RSS
sobota, 23 września 2017

Oczywiście nie ma pewności, że gdyby Platforma Obywatelska nie dokonała tego, co zrobiła w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, Prawo i Sprawiedliwość nie znalazłoby innego pretekstu, żeby ów Trybunał sparaliżować. Jakkolwiek by jednak było jedno pozostaje dla mnie pewne: szaleńcy od szefa z Nowogrodzkiej mieliby medialnie znacznie trudniej w tłumaczeniu swoich autorytarnych rozwiązań!

Wielu dzisiaj mówi, że obecna Konstytucja nadaje się do zmiany. I jest to prawdą, tyle że do zmiany jedynie w pewnych fragmentach. Nie jest bowiem tak, że mamy do czynienia z aktem prawnym z gruntu złym i nie przystającym do rzeczywistości – w końcu liczy ona sobie dopiero dwadzieścia lat! – jeżeli mamy w niej coś zmieniać, to przede wszystkim to, co nie zdało egzaminu z zasad obrony demokracji. Powinniśmy zatem umieścić w niej takie bezpieczniki, które w żaden sposób nie dadzą się ruszyć jakiejkolwiek władzy, chyba że jedynie poprzez przewrót, zbrojny czy społeczny, lub wyrażenie zgody na zmiany w niej przez bardzo wiele czynników, od prezydenta i sejmu poczynając, poprzez TK podążając, a na pewnych organizacjach pozarządowych kończąc. Myślę, że takie rozwiązanie chroniłoby nas o wiele skuteczniej w przyszłości przed podobnymi wydarzeniami, z jakimi mamy do czynienia w ostatnim czasie.

Są tacy, którzy twierdzą, że to, jak jest dzisiaj w kraju, to efekt wieloletniej wojny, którą prowadzą dwa ugrupowania – PO i PiS. Wszystko to bzdura! Rzecz jest dużo bardziej poważniejsza niż jakaś walka pomiędzy dwoma ugrupowaniami, w której tak naprawdę karty i tak rozdają rządzący, tutaj chodzi o naszą przyszłość – przyszłość Polski: czy pozostaniemy państwem demokratycznym, czy może jednak skręcimy w stronę wschodnich satrapii.

Niestety, wszystko wskazuje na to, że poseł Kłamczyński i jego pomagierzy usilnie pragną podążyć drugą ścieżką. Z jednej bowiem strony mamy do czynienia z Polską społeczną, tą otwartą, uśmiechniętą, przyjazną – i jestem tego pewien, że jest to Polska większości Polek i Polaków; z drugiej jednak, tej rządowej, stykamy się ze strukturą państwa zamkniętego, ksenofobicznego, nacjonalistycznego, pełnego uprzedzeń, z archaicznym myśleniem o współczesnym świecie, naznaczonym niechęcią do wszystkiego co obce, nieznane; państwa powiązanego z dążeniem do autorytaryzmu, a w najlepszym przypadku do demokracji mocno sterowanej z bezprawną kontrolą obywateli włącznie!

Takie podejście dzisiaj, co zrozumiałe, jest obce całemu cywilizowanemu światu i nie do przyjęcia w najmniejszym choćby zakresie, zarówno przez demokratyczny świat, jak i przez nas, chcących żyć w normalnym, europejskim państwie XXI-ego  wieku.

Dlatego wniosek, jaki mi się z tego wykluwa, może być tylko jeden: pod żadnym pozorem nie należy się układać z PiS-em! Prawda bowiem jest taka, że z konstytucją się nie dyskutuje, nie można w jej kontekście osiągać jakichkolwiek kompromisów na dodatek z kimś tak niewiarygodnym jak Prawo Sprawiedliwość – partią notorycznych kłamców, blagierów i politycznych hochsztaplerów.

Zastanawia mnie tutaj tylko jedno: mistrz Gebetto wystrugał jednego Pinokia, któremu nosa przyrastało w miarę używania przez niego kłamstw, w przypadku posła Kłamczyńskiego, który wystrugał rzesze swoich Pinokiów partyjnych, mimo że ci ostatni kłamią jak najęci, to nosy mają niezmiennie takie same.

Zatem, w czym tkwi tajemnica? Myślę, że kluczowa jest tutaj osoba strugającego: ten musi być do bólu prawdomówny!

Prawda że proste?

23.09.2017 r.

19:36, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 września 2017

Prawda. Czym ona jest? Odpowiedź wydaje się w zasadzie prosta: to obiektywny, zgodny z rzeczywistym stanem opis wydarzenia czy też wydarzeń, jakie dzieją się zarówno z naszym lub też bez naszego udziału. Krótko mówiąc chodzi o niezakłamaną rejestrację otaczającego nas świata.

Czy my żyjemy, szczególnie w ostatnim czasie, w takim świecie, tzn. w obiektywnie opisywanym nam przez państwowe media?

Nie! Ponieważ rządzący, uważając siebie za nieomylnych i posiadających tym samym patent i monopol na prawdę, starają się wszystkim Polkom i Polakom wcisnąć do głów własną wersję prawdy jako powszechnie obowiązującą.

Tych prawd lansowanych przez obóz rządzący jest naturalnie wiele. Jedną z nich jest np. ta, że prawdziwymi Polakami są ci wszyscy, którzy są wyznawcami – bo przecież nie zwolennikami – posła Kłamczyńskiego, podczas gdy cała reszta, krytycznie do niego nastawiona, do tego narodu nie przynależy, więc tym samym nie można ich uznać za tzw. prawdziwych Polaków!

Inną prawdą jest prawda o sądach, tzn. że pozostają one nadal postkomunistyczne, czyli ich rodowód pochodzi z tzw. układu! To nic, że zdecydowana większość dzisiejszych sędziów ze względu na wiek, to ludzie w ogóle nie związani z PRL-em, dla polityków Prawa i Sprawiedliwości akurat taki argument nie jest istotny, liczy się bowiem przede wszystkim efekt propagandowy tego zagadnienia, a ten jest mocny, bo przecież większość społeczeństwa – łącznie zresztą ze mną – nie jest zadowolona z pracy sądów!

Albo przykład jeszcze jednej prawdy – tej smoleńskiej! Ta jest rzecz jasna szczególna, bo niezwykle bolesna, a przy tym odsłaniająca niezwykle brutalnie naszą bylejakość działania w strukturach państwa, co, jak wiemy, skończyło się śmiercią dziewięćdziesięciu sześciu osób w pamiętnym locie do Katynia. W tym przypadku obowiązuje naturalnie prawda podstawowa i jedyna, ta pisowska! To nic, że nie mająca nic wspólnego, albo bardzo niewiele, ze stanem faktycznym, czyli z prawdą obiektywną, w końcu liczy się przede wszystkim interes polityczny, a ten jest jasno określony przez tę szkodliwą ze wszech miar dla Polski partię: wszyscy są winni tej tragedii tylko nie Prawo i Sprawiedliwość i  jej pokraczny przywódca!

Tych i podobnych prawd jest naturalnie znacznie więcej i jedno, co pewne, to że będzie ich z czasem przybywać, oczywiście w miarę sprawowania rządów przez Prawo i Sprawiedliwość.

Naturalnie, w wyniku nieszczęśliwego splotu okoliczności wybory parlamentarne wygrało Prawo i Sprawiedliwość. Splot okoliczności jednak to jedna strona medalu, druga – to kto do takiego niekorzystnego splotu doprowadził.

Odpowiedź jest niezwykle prosta: winna jest koalicja PO-PSL, z tą jedynie różnicą, że to właśnie Platforma grała pierwsze skrzypce w rządzie, więc to ona ponosi większą odpowiedzialność za zaistniałą sytuację. Niestety, posiadając ogromny kredyt zaufania, jakim ta partia cieszyła się przez lata, potrafiła jednocześnie koncertowo go zmarnować! I nie chodzi nawet o butę, z jaką się obnosiła, mówiąc ustami D. Tuska, że nie ma z kim przegrać, rzecz w tym, że pozostając ślepa na wszystkie bolączki zwykłego obywatela, przestała się z nim i jego potrzebami zupełnie liczyć!

Mało jej było utrzymania słabego wynagrodzenia najniżej zarabiających; mało jej było byle jakiego prawa pracy, dzięki czemu przez długie lata niemiłosiernie wykorzystywano pracowników, to na dodatek jeszcze lekceważyła rodziców i posłała sześciolatków do szkół, a wszystkim obywatelom podniosła wiek emerytalny bez konsultacji społecznych, niszcząc przy tym dwa i pół miliona podpisów zebranych przez Związek Zawodowy Solidarność. Więcej – gdyby tego było mało, to ta typowo kanapowa partia permanentnie zwlekała z ustawą reprywatyzacyjną (nadal jej brak), co skutkowało dramatem wielu lokatorów, którzy zostali pozostawieni sami sobie w starciu z cwaniakami przejmującymi bezprawnie kolejne budynki w wielu miastach; ponadto zwlekała z ustawą antyprzemocową i równościową, czy wreszcie poprzez brak decyzyjności, przyzwalała na działalność parabanków, które przez długie lata robiły, co chciały, i to bezkarne na polskim rynku.

Krótko mówiąc: jeżeli nawet Prawo i Sprawiedliwość dysponowało jakąś bronią, to Platforma Obywatelska zrobiła wszystko, żeby tę partie wyposażyć w odpowiednią ilość amunicji do niej. Dlatego nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że nie kto inny, jak właśnie to ugrupowanie powinno za to zapłacić najwięcej!

Niestety, nasz świat jest tak skonstruowany, że to nie partia płaci najwyższą cenę za pisowskie bagno, w jakim przyszło nam dzisiaj żyć, lecz my – zwykli obywatele płacimy za nich. Dlatego jedyną rzeczą, jaką jestem w stanie zrobić, aby im się zrewanżować za ową platformianą bylejakość, jest moment wyborów zarówno samorządowych, jak i parlamentarnych i pokazanie w tych dniach ogromnego: fuck yourself!

20.09.2017 r.

06:14, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 września 2017

Dzisiaj są Twoje urodziny. Niestety, na obczyźnie, więc nie mogę złożyć Ci życzeń face to face. Nic to jednak, bo, jak wiesz, życzę Ci niezmiennie tylko wszystkiego co dobre: żebyś nie popełniała błędów, żeby otaczali Cię przychylnie nastawieni do Ciebie ludzie, w ogóle żebyś była szczęśliwa i zawsze uśmiechnięta, bo uśmiech, to obietnica słonecznego dnia.

Co do błędów, to może przytoczę ostatnie zdanie z książki Ch. Dubrowa Niewierność: Podejmujemy w życiu mnóstwo słusznych decyzji, jednak to te błędne pozostają bez przebaczenia. Ja oczywiście życzę Ci, żebyś zawsze podejmowała tylko słuszne decyzje.

Na koniec krótka scenka, taka trochę dla śmichu.

Pomieszczenie oświetlone jedynie dwiema świecami, które stoją na stole, na którym znajduje się również półmisek z sałatką, butelka wina, dwa kieliszki, dwa talerze i sztućce przy nich.

Ona: Co to jest?

On: Stół.

Ona: To widzę. Pytam o to, co na stole.

On: Wino, kieliszki, sałatka warzywna…

Ona: Masz mnie za głupią?

On: Nie lubisz…

Ona: Przestań! Pytam o talerze i sztućce.

On: Co znowu?

Ona: Jednorazowe. Powiedz że żartujesz.

On: Wygodne. Nie trzeba ich myć.

Ona: Nie wierzę – mówi kręcąc głową. – To przez skąpstwo? Powiedz – zrozumiem.

On: Skąpstwo? Cóż ci znowu przychodzi do tej pięknej główki. To jedynie cholernie praktyczne.

Ona: Zapraszasz mnie na kolację, przy świecach. Wszystko wydaje się wyjątkowe, romantyczne, myślałam nawet przez monet głupia, że mi się oświadczysz, a ty nagle wyjeżdżasz tutaj z tą nieszczęsną jednorazową zastawą. Pogięło cię?

On: Myślałem, że to drobiazg, że tak ogólnie to ci się spodoba.

Ona: A niby co ma mi się w tym podobać?

On: No, choćby klimat tego naszego wieczoru…

Ona: Oszalałeś?

On: (ze śmiechem) Jeżeli nawet, to jedynie przez ciebie. Przez miłość do ciebie zwariowałem!

Ona: Nie wierzę, po prostu nie wierzę.

On: Zaraz wracam – mówi i wychodzi do kuchni.

Ona: Słucham?

On: Zaraz wracam.

Po chwili jest już z powrotem. W jednej ręce trzyma dwa wiekowe porcelanowe talerze, w drugiej, na półmisku, spoczywa dobrze przyrumieniony indyk. Bardzo szybko przyniesione rzeczy zajmują miejsce plastików. Po nałożeniu po kawałku mięsa na talerze, nalewa wino do kieliszków. Siada. Ona robi to chwilę wcześniej.

On: Za nas!

Ona: Za naszą miłość!

On: Ach, jeszcze jedna rzecz, którą przecież przygotowałem – muzyka! – Sięga po pilota, który leży na brzegu stołu, naciska przycisk „play”. – Smacznego, kochanie – mówi, a w następnej chwili rozbrzmiewają pierwsze takty utworu:

Ona: Tandeciarz! – Śmieje się, a jej śmiech jest perlisty, niczym dzwoneczki u sań.

Odwzajemnia jej uśmiech, po czym nie zwlekając już ani chwili dłużej, zaczynają pałaszować. Pomieszczenie wypełnia się kwintesencją życia: jest i muzyka, i śpiew, i wino. A na dodatek wszystko podprawione miłosną atmosferą.

17.09.2017 r.

08:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 września 2017

Niejednokrotnie już rządzący dzisiaj Polską dali przykład, że żyją w innej rzeczywistości niż większość moich rodaczek i rodaków. Powiedziałbym, że jest to rzeczywistość wirtualna, tak niekompatybilna pozostaje ona ze stanem faktycznym. Bierze się to oczywiście z ustawicznego powtarzania przez nich kłamstw, które produkują zarówno na własne, partyjne potrzeby, jak i w celu zyskania jak największego grona sprzymierzeńców dla swojego szaleństwa. W końcu nie od dzisiaj wiadomo, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Przynajmniej na jakiś czas, do zweryfikowania jej przez źródła i właśnie ów czas.

Napisałem tutaj rok temu, dokładnie 20.09.2016 r., że tetrycy rządzą naszym światem i że sobie tego nie życzę. Chyba że po uprzednim lekarskim przebadaniu stanu umysłowego człowieka, który chce mieć realny wpływ na moje (nasze) życie. Niestety, od tamtego czasu nic się na lepsze nie zmieniło, wręcz przeciwnie – jest jeszcze bardziej do dupy, bo szaleństwo tetryków u władzy wzmaga się!

Mógłbym oczywiście machnąć na to ręką i powiedzieć sobie: Spokojnie, niewiele czasu im zostało, niech się chłopaki i dziewczyny na koniec trochę pobawią w swojej piaskownicy, potem zabierze im się grabki, łopatki, wiadereczka i pogoni tę całą bandę, gdzie pieprz rośnie! Problem w tym jednak, że tego czasu tak naprawdę za dużo nie ma, my go nie mamy! Dlatego należy zrobić wszystko, aby odsunąć ich od decyzyjności i wpływu na losy państwa już, natychmiast! Naturalnie w demokratyczny sposób. A potem, potem musimy bezapelacyjnie zrobić jeszcze jedną rzecz: powinniśmy postawić wszystkich tych, którzy łamali prawo, zakłamywali rzeczywistość, którzy nałogowo wręcz łgali, przed sądem. Tego wymaga zwykła przyzwoitość i sprawiedliwość.

Bujanie w obłokach jest fajne, tyle tylko, że na własny rachunek. Mnie nikt pieszczotliwie nie głaszcze po główce, gdy podejmuję złe decyzje. Odpowiadam za nie! Dlatego ci, którzy państwo prawa mają w pięciu literach – a są ich niestety całe zastępy – ostentacyjnie łamiąc prawo, muszą stanąć przed sądem i Trybunałem Stanu. To jest niezbędne, żeby przywrócić ich do rzeczywistości. Tej wspólnej, prawdziwej!

15.09.2017 r.

09:50, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 września 2017

Do niedawna czytałem jednocześnie kilka książek: wywiad-rzekę z prof. H. Samsonowiczem Świadek epoki. Rzecz interesującą nie tylko z uwagi na osobę profesora, ale również dlatego, że, po pierwsze – to historyk, po drugie zaś – był naocznym świadkiem wielu ciekawych wydarzeń. Ponadto Sufi Elif Shafak, tureckiej pisarki, która książką o derwiszach debiutowała i ten debiut był, według krytyki, niezmiernie udany. Następnie Zelota. Życie i czasy Jezusa z Nazaretu Rezy Aslana. Oraz Hemingway. Człowiek i pisarz 1899–1861 Michaela Reynoldsa. Napisałem – czytałem, ponieważ tak było do momentu zetknięcia się z powieścią Charlesa Dubowa Niewierność. Od tego momentu wszystkie ww. książki zwyczajnie przestały się dla mnie liczyć. Jakby nie istniały. Niewierność doszczętnie mną owładnęła! I mimo, że jej lektura trwa nadal, to już odczuwam niepokój, który, to wiem na pewno, będzie się ustawicznie wzmagał wraz z każdą przeczytaną stronicą. Albowiem im mniej ich pozostanie, tym bliższy będzie końca świat wykreowany przez autora, który, niestety, nagle się skończy; świat tak ujmujący swoim kolorytem, iż nie sposób go nie polubić i się od niego nie uzależnić. I właśnie świadomość jego końca boli najbardziej, niepokoi, wkurza i zwyczajnie wzbudza irytację.

Robię tak po raz pierwszy: decyduję się napisać o książce nie po przeczytaniu jej w całości, ale w miarę pokonywania kolejnych jej rozdziałów.

Dotarłem właśnie do pięćdziesiątej ósmej strony i to, co wiem, to tyle, że nie wiem, w którą stronę rozwinie się akcja. To znaczy mam pewne podejrzenie, a właściwie nawet pewność, oczywiście nie w szczegółach, ale zanim o niej wspomnę, napiszę, czego niniejsza książka dotyczy.

Otóż narratorem powieści jest Walter Gervais, prawnik, przyjaciel głównego bohatera Harry’ego i jego żony Maddy, który, co ciekawe, nie tylko nie jest obecny od początku na kartach niniejszej powieści, ale również nie bierze udziału we wszystkich wydarzeniach, które opisuje! Niemniej pojawia się na jej trzydziestej drugiej stronie i bierze stery opisu akcji w swoje ręce – akcji, która, jak mniemam, będzie dotyczyła Claire, młodziutkiej, uroczej, wyjątkowo pięknej – jak pisze Walter – redaktorki w jakimś nowojorskim literackim piśmie.

Niestety – i tutaj wracam do początku niniejszego wstępu – czuję w kościach, że historia tej dziewczyny, a także lubiącej ją Maddy, żony Harry’ego, który właśnie odniósł literacki sukces swoją pierwszą powieścią, nie będzie miała dobrego zakończenia. Chociaż nie ukrywam, że potwornie chciałbym się mylić! Na razie, na szczęście, to jedynie moje przeczucia wynikające z lektury  pięćdziesięciu ośmiu stron książki. Jak będzie rzeczywiście dalej, pokaże czas.

Jestem po kolejnym rozdziale  książki i w zasadzie jednego jestem już pewien: romans pomiędzy piękną Claire a Walterem, narratorem książki, jest wykluczony! Jeżeli się jakiś tutaj dokona, to jedynie pomiędzy Claire i Harrym. Tylko on ma prawo tutaj zaistnieć, tylko on może dotknąć jakiegoś problemu. W tym kontekście problemu klasycznego trójkąta.

No i stało się: po lekturze drugiego rozdziału części zatytułowanej Jesień wszystko się wyjaśniło: Claire dopięła swego – zaciągnęła Harry’ego do łóżka! Oczywiście nie stałoby się to, gdyby i on tego nie chciał. Jakiekolwiek jednak kierowały nim motywy, jedno jest pewne: od tego momentu już nic nie będzie takie samo. Nie może być! Przed całą trójką mogą istnieć tylko problemy, które wywołają ból, rozczarowanie, pretensje i łzy. A powodem tych uczuć będzie właśnie owa tytułowa niewierność! Niewierność, którą Charles Dubow niezwykle trafnie określił: Żyjemy w czasach, w których zawód sprawiany nam przez innych już nie zdumiewa. Zaskakujące jedynie jest to, że wciąż tak chętnie dajemy się oszukiwać, a do czego ja dodałbym jedynie, że może ona zabić nie tylko najlepszy związek, gorzej – ona może zabić ludzi, a tym samym to wszystko w nich, co trzyma ich przy życiu.

Kolejny rozdział to, że tak powiem, krzepnięcie romansu. Na szczęście znajduje się tutaj również coś, co stawia Claire w innym świetle, lepszym – to jej wyrzuty sumienia, że wtargnęła w poukładany świat Harry’ego, Maddy i ich syna Johna, co oczywiście w ogóle nie  zmienia sytuacji, która jest do dupy. Ale jak bardzo głęboko jest taka, okaże się w miarę upływu czasu i poznawania dalszych wydarzeń ww. trójki.

Jestem w połowie książki, czyli po dwóch częściach – Lecie i Jesieni, a tuż przed Zimą.  Co wiem na pewno? Że Harry oprócz tego, że kocha żonę i syna, kocha również, jak twierdzi, Claire. I w tym cały ambaras. Bo taka sytuacja musi rodzić problem. Ale to zapewne potem. Teraz jest czas na wariactwo – jego wariactwo! Miłość bowiem nakręca go, odbierając rozum, czyli trzeźwy osąd rzeczywistości. Robi więc głupstwa, np. kupując Claire koszmarnie drogą sukienkę w Paryżu, gdzie się potajemnie spotkali i przeżyli trzy piękne dni. Spodziewam się jednak również tutaj czegoś pozytywnego: że ta miłość go odblokuje literacko, że od teraz książka, nad którą właśnie pracuje, nabierze właściwego rytmu. Będzie ją pisał bez żadnych przeszkód, lekko i z werwą, którą zaszczepiła w nim niezwykle pociągająca kochanka Claire.

Mimo że nie odtarłem jeszcze do końca niniejszej powieści, rezygnuję z dalszego opisu perypetii jej bohaterów. Z jednego prostego powodu: chociaż wiem doskonale, że wszystko, co żywe, ma kiedyś swój koniec, to nie lubię, jak coś umiera i to na dodatek z naszej winy.

Na koniec powiem tak: namawiam do przeczytania niniejszej powieści, gwarantuję, że nikogo ona nie rozczaruje. Gdybym natomiast miał tę książkę określić jednym, czy dwoma słowami, powiedziałbym, że jest to rzecz napisana z ogromną czułością, delikatnością i znajomością ludzkiej natury w taki sposób, że aż obezwładnia i uzależnia! A potem dodałbym jeszcze, że sam chciałbym taką powieść napisać i że zwyczajnie autorowi zazdroszczę! Oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa. I zapewne nie tylko ja.

13.09.2017 r.

09:28, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 września 2017

Dzisiaj jest niedziela, czyli dzień w jakiejś mierze wyjątkowy, bo wolny od pracy, więc o wiele bardziej nadający się niż inny zwykły dzień tygodnia do tego, aby umieścić tutaj opowiadanko, jakie napisałem kilka dni temu z myślą o Januszu Głowackim, który niedawno od nas odszedł, na drugą stronę życia, za rzekę w cień drzew.

To oczywiste, że to ogromna strata, nie tylko dla rodziny czy przyjaciół, to również strata dla polskiej kultury, czyli dla nas.

Mówią, że nie ma ludzi niezastąpionych. Nigdy nie zgadzałem się z takimi bzdetnymi twierdzami, czego niejednokrotnie tutaj dowodziłem. Tak jak nie dało się zastąpić kogoś takiego jak Leonarda da Vinci, Mikołaja Kopernika, Izaaka Newtona i wielu, wielu innych, podobnie nie da się zastąpić Janusza Głowackiego.

Pożegnalna mowa

Pamięci Janusza Głowackiego.

Było ciepłe sierpniowe przedpołudnie. W takim dniu jak ten można robić właściwie wszystko, oprócz jednego – umierania. W takim dniu należy czerpać z życia pełnymi garściami! Ten, który zdecydował inaczej, to znaczy ściślej  rzecz ujmując – za którego los to zrobił, w obecnej chwili znajdował się w trumnie ułożonej na mocnych barkach czterech mężczyzn; na szczęście, jeżeli w ogóle można w takiej sytuacji użyć takiego określenia, nieboszczyk nie umarł dzisiaj, w tym niezwykle rozleniwiająco ciepłym dniu, lecz trzy dni wcześniej, kiedy było nieprzyjemnie, lało jak z cebra, a na dodatek było zaskakująco chłodno, jak na tę porę roku. Dzisiaj jedynie umarlak definitywnie żegnał się ze światem żywych ludzi na powierzchni ziemi. Od tego momentu miał bowiem przebywać w innym świecie i być uczestnikiem innego przyjęcia. Dlatego, o ile na powierzchni ziemi trwało właśnie jego pożegnanie, o tyle pod jej powierzchnią czynione już były przygotowania do jego powitania w królestwie Hadesa. Innymi słowy rzecz ujmując, użycie określenia „na szczęście” było jednak całkowicie uprawnione i wytłumaczalne! Chociaż, tak po prawdzie, to żadne pocieszenie dla zmarłego.

Orszak żałobny niespiesznie ciągnął aleją pełną wysokich, całorocznie zielonych tui. Cmentarz należał do starych nekropolii, więc i alejka, przez którą w tym momencie żałobnicy wolno brnęli przed siebie, nie była tak szeroka, jak na nowych cmentarzach. Na samym przedzie karawanu szli ci, którzy na swoich barkach nieśli beneficjenta przyjęcia w domu właściciela podziemi; reszta konduktu, skończywszy dopiero co modlitwę intonowaną przez księdza, towarzyszyła denatowi w cichej zadumie. Gdy w końcu dotarli do ziejącej w ziemi jamy, która pełniła w tym momencie  rolę drzwi do przybytku nieboszczyka, pierwszy zabrał głos ksiądz, który, jak przystało na zawodowego pocieszyciela i mistrza miłosierdzia, kwiecistymi słowami pożegnał zmarłego; powiedział o jego zasługach, dobroci serca i że w ogóle tak wcześnie, stanowczo za wcześnie przeniósł się na łono Abrahama. Ale, jak rezolutnie zauważył, widocznie musiał, ponieważ, co oczywiste, tam również Bóg potrzebuje dobrych ludzi. Znaczyło to mniej więcej tyle, że w zasadzie nie ma się co smucić, bo nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Następnie głos zabrał ktoś z pracy umarlaka, kto również nie szczędził dobrego słowa na temat denata, w myśl zresztą starego porzekadła, że o zmarłych tylko dobrze, albo w ogóle.

Gdy wydawało się, że wisielcza impreza dobiegła końca, do przodu przecisnął się pewien niepozorny człowiek, który zjawił się na ceremonii jako ostatni i nieoczekiwanie dla większości zebranych tam ludzi miał zabrać głos. Chwilę postał w milczeniu, sprawiając wrażenie jakby sobie przypominał wszystkie chwile, które spędził ze zmarłym, a o których chciał opowiedzieć. I gdy w końcu wydawało się, że one do niego dotarły, że wszystkie je zebrał i poukładał, czy to według hierarchii ważności, czy też według chronologii zdarzeń, począł mówić. I nieważny w tym momencie stał się jego wygląd – że był nalany, łysy, niskiego wzrostu i że sprawiał wrażenie, jakby dopiero co wyszedł z sauny, istotne bowiem było to, jak mówił. Jego głos bowiem był niezwykle ciepły i uspokajający, jakby nim hipnotyzował! I mówił jak natchniony, jakby nigdy nic innego nie robił, tylko przemawiał na tego typu uroczystościach – ku pamięci! Jakby znał na wylot, od podszewki zmarłego – tyle o nim wiedział: że był niezwykle dobry, wyrozumiały, szczodry i szczery w przyjaźni. Ale mówił tak nie dlatego właśnie, że o umarłych należy mówić tylko dobrze, albo w ogóle, mówił tak, ponieważ taki był właśnie ten, którego już nie było pośród żyjących.

– Tak – ciągnął ów cmentarny orator – nasz przyjaciel, jak nikt inny miał nieograniczony apetyt na życie. Był, że się tak wyrażę, jego wykwintnym smakoszem! Nie chodzi jednak o to, że lubił dobrze zjeść, czy też czasami napić się w dobrym towarzystwie – choć to oczywiście również, chodzi o to, że on przede wszystkim tak zwyczajnie po prostu kochał życie! – Mówca po raz pierwszy podniósł wzrok na zebranych w tym miejscu ludzi i wolno omiótł ich wzrokiem, a napotykając nie tylko aprobatę dla swoich słów, ale również wyczekiwanie na ciąg dalszy, spokojnie kontynuował swoją mowę: – Dobry, wrażliwy, skromny człowiek, a przy tym niezwykle inteligentny! – Tutaj zrobił krótką pauzę i po chwili zwrócił się bezpośrednio już tylko do tego, który leżał teraz nieruchomo w trumnie, głuchy na wszystkie miłe słowa, jakie skierowano tu dzisiaj pod jego adresem: – Nigdy nie zapomnę twoich ironicznych puent dotyczących naszego życia, jak choćby tę, gdy zapytany przez jakąś młodą dziennikarkę, czy coś cię szczególnie uwiera, czy czegoś się w swoim życiu wstydzisz, odparłeś: Tak, wstydzę się za człowieka. Bo spieprzyliśmy ten świat i będziemy pieprzyć go dalej. Bo ludzie są po prostu ludzcy. Bóg nie miał złudzeń co do charakteru człowieka, dlatego nie dał nam ostrych kłów i długich pazurów. Ale człowiek dał sobie z tym radę i  wymyślił kałasznikowa. Głupota ludzka bowiem, podobnie jak miłosierdzie Boże, nie zna granic. Zapamiętam również na zawsze twoją szczególną receptę na życie: Trzeba pić i jebać, żeby się z nędzy wygrzebać. Pamiętasz, ile było zawsze przy tym śmiechu? Żegnaj, Januszu, drogi przyjacielu. Będzie nam ciebie brakowało. Już brakuje!

I gdy padły ostanie słowa, gdy nasz wspaniały mówca wolnym krokiem wycofał się na uprzednio zajmowane miejsce, na twarzach zebranych dało się zauważyć pewnego rodzaju zaskoczenie. Okazało się bowiem, że ten, któremu owa pożegnalna mowa była poświęcona, nie był żadnym Januszem, lecz poczciwym Tadzikiem, a pochówek dotyczy zupełnie kogoś innego – kogoś, kto wypisz wymaluj podobny był w tym swoim życiu do zmarłego! Tadeusz bowiem również był dobrym, wrażliwym, skromnym, a nade wszystko niezwykle inteligentnym człowiekiem. W ogóle był dobrym mężem, czułym ojcem, a także, co zrozumiałe, kochającym synem.

Oczywiście, nikt z zebranych w tym miejscu ludzi nie miał pretensji do mówcy, tym bardziej, że przemowa była prima sort! No, może jedynie przytoczony cytat uraził niektóre uszy, całość jednak podobała się wszystkim. Tyle tylko, że mleko się rozlało – nasz wspaniały pogrzebowy orator pomylił miejsca swojego występu.  Nie pozostawało mu więc nic innego, jak tylko wycofać się rakiem i skierować swoje kroki kilka kwater dalej, gdzie można się było spodziewać, iż oczekiwany jest równie ciepło, niczym słońce w sierpniowe przedpołudnie, i gdzie właśnie w tym momencie inny ksiądz rozpoczynał swoją pogrzebową mowę.

10.09.2017 r.

11:23, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 września 2017

Jaka jest pogoda za oknem, każdy widzi – pod psem. Na szczęście to jeszcze nie koniec lata, więc jestem pewien, że wkrótce się poprawi. Jak fatalni nieudacznicy rządzą tym krajem również widać w sposób niezwykle jaskrawy. Na szczęście, i tutaj również mam pewność, panie i panowie zostaną odstawieni na boczny tor po najbliższych wyborach. Zanim jednak jedno i drugie się dokona, proponuję dzisiaj, dla rozluźnienia atmosfery, takie tam dwie pogaduchy.

Dialog I.

Ona: Uważam, że seks, tak jak w ogóle życie, jest stanowczo przereklamowany.

On: Mówisz tak, bo nikt nigdy ci nie dogodził.

Ona: A co ty w ogóle możesz o tym wiedzieć?

On: Widzę. W ogóle, to było ci kiedyś dobrze łóżku?

Ona: Że co?

On: Myślę, że nigdy nie było ci dobrze w łóżku i stąd całe twoje rozczarowanie.

Ona: Właśnie że było!

On: Tak? Z kim?

                        Chwila wahania.

Ona: A choćby z Jarkiem.

On: Z Jarkiem? Niemożliwe!

Ona: Chyba wiem lepiej, z kim było mi dobrze w łóżku, co?

On: Kręcisz.

Ona: Niby dlaczego miałabym to robić?

On: Nie wiem. Wiem tylko, że nie jesteś szczera.

Ona: Wiesz co – odkopuluj się!

On: Mogłaś podać imię kogoś innego i pewnie bym uwierzył, ale ty podałaś gościa, którego znam i bardzo dobrze wiem na co go stać w tym zakresie.

Ona: Akurat!

On: Oczywiście. I to doskonale wiem (ze śmiechem) – spałem z nim.

Ona: (ze śmiechem) Wariat!

On: Rzeczywiście, seks z nim, to przereklamowana sprawa. To groteska.

Śmieją się oboje do rozpuku.

Dialog II.

Ona: Co ty masz do blondynek?

On: Nic. Podobają mi się.

Ona: Nie ściemniaj, dobra. Przed chwilą właśnie powiedziałeś, że…

On: Blondynka, to normalne.

Ona: Właśnie. Wyjaśnij mi, co miało znaczyć to – „normalne”?

On: Po prostu blondyneczki tak mają.

Ona: Niby jak? Mówżesz jaśniej, bo zaraz zarobisz plaskacza w twarz!

On: Nie myślą. To znaczy myślą, ale jakby trochę wolniej. Wiesz – miała dwa zapłony, w tym jeden spóźniony.

Ona: To twoje zdanie. Poza tym nie wiem, czy zauważyłeś, ale ja też jestem blondynką.

On: Właśnie o tym mówię.

Ona: Co masz na myśli? Chyba nie chcesz…

On: Oczywiście że nie chcę…

Ona: Coś mi się zdaje, że jeszcze jedno słowo więcej, a naprawdę będziesz spał dzisiaj u mamusi.

On: Kochanie, wyluzuj. Po prostu chodzi o zwykłe postrzeganie życia.

Ona: „Zwykłe postrzeganie życia”. Mógłbyś jaśniej?

On: Powiedz mi: zastanawiałaś się kiedykolwiek nad zagadnieniem, na przykład śmierci?

Ona: Za kogo ty mnie masz? Oczywiście że się zastanawiałam. Jak sąsiadka umarła, to myślałam o tym… chyba ze dwie godziny. Aż mnie głowa rozbolała!

On: Rzeczywiście, myliłem się – jesteś niezwykle rezolutna jak na blondynkę. Przepraszam.

Ona: A nie mówiłam? Weź no ty się w końcu ogarnij, chłopaku, dobra? Bo jak tak dalej pójdzie, to naprawdę będziemy mieli problem z dogadaniem się.

Nic nie odpowiedział, jedynie bezradnie się uśmiechnął, zgarnął pilota z ławy, a następnie włączył telewizor. A może nie włączył, nie wiem, nie było mnie przy tym.

07.09.2017 r.

12:02, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 września 2017

Jak wiadomo, historia kałem się toczy – tfu!, chciałem, oczywiście, powiedzieć, kołem się toczy. Co może oznaczać, że jeżeli dokładanie sto lat temu mieliśmy Rewolucję Październikową, to w tym roku również może mieć miejsce jakieś ważne wydarzenie, które zapisze się złotymi zgłoskami w kronikach ludzkiego losu.

W naszym, polskim przypadku, mogą to być np. na tyle duże niepokoje społeczne w okresie jesieni, że siłą rzeczy przyczynią się one do obalenia obecnego rządu i to mimo korupcyjnej polityki prowadzonej przez tych ostatnich względem różnych grup społecznych. Rząd ten bowiem, oprócz tego, że ewidentnie przekupuje ludzi różnymi finansowymi programami, to na dodatek permanentnie łaknie krwi opozycyjnych polityków, skłóca nas z cywilizowanym światem, a na dodatek nałogowo wręcz kłamie, zafałszowując nie tylko historię, ale w ogóle nasz teraźniejszy dzień.

Czy można zatem spodziewać się czegoś pozytywnego po rządzących? Czy można się spodziewać czegoś dobrego, gdy na czele rządu-nierządu stoi ktoś, kto dla zachowania stanowiska staje się radykalniejszy od swojego szefa i jest w stanie powiedzieć każde głupstwo, choćby i zaprzeczyć śmierci samego Kopernika? Czy można się spodziewać czegoś dobrego, gdy ministerstwem obrony narodowej zawiaduje człowiek, który od siedmiu lat lansuje pogląd o zamachu smoleńskim, a dodatkowo od dwóch lat totalnie nas rozbraja? Czy naprawdę można się spodziewać czegoś dobrego, gdy ministrem środowiska jest tetryk, który z dziką wręcz lubością zabija zwierzęta i wycina w pień Puszczę Białowieską, a pańcia od edukacji próbuje zawracać kijem Wisłę? Nie, nie można się spodziewać niczego dobrego, bo dobro dla tych ludzi jest tak samo nie do strawienia, jak prawda obiektywna.

Niestety, końca szaleństw tego rządu nie widać. Ostatnio wymyślili reparacje wojenne od Niemiec! Nie wiem tylko, czy za drugą wojnę światową, czy może jeszcze za Grunwald? Bo z tego, co się orientuję, to za tamto wydarzenie też nam Niemcy trochę grosza wiszą.

Zresztą, jeżeli już chłopaki idą po bandzie, to powinni być konsekwentni i żądać odszkodowań również od Rosjan i Austriaków Mało to wyrządziły nam oba państwa krzywdy? Mało tutaj nakradli przez stulecia naszej zależności od nich? Zrobili sobie kiedyś z naszego kraju poligon doświadczalny, więc niech teraz płacą! Szwedzi również nie powinni być tutaj samoistną wyspą i winni dorzucić trochę kaski do wspólnego worka odszkodowawczego.

Czy taki sposób prowadzenia polityki przez Prawo i Sprawiedliwość zaskakuje? Przyznam, że mnie w żaden sposób. Taka narracja w końcu zgodna jest z wolą posła Kłamczyńskiego, demiurga rządzącej ekipy, dla którego, jak wiadomo, białe to czarne, a czarne to białe. Co zresztą w kontekście nie posiadania przez niego prawa jazdy jest i logiczne, i jak najbardziej wytłumaczalne.

05.09.2017 r.

11:32, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 września 2017

Wczoraj odbył się mecz polskiej reprezentacji z drużyną Danii. Mecz, niestety, do jednej bramki. Naszej. Dlatego należałoby o nim zapomnieć jak najszybciej. Zanim jednak to zrobię, chciałbym napisać o nim chociaż przysłowiowe dwa zdania.

Jak wiadomo nie było to udane spotkanie dla naszych piłkarzy. Najkrócej rzecz ujmując był to koszmar i totalna wręcz kompromitacja. A na tym poziomie międzynarodowych rozgrywek przegrywać w taki sposób meczów po prostu nie wypada.

Gdybym był złośliwy, mógłbym oczywiście w tym miejscu nad nimi się znęcać, chłostać ich słowem pisanym jak popadnie. Nie zrobię jednak tego. Uważam bowiem, że w każdej sytuacji, choćby na pierwszy rzut oka najgorszej, powinno dostrzegać się jakieś pozytywy. Ja je dostrzegam!

Pierwszy z nich jest taki, że jeżeli niektórzy piłkarze myśleli o lukratywnych kontraktach zagranicznych (a tacy są na pewno!), to po tym meczu mogą być pewni jednego: kolejka menedżerów chętnych do ich kupna będzie wprost niemierzalna. Tyko przebierać w ofertach!

Drugi pozytyw jest z gatunku tych – mogło być przecież gorzej! Co jest prawdą, bo przecież zawsze może być gorzej. Na przykład, gdyby dla naszych piłkarzy wzorem do naśladowania byli rządzący, mogliby wówczas przegrać nie jakieś głupie i marne cztery do zera, ale dwadzieścia siedem do jednego! Na szczęście nie zrobili tego i przerżnęli jedynie cztery do zera. Za co serdecznie dziękuję.

No i trzeci pozytyw, w zasadzie zamykający temat, a odnoszący się do naszej zwykłej ludzkiej mentalności: jeżeli było tak, że pewni piłkarze byli już przekonani o swojej genialności, to ten wczorajszy mecz, myślę, sprowadził ich niezwykle brutalnie na ziemię. I dobrze! Przebywanie w chmurach może jest i dobre, tyle że niezbyt długie i bardziej jako afrodyzjak, niż stan permanentny. Taka sytuacja bowiem niezwykle mocno usypia, pozbawiając zarówno czujności, jak i, co gorsza, motywacji.

Ale w porządku, nie powiem: Polacy, nic się nie stało! Bo się stało. Po prostu w taki sposób nie przystoi przegrywać. Nawet w słabszym dniu. Chcę jednak wierzyć, że była to jedynie jednorazowa wpadka, podobna do tej w Kazachstanie, i na rewanż z tymi ostatnimi wyjdziemy z taką determinacją, że rywale będą się modlić o tylko cztery stracone gole. Tego oczekuję od naszej drużyny – zaangażowania i walki, bo nadal wierzę, że stać naszych chłopaków na świetną grę.

02.09.2017 r.

11:41, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl