RSS
wtorek, 30 września 2014

    Nie chcę wieszczyć niczym trojańska Kasandra jedynie kataklizmu i jakiegoś nieokreślonego bliżej końca końców; nie chcę być prorokiem, który widzi jedynie samo zło, które ogarnia nasz świat swoimi mackami w wyniku fatalnego rozdziału dóbr, bo to dotyczy w zasadzie – może oprócz państw skandynawskich – całego świata; chcę jedynie powiedzieć że dzisiaj, w Polsce, potrzebny jest człowiek na miarę mitycznego Herkulesa, który swoim zdecydowanym i bezkompromisowym  działaniem wymiecie tę zgniłą stajnię Augiasza, jaką przypomina nasz kraj; że skieruje nurty dwóch, czy trzech rzek i spłynie cały ten gnój, którego mamy w nadmiarze od prawie ćwierćwiecza w postaci produkcji wadliwych ustaw, niekompetentnych sędziów i prokuratorów, bezwzględnych komorników, panoszącego się w świeckim skądinąd państwie(!) Kościoła katolickiego; lekarzy, którzy zapomnieli, że są od ratowania życia ludzkiego za wszelką cenę itd., itd. Potrzebny jest nam ktoś z wizją diametralnych zmian! Nie dreptanie w miejscu z nogi na nogę i pieprzenie farmazonów, jak to jest dobrze i w jakim to świetnym pochodzie uczestniczymy. Potrzebny jest nam przywódca na miarę wyzwań XXI wieku – przywódca wizjoner!

    Dlatego, podobnie jak w ostatnich wyborach, tak również w tych będę głosował na J. Palikota! Naturalnie że nie znam polityków z jego ugrupowania, oprócz tych z jego najbliższego otoczenia. Ale w innych partiach również są mi oni obcy. Rzecz idzie o to, co przywódcy poszczególnych ugrupowań politycznych i ich program mi proponują. I okazuje się, że oprócz J. Palikota wszyscy proponują mi dreptanie w miejscu. Bez wizji, bez niezbędnych zmian, bez modernizacji kraju, bez rozwoju nowych technologii, generalnie chodzi o to, że oprócz szefa Twojego Ruchu nikt nie proponuje zmiany akcentów tak niezbędnych dzisiaj w polityce wewnętrznej. Wszyscy bowiem, jak jeden mąż, uważają, że należy kontynuować to, co zostało wypracowane. Step by step. Bez żadnego odchylenia w prawo czy w lewo. Ponieważ się sprawdziło – nie popłynęliśmy na dno! To nic, że nie kierujemy statkiem a jedynie dryfujemy, to nic że ster nie znajduje się w naszych rękach, ważne, że się unosimy na powierzchni. Niczym wielkie G. Krótko mówiąc nic nowego, zawsze dup-aaaa…

     P.S.

   Tekst ten napisałem jakiś miesiąc temu. W międzyczasie odeszło z Twojego Ruchu kilkunastu posłów. I dobrze. Szkoda jedynie Anny Grodzkiej. Ale stało – nie ma co płakać jak się zesrało, tylko podetrzeć, umyć, założyć czyste ubranko i do przodu! Dlatego nie aktualizowałem tego tekstu pod katem owej rejterady polityków powyższego ugrupowania. A nie zrobiłem tego, ponieważ chodziło mi w nim jedynie o wyrażenie w dużym skrócie mojej sympatii dla J. Palikota i tego, co robi. Tylko tyle.

       30.09.2014 r.

13:51, adelmelua
Link Komentarze (4) »
niedziela, 28 września 2014

   Dzisiaj niedziela, więc dzień święty, a dzień święty, jak wiadomo, należy święcić. Zatem święcę – na początek jajka. Bo zawsze mam je niejako pod ręką. Że nie te jajka, nie to święto? A co to znaczenie? Lubię jajka – w każdej postaci i w każdym momencie. Już starożytni Rzymianie oddawali im szacunek, zaczynając każdą ucztę od ab ovo, czyli od początku. A na początku, wiadomo – był On!

    Niektórzy szczęściarze ponoć Go widzieli; jeszcze inni nawet rozmawiali z Nim – zazdroszczę tak jednym, jak i drugim! Naprawdę. Nie wiem, jak to zrobili, ale jedno jest pewne: też chciałbym posmakować tego, czym oni się naszprycowali. Taki odjazd! To naprawdę musi być fantastyczne zielsko. No, chyba że to z głodu. Ale wtedy sprawa wydaje znacznie trudniejsza, z jednego prostego powodu: znam się na głodówkach. Przeprowadzałem je wielokrotnie, z których najdłuższe trwały dwadzieścia dni. Niestety, muszę przyznać ze wstydem, że żadnych wizji nie miałem – nawet najmniejszych. Co najwyżej dostrzegałem vizir, ale to przecież nie to samo, co prawdziwa wizja! Krótko mówiąc wychodzi na to że, niestety, nie dostąpiłem łaski. Cóż, widać jestem człowieczkiem słabej wiary. Bywa.

    Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego po co On się pojawił w naszym życiu, jakie nadaliśmy Mu znaczenie. W końcu słowo określające Jego osobę, to słowo klucz-wytrych, który ma tłumaczyć wszystko, co dla nas niezrozumiałe i niewytłumaczalne, ale tym samym również bajeczne. Dzięki Niemu posiadamy stały i mocny punkt odniesienia, bez względu na to, co by się nie działo. I dobrze. Bardzo. Z takim przeświadczeniem bowiem łatwiej żyć!

    Dlatego, gdyby dzisiaj ktoś przypadkiem uparcie Go szukał, to podaję namiary na Niego: E=mc². Gwarantuję, że On tam jest – i jeszcze w kilku innych tego typu miejscach-wzorach. Ament. I, broń Boże, nie mylić z amantem!:)

         28.09.2014 r.

05:51, adelmelua
Link Komentarze (1) »
sobota, 27 września 2014

   Jako że ostatnio było filmowo, więc pomyślałem, że dobrze będzie pójść tym śladem i zamieścić tutaj scenkę, która podczas ostatniego urlopu wpadła mi do głowy. Oto ona:

    Do siedzącego sportowca podchodzi dziennikarz. Wita się z nim. Teraz widać, że lekkoatleta ma usztywniona nogę, a obok niego leżą dwie kule, przy pomocy których się porusza. Dziennikarz pyta:

Dziennikarz: Mam zaszczyt porozmawiać dzisiaj z najszybszym człowiekiem starego kontynentu na osiemset metrów. Dzień dobry, panie Marianie.

Sportowiec: Dzień dobry.

Dziennikarz: Co się stało? Widać, że to chyba jakaś poważniejsza sprawa.

Sportowiec: E tam, taki nieszczęśliwy wypadek. Tak naprawdę, to nie ma nawet o czym gadać.

Dziennikarz: Ale chyba nie spadł pan ze schodów?

Sportowiec: Dlaczego miałbym spaść? I to akurat ze schodów?

Dziennikarz: Nie wiem, zgaduję. Tak jak w tej piosence – zna pan: Lecz nagle Marian ze schodów spadł i całkiem mu się pozmieniał świat...

Sportowiec: Nie, nie, na szczęście nie spadłem z żadnych schodów.

Dziennikarz: Więc co się stało? Nie dalej przecież jak trzy dni temu, gdy umawialiśmy się na dzisiejszy wywiad, był pan w wyśmienitej formie i wręcz tryskał energią.

Sportowiec: No właśnie. Myślałem, że coś takiego nie może się przydarzyć. Nigdy. A tu masz ci babo placek. Mistrzostwa kraju za pasem, a tu taki niefart! Psiakrew!

Dziennikarz: Więc co się stało? I jak?

Sportowiec: Można powiedzieć, że głupi przypadek.

Dziennikarz: Ale co, upadł pan? Podczas treningu coś…

Sportowiec: O, właśnie to! Dokładnie tak. Podczas wczorajszego treningu – trafił pan, że ho ho!

Dziennikarz: Ale co, źle pan stanął? A może…

Sportowiec: Żeby. Gorzej! Biegło nas kilku. Drugie okrążenie. Przede mną tylko jeden zawodnik. W pewnym momencie zaatakowałem, a ten, niech pan sobie wyobrazi, zabiega mi drogę i nie daje się wyprzedzić. Próbuję to z jednej, to z drugiej strony – nic. Cały czas świadomie zabiega mi drogę, sukinsyn. Więc w końcu nerwy mnie wzięły, nie wytrzymałem i kopnąłem gościa w dupę. Niestety, tak nieszczęśliwie, że zwichnąłem ją sobie w kostce. Ale nasz rehabilitant powiedział, że za parę dni wszystko powróci do normy i będzie dobrze.

Dziennikarz: No tak, nieszczęśliwy przypadek. Zatem szybkiego powrotu do zdrowia życzę, panie Marianie. I kolejnego mistrzostwa kraju.

Sportowiec: Dziękuję. Postaram się.

    Dziennikarz odchodzi.

        27.09.2014 r.

08:39, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 września 2014

    Obejrzałem ostatnio dwa filmy, pierwszy to Inwazja: Bitwa  o Los Angeles, drugi – Para na życie Sama Mendesa. Pierwszy opowiadał o ataku kosmitów na Ziemię i próbie zniszczenia ludzi. Przyznam, że już po pół godzinie miałem go dosyć, po godzinie natomiast wyłączyłem – tak potwornie mnie zmęczył swoją durnotą; drugi z kolei ukazał piękną, wzruszającą historię dwojga młodych ludzi – jeszcze młodych bo 34-letnich – którzy przemierzają Stany Zjednoczone w poszukiwaniu swojego właściwego i docelowego miejsca na wspólne życie.

    Pierwszy film w zasadzie mógł nie powstać i nie byłoby to żadną stratą – przynajmniej dla mnie. Jak zwykle bowiem powielał on fatalne schematy – źli, agresywni (czytaj: prymitywni) kosmici (jakby sam przylot do nas nie stawiał ich dużo wyżej od nas w rozwoju cywilizacyjnym) i świetni, rozumiejący naturalnie znacznie więcej od nich, bardziej wrażliwi i solidarni ludzie. Czyli, panowie i panie, najpierw strzelamy, a potem zaczynamy rozmawiać! Pod warunkiem, oczywiście, że będzie jeszcze z kim. Po prostu kolejny niekontrolowany rzyg!

   Drugi z filmów zrealizowany jednak zostać powinien! I świetnie że jest, bo to mądry, momentami wzruszający film, ale nie tanim i kiczowatym sentymentalizmem, a poruszającymi i zmuszającymi do refleksji spostrzeżeniami nad życiem i swoim w nim miejscu – co tak naprawdę jest w nim ważne i na co powinniśmy zwracać większą uwagę. Poza tym to również świetny obrazek współczesnych Amerykanów, albowiem podróż głównych bohaterów odbywa się poprzez spotkania rodziny i kilku znajomych.

       Na szczęście są jeszcze tacy reżyserzy jak S. Mendes i kręcą takie filmy, które dla mnie są istotą kina, jego solą, czyli zajmują się człowiekiem, jego kondycją – zwykłymi pragnieniami, rozczarowaniami i pytaniami o swoją tożsamość. Krótko mówiąc film Mendesa, to kolejny po American Beauty, Drodze do zatracenia, czy Drodze do szczęścia majstersztyk! Nie jakaś żałosna i ckliwa historia, czy silenie się na pseudo intelektualne analizy, ale po prostu kawał dobrego, solidnego kina ze świetnymi dialogami oraz bardzo dobrą grą aktorską. Rewelacyjny film, przy którym oprócz nostalgicznych refleksji, jakie siłą rzeczy musiały się tutaj u mnie pojawiać, był również obecny niemal przez cały czas jego trwania śmiech – beztroski, lekki, akceptujący życie takie, jakim jest.

     Kto dotychczas nie obejrzał tego filmowego obrazu gorąco polecam!:)

        26.09.2014 r.

14:02, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 września 2014

    Tak brzmiał tytuł filmu, który jakiś czas temu obejrzałem przy okazji kolejnej rocznicy 11 września. Oprócz niezaprzeczalnej tragedii, jak miała miejsce tego dnia trzynaście lat temu, a która spotkała wielu nieszczęśników zamkniętych w tej betonowej trumnie, jaką były dwie bliźniacze wieże, zastanawiało i niezmiernie dziwiło mnie jedno: gapiostwo, bezmyślne oglądactwo gromadzących się ludzi w okolicach obu budynków. I, co najciekawsze i jednocześnie zatrważające, nawet zawalenie się jednej z wież nie stępiła u tych ludzi ciekawości. Zamiast spieprzać stamtąd gdzie pieprz rośnie już po zawaleniu się pierwszego budynku, stali tam, spoglądali w górę i komentowali. Oczywiście, pełni przerażenia, ale też, co gorsza, napuchli od zwykłej, ludzkiej chorej ciekawości i pazerności na informację.

   Potem, kilka dni później czytałem artykuł naukowy o naszym mózgu – co powoduje, że podejmujemy takie a nie inne decyzje. Według tego naukowego wywodu wyszło na to, że w dziewięćdziesięciu procentach przypadków robi to nasza podświadomość. Ale podświadomość, to przecież instynkt, nasza intuicja która jest po to, aby nas chronić przed niebezpieczeństwami, ostrzegać przed zagrożeniem. W tym właśnie konkretnym przypadku – jestem tego pewien – ona również była obecna i mówiła większości zgromadzonych tam ludzi, żeby zabierali dupę w troki i spieprzali stamtąd jak najdalej! I co? Nic. Tego dnia, w tym akurat momencie ich instynkt samozachowawczy został oszukany, w pewien sposób otumaniony i, niestety, dla wielu skończyło się to tragedią: polegli albo na miejscu, albo udusili się od niewyobrażalnego wręcz kurzu pochodzącego z walących się budynków. Intuicja w tym konkretnym przypadku przegrała z naszą zwykłą, ludzką ciekawością i chciwością na informację.

    Jeżeli o mnie chodzi zawsze zastanawiało mnie, co, jak i dlaczego kieruje ludźmi żadnymi taniej sensacji. I tak jak wtedy, tak i teraz wiem, że to nic wielkiego – ot, pragnienie zaspokojenia zwykłej ludzkiej ciekawości. Na szczęście takie dramaty jak WTC nie zdarzają się często, codziennie na to miejsce mamy szmatławe gazety i ogłupiające programy telewizyjne, które w znaczny sposób zaspokajają w tym zakresie nasze emocje, pragnienia i niskie instynkty.

          25.09.2014 r.

09:08, adelmelua
Link Komentarze (2) »
środa, 24 września 2014

    Jako że nic nie trwa wiecznie, więc czas mojego powrotu również musiał nadejść. W końcu wszystko kiedyś się kończy, tak dobre jak i złe, spóźniony urlop także! Na szczęście, tak jak przewidywałem, wrzesień był pogodowo piękny, więc można powiedzieć, że urlop mi się udał.

    Jak go spędziłem? Różnie: na czytaniu, pisaniu, opalaniu się, spotkaniach z moją Muzą i paru innych mniej czy też bardziej istotnych sprawach. Na pewno najmniej w tym wszystkim było polityki, którą na ten czas od siebie odsunąłem. I dobrze. Bo gdy patrzę na to, co się dzieje na świecie, mam tylko jedno pragnienie – porządnego rzygnięcia.

   Oczywiście w czasie mojego wypoczynku bardzo ważne miejsce nadal odgrywało pisanie. I mimo że oderwałem się od mojego bloga, to jednak wiem też, że swojego czasu nie zmarnowałem i  napisałem na dzisiaj dwie trzecie swojej nowej, czwartej książki, która w moich zamysłach tworzy trzeci tom historii pewnego człowieka, człowieka, który, tak się składa, nosi moje nazwisko.

   Z dotychczasowych, jakie napisałem, najbardziej lubię pierwszą – Poza konfesjonałem, teraz, gdy jestem już blisko ukończenia ostatniej, mam nadzieję że Milena będzie moją najlepsza rzeczą. Czy tak się jednak stanie, dopiero wykaże czas. Jakkolwiek jednak z nią będzie dzisiaj wiem jedno:  nadszedł czas powrotu, tutaj – na bloga. Zatem – do jutra!;)

     

           24.09.2014 r.

10:27, adelmelua
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 września 2014

     Dzisiejszy wpis, to króciutki wyjątek z mojej książki zatytułowanej MILENA, którą właśnie piszę. A jako że – tak myślę – świetnie będzie korelować z wczorajszym wpisem, zdecydowałem się na jego umieszczenie tutaj. Oto on:

                                                       xxx     

    Niestety, wkrótce się okazało, że urlop wziąłem całkiem niepotrzebnie. Brutalność życia niespodziewanie zapukała do moich drzwi z całą swoją mocą. Pukającym w tym przypadku był esemes – od niej, który brzmiał: Przepraszam że się nie spotkamy tak jak obiecałam, ale jestem w górach. Nagły wyjazd. Jeszcze raz ogromne sorki.

     Oczywiście nie była tam sama, był przy niej Grzegorz, młody bodyguard. I to ukłucie było najsilniejsze z wszystkich dotychczasowych. Pomyślałem nawet przez chwilę, że przez tę kobietę nabawię się nerwicy lub co najmniej jakiejś pieprzonej arytmii serca. Czułem się tak, jakbym umarł, czyli nie czułem nic. Podobnie było, kiedy rozstawałem się z moją poprzednią długoletnią partnerką. Nic mnie nie interesowało: rodzina, praca, znajomi – dosłownie nic. Totalna pustka! Wewnątrz. W głowie miałem tylko jedną kołacząca się ustawicznie myśl, zapętloną niczym utwór muzyczny: Dagmara, Daga, Daszka, Dagunia… Wszystko kręciło się wokół niej i jej imienia. Aż w końcu nadszedł dzień, w którym dotarło do mnie, że jestem wolny. Czułem się tak, jakbym zmartwychwstał! Dlatego teraz, pamiętając poprzednie przykre doświadczenie, wiedziałem jedno: że muszę uniknąć podobnej historii; muszę zrobić wszystko, żeby ratować przede wszystkim siebie; że muszę, kurwa, zadbać o swój psychiczny stan! Żeby nie było, jak poprzednio, żadnej równi pochyłej.

    Tyle, że pojawiło się tutaj jedno zasadnicze pytanie: Jak mam o to zadbać, skoro na dziewięćdziesiąt procent naszych decyzji w ogóle nie mamy żądnego wpływu, ponieważ podejmuje je za nas nasza podświadomość? To ona decyduje o wielu naszych życiowych wyborach, jak również i o tym, w kim się zakochamy. Czy z tak skonstruowanym mózgiem można w ogóle walczyć? Oczywiście, można. Zawsze. Tylko czy da się ten pojedynek wygrać? Ma się wydarzyć to, co ma być, bo tak decyduje w pewnym momencie nasza podświadomość i już, koniec. Nie ma odwołania do żadnej wyższej instancji. Możemy jedynie pokornie posłuchać jej i realizować wyznaczone przez nią wytyczne. To wszystko.

     Czy ja mogłem zrobić tutaj coś więcej? Czy byłem w stanie skutecznie się obronić przed uczuciem do niej? Czy mogłem zdać się jedynie na świadomość i jej logiczne działanie? Czy mogłem się wypiąć na działanie hormonów i feromonów? W żaden sposób, mózg by się zbuntował! Tak jesteśmy skonstruowani i tyle. Natura. Gdyby było inaczej nasza świadomość doprowadziłaby nas do granic obłędu. Zabiłaby nas!

     Ja, póki co, lubię żyć. I chcę! Więc bunt na tym pokładzie nie wchodził w moim przypadku w rachubę. Zresztą, kochałem ją i tak naprawdę byłem gotów wiele znieść. Ten weekendowy wyjazd nie był w stanie tak naprawdę niczego na dłuższą metę zmienić.

     – Sadyści na prawo, masochiści na lewo, proszę. Masochiści na lewo powiedziałem!

            18.09.2014 r.

08:38, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 września 2014

   Wracam tutaj na jeden dzień – na razie – ponieważ dzisiaj są Twoje urodziny, moja, a właściwie nie moja – chociaż z pewnością moja droga M. Zatem ten tekst skierowany jest do Ciebie:

     Jak powszechnie wiadomo niezmiernie ciężko jest opisać miłość, tzn. opisać na tyle dobrze, prawdziwie, żeby każdy mógł się pod tym podpisać własnym szczęściem. Trudność tego zabiegu wynika nie tylko z braku dystansu do niej, ale przede wszystkim z powodu jej różnorodności, tzn. miłość ma to do siebie, iż nie posiada jednej konkretnej twarzy, ma ich bowiem tyle, ile osób smagniętych tym uczuciem. I to niezależnie od wieku, w jakim się znajdują. Albowiem wiek akurat tutaj, w przypadku tego uczucia, nie jest żadną zaporą ani granicą.

    Nie wiem, czy to dobrze czy źle. Zapewne jest i tak, i tak. Dobrze, ponieważ zawsze istnieje nadzieja na znalezienie tej tzw. drugiej połowy, która stanie się niejako naszym dopełnieniem, uzupełniając nasz ułomny poniekąd żywot; źle jednak, gdy to uczucie dotyka kogoś, kto jest zbyt stary dla obiektu swoich westchnień. I to zarówno w przypadku kobiety, jak i mężczyzny. Ból serca bowiem w wyniku dobrowolnej rezygnacji z miłości jest na tyle ciężki, że chyba lepiej nie zostać trafionym strzałą Amora czy też innego Kupidyna, która w tym konkretnym przypadku swoją końcówkę posiada zaprawioną goryczką. A taką właśnie miłość słodko-gorzką przedstawia poniższa historia:

   Nie był człowiekiem starym, na tyle był jednak zaawansowany wiekowo, żeby unikać wzruszeń. Te w jego wieku nie były najlepszą rzeczą, jakie przepisałby mu kardiolog w celu poprawienia pracy serca. Niestety, miłość ma to do siebie, że nie obchodzą ją rozterki i ewentualne cierpienia. Pojawia się i – rób człowieku co chcesz! Twoje zmartwienie. Uczucie swoje zrobiło: posiało ziarno. Jaki wyrośnie z tego plon zależy już tylko i wyłącznie od uczuciowej gleby, czyli każdego z nas, kto się zakochał.

    On, ten uczuciowy biedak, miał tego pecha w całym tym swoim szczęściu, że dopadło go to uczucie nawet nie tyle za późno, co obiekt westchnień okazał się zbyt młody. Stąd dylemat moralny przed którym stanął, okazał się niezwykle trudny do rozwiązania. Wiedział jednak jedno: gdyby spotkało to jego córkę, byłby wściekły, rozczarowany i sfrustrowany! Co prawda nie miał córki, ale to w zasadzie nie rozwiązywało problemu i nie łagodziło jego frustracji. Tutaj bowiem chodziło o niego i jego osobiste szczęście, dlatego musiał zareagować, podjąć jakąś decyzję. Musiał podjąć decyzję najlepszą, na jaką było go stać! I podjął ją: zrezygnował! Musiał. Jeżeli chciał zachować twarz i być wobec siebie i obiektu swoich uczuć uczciwy, z niewątpliwym bólem serca musiał tak właśnie postąpić.

   Czy zrobił słusznie? Nie wiem. Wiem, że zachował się przyzwoicie. Myślę zresztą, że tak naprawdę nie miał innego wyjścia – musiał tak uczynić. Z jednego zasadniczego powodu: jego podstawowym obowiązkiem było chronić siebie. Rezygnacja z miłości do niej, to było wzmocnienie jego systemu obronnego. Wiedział, że gdyby nie uczynił tego teraz w niedalekiej przyszłości cierpiałby jeszcze bardziej!

    A ona? Cóż, ona z jednej strony to rozumiała, z drugiej zaś nie do końca zdawała sobie sprawę ze stanu swoich uczuć do niego, więc było jej o wiele łatwiej zaakceptować takie właśnie rozwiązanie. W ten sposób współczesna love story znalazła swój nieszczególny, ale oczekiwany przez naturę finał.

         17.09.2014 r.

 

08:01, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 września 2014

     Nareszcie urlop! Czyli spóźnione a zasłużone wakacje! czyli przerwa od wszystkiego - również od pisania. Ahoj! Ahoj, przygodo!

         10.09.2014 r.

10:40, adelmelua
Link Komentarze (2) »
wtorek, 09 września 2014

   Ten wpis zapewne bardziej by pasował na pojutrze, gdy będziemy obchodzić kolejną rocznicę tragedii z 11 września 2001 roku w Nowym Yorku, ale zdecydowałem się na umieszczenie go tutaj właśnie dzisiaj, bo pojutrze, to może być po futrze. Życie toczy się zbyt szybko, żeby coś odkładać na potem. Zatem:

    To, co dzisiaj rozgrywa się na Bliskim Wschodzie, znamy dobrze, bo śledzimy codziennie z większą czy też mniejszą uwagą na ekranach swoich telewizorów. Pytanie jednak, jakie się tutaj pojawia, brzmi: Czy wiemy, czy zdajemy sobie sprawę, skąd i dlaczego to wszystko się wzięło? Kto jest odpowiedzialny za dziesiątki tysięcy ofiar, jakie padły w tej fanatycznej wojnie na przestrzeni dwóch ostatnich dekad? Dlaczego mamy dzisiaj do czynienia z bardzo poważnym zagrożeniem nie tylko Europy, ale w ogóle świata ze strony islamskiego dżihadu?

    Naturalnie, ktoś powie krótko i treściwie – fanatycy religijni. I oczywiście będzie miał rację. Tyle tylko że to efekt, ja pytam, co było przyczyną, co legło u podłoża powstania tej groźnej siły, jaką jest dzisiaj terroryzm islamski? Kto przyczynił się do tego, że wygląda on dzisiaj tak, że codziennie giną setki niewinnych ludzi w różnych częściach świata?

    Można powiedzieć, że to wynik „arabskiej wiosny”, tych przewrotów, jakie dokonały się w poszczególnych krajach tamtego regionu i tym samym braku stabilności politycznej. I, naturalnie, będzie to prawdą, tyle że jedynie częściową, źródło bowiem tego procesu tkwi dużo głębiej, a znajduje się w decyzjach, jakie zostały podjęte zarówno w latach 80-tych, jak i 90-tych ubiegłego stulecia przez Stany Zjednoczone i jej sojuszników.

  Pierwsza przyczyna, to wojna w Afganistanie i dozbrajanie przez USA tamtejszych mudżahedinów. Ale to jeszcze można było rozumieć i mieć pod kontrolą, gorzej, że w pewnym momencie to coś wyrwało się spod jakiejkolwiek kontroli i zaowocowało al. Kaidą, a także rządami talibów w Afganistanie, szczególnie po niedokończonej pierwszej wojnie w Iraku, którą nakazał przerwać G. Bush senior w  celu utrzymania równowagi politycznej w tamtym regionie świata, a także, nie czarujmy się, z przyczyn czysto ekonomicznych – ropa naftowa! W proteście na taki stan rzeczy odszedł z wojska na emeryturę głównodowodzący w tamtej wojnie gen. N. Schwarzkopf.

   To oczywiście pozwoliło okrzepnąć talibom i stworzyć własne państwo, którym stał się Afganistan. Potem był zamach wrześniowy w Nowym Yorku w 2001 roku, a następnie obalenie talibów w Afganistanie i druga wojna w Iraku, z czego koszmarnymi konsekwencjami zmagamy się do dzisiaj jako społeczność międzynarodowa. Krótko mówiąc to, co spieprzył senior George H. Bush senior, pogłębił dodatkowo jego syn junior G. W. Bush. Destabilizacja polityczna w tamtym regionie stała się faktem, a my mamy po tym w spadku hydrę fundamentalistyczną, której co i rusz odrastają kolejne głowy.

  Dzisiaj problem wydaje się nierozwiązywalny, szczególnie w obliczu tak kuriozalnych wyroków, jak ten ostatni nakazujący Polsce zapłacić odszkodowanie przetrzymywanym tutaj dwóm terrorystom. W ten sposób nie można wygrać żadnej wojny. Nie można zachować czystych rąk, gdy ma się do czynienia z fanatycznymi mordercami! Pragnienie bycia humanitarnym i nienagannie moralnie czystym, to piękna idea, tylko że w momencie gdy trwa wojna nie do zrealizowania!

    Uważam jednak, że zanim świat zacznie walkę z islamskimi radykałami, wspólnymi siłami, powinien rozliczyć z win tych, którzy wówczas podejmowali decyzje polityczne dotyczące spraw Bliskiego Wschodu; jestem bowiem zdania, że powinni oni, jeżeli nie stanąć przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości – co tak naprawdę jest przecież niemożliwe, to przynajmniej winni uderzyć się w piersi i przyznać głośno: Tak, pokpiliśmy sprawę! Niestety, w wyniku naszego braku wyobraźni i krótkowzroczności politycznej, mamy to, co dzisiaj rozgrywa się na naszych oczach: bezmyślność tamtych decyzji skutkowała tysiącami ludzkich ofiar i, co najgorsze, skutkuje nimi nadal.

         09.09.2014 r.

11:23, adelmelua
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl