RSS
środa, 31 października 2012

„(…) To wszystko wielkie nic w porównaniu z totalnym odjazdem świętego Jana, kiedy to Chrystus przedłożył mu dwadzieścia dwa rozdziały Objawienia. Musiało być potwornym szokiem dla apostoła (po tej typowej klechdzie, jaką jest Nowy Testament, po wszystkich tych słodkich słówkach i wzniosłych uczuciach) odkrycie starotestamentowej mściwości i zawziętości, czającej się na końcu za rogiem. Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę. To musiało mu otworzyć oczy.

To właśnie na Objawieniu kończą wszyscy obłąkańcy. Jest ono ostatnią stacją na trasie ekspresu pomyleńców.”

Nic dodać, nic ująć – szaleństwo czystej postaci nawiedzeńców trwa w najlepsze! Okazuje się przy tym, że pod każdą szerokością geograficzną jest ono identyczne. Co, niestety, źle wróży reszcie ludzi: bo nie można przed nim nigdzie uciec, bezpiecznie się schronić.

Miej nas, Opatrzności, w swojej dobrotliwej opiece!

31.10.2012 r.

12:14, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 października 2012

To książka bez wątpienia mądra, mądra zarówno doświadczeniem, jak i dużą wrażliwością autora; to książka otwierająca drzwi, za którymi znajdują się niepoznane jeszcze dotąd nowe horyzonty myślowe; to książka, w której ludzie, ich postępowanie, zachowanie się w czasach niezwykle ciężkich i trudnych, wystawione jest jakby na pewnego rodzaju próbę – na wielki egzamin ze swojego człowieczeństwa! Oczywiście, co łatwe do przewidzenia, nie wszyscy go zdają. Jedni potrafią, niezależnie od okoliczności w których przyszło im egzystować, zachować godność osobistą i poczucie więzi międzyludzkiej, inni natomiast nie są w stanie sprostać tym wymaganiom i za cenę przetrwania poniżają siebie i innych, i wystawiając na sprzedaż swoje czyny, tracą tym samym swoje człowieczeństwo, pozostając samą nikczemnością i zdradą. A. Szczypiorski wszystko to dostrzega i opisuje, dając okrutne świadectwo prawdzie koszmarnych czasów. Ale to, co zwraca uwagę i musi zastanawiać, to że nikogo przy tym nie potępia za taki stan rzeczy, nie gani, nie osądza. Nie jest niczyim sędzią. Nie chce nim być! On jedynie, niczym szklarz, bierze w swoje ręce ogromne lustro i staje z nim – nie gdzieś z boku, niewidoczny, ale centralnie, przed nami, abyśmy mogli dokładnie się w nim dostrzec, przyjrzeć się sobie, swojej ułomności. Czy to uczynimy, czy jesteśmy w stanie skorzystać z mądrości i doświadczeń innych? – to już inne zagadnienie, niezależne od żadnego „szklarza”. On zrobił swoje – zwrócił nam uwagę na kondycję człowieka XX wieku.

Ale jest jeszcze coś w tej powieści, mianowicie, oprócz zawartych w niej prawd, typu: „Boga trzeba mieć w sercu, nie w gębie”, czy: „Faszyści i komuniści są jak choroba śmiertelna: nie pozwalają się zestarzeć” – jest jeszcze jedna bardzo charakterystyczna rzecz – przeszłość. Jej oddech, który poza cierpieniem, miłością, zdradą, oddaniem, rozpaczą, nadzieją i wieloma jeszcze innymi stanami zachowań, jest obecny, niczym przeznaczenie nie do uniknięcia. Ona może nie zaistnieć dla poszczególnych jednostek, może skończyć się już dzisiaj, zaraz – teraz, jednak istnieje i istnieć będzie dla innych, dla ludzkości! I ta jej ciągła obecność daje nadzieję, nadzieję na przetrwanie – lepsze, godne, zwykłe, po prostu ludzkie.

30.10.2012 r.

09:40, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 października 2012

To, co stworzysz, zbudujesz, nie tylko da ci poczucie posiadania i napełni cię radością, ale również stworzy ci tym samym pewnego rodzaju pełnię, poczucie własnej wartości. A wtedy będziesz mógł powiedzieć: „Tak, to jestem ja. Cały!” Czy to jednak będzie właśnie szczęście? – nie wiem. Niewątpliwie jednak będzie to krok, jeżeli nie ku szczęściu, to z całą pewnością ku czemuś na jego kształt.

Oczywiście nigdy nie jest tak, że życie jest tylko udane albo spieprzone. Nigdy tak nie jest z niczym. Dlatego wynika stąd jeden zasadniczy wniosek: nie brać siebie, ani tego, co się robi, zbyt serio. Przymrużenie oka jest jak najbardziej wskazane. Myślę, że wtedy życie tak bardzo nas nie oślepia.

Pokora? Tak, być może. Ale jeżeli już, to na pewno nie przed kimś, a czymś: przed małością i kruchością swoją i swojego losu, przed przypadkiem i przeznaczeniem, przed upływem czasu i naszą starością. Stanowczo jednak nie przed kimś! Bo wówczas może ona bardzo szybko zerwać delikatną nić, za którą znajduje się jedynie serwilizm i ślepe, bezmyślne posłuszeństwo. Podobnie zresztą przedstawia się sprawa z tak zwanymi autorytetami!

A może jest tak, że to, co postrzegamy wokół, w czym żyjemy, uczestniczymy na co dzień, to jednak nie wszystko? Może jest jeszcze jakiś inny świat, równoległy do naszego, świat niby ten sam, ale istniejący w innym wymiarze czasowym (dowód, wątpliwy, ale zawsze: przybysze z kosmosu?)?  Czy gdybyśmy kiedyś przekroczyli – nie wiem – barierę dźwięku, granicę czasu (jest coś takiego?), czy wówczas poznalibyśmy odpowiedź? Czy moglibyśmy wtedy wejść zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość, po czym bez żadnej szkody powrócić do teraźniejszości – naszej rzeczywistości? Być może. Jedno wydaje się tutaj pewne: na pewno będziemy próbować. Bo człowiek jest istotą myślącą, poszukującą i zawsze, o czym pomyśli, stara się realizować. Inną sprawą jest efekt końcowy tych działań, ważne jednak, że stara się pokonać przeszkody i znaleźć odpowiedź. Możliwe, że jest to myślenie zbyt zadufane, niepokorne, zarozumiałe, ale czy może być inaczej, gdy weźmie się pod uwagę naszą ciekawość świata i życia w ogóle? No i pozostaje jeszcze przecież niejasność osławionego „eksperymentu filadelfijskiego”!

Wiele jest nieprawości na skutek nieprawidłowości urządzenia świata. Świat jednak urządzał i urządza człowiek,  więc… Czy jest szansa, żebyśmy wygrali kiedykolwiek naszą prywatną wojnę z nieprawością w nas samych, z niegodziwością, która w pewnym momencie naszego życia nas spowija, krępuje, uzależnia?

29.10.2012 r.

10:07, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 października 2012

Czy zbliżenie do Boga, to nie jest bardziej utrata wiary w drugiego człowieka, niż li tylko czysta i bezinteresowna miłość do Stwórcy? Pomijając naturalnie tych wszystkich, którzy wierzą ze strachu, przyzwyczajenia, czy zwykłego koniunkturalizmu.

Między człowiekiem a Bogiem jest tylko jedna różnica (bluźnierstwo – wiem): jesteśmy śmiertelni! Bo właśnie śmierć jest granicą, poza którą jest poznanie; poza którą jest doskonałość; poza którą jest prawdziwa odpowiedź. A jeżeli nawet nieśmiertelność nie daje żadnej odpowiedzi, to z całą pewnością – tak myślę – niezmiernie do niej przybliża. Musi przybliżać! Bo jeżeli nie, to… No właśnie, co?...

A może jednak jesteśmy nieśmiertelni? Może naszą nieśmiertelnością jest reinkarnacja? Nasze kolejne wcielenia w odwiecznej wędrówce do doskonałości rodzaju ludzkiego? Jeżeli tak, to w jakiejś mierze jest to pocieszające. Z drugiej jednak strony, niestety, ale widzę, że długą mamy przed sobą drogę. 

Bóg stworzył życie, my – ludzie, powinniśmy je doskonalić. Czy to robimy? Na pewno wyznaczamy granice i tworzymy prawa, które przestrzegamy lub nie; grzeszymy i udzielamy sobie jednocześnie rozgrzeszenia; kochamy i jednocześnie nienawidzimy, płodzimy i zabijamy, budujemy i niszczymy. To wszystko my – ludzie. Bo ludzie, to odwieczny świat kontrastów. Ale właśnie dlatego, w imię zachowania tych różnic, w imię zachowania wolności myśli i czynów, opowiadam się przeciwko wszelkim restrykcyjnym ustawom, mających na celu tej wolności ograniczanie!

I to jest mój głos między innymi w sprawie karalności kobiet za aborcję.

Amen.

28.10.2012 r.

06:18, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 października 2012

Są pisarze, którzy oddziałują na moją wyobraźnię bardziej, inni mniej intensywnie, ale są też tacy, którzy tego nie robią w ogóle. Podobnie jest oczywiście z muzyką, filmem, malarstwem i wieloma jeszcze innymi sprawami. Wiąże się to oczywiście bezpośrednio z tym, o czym pisałem już tutaj kiedyś, mianowicie – z naszymi zdolnościami percepcyjnymi, na które składają się: sfera odczuć, czyli wrażliwość, smak estetyczny, zdolności empatyczne, ale również nie mniej istotny jest poziom naszej wiedzy, inteligencja, doświadczenie życiowe czy otwartość na otaczający nas świat. Krótko mówiąc powyższe czynniki decydują o tym, że pewne rzeczy przyjmujemy szybciej i łatwiej, pasują nam bardziej, oceniamy je znacznie łagodniej. Stąd akceptujemy je, a z wieloma nawet się utożsamiamy. Ale pisząc o tych czynnikach, które decydują o naszym odbiorze, nie napisałem wówczas jeszcze o bardzo istotnej rzeczy, mianowicie o naszych fobiach, kompleksach, a nawet uprzedzeniach! Albowiem tak się składa, że one również decydują i to w nie mniejszym stopniu o naszej ocenie. Wszystkiego. Ile czego jest w tych naszych sądach? – trudno jednoznacznie określić. U każdego zapewne wygląda to inaczej. Niemniej z tego właśnie uwarunkowania wynika to, że jednych pisarzy lubię, podczas gdy inni są mi wręcz obojętni. Jednych akceptuję od pierwszej strony ich książki, innych odrzucam z całą stanowczością i determinacją. Tych pierwszych chłonę niemalże z młodzieńczą pasją, powracając do ich twórczości co pewien czas, odkrywając ich dla siebie niejako na nowo (co jest, myślę, moim prywatnym hołdem złożonym ich twórczości), podczas gdy tych drugich zapominam wraz z zamknięciem książki przez nich napisanej. Stają się dla mnie w zasadzie umarli. Stąd też wynika mój zachwyt twórczością: E. Hemingway’a, J. Steinbecka, E.Caldwella, K. Vonneguta, T. Capote, J. Fante, W. Panowej, I. Turgieniewa, Cz. Ajtmatowa, S. Dygata, M. Hłaski i wielu, bardzo wielu innych.

27.10.2012 r.

10:03, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 października 2012

Pisarstwo Remarque’a – przynajmniej dla mnie – jest zbieżne z tym, co robił Ernest Hemingway. (Swoją drogą ciekawe na ile odpowiada za to ich znak zodiaku – rak – a także dni ich narodzin: przełom dwóch różnych znaków. W przypadku Remarque'a chodzi o bliźnięta i raka, Hemingway’a raka i lwa.) Na czym polega owa zbieżność? Otóż, mimo odmiennych korzeni z jakich wyrośli, innego języka w jakim tworzyli, wydaje się, że podobnie odczuwali człowieka i jego świat.

Obaj ukształtowani za młodu przez bardzo ciężkie czasy, jakby właśnie na przekór im, stali  się wielkimi romantykami literatury dwudziestego stulecia, romantykami jednak pozbawionymi złudzeń. Pozostali pisarzami ostro i brutalnie odsłaniającymi kondycję ludzką, będąc przy tym równocześnie pełnymi wyrozumiałości dla jego słabości. Nie oceniali go, nie pouczali, po prostu opisywali go. Wyszli z założenia, że to powinno zdziałać więcej, niż niejedna potępiająca tyrada. I myślę, że tak właśnie zadziałało, działa i będzie działać na kolejne pokolenia. Taka literatura bowiem zmusza do refleksji nad sobą, nad człowieczeństwem, nad życiem. Taka literatura nie pozostawia obojętnym. Taka literatura, to więcej niż poezja, to miłość, to śmiech, to płacz, to całe życie. Dlatego z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że jest nieśmiertelna!

Jak to dobrze, że był ktoś taki jak Erich Maria Remarque. Jak świetnie, że miał sposobność tworzyć Ernest Hemingway. Jak niezwykle cudowne jest to, że możemy niezmiennie od lat cieszyć się ich literaturą.

26.10.2012 r.

08:40, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 października 2012

10 kwiecień 2010 rok. Polski samolot wojskowy z prezydencką parą i 94-ema innymi osobami na pokładzie rozbija się na wyłączonym z użytkowania lotnisku smoleńskim. Tragedia – tak pojedynczych rodzin, jak i narodu. Dramat tych, co zginęli, ale również i tych, którzy z tą traumą będą żyć dalej. Na szczęście czas, to taki lekarz, który może nie leczy, ale zabliźnia rany i pozwala trwać.

Niestety, jakby tego dramatu było mało, są ludzie, którzy ciągle grzebią z mniejszą czy też większą zawziętością w tej narodowej trumnie. Kruków rozdziobujących szczątki tych, którzy nieszczęśliwie zginęli, nie brakuje. I zapewne nie zabraknie też w najbliższej przyszłości. Rozumiem rodziny – ból i rozpacz po stracie kogoś bliskiego jest dotkliwy i nie da się tak łatwo zapomnieć. Trudno jednak zrozumieć każde związane z tym wydarzeniem szaleństwo! A tak trzeba nazwać beznadziejnie dęte hipotezy o jakimś zamachu. Kto, jak i dlaczego miałby to zrobić? – przyznam, nie mam zielonego pojęcia. Dlaczego miałby to zrobić akurat na lotnisku, a nie kilka tysięcy metrów nad ziemią – też trudno mi zrozumieć. Jako że nie stwierdzono na częściach wraku samolotu  materiałów wybuchowych, więc pozostaje wariant wniesienia ładunku wybuchowego na jego pokład. Przez kogo i jak? – kolejna zagadka. Wiem tyle: samolot z taką delegacją musiał być dokładnie sprawdzony przed startem, zatem… pozostaje ingerencja z zewnątrz. Jak i czyja? – również i tutaj jestem zielony. Mogę jedynie gdybać: że na przykład aniołom się nudziło i postanowili zrobić fajerwerk. Oczywiście kpię, bo na szaleństwo smoleńskie to najlepszy znieczulacz.

Kończąc temat: W dniu tej katastrofy było dla mnie jedno jasne: Jarosław Kaczyński i jego ugrupowanie zastosuję unik i przyjmie jedyne w tym momencie rozwiązanie: ucieczkę do przodu, która będzie polegać na oskarżaniu wszystkich dookoła, z jednoczesnym wybielaniem siebie. Tak też się stało. Dlatego nie ma co liczyć na szybkie zamknięcie tej sprawy. Wariatów bowiem od teorii spiskowych na pewno nie zabraknie, którym przewodził będzie jak zwykle św. Antoni. Ja jednak w taką dyskusję na pewno nie wejdę. Z jednego prostego powodu: z wariatami nie rozmawiam. Jak nie można wariatów odseparować, to się od nich izoluję. Dla swojego psychicznego zdrowia. Jedyne, co mogę zrobić w tej kwestii, to co najwyżej zabawić się w didżeja i włączyć muzykę do tego cmentarnego tańca.

- Zaczynamy panowie. Orkiestra! Grać!

25.10.2012 r.

06:59, adelmelua
Link Komentarze (1) »
środa, 24 października 2012

Większość społeczeństwa, czyli – dla mnie – większość rozsądna, opowiada się za finansowaniem in vitro z budżetu państwa. Zgodna z tym głosem jest lewa strona naszego życia politycznego. Prawa natomiast, jako ci siedzący po prawicy Boga,  jak zwykle jest temu przeciwna. Tyle tylko, że trwając przy takim stanowisku, wykazuje (prawica) pewną nielogiczność. Chcąc (żądając!) bowiem z jednej strony odwrócić negatywną tendencję demograficzną, stoi na stanowisku przyrostu naturalnego za wszelką cenę, tzn. bez względu na okoliczności zajścia w ciążę czy też kondycję zdrowotną płodu (zagrożenie nieuleczalną chorobą, zagrożenie życia matki), z drugiej jednak odmawiają małżeństwom czy też parom żyjącym w niezalegalizowanych związkach, posiadania własnego potomstwa! Pomijam, że to swoiste rozdwojenie jaźni, jakaś taka dziwna dychotomia. Gadanie jednak o adopcji w tym kontekście, to już w ogóle pusty bzdet, bo przecież od samej adopcji dzieci nie przybywa, o co tak przecież zabiegają prawicowi politycy. To, co mnie u tego typu maniaków irytuje, to ich pewność, że wiedzą najlepiej, co innym jest potrzebne do życia i szczęścia. Wynika to zapewne z faktu objawionej im prawdy najprawdopodobniej przez samego Pana Boga! I w zasadzie nie powinno to nikogo dziwić, bo to przecież od dawna jego najlepsi kumple w tej części wszechświata! Kiedyś im się objawił, wyposażył w odpowiednie moralne i niepodważalne uprawnienia, nakazując zarazem ich bezwzględne przestrzeganie. Natomiast pozostałych krnąbrnych, wszystkich inaczej myślących nakazał zapewne uświadamiać. Więc chłopaki i dziewczyny uświadamiają nas, tych wszystkich pozostających bez boskiego wsparcia.

Jako że zdecydowanie należę jednak do drugiej grupy ludzi – tych uparcie błądzących, to nadal będę wiódł życie prostaczka i grzesznika. I nadal będę się wystrzegał nawiedzonych, nieomylnych i nieprzejednanych w swoich sądach i pragnieniach uszczęśliwienia mnie na siłę. Bo tak naprawdę mam gdzieś kumpli Pana Boga! Sam będę dbał o siebie i sam też, jeżeli przyjdzie kiedyś taka pora, stanę przed Nim i odpowiem za swoje czyny i w ogóle za całe swoje życie. Ich jakoby objawiona prawda przed niczym mnie nie uchroni – gdziekolwiek się znajdę. Albowiem jest ona z gatunku tych prawd, jak oświadczenie przeze mnie, że jestem współczesnym Chrystusem! A jako „niepodważalne” dowody podaję wszem i wobec, po pierwsze – moje inicjały, to J.C.; po drugie – moi rodzice, to Jakub i Maria; po trzecie – moje siostry to Magdalena-Maria, Małgorzata i, jakby tego było mało, na dodatek jeszcze Ewa; po czwarte… Tyle wystarczy. W końcu nie chodzi o to, żeby komukolwiek udowadniać że jestem Chrystusem, bo tak nie jest. Rzecz przede wszystkim w paraleli – ja i Chrystus, w odniesieniu do prawicy i jej jakoby uprzywilejowanej pozycji w społeczeństwie, bo zasadzającej się n koneksjach z Najwyższym. Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku bezsprzecznie zalatuje lipą. Różnica polega na tym, że ja sobie z tego zdaję sprawę, oni, niestety, nie. Dlatego nadal będę się wystrzegał tych wszystkich, którzy uważają, że mają patent na prawdę i wiedzą lepiej ode mnie, od ciebie, od niej, od niego – czego chcemy. I nadal będę żądał jednego: wolnego wyboru! Między innymi w sprawie pozaustrojowego zapłodnienia!

24.10.2012 r.

08:16, adelmelua
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 października 2012

Jaka jest jego literatura? Przede wszystkim to, co mi się rzuca w oczy, to jej oszczędność – oszczędność w słowach, nie nadwerężanie go. W opisie, sposobie narracji cechuje ją niezwykła wręcz prostota – bez upiększających a zbędnych ozdobników. Gesty i ruchy pojawiających się w niej postaci przemawiają z dużo większą siłą i mocą niż właśnie słowa, które są przecież kwintesencją literatury! Poza tym jest zwięzła i logiczna w swoim przekazie. To, co zastanawiające, to brak w niej rozwodzenia się nad wyglądem postaci, co jest przecież cechą charakterystyczną powieści. Oczywiście ona występuje, ale szczątkowo, parę słów i – to wszystko. Wystarczy. I słusznie! Gdyby to było bowiem najistotniejsze w opisywanych przez pisarzy historiach, wystarczyłoby wkleić w odpowiednim miejscu książki pożądane zdjęcie i sprawa byłaby definitywnie załatwiona. Ale tak nie jest, na szczęście. Niektórzy rozwodzą się bardziej nad tym, inni mniej. Remarque, na szczęście, należał do tej drugiej grupy. Ponadto, mimo zawartego w niej chłodu i zdystansowania, pozostaje dla mnie literaturą przede wszystkim o miłości i jej potędze; umiejętności wybaczania i zapominania; o upadku człowieka, a jednocześnie wierze w jego możliwości odradzania się poprzez zabicie w sobie cech pierwotnych. Nad tym wszystkim unosi się jeszcze, jak niebo nad ziemią, odwieczne a podstawowe pytanie o sens życia. O tym wszystkim właśnie jest jego literatura. Literatura ogromnie ciepła, czuła, po prostu ludzka, bo wspomniany wcześniej przeze mnie chłód i zdystansowanie tak naprawdę są tylko pozorne i powierzchowne. Oczywiście to, co decydowało o tym, że tak właśnie była, to bez wątpienia talent i wrażliwość autora, jednak nie mniej istotna była tutaj również jego wiedza medyczna, którą Remarque posiadał i która w szczególny a rzadko spotykany sposób zwielokrotniała efekt końcowy jego prozy. To pozwalało mu niejako dotrzeć do tych miejsc, do których bardzo niewielu parających się piórem może dotrzeć. Tacy pisarze są bowiem najbliżej człowieka, najbliżej prawdy o nim.

Na koniec rzecz charakterystyczna dla jego literatury. Zauważyłem mianowicie pewną prawidłowość: główny bohater jego powieści żyje pod nie swoim nazwiskiem, jakby na konto kogoś innego – kogoś, kto już kiedyś umarł. Można powiedzieć, że żyje nie swoją przeszłością. Czy to coś znaczy? Oczywiście w jego powieściach zabieg ten ma na celu pomoc w przetrwaniu. Ale czy tylko? Czy nie jest to coś więcej? Bo czym w ogóle jest nazwisko? Kartą identyfikacyjną? Paszportem? Przepustką...?

23.10.2012 r.

18:49, adelmelua
Link Dodaj komentarz »

Powiedzieć, że niczego i nigdy nie powinno się generalizować, bo to niesprawiedliwe i z reguły krzywdzące, to truizm. Niemców w tym kontekście również nie powinno się mierzyć jedną miarką. Byli różni. Jak wszyscy zresztą ludzie pod każdą szerokością geograficzną. Byli oczywiście tacy, którzy pragnęli narodowego socjalizmu, wojny i wierzyli bezkrytycznie we wszystko, co powiedział Fuhrer i oficjalna propaganda, ale byli też i tacy, którzy od początku nie wierzyli w ani jedno słowo nazistów i widzieli niechybną zagładę swoją i swojego kraju. Wśród tych pierwszych było wielu młodych i niewinnych, których winą było to, że nie nie byli w stanie (właśnie z racji wieku) nie uwierzyć w kłamstwa. Później, gdy przyszło otrzeźwienie (patrz: Gunter Grass), było już za późno na wycofanie się i pozostała jedynie świadomość okrucieństwa i bezbrzeżnego zła, jakie się pozostawiło za sobą. To wszystko. I tu i tam był to „czas życia i czas śmierci” straconych pokoleń.

23.10.2012 r.

10:06, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl