RSS
poniedziałek, 30 września 2013

    Wychodzi na to, że wraz z upływem czasu staję się coraz bardziej refleksyjny. Cóż, widać wiek robi swoje. Chociaż, muszę to zaznaczyć, poniższa refleksja nie dotyczy ani mojego wieku, ani też sytuacji życiowej. Ale do rzeczy.

   Nareszcie – mam dziecko! Syna! Krew z krwi, kość z kości! Późno, co prawda, bo w ubiegłym roku skończyłem 75 lat, ale – ponoć – lepiej późno niż wcale. Zresztą, żonę mam młodą, bo 30-letnią, więc nasza średnia nie jest taka zła. Poza tym ma to też swoje dobre strony – razem z dzieckiem będziemy mieć wspólny świat: zabawy, kaszki – bo ząbki mi poleciały – no i pampersy. Wszystko przez tę cholerną prostatę! Ale jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej! Bo czyż to nie piękne mieć tak bliski kontakt z dzieckiem, ze swoim potomkiem? Doskonała jedność. Krótko mówiąc żyć, nie umierać – zabawa, kaszki i pampersy! Huraaaaa…!

     Refleksja polityczna, czyli myślenie życzeniowe.

    M. Błaszczak z PiS powiedział w ostatni weekend, że Jarek Gowin na gruzach PO buduje nową partię, która ma realne szanse zaistnieć na scenie politycznej. Ot, wróż się znalazł! Tyle, że M. Błaszczakowi PO pomyliło się z PW, a ściślej Platforma Obywatelska z Powstaniem Warszawskim i jego gruzami. Albo z jakimiś innymi gruzami. Ale nic dziwnego – z myśleniem życzeniowym członków tej partii spotykam się nie od dziś. Odnoszą nawet wrażenie, że to ich taka specyficzna specjalność i niejako uświęcona pokątnie tradycja. Wychodzi na to, że jak chłopaki nie wymodzą czegoś w tym stylu, to najwidoczniej źle się czują. Muszą zresztą kombinować, próbując dorównać swojemu drogiemu i umiłowanemu przywódcy Jarusiowi Kaczyńskiemu! Tyle, że w tym swoim autystycznym postrzeganiu świata posuwają się o jeden most za daleko. I może nie byłoby w tym nic złego, gdybym miał tylko pewność, że kiedyś po jego przekroczeniu ów most się zawali, a oni zostaną po drugiej stronie i nigdy nie wrócą. Boże, ileż ja bym za takie spektakularne pierdyknięcie mostu dał, ba - nawet gotów byłbym się na to konto zadłużyć!

    Tym razem to takie moje małe myślenie życzeniowe. A co, gorszy jakiś jestem – też lubię sobie pomarzyć. I to pomimo że nie mam żadnego swojego prezesa:)

        30.09.2013 r.

07:53, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 września 2013

   Przyznaję, już jakiż czas temu przymierzałem się do napisania kilku słów o tym zagadnieniu, jednak dopiero krótkie: „Zakochałam się” belliisabelli na jej blogu ostatecznie mnie zdopingowało i postanowiłem postawić kropkę nad „i”. Chociaż, jak się później okazało, jej zakochanie nie dotyczyło fizyczności, ale sfery ducha. Jednak miłość, to zawsze przecież miłość, zatem…

   „Świat zakochanych” – jaki on jest? Czy to ten sam świat, w którym funkcjonują ci wszyscy, którzy nie doświadczają tego uczucia? Czy to również świat tych, którzy kochali – kiedyś, ale dzisiaj mają jedynie wspomnienia o tym, jak to było, gdy temperatura ciała podnosiła się o kilka kresek w obecności ukochanej osoby, a myśli nieprzerwanie wirowały wokół jednego i tego samego tematu: jej – jego?

    Właściwie, można powiedzieć, że już poniekąd odpowiedziałem tym wstępem na postawione wyżej pytanie. Tak, „świat zakochanych”, to świat całkiem inny od tego obok, rzeczywistego, w pewien sposób przyziemnego. Nie znaczy to oczywiście, że tamten świat jest nieprawdziwy, sztuczny. Oczywiście on jest jak najbardziej realny! – z tą jedynie różnicą, że pozostaje jakby niejako w pewien sposób odizolowany, odosobniony, bardziej rozrzedzony nieobecnością innych, a zagęszczony sobą – dwojgiem zakochanych w sobie ludzi. Ich obecność jest wszystkim, czego w tym momencie pragną i wszystko i wszystkich innych im ona zastępuje. Niepotrzebni są wtedy rodzice, bracia, siostry, przyjaciele i przyjaciółki – oni mają siebie nawzajem i to im w  zupełności wystarcza. To jest ich świat – świat zakochanych! I jeżeli nawet nie będą do końca dni swoich razem, to tak naprawdę w tym momencie nieistotne – liczy się bowiem „tu i teraz, tam i wtedy, i potem, i jeszcze kiedyś”. Bo najważniejsza jest ta krótka chwila bycia razem. Chwila bezgranicznego należenia do kogoś.

   – Dlatego… dziękuję Ci za wiele bardzo mile spędzonych chwil, którym, mam nadzieję, jeszcze nie koniec. W podzięce za przeszłość, z nadzieją na przyszłość – Twój ja;)

        29.09.2013 r.

06:16, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 września 2013

   Dzisiaj dwa wpisy dotyczące Dzienników Witolda Gombrowicza. Pierwszy z wpisów pochodzi z 16. kwietnia 1993 roku, drugi ze stycznia 1996 roku.

   „Na stronach 237 i 238 jego Dziennika natknąłem się na świetne streszczenie istoty percepcji osoby literata. Ale nie przez kolegę po fachu, ale przez laika, osobnika, który z literaturą ma dużo bardziej luźny kontakt. Są to dwa krótkie dialogi, które zestawione ze sobą oddają istotę zagadnienia, a do których, myślę, nic więcej dodawać nie trzeba. Oto one:

    Dialog I.

Ona: Pan ma łatwe życie.

On: Dlaczego pani uważa, że mam łatwe życie?

Ona: Ma pan talent! Może pan pisać co się panu podoba i ma pan za to uznanie i rozmaite ułatwienia życiowe.

On: Ale czyż pani nie wie, ile wysiłku kosztuje pisanie?

Ona: Jak się ma talent to wszystko przychodzi łatwo.

On: Ale przecież >talent< to puste słowo, na to żeby pisać trzeba być kimś, usilnie nad sobą pracować, nawet walczyć z sobą, to sprawa rozwoju…

Ona: Ii, po co pan ma pracować jak pan ma talent. Ja, gdybym miała talent, też bym pisała.

    Dialog II.

Ona: Pan pisze? Dziś wszyscy piszą. Ja sama napisałam powieść.

On: Rzeczywiście?

Ona: Tak, i nawet miałam dobre recenzje.

On: Winszuję!

Ona: Ach, nie mówię, żeby się chwalić, chcę tylko podkreślić, że dziś wszyscy piszą. To każdy potrafi.

    Prawda że chwyta istotę rzeczy, jej jądro? Nic dodać, nic ująć, po prostu świetne w takim właśnie kształcie. A napisał je ten, który przez całe swoje życie właśnie nad sobą pracował, żeby być kimś, bezkompromisowo walcząc o własną wybitność!”

     A teraz wpis drugi.

    „To, co charakterystyczne, to fakt, że rok 1960 zaczyna się inaczej niż poprzednie. Swój początek bierze od opisu – z godzinami, porządku pewnych myśli, zdarzeń, sytuacji – jednego z jego dni. Ot, jeden zwykły dzień jego życia, w zasadzie nic szczególnego. I tylko >ręka< – ręka kelnera w kawiarni Querandi w tym dniu uchwycona i przewijająca się przez cały dzień niczym… No właśnie, niczym co?

     Zapewne W. Gombrowicz starał się nadać jej jakieś głębsze znaczenie, wybrał ją, bo, że się tak wyrażę, wpadła mu ona w oko. Jak jakiś stały element otaczającej go w tym momencie rzeczywistości, punkt odniesienia jego bytu, jego znikomości. Punkt, którym stać się mógł każdy inny szczegół. Wybrał jednak >rękę< kelnera! Ale nie to jest dla mnie ważne, o wiele bardziej intrygujący był dla mnie sąd jego, opinia na temat twórczości Dostojewskiego. Ściślej – sąd dotyczący Raskolnikowa i jego dramatu sumienia. Dramatu, którego on – podobnie jak i ja – nie dostrzega. Dramatem bowiem tym nie jest, jak zwykło się postrzegać, morderstwo Raskolnikowa i wynikające stąd katusze jego ciała i duszy, ale udręka sumienia, wynikająca z bezkarności za ten czyn. Samo morderstwo nie jest tutaj straszne – choć samo w sobie okrutne i odstręczające – dużo gorsze jest tutaj jego poczucie winy i oddalającej się za ten czyn kary. To przecież oczywiste! Miał naturę pokutnika, chciał cierpieć, a że nie miał szans być Chrystusem, został katem – >Judaszem<, który wydaje samego siebie! (Czyli jednak miał coś z Chrystusa.) A czyni tak, ponieważ nie posiada duszy mordercy, a właśnie cierpiętnika. Morderstwo służyło mu jedynie za pretekst, było jednym z wymogów dotarcia do cierpienia, z góry przez niego założonego i przewidzianego. Cierpienie, czy wręcz >cierpiętnictwo<(!) było niejako jego przeznaczeniem, jego drogą krzyżową, jego idee fix.” 

         28.09.2013 r.

08:21, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 września 2013

    Refleksja 1.Zagadnienie aborcyjne znowu powróciło. Właśnie w tym momencie w sejmie toczy się debata na ten temat. Widziałem jakąś posłankę, która stwierdziła, że w Polsce nie ma dzieci pochodzących z gwałtu! Tylko się cieszyć, jeżeli jest to prawdą. Tyle tylko, że nie jest. Bo to ziemia, nie raj!

   Słuchając nieraz posłów i posłanek można by odnieść wrażenie, że żyją w innej rzeczywistości, np. księżycowej. Niestety, żyją w tej samej, w której  i ja żyję. Czyli to, co mówią i robią, czynią albo z głębokiej wiary, albo z wyrachowania. A że już na tym świecie trochę żyję, to jestem głęboko przekonany, że wielu robi to jednak, niestety, nie z miłości do bliźniego, ale z nienawiści do niego. Z chęci narzucenia innym swoich przekonań, jako obowiązującego prawa. Zgroza!

     Żeby osiągnąć jakiś kompromis w jakiejkolwiek sprawie potrzebna jest dobra wola dwóch stron. Tutaj takiej woli nie ma. Jest za to ordynarne wycieranie ryjów Bogiem i prawami, które jakby On ustanowił. Ci, którzy tak twierdzą, oczywiście bredzą. Ale nie tylko – grzeszą również pychą, podając się za obrońców tych jakoby przez Niego ustanowionych praw. Nie myślę, żeby jakichkolwiek obrońców, w dodatku tak marnych, akurat On potrzebował. Dlatego dla tych panów, którzy tak uparcie i wytrwale bronią totalnego zakazu aborcji, mam propozycję: zajdźcie panowie w ciążę, urodźcie niepełnosprawne dziecko, oglądajcie codziennie jego cierpienie, wychowajcie je. I tylko nie mówcie, że to niemożliwe. Bo gdy was słucham, to jestem głęboko przekonany, że dacie radę: wielu z was bowiem przypomina mi – będzie ostro, ale bez obrazy kogokolwiek oprócz tych, naturalnie, o których piszę – takie „męskie cioty”, dla spełnienia się których brakuje jedynie właśnie niepełnosprawnego dziecka. Zatem więcej determinacji, a na pewno dacie radę. Wystarczy tylko spróbować!

     Zaprawdę, ciekawych czasów dożyliśmy!:)

   Refleksja 2. Ostatnie wypowiedzi papieża Franciszka źle wróżą polskiemu Kościołowi, a ściślej księżom tej organizacji. Jak tak dalej pójdzie, grozi im straszna rzecz: powrót do korzeni, czyli ubóstwa i ascezy! Myślicie, że taką opcję przyjmą z pokorą i przetrwają? Mocno wątpię. Szybciej odłączą się od Watykanu na wzór Henryka VIII niż zrezygnują ze swojej uprzywilejowanej pozycji w polskim społeczeństwie!

    Zaprawdę, ciekawych czasów dożyliśmy!:)

    Refleksja 3. To, że pracujemy dłużej i ciężej, a zarabiamy mniej niż obywatele krajów lepiej sytuowanych ekonomicznie – powszechnie wiadomo. Ostatnio spotkałem się z wytłumaczeniem tego stanu, mianowicie – „pracownik, który produkuje zaawansowaną elektronikę, tworzy wyższą wartość dodaną niż ten, który produkuje warzywa”. I wszystko jasne: klucz wytrych – „wartość dodana” wszystko załatwił! Wyszło mi, że nie tylko warzywa są głupie, ale ten, który je uprawia również za bardzo nie grzeszy rozumem. Za to elektronika jest cool! Ciekawi mnie w tym kontekście w tak uporządkowanym świecie jedno: czy w razie kryzysu gospodarczego i braku żywności na rynku, ten producent elektroniki naje się ową „wartością dodaną”? No i jak długo oczywiście będzie syty?

    Zaprawdę, ciekawych czasów dożyliśmy!:)

        27.09.2013 r.

12:15, adelmelua
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 września 2013

      Refleksja pochodzi z moich „dzienników” i zanotowana została pod datą kwiecień 1994 rok.

    „Mimo dość pokaźnej liczby przeczytanych przeze mnie książek nadal dzieje się tak, że sięgam po raz pierwszy po dzieło jakiegoś pisarza – zupełnie mi dotąd nieznanego – i okazuje się nagle, iż jego dzieło jest wyśmienite, ba – wręcz wybitne!, a ja straciłem cale mnóstwo cennego czasu na lekturę wielu, może nie tyle nieprzydatnych dla mnie książek w ogóle, co łatwych do zrezygnowania z nich bez żadnej dla mnie straty. Do tych, do którego powinien dotrzeć znacznie wcześniej należy bez wątpienia Par Lagerkvist, noblista z roku 1951. Co prawda zapoznałem się dopiero jedynie z jego Katem, niemniej choćby już tylko to daje świetną próbkę jego wielkich literackich możliwości i wystawia mu – przynajmniej w moich oczach – jak najwyższą ocenę nie tylko jako literatowi, ale, co ważniejsze, po prostu jako człowiekowi w ogóle. Dzieje się tak z powodu zarówno podejmowanej przez niego tematyki, jak i szczerości przekazu. A jestem pewien, że w tym, co robił, był szczery. Nie przywdziewał maski literackiego hochsztaplera, nie czarował, nie zwodził, pisał tak, jak czuł i potrafił najlepiej. Tak myślę. 

    Zło, jak wiadomo, jest nieodłączną, immanentną wręcz cechą ludzkiej natury, a >kat< – w tym przypadku również tytułowy bohater mikropowieści P. Lagerkvista – jest akurat tej ciemnej strony naszego człowieczeństwa niejako najlepszą personifikacją. Najlepszą, bo uniwersalną. Zło bowiem – tożsame tutaj z tytułowym >katem< – jest obecne w każdym czasie i w każdych warunkach, z tą jedynie różnicą, że w innej formie, odmiennej postaci. Chodzi o to, że każda epoka, każdy czas posiada swojego >kata<, własnego oprawcę, który jest niejako elementem constans ludzkiej egzystencji. Ale o ile w książce P. Lagerkvista >kat< reprezentuje inny świat i jego odmienny porządek i jest, czego by niepochlebnego o nim nie powiedzieć, karzącą ręką sprawiedliwości – nieraz ułomnej, ślepej, ale zawsze sprawiedliwej – o tyle jego następcy, w czasach nam już bliższych nie pozostają niczym innym, jak tylko okrutną i sprawną machiną śmierci, która raz wprawiona w ruch może się jedynie zatrzymać wraz z własnym unicestwieniem! Tak bowiem kończą się zawsze i wszędzie wielkie idee zawierające w swoim programie jedynie apoteozę zniszczenia, nienawiści, segregacji rasowej i w ogóle totalnej śmierci. Bo taką właśnie śmierć – bezsensowną, irracjonalną, nieśli ze sobą ci wszyscy >inni kaci<, bliżsi nam w czasie, co dużo wcześniej był już zauważył Par Lagerkvist i na co poprzez właśnie literaturę chciał zwrócić naszą uwagę. Dlatego też w tym kontekście pozostaje on dla mnie nie tylko wybitnym pisarzem, ale również niejako wizjonerem, próbującym przestrzec nas przed nadchodzącym czasem okrutnych, zwyrodniałych bestialstw realizowanych w imię jedynie słusznej i właściwej doktryny totalnej zagłady tych wszystkich, którzy nie stoją w jednym szeregu z >Panami nowego świata i porządku<. >Kto bowiem nie jest z nami, ten przeciwko nam< – jak głoszą słowa pewnej starej myśli wszędzie i zawsze aktualnej.”

        26.09.2013 r.

12:49, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 września 2013

      No i „masz babo placek” – wzruszyłem się. Nie pamiętam już, kiedy coś podobnego po raz ostatni mi się przydarzyło podczas lektury (z filmem sprawa przedstawia się inaczej i taki stan zdarza mi się częściej), wiem jednak, że musiało to być dosyć dawno, na tyle dawno – a pamięć, póki co, mam dobrą – że zdążyłem już o tym zapomnieć. I oto teraz, dzięki Sylwii Plath i jej „Szklanemu kloszowi” ów stan – i nie mam tutaj na myśli nic negatywnego – płaczliwej duszy znów powrócił!

      Właściwie to nie wiem, co o niej napisać – mam w głowie pewnego rodzaju chaos. O dwóch rzeczach jednak, wydaje mi się podstawowych, muszę tutaj wspomnieć. Pierwsza z nich, to jej ogromna wrażliwość, druga – to duża inteligencja. Połączenie obu tych rzeczy dało efekt piorunujący: książkę tyleż bezsprzecznie świetną, co będącą również, niestety, owocem poniekąd „zatrutym”, bo takim, według mnie, stała się jej natrętna myśl o bezsensowności istnienia. Istnienia nie tylko własnego, ale w ogóle wszystkich! Takie właśnie podejście do życia, postrzeganie jego bezcelowości, ustawiczne, obsesyjnie wręcz intelektualne obcowanie ze śmiercią, doprowadziło ją do tego punktu, który ja postrzegam jako nieomalże zżycie się z ową „białą damą” – jeżeli w ogóle można taki stan osiągnąć i w ten sposób go określić. Sylwia Plath, odnoszę takie wrażenie, nie odczuwała śmierci jako czegoś złego, strasznego i obcego, wręcz przeciwnie – dostrzegała w niej swoje wybawienie, swoja szansę odzyskania wolności i uzyskania ostatecznego spokoju.

    Do tej pory mogłem przypuszczać, czy też wyobrażać sobie różne sposoby i źródła powstawania takich myśli. Teraz, dzięki niej, wiem również, jak wygląda ich przebieg. Dzięki jej ogromnie sugestywnemu opisowi tego stanu – który w końcu był jej niezmiernie bliski – mogę sobie dużo łatwiej imaginować cały ten głęboko destrukcyjny proces rozgrywający się w drugim człowieku, a także uzmysłowić sobie, jak bardzo delikatną materią jest on sam!

     Gorzka to wiedza, niestety. Tym bardziej gorzka, gdy uzmysławia to czyjeś samobójcze doświadczenie. Jej doświadczenie.

        25.09.2013 r.

06:34, adelmelua
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 września 2013

    Zasadnicze pytanie: kim oni są, tzn. krytycy? Oczywiście są tymi, którzy oceniają artystyczną twórczość, czyjeś dokonania w tej materii zarówno od strony wizualnej, warsztatowej, generalnie merytorycznej. Czy z tego tytułu artysta – szczególnie początkujący, powinien brać sobie do serca słowa takiego czy innego krytyka? Myślę, że nie do końca. Owszem, może przyjąć taką ocenę jako ewentualną wskazówkę, dobrą radę – jeżeli jest ona oczywiście życzliwa – jednak przejmować się nią, dogłębnie przeżywać w przypadku jej negatywnego wydźwięku, jest bezsensowne i najzwyczajniej w świecie niepotrzebne. Taka bowiem bezpardonowa krytyka może przynieść jedynie więcej złego niż dobrego, szczególnie, gdy dotyczyć będzie artysty nadwrażliwego. Myślę, że o tym krytyk powinien pamiętać zawsze, zanim wypowie swoją prawdę objawioną przed światem. Albowiem ten świat, który on reprezentuje, bardzo łatwo może zniszczyć kogoś, kto na brutalne zderzenie z nim nie jest odpowiednio przygotowany. Ale to jego nieprzygotowanie może wynikać np. nie z braku talentu, co przede wszystkim z jego słabości do tego typu konfrontacji. Dlatego dobry, prawdziwy krytyk a nie krytykant, powinien zawsze o tym pamiętać. To jednak nie wszystko, jest jeszcze coś niezmiernie tutaj istotnego, mianowicie – aby jego krytyka była celna i miarodajna powinien on również wiedzieć, jeżeli nie więcej, to przynajmniej tyle samo, co poddany krytyce. W innym przypadku będziemy mieli do czynienia już od samego początku z nieporozumieniem na linii niniejszego zwarcia: artysta – krytyk.

    Ja, przyznaję, nigdy nie przejmowałem się głosami krytycznymi. Może dlatego, że od dzieciństwa byłem źle oceniany, więc miałem czas na wyrobienie w sobie dość grubego impregnatu obojętności. Nie dyskutowałem z krytykantami, nie zaperzałem się w obronie swoich racji, a jedynie cierpliwie robiłem swoje. Gdy dorosłem i w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że chcę pisać po prostu zacząłem to robić. I robiłem, czyli czytałem i pisałem, pisałem i czytałem, i tak na zmianę. Wiedziałem, że jeżeli coś we mnie jest, co jest wartościowe artystycznie, to w końcu wyjdzie na światło dziennie i obroni się. Być może myliłem się, jednak taką wybrałem drogę i, mam dzisiaj nie tylko wrażenie ale wręcz głębokie przekonanie, że jednak nie zrobiłem źle. I nie tylko ten blog jest tego dowodem, ale również drugi – literacki, na którym zamieszczam to, co przez ostatnie dwadzieścia lat udało mi się napisać, chociaż jest to jedynie część większej całości, albowiem wiele rzeczy czeka jeszcze na wpisanie do komputera. Krótko mówiąc taka była moja droga, która wynikała z głębokiej wiary w siebie, w to, co robię i mam do przekazania. A czas jedynie w tym przeświadczeniu mnie utwierdzał. Bowiem wraz z jego upływem uświadamiałem sobie, że tak naprawdę najlepszym krytykiem mojej twórczości jestem ja sam! Ja – ukształtowany jako artysta. Ów rzemieślnik, który najlepiej wie, na co go stać, ile umie i potrafi. A krytycy… Cóż, krytycy, jak jeden mąż, napisałem o tym już kiedyś tutaj – jeżeli chcą być traktowani poważnie, jako partnerzy artystów, to powinni być, według mnie, niejako pewnego rodzaju „intelektualnym przedłużeniem” artysty, jego alter ego! Powinni na tyle rozumieć dzieło, żeby w nie wejść jako kontynuatorzy dzieła twórcy i zaproponować coś od siebie do jego treści. Bo ono tak naprawdę nigdy nie jest skończone, zawsze można coś dodać, odjąć, udoskonalić. W innym przypadku krytyk pozostanie jedynie krytykantem, który oczywiście posiada jak zawsze gotową receptę na świetny film, genialną książkę, rewelacyjną obraz, czy bijący wszelką frekwencję film, tyle tylko, że jego gotowa recepta nijak się ma do rzeczywistości. Dlatego też tacy niedouczeni krytycy nie piszą genialnych książek, nie malują doskonałych obrazów, czy też nie reżyserują interesujących i wybitnych filmów. I choćby już tylko z tego powodu nie przywiązywałbym szczególnej wagi do słów tych pań i panów odnoszących się do działalności artystycznej kogokolwiek. Sztuka bowiem ma to do siebie, że odwołując się do wrażliwości pojedynczego człowieka – jej ewentualnego odbiorcy, nie daje się opisać i zaszufladkować li tylko w formie jakichś wzorców, szablonów i powszechnie panujących kanonów. Sztuka bowiem, podobnie jak i percepcja, to sprawa przede wszystkim niezwykle intymna, to kwestia wrażliwości, emocji, inteligencji, wiedzy i tak dalej, i tak dalej. Reszta, jeżeli jest, jest milczeniem. Albo powinna nią być.

     P.S.

     Odniosłem się tutaj jedynie do tych artystów, którzy żyją i tworzą, tych bowiem, którzy już odeszli z tego świata krytyka mniej dotyka - chociaż całkiem prawdopodobne, że ona również może być oczywiście niesprawiedliwa. Tym bardziej, że ci ostatni bronić już się nie mogą. Ale w tej konfiguracji jest również pewien plus: tym, których już nie ma, nie można dopiec do żywego!;)

    24.09.2013 r.

10:40, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 września 2013

    Zanim przejdę do właściwego dzisiaj wpisu jestem zmuszony umieścić tutaj kilka słów sprostowania. Do wczorajszego wpisu o Becketcie wkradł się błąd. Powstał on podczas wklejania tekstu na bloga. I mimo że zawsze czytam jeszcze raz to, co na nim umieszczam, wczoraj tego nie zrobiłem. Pewnie to oznaka starości – zniechęcenie.:) Cokolwiek jednak było tego przyczyną,  niekompletność wpisu stała się faktem. Za co moje ogromne: PRZEPRASZAM! Dzisiaj z samego rana błąd naprawiłem. Tyle tytułem usprawiedliwienia się, teraz do sedna.

     Wpis ten, tak jak i wczorajszy, również pochodzi sprzed lat – styczeń 1994 rok – a dotyczy moich spostrzeżeń na temat powstawania życia, czyli tematu, który w zasadzie aktualny jest nieprzerwanie.

    „Wczoraj zaobserwowałem bardzo interesujące zjawisko. Miejsce akcji: łazienka, jeszcze ściślej – wiadro z wodą, a w nim brudne ścierki. Leżą tam już dłuższy czas, na tyle długi, żeby ścierki się zaśmierdły. Więc śmierdzą. Ale tak naprawdę to nic niezwykłego, intrygujące jest to, co pojawiło się na wystających częściach ścierek ponad wodą oraz na ściankach wiadra. Otóż usadowiły się na nich nieruchome muszki – inne zarówno od tych zwykłych, jak i tych, które powstają na bazie skwaszonych, zgniłych owoców czy warzyw. Przyglądam się wodzie i dostrzegam niewielkie „żyjątka” – grubości dwóch-trzech włosów, o długości nie większej niż pół centymetra; są białe, z czarną z jednej strony końcówką. Poruszają się. Przelewam wszystko bieżącą wodą z prysznica. Muszki topią się, a ja myślę, że oto byłem świadkiem wielkiej chwili – powstawania życia! I myślę jeszcze, idąc tym tropem, co nieuniknione w takiej sytuacji, że życia nikt nie musiał tworzyć – ono zrodziło się niejako samo, z natury, wykorzystując jedynie sprzyjające okoliczności! Problem, jaki się tutaj oczywiście pojawia, to – skąd właśnie owa „natura” się wzięła?

    Oczywiście, bez względu na wybór drogi, zawsze dojdziemy do punktu wyjścia: Skąd? Dokąd? Jak? Dlaczego? Po co? I tak dalej, i tak dalej. Bo zawsze będziemy prawdopodobnie o ten jeden krok do tyłu, tym samym zawsze o krok za daleko od centrum istoty naszego bytu, od centrum zagadnienia bytu w ogóle.

     P.S.

   Jedno nie ulega wątpliwości w kontekście muszek: dla tych żyjątek byłem niczym bóg! Dawałem i brałem, jak leci. Dla ludzi dopiero się nim stanę! Ha, ha, ha…”

        23.09.2013 r.

12:51, adelmelua
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 września 2013

    „Wszystko robię za późno, jakbym ciągle był o krok za. Oczywiście za czymś, co powinno zaistnieć we właściwym czasie i miejscu. Podobnie jest też z pisaniem. Nie wiem, być może to złudne, ale mam cichą nadzieję, że chociaż tutaj, mimo że za późno zacząłem, to też późno odłożę pióro. Bo to, że pisał będę do końca dni swoich – o ile natura pozwoli oczywiście – to pewnik. Pisać bowiem nie tylko chcę, ale i >muszę

    Kiedyś napisałem, że ludzie prawdziwi są jedynie przed lustrem. I to jest prawda. Moim lustrem jest moje pisarstwo. Więc, żeby przyjrzeć się sobie, napisałem że >muszę< pisać. Wbrew wszystkiemu i wszystkim! Ale oczywiście nie tylko dlatego będę pisał, będę pisał ponieważ… Właśnie, a może piszę dlatego, ponieważ jestem kłamcą?

     25.04.1990 r.

     Żadnych komentarzy i moralizatorstwa. Z tego, co piszę, powinno nie tylko >coś< wynikać, ale i – a może przede wszystkim – winno to być czytelne. Ponadto powinno zawsze >coś< uświadamiać.

     29.04.1990 r.

    Dzisiaj zacząłem czytać Becketta – niemal wszystko, co napisał. Wystartowałem, naturalnie, od >Czekając na Godota<. Mam, co prawda, dopiero pierwszy akt za sobą, jednak już teraz nasunęła mi się pewna refleksja, mianowicie, co oczywiste, czekanie. Odwieczne, nierzadko złudne, pełne nadziei czekanie człowieka. Bo tak to już jest, że człowiek zawsze nieprzerwanie na >coś< czeka. Na co? Po co? Dlaczego?

   Swoja drogą zastanawia mnie, jak to jest ze zmarłymi w tej materii. Materii? Czy to właściwe, najtrafniejsze w tej sytuacji słowo!?

     02.05.1990 r.”

    A na koniec zapis – dwa zdania wypowiedziane przez nią i niego. Wypowiedziane piątego maja 1990 roku.

„Ona: Czy choć przez sekundę, jedną pieprzoną sekundę byłeś ze mną szczery, Jarek?

On: Ależ oczywiście, kochanie. I to nie raz. Przecież orgazm trwa znacznie dłużej.”

   Gdy czytam to po latach, zastanawiam się, czy czasami lustra bywają jednak nie tylko różne, ale i zaskakująco dziwne, zwodnicze. A wy jak myślicie?

      22.09.2013 r.

09:34, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 września 2013

      Refleksja 1. Z reguły nie czytam e-gazet. Ale że mam tak ustawiony komputer, że po jego włączeniu wyświetla mi się strona „wyborcza.pl”, to nie dalej jak przedwczoraj po jego uruchomieniu rzuciły mi się w oczy słowa 87-letniego Augustyna Dyrdy, byłego żołnierza, przymusowo zresztą wcielonego do wermachtu. Te słowa brzmiały następująco: „Uczyli nas, że w obronie ojczyzny poświęca się życie. Teraz uważam, że nie ma takiej ojczyzny, dla której należałoby to robić. Życie jest zawsze bardziej potrzebne ojczyźnie niż śmierć”. Dokładnie tak! Od dawna myślę w ten sposób. I nie dlatego, że mam podobny życiorys do tego człowieka, bo mam prawie o połowę lat mniej. Po prostu takiego zdania byłem już dawno, czego zresztą daję wyraz i tutaj, choćby pisząc krytycznie o powstaniu warszawskim. Zastanawia mnie tylko jedno przy tej okazji: czy naprawdę trzeba być starym człowiekiem, naznaczonym okrutną, wojenną traumą, żeby dojść do takiego wniosku?

      Pytanie to kieruję do tych wszystkich, którzy tak niezwykle ochoczo lubią sobie postrzelać i pomachać szabelką.

    Refleksja 2. Z. Boniek, jak powszechnie wiadomo, nie ma zamiaru zwalniać z funkcji trenera kadry W. Fornalika. Rozumiem to, tzn. rozumiem, że nie chce w tym momencie wykazywać swojej nieufności wobec selekcjonera i podważać jego i tak kruchej pozycji. Ten ma do końca roku umowę i dopóki mamy jakieś szanse – choćby jedynie teoretyczne – to piłka wciąż jest w grze. To, czego nie rozumiem, to ewentualny plan „b” po przegranych eliminacjach. Ściślej – kto miałby zostać nowym selekcjonerem kadry. Bo to, że będzie musiał znaleźć nowego "trenejra" - jak śpiewa Maleńczuk - to pewnik!

     Prezes PZPN w jednych z ostatnich wywiadów powiedział, że trenerem reprezentacji Francji jest Francuz, Anglii – Anglik, Hiszpanii – Hiszpan, a Italii – Włoch. Innymi słowy chciał w ten sposób prawdopodobnie wskazać kierunek swoich przyszłych poszukiwań. Jeżeli tak się stanie, to dla p. Z. Bońka mam jeszcze jedną świetną radę – z tych złotych podobnych do jego sugestii: niech również zadba o skład sędziowski w przyszłych meczach naszej kadry i postara się o Polaków. Może będzie głupio i niesprawiedliwie, ale kto powiedział, że musi być sprawiedliwie. Już przecież Pawlak w „Samych swoich” mówił: „Sad sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie!”. Będzie pięknie. Nawet przepięknie! I gitarka;)

    Refleksja 3. Znów Smoleńsk i znów gorąco. W końcu Państwo zareagowało tak, jak powinno reagować od samego początku: zaatakowało szaleńców. Problem oczywiście w tym, że zrobiło to stanowczo za późno – to po pierwsze, po drugie zaś okazuje się, że wadliwa demokracja ma to do siebie, że tak jak alkoholik musi wyrazić zgodę na leczenie, a złodziej na opublikowanie swojego wizerunku (poza oczywiście prokuraturą, która ma do tego prawo), tak również różnego rodzaju wariaci mogą pleść androny nie ponosząc za to żadne odpowiedzialności. Jaki z tego wniosek? Państwo w podobnych sytuacjach nie może się spóźniać, musi reagować błyskawicznie i zdecydowanie! W innym przypadku takie kwiatki, jak ten smoleński, będą się powtarzać i odbijać społeczeństwu coraz większą czkawką.

     – Ups!... Sorry. Ale tak jakoś mi się bezwiednie ulało;)

         21.09.2013 r.

05:56, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl