RSS
środa, 30 września 2015

     Przy sprzeciwie większości społeczeństwa, miłościwie rządzący nami, wydłużyli nam wiek emerytalny. Teraz starość nie zaczyna się już w wieku 65 lat, ale dwa lata później. I jest tak bez względu na to, co mówi na ten temat medycyna. Zrobiono to, przynajmniej tak nam się tłumaczy, dla naszego dobra, ponieważ Zakład Ubezpieczeń Społecznych straszy pustką i gdyby nie ten ruch, to moglibyśmy nie otrzymywać w przyszłości naszych wypracowanych(!) emerytur. Wypracowanych, jak się okazuje w powyższym kontekście, w zasadzie charytatywnie.

      Tak się składa, że patrzę na to trochę inaczej: ZUS może i zieje pustką swojego skarbca z całą pewnością jednak nie jest bankrutem. I nie chodzi mi o gmachy, jakie sobie ta instytucja wystawiła w ostatnim ćwierćwieczu, co świadczy raczej o dobrej kondycji finansowej, albo przynajmniej o niegospodarności tej instytucji, rzecz w tym, że ZUS to Państwo, a Państwo, jak mi wiadomo, do tej pory nie ogłosiło upadłości; więc całe to gadanie o przedwczesnym upadku ZUS-u, to zwykłe mydlenie oczu. Miejsc bowiem, z których pieniądze wypływają z budżetu państwa ciurkiem, jest od groma! Tyle, że jak gospodarz jest do d. i nie potrafi tej rzeki marnotrawstwa zatrzymać, to idzie po najmniejszej linii oporu i obarcza całe społeczeństwo odpowiedzialnością za swoje nieudacznictwo. Dlatego wmawia się nam, że żyjemy coraz dłużej i dlatego powinniśmy pracować również coraz więcej. Ku chwale ojczyzny, oczywiście. W ten oto sposób płacimy za czyjąś niekompetencję i niespodziewaną zmianę warunków gry, jaką wielu z nas zawierało z Państwem lata świetlne temu, podejmując swoją pierwszą pracę. Naturalnie, gdybyśmy wszyscy byli w tzw. służbach mundurowych, to takie numery byłyby nie  do pomyślenia, ale że my jesteśmy obrzydłe cywile, to można nam nasrać na głowę i na dodatek zażądać jeszcze papieru toaletowego z podtarciem. Ot, taka sprawiedliwość społeczna w kraju mitycznej dzisiaj Solidarności.

     Przy tym wydłużeniu wieku emerytalnego pominę zarówno stan zdrowia wielu z nas, różnorodność pracy, jaką wykonujemy, indywidualne lata pracy, czy też stan bezrobocia, jaki nadal mamy w kraju. Powiem tylko tyle, że jest ono znacznie większe, niż pokazują to ułudne statystyki, które, jak zwykle, nie odzwierciedlają stanu faktycznego. Ale okej, załóżmy, że jest tak pięknie, że aż sielankowo! Pytanie jednak, jakie się tutaj pojawia, brzmi: No dobrze, jeżeli jest tak, jak to rządowi optymiści przedstawiają, to dlaczego w takim razie nie zezwolić kobietom na rodzenie dzieci w wieku właśnie 60 lat? Jeżeli w końcu jesteśmy tacy sprawni, gibcy, intelektualnie młodzi i przesuwamy granicę starości, to dlaczego 60-latka nie miałby zajść w ciążę dzięki in vitro? W końcu to też byłby jakiś sposób na poprawienie mocno kulejących statystyk dzietności, czyż nie? Zatem:

      – 60-latkowie, do dzieła! Polska na was czeka! Ba, co tam Polska – Europa, cały świat na was czeka!

      Krótko mówiąc jest gitarka. Gra i śpiewa – Pietrek Plewa!

          30.09.2015 r.

10:18, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 września 2015

      Tak było wczoraj:

    Tekst ten napisałem w zasadzie na gorąco, czyli ponad trzy tygodnie temu, wtedy, kiedy doszło do tych tragicznych wydarzeń: pewien 27-latek zabił siekierą 10-letnią dziewczynkę. Wiadomo – dramat! Niewyobrażalny i nieopisywalny. Ale to tylko jedna strona medalu, druga – to konsekwencja tego czynu. I nie chodzi mi tutaj ani o rodziców, którym nic i nikt nie zwróci straty, nie ukoi bólu; nie chodzi mi również o zabójcę, który za ten bezmyślny i okrutny czyn powinien zgnić w więzieniu albo w miejscu leczniczego odosobnienia; rzecz idzie o miejsce wypadku, czyli księgarnię i to, z czym mamy obecnie do czynienia. A mamy do czynienia z jednej strony z miejscem pracy, z drugiej zaś z naturalną reakcją ludzi, którzy współczując rodzinie dziewczynki, nie zastanawiając się nad tym, że ustawiając w nieskończoność lampiony przed wejściem do księgarni, tak naprawdę blokują miejsce pracy iluś tam osób! Zatem…

     Nigdy nie lubiłem ustawiania lampek przy drogach, gdzie zginęli ludzie, a już tym bardziej naznaczania takiego miejsca, jak pies swojego terenu, krzyżem. Na szczęście przed księgarnią nie postawiono go. Jeszcze. Bo przecież nigdy nic nie wiadomo – wariatów niemało, więc wszystko przed nami. Jakkolwiek jednak będzie ja w takich sytuacjach mam zawsze jedną nieodpartą refleksję: jak to dobrze, że krzyża nie można wbić w wodę. Gdyby można było to zrobić, jestem pewien, że mielibyśmy tyle krzyży w rzekach i morzu Bałtyckim, że statki i kajakarze mieliby do czynienia z nigdy niekończącym się slalomem!

      Tak jest dzisiaj:

     Dodatkowo życie niespodziewanie dopisało ciąg dalszy, nie tyle jednak do tej konkretnej historii, ile raczej do mojego życia.

     Kilka dni temu zamilkłem i z ciężkim sercem przyznaję, że nie wiem, jak długo taki stan będzie jeszcze trwał. Powód? Proza: utrata przyjaźni pewnej bardzo młodej osoby. O tyle jest to dla mnie przygnębiające i frustrujące, że nie wiem, dlaczego tak się stało. Mogę się jedynie domyślać: za wszystkim stoi wszechpotężna plotka!

     Oczywiście, słowa, w odróżnieniu od kul, mogą zabić jedynie mentalnie. Ale „jedynie” nie znaczy wcale, że taka śmierć jest mniej dotkliwa, niż ta fizyczna – ta również boli, i to do szpiku kości, bo trwa właściwie permanentnie – tygodniami, miesiącami, latami. Można powiedzieć, że to taki niechciany podarunek od czasu. Gorzej, że ten właśnie specyficzny "bonus" od niego dopadł dzisiaj mnie.

          28.09.2015 r.

10:39, adelmelua
Link Komentarze (2) »
czwartek, 24 września 2015

     Pamiętacie, co powiedział Jezus podczas swojej męki?

     – Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią.

     Nie będę się wdawał w tym momencie w dyskusję na temat prawdziwości tych słów – załóżmy, że one padły; a jeżeli tak się stało, to ja je dzisiaj w tej konkretnej sytuacji przetransponuję na nasz użytek, obywateli Europy:

     – Przyszłe pokolenia Europejczyków, wybaczcie dzisiejszym politykom i ludziom dobrego serca o naiwności dziecka, bo nie wiedzą, co czynią.

     Powyższe słowa, jeżeli rzeczywiście zostały przez Chrystusa wypowiedziane, z całą pewnością mówią o jednej podstawowej rzeczy: o miłości Jezusa do człowieka i bezgranicznym oddaniu rodzajowi ludzkiemu! Czy to miłość jeszcze, czy już jedynie zwykła bezmyślność i religijny fundamentalizm, nie będę próbował rozstrzygać, dla mnie pewne jest tutaj jedno: naiwność tego, który zawisł wówczas na krzyżu za tysiące, może nawet miliony, a dzisiaj wisi na nim nadal, ale już za miliardy, była przeogromna! To jednak, że On wykazał się przerażającą wręcz naiwnością, nie znaczy wcale, że my również dzisiaj powinniśmy w imię miłości do bliźniego postąpić podobnie. Nic z tych rzeczy!

      Dzisiaj trawi nas problem uchodźców z Bliskiego Wschodu. Nie chodzi o to, że jestem z góry negatywnie nastawiony do nich, bo tak nie jest. Tak bowiem jak nie jestem antysemitą, tak też nie jestem syjonistą; tak jak nie jestem ksenofobem, tak też nie jestem nacjonalistą; tak jak nie jestem komunistą, tak też nie jestem faszystą; najkrócej rzecz ujmując jestem człowiekiem otwartym i tolerancyjnym. Irytuje mnie jednak fakt wmawiania mi, że jestem tym wszystkim negatywnym, o czym właśnie wyżej napisałem, tylko dlatego, że moja postawa jest niepoprawna politycznie i nie przystaje do wizji rządzących.

      Oczywiście, nie boję się jakoś szczególnie ludzi z tamtej strefy geograficznej, zupełnie nie w tym rzecz, ja po prostu obawiam się religii islamskiej i jej konsekwencji: jej nietolerancji, szalonych przepisów zawartych w Koranie, podrzędnej roli kobiety, krótko mówiąc obawiam się tego wszystkiego, co stoi w jawnej sprzeczności z wyznawanymi przeze mnie wartościami wolnościowymi. A to niemało i o to warto walczyć – choćby właśnie słowem pisanym.

    Dlatego uważam, że dopóki ten świat, ciemny i zamknięty na współczesność nie zmieni się, dopóki mężczyzna, największy problem islamu nie przewartościuje swojego myślenia; jeżeli nie pozbędzie się agresji, nietolerancji i różnego rodzaju fobii, ja również nie zmienię swojego krytycznego stosunku do tej religii i jej wyznawców. Bo to on właśnie – mężczyzna, jest tutaj tak naprawdę największym problemem i wyzwaniem! Mężczyzna nietolerancyjny, nieprzejednany, agresywny, pełen uprzedzeń i zaściankowego myślenia. Mężczyzna radykalny, wojujący, nie szanujący życia w ogóle. Do niego w największej mierze powinniśmy się zwrócić, jego edukować, jego uczyć otwartości na inność, odmienność, różnorodność. Zresztą, mój krytycyzm odnosi się nie tylko do tej religii, on odnosi się do każdej religii, ponieważ, tak naprawdę, one wszystkie są jedną z najgorszych rzeczy, jakie dotknęły człowieka. Nie – wiara, ale właśnie religia! I nie chodzi mi tutaj w tym momencie jedynie o Polskę, rzecz idzie o całą Europę! A w przyszłości o świat, nasz świat.

         24.09.2015 r.

09:20, adelmelua
Link Komentarze (1) »
środa, 23 września 2015

     Przyznam, że nie chce mi się komentować w tym miejscu każdego ruchu na naszej scenie politycznej, czy też głupiej wypowiedzi jakiegoś niedouczonego czy też cwanego polityka – szkoda czasu. Prawda bowiem jest taka, że co i rusz musiałbym być złośliwy, a i tak niczego by to przecież nie zmieniło. Więc pojawia się pytanie zasadnicze: Po co to robić?

      Dzisiaj jednak, jako że czas wyborów parlamentarnych zbliża się do nas nieubłaganie, pomyślałem, że nie od parady będzie tutaj coś na ten temat naskrobać.

       Kilka miesięcy temu, dokładnie 16 kwietnia 2015 roku pisałem tutaj w ten oto sposób: (…) Dzisiaj, aby Lewica odniosła sukces, potrzeba dalekosiężnego spojrzenia ponad podziałami i zrobienia znacznie więcej, niż tylko wykoszenia zarówno rzeczywistych, jak i wyimaginowanych oponentów w swojej partii. Jeżeli tej prostej prawdy nie zrozumie zarówno L. Miller jak i jego pomagierzy, to prawda będzie taka, że on i jego koledzy mogą zapomnieć o jakimkolwiek politycznym sukcesie w najbliższych latach.

      Wiem, że politycy nie czytają mojego bloga, jednak cieszę się, że powyższa prawda dotarła w końcu do ludzi, którzy znajdują się właśnie po tej stronie sceny politycznej, a którzy w końcu potrafili schować urażoną dumę, stłamsić swoje nierzadko przerośnięte ego i zrobili krok ku zjednoczeniu tej niemałej przecież części lewicowego ruchu. W końcu nie od dzisiaj wiadomo, że zawsze łatwiej osiągnąć sukces w grupie, niż w pojedynkę. Zatem chwała im, że zdołali w końcu osiągnąć porozumienie.

     Wielu ludzi pochowało już Lewicę, jak zauważam, bez jakiegoś szczególnego żalu. A szkoda. Bo to formacja niezwykle istotna nie tylko dla nas, polskiego społeczeństwa, ale w ogóle niezwykle potrzebna dla świata. Jak bardzo jest ona niezbędna obrazuje przykład Szwecji, gdzie jeszcze do niedawna wszystko wydawało się poukładane, opieka państwa duża, rozwarstwienie społeczne znikome, z czego Szwedzi byli niezwykle dumni, a teraz, wraz z odejściem rządów socjaldemokratycznych cały ten świetnie funkcjonujący system najzwyczajniej w świecie trafił szlag. Nie chcę piać tutaj peanów na rzecz lewicowych ruchów, pragnę jedynie zasygnalizować problem, który ma dużo dalsze konsekwencje, niż tylko brak takiej czy innej nogi na scenie politycznej.

      Oczywiście, to nie jest tak, że lewicowa koalicja gwarantuje sukces wyborczy – tak nie jest. Z całą pewnością jednak daje dużą nadzieję na przezwyciężenie marazmu, jaki cechuje od dawna jej polityków. Jestem pewien, wbrew zresztą wielu krytycznym głosom na prawicy z lubością wieszczących jej upadek bez względu na to, co zrobi, że się mylą. I to ogromnie! Uważałem bowiem i nadal zresztą uważam, że uzyskanie przez nią 13-15 procent głosów w najbliższych wyborach jest jak najbardziej realne, tak jak bardzo prawdopodobne jest stworzenie w przyszłym sejmie koalicji z Platformą Obywatelską. Więcej – jestem jakoś dziwnie przekonany, że o ile PiS może wygrać wybory, o tyle rządzić nie będzie. Z dwóch powodów: pierwszy – nie będzie miało takiej reprezentacji w sejmie, aby rządzić samodzielnie, po drugie zaś nie widzę ich w jakiejkolwiek koalicji. A jeżeli nawet jakimś cudem ją stworzy, to jedynie z Ruchem Obywatelskim P. Kukiza, który tak naprawdę nie gwarantuje rządów długotrwałych i przewidywalnych. Zatem pozostaje, jakby na to nie patrzeć, PO plus szeroko rozumiana Lewica. I powiem więcej – uważam, że w tym momencie byłoby to najlepsze rozwiązanie, jakie mogłoby nam się przytrafić!

           23.09.2015 r.

09:31, adelmelua
Link Komentarze (5) »
niedziela, 20 września 2015

    Jako że dzisiaj niedziela, więc powinno być znacznie luźniej, beztrosko i relaksacyjnie. Dlatego postanowiłem przedstawić tutaj jedno z moich pierwszych opowiadań, pochodzące z dnia 28.01.1988 roku. Czy będzie tylko relaksacyjnie, czy może również refleksyjnie – wszystko zależne jest od punktu widzenia Czytelnika. Ja mogę jedynie serdecznie zaprosić do niniejszej lektury.

                                       Kołyska i krzyże                   

     Słońce stało wysoko, ale grzało tak, jakby było zawieszone tuż nad ziemią – zeskorupiałą i pokaleczoną przez nie nieregularnymi pęknięciami, jak dłonie starego poczciwego chłopa.

    Była w drodze już od kilku godzin i szło jej się ciężko, bardzo ciężko jak na jej stan, i dlatego musiała co jakiś czas odpoczywać; ale wiedziała że iść musi, bo cel jest już bliski i myśl o tym dodawała jej nowych sił, jakby coś odradzało się w niej z każdym przybliżającym ją do celu krokiem. W końcu, wyczerpana ale dumna z siebie, stanęła przed jego domem; zapukała do drzwi. Nikt i nic odpowiedziało jej ciszą. Zapukała jeszcze raz, lecz z tym samym skutkiem. Chwilę bezradnie postała i już miała odejść, gdy z pobliskiego budynku dotarł do niej jakiś hałas. Skierowała się tam i po krótkiej chwili znalazła się w jego wnętrzu.

    – Bądź pozdrowiony, Piotrze, i niechaj będzie pochwalony dzień, w którym cię spotkałam – powiedziała, zbliżając się do zajętego pracą mężczyzny, który na widok kobiety i dźwięk jej słów, przerwał ją.

    – A, dziękuję, Mario. Ty również bądź pozdrowiona – odrzekł, po czym odłożył strug na bok i wyprostował się. – Cóż cię tutaj przygnało w takim stanie? W powietrzu wisi chamsin, a ty urządzasz sobie takie maratony. Stało się coś?

    Podeszła bliżej i usiadła na stercie nieobrobionych żerdzi, podczas gdy on oparł się o blat warsztatu.

    – Nic, tylko tak sobie pomyślałam, że już niedługo będzie mi potrzebna kołyska i że… że mógłbyś ją dla mnie zrobić. Pierwszego kwietnia ma nastąpić rozwiązanie, a tu już marzec, a ja jeszcze nic nie mam dla dziecka.

    Mężczyzna przyglądał się jej przez chwilę, skrupulatnie ważąc coś w umyśle, po czym powiedział:

   – Pewnie, że bym zrobił – nawet dwie, tylko że z tym – wskazał głową na stos nieoheblowanych żerdzi – mam już kupę roboty, a i to nie wiem, czy się wyrobię na czas. Namiestnik rzymski zlecił wykonanie kilkudziesięciu krzyży na jakieś ich marcowe święto i jeżeli tego nie zrobię, mogę mieć kłopoty. Sama więc rozumiesz – rozłożył bezradnie ręce.

    – Proszę cię. – Spojrzała na niego błagalnym wzrokiem Maria. Bardzo mi na tym zależy. Powiedz, co mam zrobić, żeby cię przekonać?

     – A Józef nie może? Ponoć jesteś z nim…

     – Może i by mógł, ale on przecież garnki lepi – gdzie tam jemu do stolarki! Nie zna się na tym tak dobrze jak ty. Dlatego do ciebie przyszłam. Zrób to chociaż przez wzgląd na to, co nas kiedyś łączyło…

     – Jeżeli przez coś, oczywiście oprócz tych krzyży, nie mogę tego zrobić, to właśnie przez to, co było dawniej między nami. To, że działo się źle między nami, nie było dla wielu tajemnicą. Po prostu nie pasowaliśmy do siebie i tyle. I to nawet, wiedz o tym, nie tylko przez tego żołnierza rzymskiego... Jak mu tam było?

     – Nie musisz do tego wracać, nie musisz mnie tym powtórnie katować.

     – Zdaje się, że miał na imię Pantera, zgadza się?

    – Dlaczego to robisz? Przecież wiesz, że nie zrobiłam tego z wyrachowania, a jedynie z głupoty. Byłam młodziutka, niedoświadczona, a on mnie zwyczajnie uwiódł… – Zamilkła i spuściła głowę, niczym ofiara oczekująca egzekucji. – Ale czyż nie powiedziałeś, że mi wybaczasz? – powiedziała po chwili.

     – To prawda – pokiwał głową – wybaczyłem. Zrobiłem to wtedy, kiedy zrozumiałem, że twoja rozwiązła natura posiada nad tobą władzę. Ale, tak po prawdzie, nie o to tutaj chodzi. Sama widzisz, że jestem zawalony robotą, a ty mi tu jeszcze tę kołyskę wciskasz. W tym momencie te krzyże są dla mnie najważniejsze! Jeżeli nie uporam się z nimi na czas, mogę mieć kłopoty. A ja nie chciałbym ich mieć. One mogą człowieka zniszczyć.

      Maria wolno uniosła głowę – na jej twarzy zalśniły łzy i dopiero teraz uwidoczniły się trudy przebytej niedawno drogi.

     – Proszę cię – wyszeptała – nie odmawiaj. Już nie chodzi o mnie, ale o to nienarodzone jeszcze dziecko – jemu nie odmawiaj. Cóż ono ci zawiniło?

     Uchwycił jej wzrok, błagalny i pełen cierpienia, i pomyślał: „Czy nigdy już nie uwolnię się od tej miłości? Naprawdę nigdy? Boże wszechmogący, tak bardzo chciałbym nienawidzić!... Tak bardzo… Ale nie mogę, nie potrafię…”. Powiedział jednak:

     – Dobrze, Mario. – Podszedł do  niej, ujął jej ramiona i pomógł się podnieść. – Przyjdź… za trzy tygodnie.

    – Dziękuję. Na pewno przyjdę! – żarliwie odrzekła, a jej twarz była teraz promienna i wyrażała bezgraniczną wdzięczność. Chciała pocałować go w rękę, ale zmieszany błyskawicznie uciekł z dłonią.

    Chwilę postali jeszcze wpatrując się w siebie w milczeniu, po czym Piotr pogładził ją po włosach i pocałował w czoło; w następnej chwili Maria odwróciła się i wyszła z szopy, w której pozostawiła zmartwienie i w której po chwili ponownie rozległ się miarowy, energiczny odgłos pracy struga. Szła tą samą drogą, która ją tu przywiodła, lecz teraz, mimo zmęczenia, szło jej się o wiele lżej, raźniej.

             20.09.2015 r. 

09:32, adelmelua
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 września 2015

    Mam kilku kolegów, którzy, jako dojrzali dzisiaj ludzie, z pewnym bagażem doświadczeń życiowych, podczas dłuższych czy też krótszych rozmów, mówią mi, że gdyby tutaj zaczęła się jakaś jatka wojenna, to oni nie wzięliby żadnej broni do ręki, tylko jak najszybciej ewakuowaliby się z miejsca zagrożenia, czyli z kraju,  w którym spędzili całe swoje dotychczasowe życie. Gdy pytam, dlaczego tak właśnie by postąpili, odpowiadają, że oczywiście mogą walczyć: za najbliższych, rodzinę, siebie, przyjaciół – w tym również za mnie, bo mnie lubią (!) – za tych jednak, którzy rządzą, którzy będąc urzędnikami państwowymi uświadamiają nam na każdym kroku jakimi jesteśmy dla nich złamasami; za tych, którzy jadąc samochodem, łamią przepisy, pokazując przy okazji wszystkim dookoła środkowy palec, i tak dalej, i tak dalej – za takich podjęcie jakiejkolwiek walki jest po prostu niemożliwe! Za kogoś takiego oni najzwyczajniej w świecie nie mają najmniejszego zamiaru nadstawiać karku. To obcy dla nich organizm, nowotwór, którego należy się wystrzegać. Podobnie zresztą, jak zdążyłem zauważyć, wygląda sytuacja z młodymi ludźmi, którzy również mają w pięciu literach tzw. obowiązek wobec Ojczyzny.

    Taka postawa ogromnie wzburzyła mojego przyjaciela z lat szczenięcych. A jako że nie potępiłem jej w czambuł, więc przyjął, że ja również jestem podobnego zdania. Odpowiedziałem mu wówczas w ten oto sposób:

     Krzysiu,

    Wczoraj przyszedłem zbyt późno z pracy i nie chciało mi się szerzej odpowiadać na twoje „fuck!” Dzisiaj, po dokonaniu kolejnego wpisu, niezwłocznie nadrabiam zaległość.

    Nie wiem, co wyczytałeś z mojego wczorajszego wpisu, ale zapewne, po twojej reakcji, nie było to nic dobrego. Czyli odczytałeś błędnie, bo prawdopodobnie w emocjach, i nie zauważyłeś sporej dawki ironii.

    Otóż nie chodziło mi o to, że mam w d. Polskę, bo tak nie jest! Chodziło mi przede wszystkim o to, żeby nie szastać w warunkach pokojowych słowami: „Oddam życie za ojczyznę!” Bo to nieprawda! Taką deklarację może sprawdzić jedynie realne zagrożenie. A takiego, na szczęście, póki co nie ma. I bardzo dobrze! I lepiej, żeby nigdy nie było. Albowiem nie ma nic cenniejszego od życia, jak wiemy; życia, które ma się tylko jedno i na pewno nie powinno się nim bezwarunkowo i lekkomyślnie szastać.

    Zrobiłem ten wpis z pozycji dojrzałego człowieka, który posiada jakiś bagaż doświadczeń, pewne rzeczy przetrawił, przeanalizował. Całkiem inaczej to wygląda z pozycji 15-, 20-, czy 25-latka. W tym wieku głowa się gotuje znacznie szybciej, bo strach jest uśpiony, a doświadczenie, przezorność i zdolność przewidywania nie istnieją. Dlatego w takim wieku działa się bezwarunkowo. Gdy ma się 30 lat i więcej siłą rzeczy zmienia się optyka. Na wiele spraw. W tym na kwestię życia i śmierci.

    Tak jak nie chciałbym, żeby ktokolwiek umierał za mnie – nigdy i nigdzie! – tak i ja nie chciałbym umierać za innych. I nie dlatego, że boję się śmierci – bo tak nie jest. Jeżeli już czegoś się tutaj boję, to bardziej umierania. Rzecz w tym, że za bardzo cenię życie – i to wszystkich ludzi! I nie tylko ludzi, co uświadomiłem sobie ponad ćwierć wieku temu, gdy definitywnie przestałem jeść mięso.

    Reasumując: mam dużo znajomych, którzy klną na ten kraj i mówią, że nigdy tutaj nie wrócą. Są młodsi ode mnie o całe wieki. Uważają, że tam ich kraj, gdzie ich dom. Nie potępiam takiej postawy – każdy ma prawo do decydowania o sobie i swoim życiu. Ale też nie znaczy to wcale, że gdyby zaistniała potrzeba stanięcia do walki, to ci młodzi ludzie nie chwyciliby za broń. Pewne rzeczy robi się jedynie w określonych warunkach. I to bezwarunkowo. W czasach pokoju te sprawy podlegają różnorakiej ocenie. Ja jedynie próbuję zachować rozsądek i widzieć to, co mnie otacza, w odpowiednich proporcjach.

    Oczywiście, możesz się z tym nie zgodzić – twoje prawo. Ja wiem tylko tyle, że: „tyle jesteśmy warci, na ile nas sprawdzono”.

    Tak mu napisałem porządny czas temu. Do teraz w moim postrzeganiu rzeczywistości, w której żyję, nic się nie zmieniło na tyle, żebym zmienił zdanie. Moi koledzy również go nie zmienili. Więcej – jeszcze bardziej stali się radykalni w swojej ocenie tu i teraz. Czy znaczy to jednak, że w ogóle nie mają racji i powinienem niejako z urzędu ich potępić za taką postawę? Myślę, że nie w tym rzecz, istota zagadnienia leży gdzie indziej, mianowicie w ocenie tego, gdzie żyjemy, w jakim momencie się znajdujemy i czy identyfikujemy się z tymi, którzy nami rządzą i wyznaczają kierunek zmian. A jako że jednak nie do końca nam z nimi po drodze, mimo oczywiście wielu korzystnych zmian – przede wszystkim dzięki naszemu wejściu do Unii Europejskiej! – nadal mam powody do ogromnego rozczarowania spowodowanego niewłaściwym funkcjonowaniem państwa, więc nic dziwnego, że są ludzie, którzy myślą właśnie tak, jak moi koledzy. Dlatego nie tylko ich nie potępiam, również podobnie myślących ludzi nie ganię za taką postawę, mają bowiem pełne do niej prawo. To ich życie, które niesie takie a nie inne wybory. Poza wszystkim wiem też, że gdyby rzeczywiście wybiła godzina prawdy i zagrożenie byłoby realne, oni wszyscy, mimo dzisiejszych antypaństwowych deklaracji, stanęliby na wysokości zadania i sięgnęliby po broń. Pewne rzeczy, tak naprawdę, znajdują się poza wszelką dyskusją i dopiero znalezienie się w jakiejś konkretnej sytuacji jest w stanie, tak naprawdę, definitywnie określić naszą postawę.

            18.09.2015 r.

12:00, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 września 2015

    Można odnieść wrażenie, że szlachetna idea, która swoimi początkami sięga lat 50-tych, kiedy to zawiązała się Europejska Wspólnota Węgla i Stali pod przewodnictwem Roberta Schumana, mająca na celu zjednoczenie Europy, właśnie ginie na naszych oczach. Mam nadzieję, że to tylko wrażenie – nie pewność, a krótkotrwały kryzys zafundowany nam przez uchodźców arabskich jest jedynie trudnym okresem przejściowym, a nie rzeczywistym początkiem końca zjednoczonej Europy. Jakkolwiek jednak będzie w przyszłości, dzisiaj wydaje pewne jedno: jeżeli w tym momencie dziejowym, w jakim obecnie się znajdujemy, okażemy się za słabi, zapłacimy za to ruiną pięknego projektu.

    Pamiętam, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, jak docierały do mnie strzępy rozmów starszych ludzi, którzy proroczo ostrzegali się wzajemnie, że „żółta rasa” zaleje kiedyś cały świat. Uczestnicy tych rozmów byli przekonani, że wcześniej czy później zrobią to Chińczycy. Taka wizja była o tyle logiczna, że obywateli tego kraju było najwięcej na świecie i rozmnażali się jak przysłowiowe króliki. Aż do momentu wprowadzenia przez władze Chińskie polityki ograniczającej przyrost naturalny. Rzecz jednak w tym, że tak naprawdę nie chodziło tutaj o bojaźń przed chińską imigracją, każdy miał raczej na myśli ewentualny militarny konflikt z Państwem Środka.

   Gdyby przyjąć, że w tamtych sprzed lat pseudo proroctwach roznoszonych pocztą pantoflową, znajdowała się jakaś część prawdy, to dzisiaj odnosiłaby się ona nie do Chińczyków, ale bardziej do uchodźców z Bliskiego Wschodu, którzy, mając właśnie zażółcony odcień skóry, zalewają nasz kontynent w sposób szalony, bo w ogóle niekontrolowany.

    Jako dorosły świadomy siebie człowiek nigdy nie wierzyłem w pierdoły kasandryczne, czy też różnego rodzaju przesądy. W każdej jednak bajce, jak się okazuje, znajduje się, jeżeli nie jakieś ziarnko prawdy, to co najmniej pewnego rodzaju ostrzeżenie, czy też pouczający morał. W przypadku imigrantów arabskich, jestem pewien, mamy do czynienia z ostrzeżeniem. Jeżeli ktoś nie dostrzega zagrożenia z tym związanego, to naturalnie źle, ale takie prawo każdego. To, co może mnie tutaj irytować, to przede wszystkim fakt, że przy okazji beznadziejnej i mocno spóźnionej próby rozwiązania problemu uchodźców, próbuje się wmówić mnie i podobnie myślącym ludziom, że jesteśmy ksenofobami czy wręcz rasistami i w ogóle ludźmi, których cechuje mała wrażliwość na krzywdę innych, co prawdopodobnie ma u nas wywołać poczucie winy i zażenowania.

    Otóż informuję wszystkich – u mnie jej nie wywołuje! To, że nie brakuje „szaleńców” o dobrych sercach, którzy, gdyby mogli, ściągnęliby do Europy wszystkich, którym dzieje się źle w innych częściach świata, nie znaczy wcale, że ja mam na to przystać tylko dlatego, że taka jest poprawność polityczna i tego właśnie wymaga ode mnie ludzka przyzwoitość i humanitaryzm. Taka bowiem wrażliwość, to tylko jedna strona medalu, drugą jego stroną jest rozum i umiejętność przewidywania. A te, tak się składa, uzmysławiają mi pewne zagrożenia, jakie niesie współczesny świat, którego elementem składowym stała się również, niestety, arabska imigracja.

     Gdybym był cynikiem, powiedziałbym, żeby wszystkich imigrantów islamskich skierować do Korei Północnej. Jestem pewien, że bardzo szybko mielibyśmy sprawę rozwiązaną. Ale jako że nim nie jestem, dlatego powiem inaczej, krótko:

    – Wszyscy dobrzy ludzie, którzy tak rozrzutnie szastacie miłosierdziem, przeczytajcie najpierw Koran – tę niby świętą Księgę islamu, może wówczas coś do Was dotrze i znajdziemy wspólną płaszczyznę porozumienia. Dzisiaj jej nie ma i zanosi się na to, że długo nie będzie. A szkoda. Bo to niezmiernie ważne nie tylko dla naszego przetrwania, ale i następnych pokoleń.

        16.09.2015 r.

17:37, adelmelua
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 września 2015

   Historia ludzkości to nie tylko chwalebne i heroiczne czyny i zwycięstwa, to również niewyobrażalna wręcz podłość. Człowiek bowiem, to pewnego rodzaju dwoistość, coś na kształt Dra Jekylla i Mr Hyde’a  – z jednej strony cud natury, w pewnej mierze nawet doskonałość(!), z drugiej jednak, niestety, również nieskończone bydlę! Świadczą o tym choćby tzw. regionalne konflikty zbrojne, w większym wymiarze wojny, czy rządy poszczególnych dyktatur.

    Oczywiście to truizm, że każda wojna to coraz większy upadek człowieczeństwa, gdzie w oceanie bezmyślności ginie człowiek i cały jego wielowiekowy dorobek. Widocznie tkwiąca w nas „potrzeba” zabijania innych jest silniejsza, niż chęć pokojowego współistnienia. Dlatego zapewne, jak wyrzynaliśmy się wzajemnie od tysięcy, setek i dziesiątków lat, tak również będziemy czynić to przez następne stulecia – jeżeli takowe w ogóle są nam pisane, w co mocno wątpię przy tak ogromnej pogardzie dla życia. Dlaczego to robimy? Po co? W imię czego? Bo lubimy? Bo nadal mentalnie pozostajemy w jaskini? Przyznam, że nie wiem. Jedno wydaje się jednak pewne – od swoich początków do dzisiaj pozostajemy obezwładniająco nieskuteczni w zaprowadzaniu światowego pokoju.

    Wiele już razy pisałem tutaj, że jakikolwiek zbrojny konflikt na świecie jest tak naprawdę naszym wspólnym problemem. Najjaskrawiej potwierdziło się to dopiero teraz, gdy pojawił się gorący problem z ogromna rzeszą imigrantów z Bliskiego Wschodu. A można było tego uniknąć! Gdyby świat zachodni zareagował od początku tak, jak należało, czyli nie kunktatorsko, ale zdecydowanie, nie oglądając się na gadki-szmatki Rosji i jej naturalny sprzeciw. Nie zrobiliśmy tego, nie powołaliśmy czegoś na kształt Zbrojnych Sił Szybkiego Reagowania, więc dzisiaj ponosimy konsekwencje niniejszego zaniechania. Tyle, że to dopiero początek „kłopotów”, tak naprawdę prawdziwe schody zaczną się za jakiś czas, kiedy wyznawcy Allacha podniosą głowy w swoich nowych miejscach zamieszkania. Świadomie piszę „w nowych miejscach zamieszkania” a nie ojczyznach, ponieważ oni nie będą u siebie, nie będą się identyfikowali z nowym krajem. A będzie się tak działo z jednej prostej przyczyny – z powodu wyznawanej przez siebie religii. Islam bowiem dla swoich wyznawców to nie tylko w rzeczywistości religia, to zbiór przepisów religijno-prawno-społecznych z którymi się nie dyskutuje, ponieważ pochodzą od boga – samego Allacha! Dlatego należy im się podporządkować i ślepo wykonywać.

      Dwadzieścia cztery lata temu, pod datą 16.01.1991 r. zapisałem:

     Mamy wojnę! W zasadzie, tak naprawdę, to zaczęła się ona już w chwili zajęcia Kuwejtu przez Irak, jednak dopiero teraz państwa zachodnie zdecydowały się na militarną reakcję. Po przeszło czterech miesiącach negocjacji, próśb, gróźb, różnego rodzaju dyplomatycznych zabiegów. Niestety, despotyzm i buta mają to do siebie, że nie uznają kompromisów. Dlatego wojna w obecnej chwili stała się, niestety, koniecznością – koniecznością, która jednocześnie nigdy nie jest najlepszym rozwiązaniem. Jest w zasadzie najgorszym rozwiązaniem! Albowiem w czasie jej trwania wychodzą z człowieka najgorsze, atawistyczne wręcz cechy i okazuje się wówczas, że  człowiek, wcale nie brzmi dumnie. Brzmi wręcz złowieszczo.

     Dzień później dopisałem:

    Drugi dzień wojny. Na razie na Bliskim Wschodzie. Ale jako że świat dzisiaj jest tak naprawdę niezmiernie mały, interesy wspólne, a rządzący nim ludzie tak totalnie głupi co do wszystkiego, więc zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że może być różnie. Mam jednak nadzieję, jako nieuleczalnie chory optymista, że jednak zdrowy rozsądek zwycięży i wojna skończy się szybko. Szybko dla tych wszystkich ludzi, którzy jej nie chcą, ponieważ jest ona dla nich największym przekleństwem, gdzie nie kto inny, jak właśnie oni, stanowią dla niej zwykłe armatnie mięso. Z reguły bowiem jest tak, że bezbronni w takiej sytuacji cierpią najbardziej. Ci, którzy ją wywołują zawsze zdołają się obronić, ukryć, zadbać o siebie, znacznie gorzej jest z tzw. pospólstwem. To na niego spada jej niszczycielska groza, to ono ponosi największe ofiary, to ono cierpi. I dlatego właśnie trzeba zrobić wszystko, aby jak najszybciej ją zakończyć. Pokój potrzebny jest wszystkim ludziom, potrzebny jest światu.

     Oczywiście również dzisiaj nic w tej kwestii się nie zmieniło.

               14.09.2015 r.

10:22, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 września 2015

    Mówi się, że wolny rynek jest najlepszym rozwiązaniem dla naszego życia, który świetnie reaguje na nasze potrzeby, idealnie regulując nasz popyt i podaż.  Nie przeczę. Uważam przy tym jednak, że Państwo również ma i powinno posiadać w tej materii wiele do powiedzenia. Dlaczego? Ponieważ Państwo to my, a my sami raczej nie chcemy wyrządzić sobie krzywdy, więc logicznym wydaje się, że im szerszy udział Państwa w naszym życiu, tym my, jego obywatele, możemy czuć się o wiele bardziej bezpieczni. Oczywiście, jest również i tak, że pewne obszary naszego życia zarządzane przez Państwo źle funkcjonują. Tyle, że czym innym jest fatalna działalność niektórych jego funkcjonariuszy państwowych, a zgoła czym innym idea regulacji przez Państwo tych obszarów, które najzwyczajniej w świecie niedomagają. Te, naturalnie, należy ustawicznie poprawiać, doskonalić. Idea jednak większego udziału Państwa w naszym życiu jest, według mnie, jak najbardziej słuszna i pożądana. Tym bardziej, że dowodów na to jest w zasadzie co niemiara – począwszy choćby od kultury, a skończywszy na opiece medycznej.

     Nie chcę przez to powiedzieć, że jestem przeciwnikiem wolnego rynku, bo nie jestem, rzecz w tym, żeby wolny rynek nie decydował o wszystkim i to w sposób bezwzględny. Bezwzględność bowiem wolnego rynku, to krzywda już nie tyle tysięcy, ile milinów ludzi! Tak jak to się stało całkiem niedawno w USA, gdzie kryzys wywołały banki, a mimo to zostały dofinansowane przez państwo amerykańskie, nie ponosząc tak naprawdę za ów stan należytej odpowiedzialności.

    Czasy się zmieniły, ludzie w swoich zachowaniach również w jakiejś mierze ulegają ewolucji, a że to właśnie człowiek jest nieodłączną częścią różnych systemów, więc naturalnym jest, że tym samym również systemy polityczne podlegają zmianom. Nie inaczej jest z kapitalizmem, który dzisiaj zwyrodniał i doprowadził do ogromnego rozwarstwienia w wielu społeczeństwach. U nas jest on o tyle inny, że tak naprawdę nie zdążył zwyrodnieć, on bowiem już u samego swojego zarania, czyli od początku lat 90-tych ubiegłego stulecia, był swoją karykaturą: przypominał bardziej kapitalizm XIX-wieczny – bezwzględny, krwiożerczy, nieludzki, niż ten, z jakim mamy do czynienia w zachodniej Europie. Ten nasz od początku puszczony był na tzw. żywioł, bez odpowiednich zabezpieczeń obywateli przed jego negatywnymi skutkami, za co płacimy do dzisiaj przeróżnymi dramatami wielu ludzi. I nie chodzi mi tutaj tylko o efekty tzw. wolnego rynku – nieuczciwi pracodawcy, działalność parabanków, komorników czy notariuszy, rzecz również, niestety, w nie do końca należytym funkcjonowaniu takich instytucji państwowych, jak policja, prokuratura czy sąd, które, pozostając nierzadko tak naprawdę poza skuteczną kontrolą, nie ponoszą za swoje decyzje właściwej odpowiedzialności. Dlatego tutaj bez wątpienia należy Państwo ustawicznie poprawiać, tworzyć prawne zabezpieczenia i kary za ich łamanie. W innym przypadku będziemy mieli do czynienia z tym, co jest, czyli z pozostawieniem bezbronnych obywateli na żer różnego rodzaju padlinożerców, powodując tym samym permanentne zwyrodnienie, skutkujące wykorzystywaniem najsłabszych i bezbronnych. Wynika to oczywiście z prostej zależności: totalnie wolny rynek to dominacja hien ludzkich, dla których liczy się  tylko zysk, czyli ważne jest jedynie ja i to, co moje!

    – Nie radzisz sobie, kolego, to znaczy, że odpadasz w wyścigu po złote runo, albo na najwyższy szczyt. Jeżeli chcesz odmienić swoje życie, pragniesz czegoś innego, lepszego dla siebie i swojej rodziny, to musisz zmienić swoje nastawienie do życia, musisz być bardziej skurwysyński w swoim postępowaniu, bezwzględny! Jeżeli tego nie zrozumiesz i nie przyjmiesz jako swojej dewizy postępowania, wcześniej czy później wylądujesz na marginesie życia.

     Aż przykro.

         12.09.2015 r.

15:40, adelmelua
Link Komentarze (2) »
środa, 09 września 2015

     Niedawno pisałem tutaj, że przyjmowanie imigrantów islamskich jak leci, to droga donikąd, że problem ten należy załatwić na miejscu – na Bliskim Wschodzie. W końcu od czegóż są inne państwa arabskie, jak nie od niesienia pomocy swoim współbraciom, skąd zresztą mieliby bliżej do swoich domów, gdyby wojna w końcu się skończyła. Tylko, jak się zdaje, tak jak uchodźcy nie chcą wracać do siebie, tak kraje arabskie również nie są zainteresowane ich przyjmowaniem. Krótko mówiąc chodzi o to, że Koran i tkwiące w nim miłosierdzie i nakaz pomagania innym sobie, a życie sobie. Dlatego mamy to, co mamy, czyli niekończącą się rzekę wyznawców Allacha nadciągających do Europy niczym jakiś kataklizm. Świadomie użyłem słowa „kataklizm”, bo tak to dla mnie wygląda, i myślę, że nie tylko dla mnie. Więcej – najgorsze, że epicentrum tego kataklizmu dopiero nadejdzie, po zaaklimatyzowaniu się już imigrantów w swoich nowych miejscach zamieszkania.

    Naturalnie, uchodźcy uciekają ze swoich krajów przed śmiercią. Chociaż zapewne nie wszyscy. Są przecież i tacy, którzy obierają Europę jako cel swojej podróży z przyczyn czysto ekonomicznych. Gorzej, że szlachetna Europa przyjmuje ich jak leci – bez odpowiedniej polityki. To, oczywiście, bez wątpienia reakcja czysto ludzka, dlatego zrozumiała, według mnie jednak trudna do zaakceptowania. Bo o ile mamy dzisiaj jedynie problem z liczbą uchodźców i miejscem ich ulokowania, o tyle w przyszłości, dalszej czy też bliższej, pojawi się problem dużo groźniejszy, wynikający z Księgi, która jest wyznacznikiem postępowania dla przybyłych do Europy islamskich obywateli:

(…) Ale pobożny jest ten, kto jest bogobojny.

Wchodźcie więc do domów przez bramy,

i bójcie się Boga!

Znajdziecie na drodze Boga tych, którzy was zwalczają,

lecz nie bądźcie najeźdźcami.

Zaprawdę, Bóg nie miłuje najeźdźców!

I zabijajcie ich, gdziekolwiek ich spotkacie, i wypędzajcie ich, skąd oni was wypędzili!

     Mało? To bardzo proszę więcej:

(…) I nie zwalczajcie ich przy świętym meczecie,

dopóki oni nie będą was tam zwalczać!

Gdziekolwiek oni będą walczyć przeciw wam, zabijajcie ich!

– Taka jest odpłata niewiernym! –

(…) I zwalczajcie ich, aż ustanie prześladowanie i religia będzie należeć do Boga.

    No, ale żeby nie wszystko wyszło w tak ciemnych barwach, jest tutaj również pewna nadzieja, która, co prawda, niczym jaskółka wiosny jeszcze nie czyni, niemniej zawsze to jakaś nadzieja.

(…) A jeśli oni się powstrzymają, to wyrzeknijcie się wrogości,

oprócz wrogości przeciw niesprawiedliwym!

    Tutaj, naturalnie, skazani będziemy na opinię tych, którzy zawyrokują o tym, kto jest sprawiedliwy, a kto nie, jednak dobre i to.

     Na koniec wisienka na torcie, która odnosi się do kobiet:

(…) Wasze kobiety są dla was polem uprawnym.

Przychodźcie więc na wasze pole, jak chcecie,

i czyńcie pierwej coś dobrego dla samych siebie.

    Krótko mówiąc niezły pasztet! Dzięki nieudolnym i krótkowzrocznym politykom może jeszcze nie my, ale z całą pewnością następne pokolenia będą miały przesrane! No, chyba że sam islam się zmieni i jego wyznawcy. Tylko czy to możliwie, jak w co którymś zdaniu w tej ich Księdze trafia się na coś takiego:

Bójcie się Boga!

I wiedzcie, iż Bóg o każdej rzeczy jest wszechwiedzący!

(…) Zaprawdę, Bóg jest słyszący i wszechwiedzący!

     Czy zatem będą potrafili zrzucić z siebie pętające ich okowy strachu?

    Nic śmiesznego – chciałoby się powiedzieć za Markiem Koterskim. Zaprawdę powiadam wam – nic śmiesznego!

          09.09.2015 r.

10:22, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl