczenie? Przyznam, że dla mnie żadne. A to dlatego, że całe sześć lat funkcjonowania rządów tej koalicji, to lata chronicznego wręcz zwlekania i zaniechania w wielu aspektach naszego życia.

  Refleksja 2. Chodzi o wypowiedź Pana premiera w sprawie podsłuchów, jakie przeprowadzały amerykańskie służby. Otóż premier D. Tusk tłumaczył je, mówiąc, że od tego przecież tak naprawdę są służby wywiadowcze. I zgadza się, Panie premierze, tyle że one są od podsłuchiwania wrogów, a nie swoich sojuszników! Gdzie bowiem w takiej sytuacji lojalność, uczciwość i zaufanie? Dlatego uważam, że to drugi samobój premiera w bardzo krótkim czasie. Ale że czasami i w złym wydarzeniu znajdować się może element budujący, więc i ja tutaj go dostrzegłem: Panie premierze, może wystąpilibyśmy do rządu amerykańskiego o udostępnienie nam ostatniej rozmowy braci Kaczyńskich, jaką ci przeprowadzili  tuż przed katastrofą w Smoleńsku? Jestem pewien, że Amerykanie taką rozmowę w swoich archiwach posiadają!

    Na koniec refleksja nr 3, która łączy się tematycznie z refleksją pierwszą, chodzi mianowicie o pseudo komisję św. Antoniego i jej pseudo ekspertów. Otóż zauważyłem, że ci pseudo fachowcy w swoich doświadczeniach, które jakoby mają podważyć teorię naturalnego wypadku prezydenckiego samolotu, używają puszek po pewnym energetyzującym płynie. I co? Oczywiście przekonali mnie: ja też uważam, że utrata skrzydła przez samolot jest niemożliwa w kontekście tego niezwykle „poważnego” doświadczenia, albowiem wszyscy przecież wiemy, że Red Bull dodaje skrzydeł, a nie pozbawia ich!:)))))

   Konkluzja: Niestety, tak się dzieje, Panie premierze, gdy Państwo nie reaguje na czas, dopuszczając do działania na arenie politycznej ludzi, którzy powinni być leczeni.

      26.10.2013 r.

09:42, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 października 2013

   Pal licho, że z banku dostaję pismo, które mogę ledwie odczytać – mimo że nie noszę okularów! – kiedy nie wiadomo nierzadko, jak treść w wielu miejscach ugryźć; dostaję pismo z sądu – sytuacja podobna, z tą jedynie różnicą, że litery większe; czytam instrukcję działania jakiegoś urządzenia – znów obuchem w głowę. Zaskoczenie? Skąd, norma! W końcu wszyscy ci twórcy genialnie pokrętnych zdań, cudacznych neologizmów i prawnych sformułowań, biorą przykład z góry – z polskiego sejmu! Od tych niedouczonych, niejakich polityków! To stamtąd idzie przyzwolenie na bylejakość w naszym życiu publicznym, to jest nasz wybitny wzorzec. To oni, ci, którzy ustanawiają prawa według których mamy żyć, nasi polityczni reprezentanci w sejmie tworzą buble prawne, z konsekwencjami których to my musimy się później zmagać. Nie wiem, czy robią to tylko z głupoty i niewiedzy. Podejrzewam jednak, że gdyby tylko o to chodziło, to przez dwadzieścia cztery lata można byłoby się pewnych rzeczy nauczyć. W końcu nigdzie nie działa tak długo szkoła, która trzyma w nieskończoność uczniów, którzy w ogóle nie rokują na lepsze oceny i nie zdają z klasy do klasy! Dlatego podejrzewam, że w grę wchodzi zwykła zła wola, innymi słowy mamy do czynienia z pewnym nierejestrowanym lobby, które ma w dupie obywateli tego kraju. Lobby, które robi to świadomie! Świadomie politycy wypuszczają buble prawne, świadomie idą pod prąd wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi, a także fachowcom, którzy nieprzygotowane akty prawne, albo przygotowane na kolanie, krytykują. Potem ci sami politycy wydają się być zaskoczeni, że sprawa ląduje w Strasburgu i Polska przegrywa kolejną sprawę. A to błąd: nie ma żadnego zaskoczenia, przynajmniej nie powinno być! Wszystko bowiem jest dokładnie przemyślane i wzięte pod uwagę. I wadliwe ustawy, i brak leków dla nieuleczalnie chorych, którzy, wiadomo, nigdy nie zostaną wyleczeni, więc należy im odebrać wszelką nadzieję, i wysyłanie 6-latków do nieprzygotowanych szkół, bo zamiast 340 milionów na reformę przeznaczono na nią 40 milionów! Więc jak ma się cokolwiek udać, skoro rządzący nie są nawet w stanie przeprowadzić tego, do czego się zobowiązali? Stąd mój wkurw na weekend! Bo dosyć mam już lipnych polityków i byle jakiego Państwa, które oni urządzają nam od strony prawnej. Albowiem za tę ich niedoróbkę płacimy my, i tylko my – obywatele tego kraju! Dlatego mam propozycję dla rządzących:

    – Kochani, nie męczcie się z tym niewdzięcznym narodem. I jeżeli tylko nadarzy się okazja, uśpijcie nas. Jeden mały zastrzyk i po bólu. W ten sposób uwolnicie się od nas raz na zawsze i będziecie sobie uchwalać takie prawo, jakie będzie wam pasowało. Na pewno stworzycie raj na ziemi. Sobie. My grzeszni i tak byśmy do niego nie pasowali.(:

        25.10.2013 r.

13:00, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 października 2013

    17.11.1994 r.: Czym innym jest mówić – nawet pięknie i elokwentnie, a zupełnie czym innym jest mieć „coś” do powiedzenia.

     22.09.1994 r.: Nie ma świata idealnego. Świat jest zawsze taki sam, to znaczy taki, jacy my jesteśmy, jakim go zbudujemy. A my, tak się składa, niestety, jesteśmy doskonale niedoskonali!

    Myślę, że gdybym nigdy się nie urodził, żyłbym wiecznie. I jakże byłbym wtedy szczęśliwy, Opatrzności moja!

   28.09.1995 r.: Niedługo, mniemam, dojdzie do tego w tym zalewie nowinek-kpinek w literaturze, a i nie tylko w niej ale w Sztuce ogóle, że klasyka stanie się awangardą. Zaprawdę absurd ludzkiego działania nie zna granic!

   23.07.1992 r.: Życie jest nieznośnie upokarzające, a ja jestem już gotowy, albowiem decyzja dojrzała: mogę odejść w każdej chwili. Dlaczego? Właśnie dlatego!

   11.03.1993 r.: Nie należę do nikogo, albowiem należę do wszystkich. Nie przynależę do żadnego miejsca, albowiem przynależę do świata. Jakkolwiek, oczywiście, mogę być zależny od wyżej wymienionych uwarunkowań. A to dlatego, że mimo nawet najlepszego posłania, nie zawsze spokój snu zależy od nas samych, tzn. łóżka i pościeli. Nie mniej istotne jest również miejsce snu.

    20.04.1992 r.: To nieprawda że czas goi rany. Czas gnoi rany!

    Truizm: Śmierć jest ceną, jaką człowiek musi zapłacić za swoje życie

    14.05.1991 r. : Nie tyle mnie dziwi, że Cervantes nie był Polakiem, co fakt, że don Kichot nim nie był!

    13.09.1991 r.: Dobrze, że istnieją książki. Inaczej, podejrzewam, nie warto byłoby żyć.

       24.10.2013 r.

11:42, adelmelua
Link Komentarze (2) »
środa, 23 października 2013

    Pod datą 20 wrzesień 1995 rok zanotowałem:

    Po lekturze Saganki Znużony wojną jestem rozczarowany! (Ciekawe, czy ona czasem nie była znużona, pisząc ją.) Przykra to konstatacja, tym bardziej że jej talent, szczególnie po Witaj, smutku czy Pewien uśmiech, wydawałoby się, obiecywał więcej. Dużo więcej!

    Znużony wojną jest książką nieszczególną, żeby nie powiedzieć dobitniej wręcz słabą! To, co było ciekawe i interesujące w jej pierwszych, w końcu młodzieńczych dokonaniach, gdzie – wbrew swojemu wiekowi (18-20 lat) – wykazała się ogromną dojrzałością, a także dużą spostrzegawczością pewnych zjawisk życiowych i umiejętnością ujęcia ich w formie literackiego zapisu, tutaj najzwyczajniej w świecie razi. No bo czymże ona nas w swojej powieści częstuje?

   Jest on, jest jego najlepszy przyjaciel – jeszcze z lat szkolnych – i jest ich infantylna przyjaźń. Całości dopełnia jeszcze ona. Krótko mówiąc trójkąt. Jeszcze jeden banalny trójkąt. Niestety, historia tego trójkąta jest tak nijaka, jak nijakie jest życie każdego z nich z osobna. I tylko jedna rzecz w tej historii wyłamuje się z tej trywialności: czas, w jakim rozgrywa się akcja tej powieści. To czas wojny i jej ofiar. Ta bowiem zawsze jest przerażająco okrutna i do granic absurdu bezsensowna. Zatem, skąd pomysł na taką właśnie książkę?

    Przyznam, że nie wiem. Być może powstała na zasadzie: „na bezrybiu i rak ryba”, więc każdy grosz się przyda. Ale niewykluczone też, że talent się wyczerpał i… Oczywiście, to ostatnie przypuszczenie jest nietrafione! Wolę już myśleć, że zrobiła to dla kasy, niż mieć pewność, że talent jej się wyczerpał. Tak, na pewno Znużony wojną jest jedynie rozczarowującym wypadkiem przy pracy i kolejne książki Saganki będą przynajmniej równe tym z początku jej kariery – jeżeli nawet nie lepsze! Osobiście chcę w to wierzyć. I wierzę! W inny przypadku… Aż przykro myśleć!

        23.10.2013 r.

05:42, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 października 2013

    Wczoraj milczałem, bo… bo po ostatnim wpisie czekałem na siepaczy św. Antoniego. Nie przyszli jednak. Szkoda, bo nawet nieźle się dozbroiłem i mogły być widowiskowe fajerwerki. No, ale „co się odwlecze, to nie uciecze”. Zatem czekam dalej. Dzisiaj jednak jestem już znacznie spokojniejszy i można powiedzieć, że nowy tydzień przede mną. Zaczynam go co prawda dosyć nietypowo, bo od wtorku, ale zawsze lepiej późno niż wcale.

    W ubiegłym tygodniu wybrałem się do teatru im. St. Żeromskiego w Kielcach. Nie chodzi jednak o spektakl, więc nie będzie recenzji – wybrałem się tam w sprawie zostawionych tam przeze mnie sztuk dwa i pół roku temu, które… Ale po kolei.

    Jak już wspomniałem dwa i pół roku temu zaniosłem dwie sztuki i monodram do ww. teatru. Przyjął mnie taki mały człowieczek, którego niemal nie było widać zza biurka i chmury tytoniowego dymu. Powiedział, że przeczyta i oddzwoni. Aha, zapytał jeszcze, skąd jestem. Prawdopodobnie, gdybym przyjechał z Krakowa, Warszawy czy Wrocławia miałbym większe poważanie. Informacja, że jednak z Kielc, myślę, musiała być dla niego mocno rozczarowująca. Niemniej zostawiłem to, z czym przyszedłem i zacząłem odmierzać czas do następnego spotkania.

    Minął rok. Nic. Cisza, jak makiem zasiał. Postanowiłem wybrać się do teatru raz jeszcze – tym razem z innymi sztukami i do kogoś innego. Trafiłem na kobietę, która w tym momencie pełniła funkcję kierownika literackiego teatru. Przyjęła mnie, a jakże – bardzo miło. Pozwoliła nawet usiąść na krześle, po czym zapytała: „Po co to wszystko?”. Pomyślałem, że chodzi jej o zapewne o to – po co ja tak się staram i mnie podobni, po co w ogóle teatr – sztuka, kiedy to wszystko takie jałowe, wtórne. Odparłem, że zarówno budynki, architektura, malarstwo, to pomniki jej twórców, a w szerszej perspektywie, nas – ludzi spuścizna, dorobek. Produkt naszych rąk, naszej myśli, to po nas pozostaje! Niestety, ktoś wszedł do pokoju i musieliśmy przerwać tak mile rozpoczętą interesującą pogawędkę. Umówiliśmy się na kolejne spotkanie za miesiąc, ewentualnie półtora, po czym wyszedłem.

   Minęły dwa miesiące, wybrałem się do teatru ponownie. Oczywiście uderzyłem bezpośrednio do poznanej wcześniej kobiety - i tutaj niemiłe rozczarowanie: Nie przeczytała! Krótko mówiąc nic nowego. Padł kolejny termin spotkania – za cztery miesiące. Ale jako że i tak w teczce były moje namiary – zarówno numer telefonu jak i adres mejlowy, więc pomyślałem, że gdyby przeczytała i chciałaby się ze mną skontaktować, to da znać. Oczywiście nie dała. Ani po czterech miesiącach, ani tym bardziej po kolejnych czternastu. Dlatego postanowiłem za trzecim podejściem uderzyć już bezpośrednio do najwyższego – do samego dyrektora teatru, tym bardziej, że wszem i wobec ogłaszał i ogłasza nadal, że brakuje współczesnych tekstów dramaturgicznych, więc kto żyw, niech pisze i dostarcza! Zatem w ubiegłym tygodniu postanowiłem posłuchać jego sugestii.

    Pukam, wchodzę, pytam panią sekretarkę o pana dyrektora, na co ta uprzejmie odpowiada, że dyrektor, niestety, ale jest w tej chwili zajęty. Mówię, z czym przyszedłem i że najwyżej przyjdę innym razem. Ona jednak jest niezwykle uprzejma i postanawia zaatakować swojego szefa raz jeszcze. Po chwili wychodzi z jego pokoju, ciągnąc za sobą małego człowieczka poznanego przy pierwszym moim kontakcie z teatrem, który – nie powiem – wita się ze mną, po czym jakoś tak nieporadnie próbuje coś tam wymamrotać o tym, że czasu nie ma, że jeżeli nie daliśmy znać, to znaczy, że nie tak szybko i takie ble, ble, ble. Patrzyłem na niego i z bezradnością słuchałem tych nieskładnych bredni, zastanawiając się, co powinienem powiedzieć, jak zareagować. A że nie jestem człowiekiem chamskim, poza tym byłem tutaj niejako „po prośbie”, więc odpowiedziałem, że faktycznie za szybko chciałem, a wiadomo przecież, że w rzeczy samej nie da się tak wszystkiego od razu, po czym odwrócony do niego plecami, rzuciłem w stronę sekretarki krótkie: „Do widzenia” – i wyszedłem. Byłem nie tyle sfrustrowany, co rozczarowany i ogromnie zniechęcony, bo bezsilny. Nie wiem oczywiście, czy to, co napisałem, było na tyle dobre, żeby zainteresowało teatr, niemniej mogłem oczekiwać jednego: poważnego potraktowania. W końcu to nie tylko rzecz w tym, że to placówka państwowa, chodzi o to, że uczciwą ludzką pracę należy szanować bez względu na to, kogo ona dotyczy. Tutaj tego szacunku zabrakło. Było za to coś, co można by sprowadzić do dwóch zdań:

Ja: – Dzień dobry.

On: – Jaki, kurwa, dobry!? Dobry, to on był, dopóki żeś się pan tutaj nie zjawił, w mordę szemrany!

    Śmiesznie, co?(;

       22.10.2013 r.

10:14, adelmelua
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 października 2013

   Jak powszechnie wiadomo nic nie trwa wiecznie, oprócz, ponoć, jednego: Jarosława Kaczyńskiego na stanowisku prezesa PiS! Oczywiście, żarcik. Tak naprawdę wszystko pada pod naporem upływu czasu. Również pan prezes. Tutaj jednak przewrotnie, właśnie wraz ze zmianą na stanowisku szefa wyżej rzeczonej partii, pojawia się pewne realne niebezpieczeństwo, mianowicie: kto po nim? Bo to, że kiedyś J. Kaczyński będzie musiał odejść, to pewne. I nieistotny będzie tutaj nawet powód: czy nastąpi to w wyniku emocjonalnego wypalenia się obecnego prezesa, jakiegoś niespodziewanego zawału, nie mniej paskudnego a nieoczekiwanego udaru, czy również tego, co ostateczne, czyli śmierci, liczy się ostatecznie efekt końcowy: odejście J. Kaczyńskiego z prezesury! Zatem, co dalej w takiej sytuacji?

    Otóż wyobraźmy sobie taki oto scenariusz: J. Kaczyński odchodzi ze stanowiska w partii. Powód? Na przykład jeden z tych, które wymieniłem wyżej. Albo jeszcze jakiś inny. Nieważne. Fakt jest faktem – prezes abdykuje! Tym samym zaczyna się wyścig do fotela prezesa. Kto ma największe szanse? Jest kilku – mniej lub bardziej barwnych i wyrazistych. Czy owe szanse będą jednak równe dla wszystkich? Niekoniecznie. Może i tak by było, gdyby o wyborze decydowali członkowie ugrupowania. Tak jednak nie jest, więc równych szans nie będzie. Jest bowiem tak, że najwięcej do powiedzenia w tej kwestii będzie miał capo i tutti capi z Torunia, czyli Tadeusz Rydzyk. Na kogo ten mafioso postawi, ten wygra! Pytanie zatem brzmi: kto jest faworytem finansisty-redemptorysty? Dla mnie właściwie pytanie pozostaje czysto teoretyczne, gdyż jedynym kandydatem pozostaje św. Antoni, zwany Macierewiczem. To realny następca J. Kaczyńskiego na urzędzie szefa PiS-u. Czy to najlepsza opcja dla tego ugrupowania? Oczywiście że nie. Ale jedyna, tak myślę, możliwa. Dlatego, gdyby do realizacji takiego scenariusza doszło, mam w zasadzie tylko jedno do powiedzenia: miej nas, Opatrzności, w swojej opiece. Twoja opieka bowiem będzie nam niezwykle potrzebna! Amen.

   No tak, zapomniałem - dzisiaj jest przecież niedziela, więc żeby nie kończyć w tak minorowym nastroju na koniec taki oto krótki dialog, który napisałem wczoraj:

On: Zatańczymy?

Ona: Nie hulom.

On: A może jednak?

Ona: No, może i bym trochę pohulała.

   Zaczynają niezdarnie tańczyć.

   Nic nie słyszę.

On: Bo nic nie mówiłem.

Ona: Za głupiom mnie masz, przecie wiem. Nie grajom - muzy nie ma!

On: Pomrucz trochę.

Ona: Co?

On: Pomrucz. Jesteś w końcu kociakiem - umiesz chyba mruczeć?

Ona: Debil.

   Zostawia go i odchodzi.

On: Julio - wróć! To ja - tfuj Romeo!

Ona: (zatrzymuje się i z rozbrajającym uśmiechem) Romeo? Alfa Romeo?

      20.10.2013 r.

12:07, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl