RSS
piątek, 30 września 2016

1. Minister P. Szałamacha odszedł ze swojego stanowiska. Nie oceniam tego ruchu poprzez jego kompetencje, bardziej poprzez to, co przed „rezygnacją” mówił, a narzekał, że nie chce mu się już odpowiadać na ciągle te same nużące pytania dziennikarzy o jego odejście z rządu. Dzisiaj już w tym rządzie go nie ma – złożył dymisję, a p. B. Szydło ją przyjęła. Oczywiście dlatego, że dobra z niej kobieta i nie potrafiła odmówić jego prośbie. Niech ma, co się chłopak będzie męczył!

Jaka jest jednak prawda? Myślę, że dużo bardziej boleśniejsza: Po raz kolejny okazało się, że pani B. Szydło musiała zjeść żabę przygotowaną jej przez jej szefa J. Kłamczyńskiego.

Oczywiście, w najmniejszym stopniu mi jej nie żal. Prawdopodobnie lubi francuskie menu, a upokorzenie jest jej znakiem rozpoznawczym. Kobieta ta jest do tego stopnia niesamodzielna w swoich decyzjach, że nawet o swojej rezygnacji dowie się od umyślnego pana prezesa, bo sam nie będzie miał czasu ani ochoty, żeby jej to zakomunikować.

2. Jaką twarz posiada polski Kościół katolicki – każdy widzi, więc nie będę się specjalnie nad tym rozwodził, powiem tylko, że to Kościół nierzadko strachliwy, zapyziały, w swoim przekazie wsteczny, nierzadko antysemicki, generalnie prostacki i zwyczajnie głupi. Czy był taki zawsze? Dla mnie osobiście niewątpliwie zawsze był szkodliwy. Jeżeli nawet nie dla interesów państwa, to dla psychiki społeczeństwa. Zapyziały jednak wyraźnie stał się dopiero wraz ze śmiercią takich osób, jak abp J. Życiński, abp T. Gocłowski, czy ks. J. Tischner; z ich odejściem niezmiernie skarlał, tracąc swoją duchową moc; dzisiaj nie tylko brakuje w nim tak potrzebnej, budującej dyskusji, ale, co gorsza, króluje w nim strach i ślepe posłuszeństwo dogmatom; dzisiaj Kościół polski ma znacznie bliżej do księdza J. Międlara i T. Rydzyka, niż do swojego patrona Jezusa z Nazaretu.

To, jaki jest mój stosunek do religii, ci, którzy mnie tutaj czytają, wiedzą – eufemistycznie rzecz ujmując, nie przepadam za żadną nich. Co nie przeszkadza mi jednak ubolewać nad fatalną kondycją polskiego Kościoła jako takiego, a do jego urzędników mieć ogromny żal za to, że nie potrafili w odpowiednim czasie nie tylko wyrzucić ze swoich szeregów kogoś takiego jak ksiądz Międlar – jawnego antysemity, chcącego uchodzić za duchowego przywódcę narodowców – ale, co gorsza, nie umieli go nawet potępić i zdyscyplinować! Okazali się po raz kolejny zwykłymi wystraszonymi kunktatorami, nie potrafiącymi zaprotestować w obronie bezceremonialnie obrażanych Polaków.

3. Jakiś czas temu zmarła nieodżałowana M. Czubaszek, która w jednym z wywiadów na pytanie G. Miecugowa o Polskę, odparła, że ona Polski nie kocha. Nie wiem, ile było w tym przekory, ile prowokacji, a ile prawdy, wiem za to, że mogła i miała prawo tak powiedzieć. Bo jak ten byt pod nazwą Polska kochać? Można kochać ludzi, zwierzęta, ukochać jakiś fragment kraju, w którym się żyje, tak zwaną małą ojczyznę, ale państwo, jakąś większą czy też mniejszą połać ziemi obwarowaną z kilku stron granicami, przyznam, nie mam pojęcia. Czy w ogóle jest to możliwe i w jakiś sposób sprawdzalne?

Oczywiście, takie słowa mogą jednych oburzać, innych wprawiać w zakłopotanie, a jeszcze innych utwierdzać w przekonaniu, że jednak nie są dziwakami, ponieważ odczuwają podobnie. Tylko, czy naprawdę w tych słowach nie ma racji? Bo co to znaczy kochać Polskę, albo Łotwę, Brazylię, Rosję itd., itp.? Za co? W końcu to, że ktoś urodził się w danym miejscu naszego świata, to czysty przypadek! Może więc właściwiej byłoby powiedzieć: kocham całą Ziemię, bo szanuję wszystkich ludzi, bez względu na kolor skóry i kocham życie w jego wszystkich formach! Czy takie ujęcie sprawy nie byłoby celniejsze i bliższe prawdy naszej egzystencji, hm?

30.09.2016 r.

15:22, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 września 2016

Historia ludzkości, to historia krzywd i poniżenia, wynikająca nierzadko z poczucia krzywdy jednostkowej, co, podejrzewam, stawało się kluczowe w dążeniu do zadośćuczynienia krzywdom, jakich doznały właśnie poszczególne indywidualności. Bardzo trudno bowiem nie uznać tego wszystkiego, czego doświadczyli jako dzieci np. Adolf Hitler czy Josif Dżugaszwili, za obojętne dla ich psychiki. Wręcz przeciwnie, wszystko to pozostawiło niezwykle trwały ślad na niej, co następnie w sposób oczywisty rzutowało później na ich decyzje w wieku dojrzałym i co w ogóle determinowało ich późniejsze życie.

Pomyśleć na przykład: gdyby Adolf, jako dzieciak, nie była maltretowany przez ojca i gdyby jako młodzieniec dostał się w swoim czasie na studia malarskie (Ciekaw jestem, czy profesorowie, którzy go odrzucili, przeżyli choćby fragment jego panowania, a jeżeli tak, czy mieli jakieś wyrzuty sumienia? W końcu mogli zmienić bieg historii!), to czy Europa mogłaby zostać oszczędzona i prawie sześćdziesiąt milionów ludzi nie straciłoby życia? Albo gdyby Lenin, a także inni komisarze ludowi wykazali się nie tylko dalekowzrocznością, ale też rozsądkiem, to czy ktoś taki jak Stalin naprawdę sięgnąłby po władzę w ZSRR i w pewnym momencie stał się sojusznikiem totalnie wrogiej sobie ideologii, czyli faszyzmu?

Dzisiaj to jedynie pytania retoryczne, niemniej o tyle są one istotne, że nagle, niepostrzeżenie stanęliśmy znów przed podobnymi wyzwaniami, przed jakimi stanęły społeczeństwa w pierwszej połowie ubiegłego stulecia. Dzisiaj również zaczyna niebezpiecznie szerzyć się w różnych częściach Europy nacjonalizm, rasizm, ksenofobia, co w populistyczny sposób wykorzystują skrajne ruchy prawicowe. I tak jak wówczas, tak i teraz szaleni politycy próbują, jedni świadomie, inni cynicznie, ugrać swoje, czyli posiąść władzę i skierować nas w stronę globalnej katastrofy!

Dlatego to, czego powinniśmy od siebie wymagać w chwili obecnej, to przede wszystkim zachowania czujności i wzmożenia sił w celu obrony demokracji,  ba ta, jak się okazuje, nie została nam dana raz i na zawsze; powinniśmy zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby obronić niezawisłość sądów i prokuratur, bo to jest równoznaczne z obroną wolności słowa! Jeżeli tego nie zrobimy, nie zjednoczymy się we wspólnym proteście w celu obrony powyższych wartości gwarantujących nam wolność i niezależność, jeżeli pokpimy sprawę, następne pokolenia nam tego nie wybaczą.

Na naszym polskim podwórku coraz częściej słychać, że Jarosław Kłamczyński w swoich dążeniach podobny jest do Wowki Krysionoka (jakby ktoś nie pamiętał: krysionok znaczy szczurek); że jego postępowanie, to wypisz wymaluj prosta droga, jeżeli nawet nie do siermiężnej dyktatury, to z całą pewnością do miękkiego autorytaryzmu, ale takiego oczywiście, jaki w ogóle możliwy jest w obecnych warunkach, czyli odgórnego kontrolowania wszystkiego i wszystkich z centrali, tzn. z jednego ośrodka decyzyjnego. Jedni mają go na Kremlu w Moskwie, inni w Peszcie, jeszcze inni w Ak Saray w Ankarze, my natomiast mamy go na Nowogrodzkiej w Warszawie.

O tym, że pan prezes przypomina mi w swoich dążeniach Wowkę Krysionoka, nic nowego – pisałem o tym już jakiś czas temu; to, że swoją konstrukcją umysłową przypomina mi A. Breivika, a tym samym powinien być poddany badaniom psychiatrycznym, to dla mnie również rzecz oczywista – o tym również wspominałem już cztery lata temu. To, co może mnie w tym miejscu cieszyć, to jedynie fakt, że w końcu niektórzy pozbyli się różu ze swoich szkiełek i zaczęli dostrzegać grożące nam niebezpieczeństwo związane z rządami Prawa i Sprawiedliwości. A te niebezpieczeństwa wiążą się tak naprawdę z jedną jedyną osobą – panem prezesem!

Czy myliłem się i nadal tkwię w błędzie, co do oceny tego człowieka? Czy naprawdę rację mają ci, którzy twierdzą, że szef tego szkodliwego ze wszech miar dla Polski ugrupowania, to niezwykle sympatyczny człowiek, ale też, co istotne, genialny strateg i chodzi tylko o to, żeby mu nie przeszkadzać w realizacji kształtowania nowego Polaka? Czy naprawdę nic mu nie dolega? Odpowiedź wydaje się być tylko jedna: Naturalnie, to geniusz! Tyle że na tej samej zasadzie ja jestem Napoleonem, a A. Breivik okazem psychicznego zdrowia i jako taki powinien stanowić nasz mentalny wzorzec.

28.09.2016 r.

15:39, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 września 2016

W ostatnich tygodniach zacząłem, czego nigdy w zasadzie wcześniej nie robiłem, jednoczesną lekturę kilku książek. To jednak, że zacząłem je czytać, nie znaczy wcale, że doczytałem je do końca. Otóż nie strawiłem np. Wyspy łzy G. Plebanek. Zwyczajnie nie wciągnęła mnie, więc męczenie się przy niej uznałem za niepotrzebną stratę czasu. Może podszedłem do niej zbyt krytycznie, może pomyliłem się w jej ocenie – nie wiem, całkiem możliwe. Niemniej stało się i już tak pozostanie. Przynajmniej na jakiś dłuższy czas.

Początkowo myślałem nawet, że podobnie stanie się również z Wiktorem Jerofiejewem i jego Bogiem X. Na szczęście po pierwszych kotach za płoty, znalazłem coś, co niezmiernie mnie zainteresowało – oprócz tematu, jaki porusza W.J., zaintrygował mnie również sposób jego ujęcia. Opis ten bowiem bliski jest formie prowadzenia dziennika, w którym znajdujemy sporo różnorodnych refleksji. I na temat nudy, na temat alkoholizmu, czyli chlania – nie cywilizowanego picia, jak to w Rosji; na temat pisarzy – pomników literatury rosyjskiej; ale też, co najistotniejsze, na temat miłości, o której powiedziano i napisano chyba wszystko; od związanej z nią, co zrozumiałe, początkowej euforii, aż do jej niszczącego wpływu na nas, czyli tak naprawdę deprecjacji naszej osoby. A oto przykład:

(…) O ile kobieta zawiedziona w miłości dysponuje stylistycznie elastycznym rodzajem skargi, który w ostatecznym rozrachunku jest w stanie zneutralizować, zaleczyć jej nieszczęście, o tyle mężczyzna, będący ofiarą miłosnego oszustwa, sprawia wrażenie mazgaja, słabeusza, istoty kruchej, nieodpornej na ciosy i pozbawionej umiejętności dostosowywania się do sytuacji.

(…) Mężczyzna jest zamknięty w sobie jak w klatce, nieszczęście rozrywa go na strzępy, ale on nie może się poskarżyć na swój los. Sama świadomość porzucenia dosłownie wywołuje w nim stan przedzawałowy.

(…) I nagle ona cię rzuca. Nie rzuca ot tak sobie – odchodzi do innego człowieka, którego kocha.

Zaczynasz krwawić.

Instrukcje hotelowe informują, co zrobić w razie pożaru. Pożar to frajda w porównaniu z tym, co czujesz, kiedy porzuca cię człowiek twojego życia.

(…) Będzie oddalać się od ciebie, a ty będziesz myśleć, że wciąż jest obok. Potem nastanie dzień, kiedy jej kłamstwa wyjdą na jaw. Dla ciebie będzie to najkoszmarniejszy dzień w życiu, dla niej – najszczęśliwszy. Właśnie ci to powie. Nie musi już więcej kłamać. I cała będzie promienieć miłością do innego człowieka, i będzie tak piękna, że być może taką jej nigdy dotychczas nie widziałeś. Nie powstrzyma się i ze szczególną intonacją opowie jaki on jest wspaniały. Powie, że to jej „bratnia dusza”, że oboje są „z jednego koszyka”. (…) Ale to, że zacznie cię deprecjonować, będzie nieznośne. Stanie się nieludzka. Nakreśli twój portret, niepodobny do ciebie, ale bardzo krzywdzący. Wykrzykniesz:

– To nie ja!

Unicestwi cię tym, co powie:

– Nie wyszłam za ciebie z miłości.

– Dawno rozczarowałam się do ciebie.

Dawno!

I jeszcze powie:

– Masz paskudne zęby.

Ale to nie wszystko, co warte zauważenia w tej książce, tego typu perełek jest znacznie więcej. I tak np. nie brakuje tutaj cerowanych skarpetek, kolorowych halek z NRD wystanych w długich kolejkach, znoszonych galotów, które następnie służyły za ścierki, a nade wszystko jest w niej doskonała diagnoza Rosji, a tym samym rosyjskiego człowieka, jego duszy! W ogóle w książce W. Jerofiejewa, jak cierń na głowie Jezusa, tkwi prawda życia tamtych czasów w państwach, które jeszcze nie tak dawno należały do tzw. bloku wschodniego. Prawda nierzadko upokarzająca!

Chapeau ba, panie Wiktorze! Chapeau ba!

Poza tym równolegle z powyższym tytułem, czytam Nie tylko pomarańcze… – debiut J. Winterson, A. Domosławskiego Kapuściński non-fiction, a także Słońce D. Whitehouse’a i Gra w kości E. Cherezińskiej. O nich jednak kilka słów dopiero za jakiś czas, po zakończeniu ww. lektur.

26.09.2016 r.

10:10, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 września 2016

To prawda – w jakiejś mierze piszę dla siebie. W końcu jestem pierwszym czytelnikiem tego, co płodzi mój rozedrgany umysł. Pierwszy jednak nie znaczy wcale że jedyny, a tym bardziej ostatni. Więcej – nie znaczy również, że najlepszy! To bowiem, co się pisze, to wypadkowa kilku rzeczy i jako takie powinno być mądrzejsze od piszącego. Czy tak jest w moim przypadku? Nie wiem. Jedno jest pewne: bardzo bym chciał, żeby tak właśnie było.

Zatem biorąc powyższe pod uwagę, w dużo szerszym zakresie piszę właśnie bardziej dla innych, niż dla siebie. Pisanie dla siebie samego byłoby nie tylko niezbyt atrakcyjne, ale, co istotne, również mało, albo w ogóle nie inspirujące. Dlatego piszę przede wszystkim dla Was – kimkolwiek jesteście i gdziekolwiek przebywacie. Piszę po to, aby trafić z moim słowem do jak najszerszego grona Czytelników i móc powiedzieć – że zacytuję tutaj po raz kolejny klasyka katolickiego: Szukałem was, a Wy przyszliście do mnie!

Oczywiście, dobry tekst obroni się sam. Pod warunkiem, że w ogóle będzie miał jakichś odbiorców. Dlatego, żeby ich pozyskać, niezbędna jest jakaś akcja reklamowa, rozpuszczenie pewnego rodzaju wici, coś na wzór poczty pantoflowej. Dlatego tak istotne jest, aby portal, na którym zamieszcza się swoje teksty w jakiś sposób, chociaż raz na kilka lat(!) nasz tekst zauważył i np. umieścił w dziale: Polecamy.

Nie chcę, żeby zabrzmiało to jak skarga i użalanie się nad niesprawiedliwością świata internetowego, raczej jest to przykra konstatacja niezbyt przyjemnego faktu, negatywnie zaskakującego, ponieważ widzę, jak traktuje się ciekawe blogi, a promuje nierzadko na siłę zwykłą literacką miernotę. I to po wielokroć do tego stopnia, że nawet przy mojej łysej pałce osiwieć można!

23.09.2016 r.

17:17, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 września 2016

Przedwczoraj było o „starych”, dzisiaj dla odmiany będzie – do Młodych!

Politycy, podobnie jak wielu z Was, wrócili do pracy po wakacjach z początkiem tego miesiąca. Tym samym znów zaczęli nam dostarczać nieprzebranej ilości tematów do komentowania, znów mamy w nadmiarze to, co nie zawsze jest przyjemne i o czym chciałoby się pisać, czyli zwykłe pyskówki, aroganckie zachowania rządzących, ich pychę i pogardę dla opozycji, oraz szereg innych mało przyjemnych zachowań, które mogą bulwersować i irytować, szczególnie Młodych Ludzi wchodzących w życie z aspiracjami i dużymi nadziejami na lepsze jutro. Dlatego, zwracając się z tego miejsca do Młodych Ludzi, powiem tak:

Dzisiaj jest tak, że nie trzeba zbyt wiele zachodu, żeby się skrzyknąć w jakimś miejscu i przeciwko czemuś zaprotestować (przykład choćby afery z ACTA). Powodem takiego działania może być np. bezrobocie i bezterminowe wiszenie na garnuszku u rodziców. Może też być jakieś tam zatrudnienie, tyle że „na czarno”, czyli nielegalnie zwykle za tak marne grosze, że wystarczają jedynie aby nie umrzeć, czyli najkrócej rzecz ujmując: są to pieniądze na tyle za małe, żeby godnie żyć, za dużo natomiast, aby umrzeć z głodu. Więcej – taka praca, to perfidne wykorzystywanie, zgoda na pomiatanie sobą, na coraz większe społeczne rozwarstwienie, które urosło już dzisiaj do niebotycznych wręcz rozmiarów. To zgoda na to, żeby  Młodzi Ludzie kończyli szkoły i na „dzień dobry” zderzali się z bezrobociem, ponieważ różnej maści emeryci, w tym młode cwaniaczki ze służb mundurowych, będący na godziwych emeryturkach, zajmowali ich miejsca, i to tylko dlatego, że koledzy w sejmie uchwalili takie prawo, które pozwala im „dorobić”!

Że państwo nie zdaje egzaminu na wielu płaszczyznach naszego życia od dwudziestu siedmiu lat, nic nowego i zaskakującego; to, że pozostawia swoich obywateli bezbronnymi w zetknięciu z cwaniakami i hochsztaplerami, to również rzecz powszechnie znana. Dlatego ogromnie się dziwię, że mając do dyspozycji obecne techniczne możliwości, Młodzi Ludzie, szczególnie ci wykorzystywani i wyzyskiwani przez swoich pracodawców, są tak beznadziejnie bierni, że nic jeszcze nie zrobili w swojej sprawie – nie skrzyknęli się na jakimś forum, nie spotkali w jakimś centralnym miejscu swojego miasta i nie przemaszerowali z hasłami i żądaniami zmiany swojego położenia. Że nie pogrozili władzy!

Ja wiem, że nie każdy z nas rodzi się trybunem ludowym, nie każdy pociągnie za sobą tłumy, dzisiaj jednak nie tyle ktoś taki jest potrzebny – chociaż niewątpliwie się przyda, i z całą pewnością tacy ludzie są! – dzisiaj niezbędna jest przede wszystkim sama idea żądania zmian. Pragnienie skończenia z perfidnym wyzyskiem i niesprawiedliwością społeczną!

Mam nadzieję, że kiedyś, szybciej niż później, do takiego protestu dojdzie. Musi dojść, ponieważ taki stan na dłuższą metę jest nienormalny i zwyczajnie nieetyczny. I że nie kto inny, jak właśnie oni, ci, którzy dzisiaj z taką bezwzględnością wykorzystują pracowników w swoich przedsiębiorstwach, poniosą największe tego ofiary. A wtedy naprawdę będzie można powiedzieć za Jezusem:

Zaprawdę powiadam wam, tam będzie płacz i zgrzytanie zębów!

22.09.2016 r.

14:56, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 września 2016

To, że mamy głowę, nie znaczy jeszcze że posiadamy rozum. Z tym jest bowiem podobnie jak z rozemocjonowanym tłumem: głów w nim pełno, rozumu jednak nie uświadczysz za grosz! Dlatego rzecz w tym, żeby nie tylko mieć głowę opartą na szyi, ale w ogóle aby ją mieć na karku! Szyja jest w porządku, należy jednak zawsze pamiętać o tym, że głowa służy nie tylko po to, żeby nam się nie nalało właśnie do szyi podczas deszczu, ale żeby codziennie robić z niej właściwy użytek – myśleć! Zawsze i wszędzie! Żeby nie dać sobą manipulować różnej maści cwaniakom, tym samym nie dać im się wodzić na pokuszenie, bo to grozi nam wylądowaniem na manowcach.

Niestety, z wiekiem dzieje się tak z naszym rozumem, jakbyśmy nieprzerwanie spędzali czas w tłumie. Taki stan dotyczy wszystkich – od prawa do lewa; od aktorów i aktorek, sprzedawców i sprzedawczyń, poprzez dyrektorów i zwykłych robotników, a skończywszy na politykach, biznesmenach, czy nawet kabareciarzach, którzy w końcu żyją z inteligentnego podpatrywania życia. Stąd można wysnuć wniosek, że przed objęciem pewnych ważnych stanowisk w państwie – ale tak naprawdę nie tylko –  należałoby przejść przymusowe badania lekarskie. Więcej – również po przekroczeniu ustawowo 65. roku życia osobnik pozostający czynnym politykiem, dyrektorem, w ogóle kimś, kto decyduje w jakimś zakresie o naszym życiu, czy też posiada na niego wpływ, powinien się poddać przymusowym badaniom, i to przynajmniej raz na dwa lata! W innym przypadku będziemy mieli rządy tetryków na wzór pierwszych sekretarzy partii. Albo w najlepszym przypadku gerontów w starożytnej Grecji. Może i dobre w tamtych warunkach, tyle tylko, że cofnęlibyśmy się w urządzaniu państwa dwa i pół tysiąca lat wstecz. Całkiem prawdopodobne, że dla wyznawców Prawa i Sprawiedliwości byłoby to zbawienne, również dla ich szefa byłoby to rozwiązanie idealne, dla reszty jednak społeczeństwa już niekoniecznie.

Dlatego, biorąc powyższe pod uwagę, jestem zmuszony zawołać:

 Tetrycy – won z polityki! Won z miejsc, które decydują o życiu młodych ludzi: z sejmu i senatu, z radia, telewizji, nawet z kabaretu. Won!

P.S

Żeby mój tekst nie zabrzmiał jednak obrazoburczo, powiem jedno: szanuję starszych ludzi, cenię ich doświadczenie, wiedzę, mądrość. Nie cierpię jedynie cwaniaków, którzy siedzą na różnego rodzaju cieplutkich posadkach i decydują o naszym życiu! Na dodatek głupio. Ale też cwano. Dla siebie, oczywiście, cwano. Dlatego do nich zwracam się przede wszystkim:

– Cwane tetryki - won z polityki!

20.09.2016 r.

15:37, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 września 2016

Pomilczałem ostatnio kilka dni, na szczęście, w sposób naturalny, co znaczy, że mnie nie zamknęli. Przynajmniej jeszcze. Ani nie zabili. Więc tym samym nie zamknęli mi też ust. Czy raczej powinienem napisać – nie ucięli mi ręki. Albo obu. Dlatego piszę i pisać będę. Bo tylko słowem pisanym mogę walczyć z bandą chamów, prostaków i zwykłych bydlaków, którzy niczym bezrozumna banda rządzi moim krajem!

Świetnie, że mamy takich ludzi jak L. Wałęsa, W. Frasyniuk, P. Janas, Z. Bujak, B. Borusewicz, A. Celiński Rulewski, Z. Hołdys, M. Kijowski i wielu, wielu innych, którzy mówią i piszą o tym, co dla nas ważne; dobrze, że w parlamencie znalazł się ktoś taki, jak R. Petru, który jako jedyny z naszych obecnych parlamentarzystów opozycyjnych miał odwagę oznajmić, że po następnych wyborach, jeżeli wygra jego ugrupowanie naturalnie, postawi przed Trybunałem Stanu panią B. Szydło i pana A. Dudę. On, jako jedyny potrafił wyartykułować głośno to, o czym myśli wielu, ale którzy w wyniku braku jaj, wolą siedzieć cicho. Żeby czasami nie okazało się, że brzmią nieznośnym falsetem. Brawo, panie Ryszardzie!

Mimo jednak wszystkich rzuconych w eter słownych deklaracji, nadal brakuje mi zdecydowanych działań, postawienia niejako przysłowiowej kropki nad „i”, którą byłby pewien zryw społeczeństwa, jak ten z początku lat 80-tych, zryw-protest jako niezgoda na to, co wyprawia dzisiaj rządząca ekipa. Nie chodzi jednak o protest chwilowy, jak przemarsz radosnego, uśmiechniętego KOD-u przez ulice stolicy i innych miast, lecz o stałą formę wypowiedzenia posłuszeństwa tym, którzy zawłaszczają w chamski i prymitywny sposób nasz kraj. To musi być protest permanentny, który zmusi rządzących do ogłoszenia przedterminowych wyborów parlamentarnych. Tak dalej bowiem być nie może! Musi nastąpić zmiana tego, w czym obecnie żyjemy. Gdy tego nie uczynimy teraz, nie wymusimy zmian na rządzących, zapłacimy wkrótce ogromną cenę za grzech zaniechania, zapłacimy spsieniem obyczajów, spadkiem komfortu życia, powszechnym zakłamaniem.

Dlatego wzywam po raz kolejny z tego miejsca wszystkich walczaków z przeszłości – dajcie przykład! Zorganizujmy się i zaprotestujmy! Najlepiej tam, gdzie znajduje się matecznik szaleńców – na Krakowskim Przedmieściu przed Pałacem Prezydenckim. Urządźmy w tym miejscu miasteczko niezadowolonych. I trwajmy w nim. Aż do uzyskania zwycięstwa – do ogłoszenia terminu nowych wyborów!

P.S.

Zobowiązuję się wziąć urlop w pracy i przyjechać na ów protest!

18.09.2016 r.

09:58, adelmelua
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 września 2016

Kilka dni temu napisałem tekst o polskiej piłce nożnej, krótki, bo tak naprawdę nie ma o czym rozwlekle pisać i delektować się tym, i odłożyłem go na potem. Dzisiaj to „potem” nadeszło, więc postanowiłem ów tekst rozbudować

To, co zauważyłem już jakiś czas temu, to pewne zjawisko: polega ono na tym, że dziwnym trafem tak jakoś się dzieje, że wraz z upływem czasu iloraz inteligencji piłkarzy rośnie, natomiast proporcjonalnie do tego obniża się on i to znacząco pośród tych, którzy polską piłką zawiadują. Dowodem na to jest polityka kadrowa prowadzona przez niektóre kluby, i nie chodzi mi tutaj tylko o kadrę zawodniczą, ale również trenerską, gdzie prym wiodą od lat w swoich nietrafionych wyborach takie kluby jak Wisła Kraków (pamiętna afera z H. Kasperczakiem), Legia Warszawa (Berg, Hasi), ostatnio Lech Poznań (niezrozumiałe odwołanie J. Urbana po trzecim wygranym meczu ligowym i jednym remisie), czy Piast Gliwice, który tak szybko jak zwolnił R. Latala, równie szybko, na szczęście, przeprosił się z nim i przywrócił na trenerską ławkę. Niestety, takie głupie, nieprzemyślane ruchy kadrowe, to prosta droga do kompromitacji zespołu na arenie międzynarodowej, z czym właśnie mieliśmy do czynienia nie dalej jak wczoraj podczas meczu Legii Warszawa z Borussią Dortmund.

Oczywiście, to co robił B. Cupiał z Wisłą lata świetlne temu, co robi na J. Rutkowski w Lechu – ich sprawa, inwestowali czy też inwestują nadal własne pieniądze, mieli więc do tego święte prawo; to, co wyczynia prezes B. Leśnodorski w Legii, to też sprawa jego plenipotentów – ufają mu, więc otrzymują odpowiednią zapłatę – w blamażu swojej drużyny. Tak zawsze się kończy, jak ktoś wymyśla sobie trenerów z księżyca, tak naprawdę bez żadnego trenerskiego dorobku. Najgorsze jednak, że przy okazji takim ruchem niszczy się coś istotnego, mianowicie nadzieję, zaufanie, a także ogrom pozytywnej energii zarówno piłkarzy, jak i kibiców. Pan Leśnodorski niczym zręczny prestidigitator wyciąga, po raz kolejny zresztą, trenera z kapelusza, trenera, który nie dokładając się niczym do awansu Legii do Ligii Mistrzów może sobie przypisać ów sukces i od dzisiaj wpisywać go w swoje trenerskie port folio. Kpina! Z nas wszystkich!

Tak jak te wszystkie zawirowania niczym dobrym nie skutkowały w przeszłości, czego przykładem jest właśnie wspomniana Wisła Kraków, Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski, teraz Lech Poznań, a także drużyna z mojego miast Korona Kielce, czy w końcu Legia Warszawa i wiele innych zespołów, tak również byłem pewien, że nie inaczej będzie z Legią Warszawa we wczorajszym meczu z Borussią Dortmund i że ta pierwsza zbierze takie baty, które bezlitośnie obnażą wszystkie jej aktualne słabości. Prawda bowiem jest taka, że to nie dwie klasy dzielą polskie zespoły od dobrych drużyn europejskich, a ludzie kierujący klubami piłkarskimi  w Polsce w wielu przypadkach nie dorośli mentalnie do prowadzanie tych zespołów. Nie wiedzą co to cierpliwość w ich budowaniu; że najpierw trzeba zasiać, żeby w ogóle oczekiwać jakichkolwiek plonów. Myślenie, że trener z zagranicy będzie antidotum na wszystkie bolączki polskiej piłki i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko naprawią i sprawią cud i polskie zespoły będą grały tak jak Real Madryt, Barcelona, czy Bayern Monachium, a w ostateczności jak Benfica Lizbona, Atletico Madryt, czy Sevilla, to więcej niż naiwność, to kretynizm czystej wody!

Beznadziejna ułuda! Pomijam czas w budowaniu takiego zespołu, przede wszystkim chodzi o myśl szkoleniową oraz materiał piłkarski, co wiąże się z finansami. To nie sztuka stworzyć dobrze grającą drużynę z najlepszych piłkarzy na swoich pozycjach w Europie czy na świecie i brać jeszcze za to kupę szmalu, rzecz w zbudowaniu zespołu, który nie ma gwiazd, albo co najwyżej średniego europejskiego formatu, i z nim zdobyć to, co możliwe: mistrzostwo kraju, jego puchar, zakwalifikować się do europejskich rozgrywek i nie dać tam plamy. To, jestem tego pewien, można w polskiej lidze osiągnąć. Muszą być tylko spełnione dwa podstawowe warunki: niezbędna jest cierpliwość przy budowaniu zespołu, czyli czas, oraz mądra polityka transferowa dotycząca zarówno piłkarzy, jak i trenerów. Nie trzeba wcale ściągać zaciężnej armii trenerów z Zachodu, tym bardziej cholernie wątpliwych, wystarczy rozejrzeć się po rodzimym, polskim podwórku. Mamy bowiem tutaj wielu młodej generacji trenerów, którzy krają świetnie tak, jak im materiału staje (ograniczenia budżetowe klubów). Przykładem jest choćby A. Nawałka, Cz. Michniewicz, P. Nowak, J. Zieliński, M. Probierz, M. Brosz, K. Moskal, M. Skorża, T. Wilman, czy P. Stokowiec i wielu, wielu innych. Należy tylko dać im szansę, a sukces z całą pewnością się pojawi, i to w miarę szybko. Co otworzy nie tylko piłkarzom drzwi do kariery na Zachodzie, ale również polskim szkoleniowcom.

15.09.2016 r.

13:20, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 września 2016

Właśnie odbył się premierowy pokaz, wiadomo, dla wielu zapewne już kultowego filmu Smoleńsk. Reżyser, Antoni Krauze, uważa że to jego wyjątkowy film, bardzo ważny, jeżeli nawet nie najważniejszy i że musiał go zrobić, co obwieszcza wszędzie, gdzie się tylko pojawi, z reguły jednak przede wszystkim w naszej kochanej TVP przesiąkniętej do spodu, tym właściwym oczywiście, patriotyzmem. Więcej – na premierze był nawet w loży honorowej pana A. Dudy i uścisnął mu rękę! Czekałem tylko, czy relacjonując ten fakt czasami się nie popłacze, ale, muszę przyznać, mężnie wytrzymał ciśnienie. Zuch chłopak! Mam tylko nadzieję, że tak jak się nie popłakał, tak również nie posikał się przy tym, bo wówczas mocno zajechałoby lipą. Czy raczej moczem. Co nie znaczy, że nie zaleciałoby jednak również lipą.

Więc film już jest, komisja do zbadania tegoż „zamachu” również – można powiedzieć, że pewna dość znaczna grupa ludzi prze do przodu, realizując właściwą strategię. To nic że chorą, oderwaną od rzeczywistości, ważne, że przybliżającą nas do celu – utrwalenia podziału w społeczeństwie na My i Oni. Gdzie My – to oczywiście patrioci, prawdziwi Polacy! Oni natomiast to, wiadomo, same sprzedawczyki, folksdojcze, masoni, homoseksualiści i w ogóle woda na młyn wszawej i wstrętnej żydokomuny!

W serwisie Internet Movie Database Amerykanie określili film Smoleńsk jako produkcję fantasy. Oczywiście, byłoby śmieszne, gdyby nie było diablo tragiczne i nie dotyczyło śmierci wielu osób. Więc jeżeli już śmiech, to jedynie przez łzy. Niestety, polityka Prawa i Sprawiedliwości w tej materii doprowadziła do spłycenia wagi samego wydarzenia i tego wszystkiego, co się z nim wiąże. Pytanie tylko brzmi: Czy naprawdę można było spodziewać się czegoś innego?

Gdy jakaś twórczość ma źródło w politycznym zamówieniu z reguły powstaje niestrawny gniot. Ot, zwykła partyjna gadzinówka i tyle. W końcu twórczość z tezą czemuś służy. Ta tutaj służy oczywiście – Sprawie! (Ku chwale ojczyzny, panie świątobliwy!) Fakty, prawda, racjonalne myślenie – kto by sobie tym głowę zawracał. Liczy się nasza narracja. Jedyna i słuszna. Wszystko inne należy podważyć, wykpić, ośmieszyć, zdyskredytować, zrzucić na dno tartaru. Od teraz liczy się nowy porządek, bo każda rewolucja go niesie!

Pominę zachowania niektórych aktorów, którzy wystąpili ponoć z prośbą o usunięcie ich nazwisk z tzw. listy płac, czyli ciągu nazwisk, jakie pojawiają się z reguły na końcu każdego filmu. Jeżeli to wstyd, to trochę spóźniony. Zrobili co zrobili – dorośli ludzie. Mój głos jest jednak diametralnie inny w tej sprawie, ja mówię:

Nie dajmy sobą manipulować! Nie dajmy sobie robić wody z mózgu! To, że inni mają jej tam ogrom, nie znaczy, że i my musimy mieć podobnie. W życiu istnieją pewne niepodważalne aksjomaty, jak w matematyce, które są niepodważalne. Ci, którzy przeciwko nim występują albo są ignorantami, albo zwykłymi cwaniakami, którzy chcą coś przy okazji dla siebie ugrać. Niestety, tacy zdarzają się zawsze i wszędzie. Dlatego dla własnych partykularnych korzyści będą negować śmierć Elvisa Presleya, Marylin Monroe, Michaela Jacksona, czy podważać lądowanie Amerykanów na księżycu. Nie zmieni to jednak zaistniałych faktów: tamci nie żyją, a Amerykanie wylądowali na naszym naturalnym satelicie. Kilkakrotnie!

Podobnie jest z katastrofą smoleńską: stało się, chociaż nie powinno! Zwykły wypadek, jakich wiele zdarza się w komunikacji lotniczej na całym świecie; wypadek, który został z całą perfidią wykorzystany przez jedną opcję polityczną do walki o władzę i realizację swojej wizji Polski, chorej, zapyziałej, zakotwiczonej w opłotkach XIX-wiecznej rzeczywistości; zwykły wypadek, na którym polityczne hieny funeralne zbijają swój polityczny kapitał, szantażując sporą część społeczeństwa. Niezwykłe w nim jest jedynie to, że zginęło sporo ważnych dla Polski osób, z dwoma prezydentami na czele – tym sprawującym w tamtym czasie swoją funkcję, i tym, który pełnił ją swego czasu na uchodźstwie. Jedynie lista pasażerów była tutaj niezwykła, wszystko inne było jak najbardziej zwykłe.

Dla mnie wypadek ten na zawsze pozostanie dziełem zawinionego przez człowieka przypadku. To wszystko.

13.09.2016 r.

20:43, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 września 2016

Co ty sobie, do cholery, myślałeś? Że ogłosisz się prorokiem, Synem Człowieczym i wszystko będzie w jak najlepszym porządku? Że nikt nie będzie cierpiał z tego powodu, jedynie ty – ten, który wyzionie ducha na krzyżu?

Oczywiście, poniosłeś największą karę, cierpiałeś najdotkliwiej, bo fizycznie. Ale czy to znaczy, że ci, którzy zostali, którzy byli obecni przy twojej kaźni, którzy widzieli twoje konanie i którym przyszło potem z tym obrazem żyć, nie cierpieli w ogóle? Czy twoja matka nie cierpiała, nie bolała nad losem swojego syna? Czy Maria Magdalena, twoja kobieta, była obojętna na twój ból i niewyobrażalne cierpienie? Czy, bez względu na powody i intencje miałeś prawo tak postąpić z najbliższymi, serwując im tak paskudną traumę?

A co z twoim rodzeństwem, co prawda przyrodnim, jednak to zawsze bracia i siostry, z którymi się w końcu wychowywałeś? Co z Judą, Jakubem, Józefem i Szymonem? Co z Elżbietą, Marią, Martą i Magdaleną? Co z twoim biologicznym ojcem, Tyberiuszem, Juliuszem, Abdesem Pantherą, który zmarł rok po tobie? Na szczęście Józef już nie żył w tym czasie, więc jemu to doświadczenie zostało oszczędzone. Co z nimi wszystkimi, pomyślałeś choć raz o tym w tych swoich chorych planach, Zbawco świata?!

Rozumiem, że potrzebowałeś ojca – nie ojczyma, że znalazłeś go w tym wyimaginowanym na własne potrzeby tzw. Ojcu Niebieskim, tylko czy naprawdę było warto? Powiem ci więcej – gdybyś tylko mógł się dzisiaj pojawić wśród nas, tak incognito, gdybyś zobaczył wszystko to, co zrobili na przestrzeni dwóch tysięcy lat z twoją nauką spadkobiercy w wierze, gdybyś ujrzał efekt tego, jestem pewien, że byś się przeraził i zlazłbyś w trymiga z tego pieprzonego krzyża! Myślę, że nie miałbyś żadnych wątpliwości co do tego, że twoje poświecenie nie było warte nawet złamanego centa, co zresztą sam już zauważyłeś w chwili, kiedy – jak wszyscy myśleli, że oddawałeś ducha – rzuciłeś pełne zwątpienia pamiętne sława:

Eli, Eli, lama sabachtani!

Przegiąłeś, Jezu, i to zdrowo! Nie tylko dlatego, że twoja kaźń była bezsensowna i zwyczajnie głupia – grzechów bowiem niczyich nie odkupiłeś, o czym świadczy choćby historia ludzkości pełna niegodziwości. Nie odkupiłeś ich, ponieważ pojęcie grzechu jest niezmiernie płynne, a tym samym niejednoznaczne. To, co jest nim dla jednych, dla drugich pozostaje jedynie nic nieznaczącą namiętnością – to wszystko. Jedno natomiast, muszę przyznać, niewątpliwie zrobiłeś bezapelacyjnie: z całą pewnością unieszczęśliwiłeś swoją matkę! Bez względu na to, czy miałeś do niej żal, uzasadniony czy też nie za to, że pochodziłeś z nieprawego łoża i w związku z tym doznałeś wielu upokorzeń od swoich współplemieńców, szczególnie jako dziecko, to jednak nie tłumaczyło w żaden sposób tego okrucieństwa, jakie zaserwowałeś swoim najbliższym. Nic tego nie tłumaczy, żaden cel, choćby i najszlachetniejszy!  Bo twój cel, którym był krzyż i twoja ewentualna śmierć na nim, od początku nie był niczym innym jak jedynie niespotykanym wręcz okrucieństwem, które zgotowałeś nie tylko sobie, ale również najbliższym. Tak jak zrobiły to już wcześniej twoje słowa, gdy matka wraz z braćmi przybyli do ciebie, chcąc namówić cię do powrotu do domu. Pamiętasz, co im wtedy powiedziałeś?

Któż jest moją matką? I kto to bracia moi? – I zaraz dodałeś, wskazując na otaczających cię uczniów: – Oto matka moja i bracia moi! Albowiem ktokolwiek czyni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten jest moim bratem i siostrą, i matką.

Wiesz, jak to zabolało właśnie twoją matkę? Braci również to dotknęło – nie myśl sobie. A wszystko dlatego, że byłeś zwykłym okrutnikiem. Słyszysz? Okrutnym sadomasochistą!

Na szczęście był ktoś taki jak Józef z Arymatei  on cię uratował. Przepłacił setnika, który oznajmił Piłatowi twoją śmierć, dzięki czemu można było ściągnąć twoje umęczone cierpieniem ciało z krzyża zanim ostatecznie wyzionąłeś ducha. Był tylko jeden warunek tego oszustwa: znikniesz z Jerozolimy i skończysz z głoszeniem tych swoich niepopularnych nauk. I powiem ci – to było najlepsze, co mogłeś zrobić. Dzięki temu nie tylko uratowałeś swoje życie, ale też, co istotne, uradowałeś swoich najbliższych;szczególnie matkę, której i tak twoje ukrzyżowanie odebrało sporo zdrowia, a także Marię Magdalenę, która niezmiernie mocno cię kochała i która urodziła ci potem syna, i z którą dobrze ci się żyło. W końcu byłeś szczęśliwy!

Tak, dobrze wtedy się stało, że był przy tobie ktoś taki jak Józef i o wszystko zadbał jak należy.

11.09.2016 r.

 

13:19, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl