RSS
piątek, 31 sierpnia 2018

Kolega I: Coś taki markotny?

Kolega II: A, nie ma o czym gadać.

Kolega I: Nie pieprz, tylko nawijaj, co cię gryzie.

Kolega II: No wiesz, czuję się coraz bardziej odrzucony.

Kolega I: Słucham? Ty – odrzucony? (śmiech)

Kolega II: To wcale nie jest śmieszne.

Kolega I: Zgrywasz się. Przyznaj.

Kolega II: Chciałbym, ale to najszczersza prawda.

Kolega I: Przez kogo odrzucony? Jak?

Kolega II: Jak to przez kogo? Przez Asię.

Kolega I: Chrzanisz! Przecież twoja Aśka świata poza tobą nie widzi…

Kolega II: Nie widzi – nie widzi! Może kiedyś i nie widziała, dzisiaj jednak… dzisiaj zdjęła te swoje bryle i dokładnie przejrzała na oczy. Jakby sobie kupiła jakiś nowy okular.

Kolega I: Ale nadal nie rozumiem. Mówże jaśniej o co chodzi!

Kolega II: Jak o co? O miłość się rozchodzi. Dzisiaj, jeżeli się ze mną kocha, to tylko sześć razy w tygodniu, dasz wiarę? A przecież tydzień ma siedem dni. Siedem! Powiesz mi, co robić z pozostałym czasem?

                        Po chwili milczenia.

Kolega I: Rzeczywiście, wielkie nieszczęście cię spotkało. Biedactwo z ciebie.

Kolega II: Właśnie o tym mówię. A przecież już Jezus mówił, żeby swój miecz trzymać w pochwie! Czy ja chcę robić co innego? Staram się wypełniać jego wolę i tyle. I co mnie spotyka w zamian za moje dobre intencje? Gadać się nie chce, tyle ci powiem.  Zwyczajnie – dupa blada! 

On podchodzi do dziewczyny. Pyta:

– Masz chłopaka?

Ona:

– Nie, nie mam.

On:

Świetnie. To już masz.

31.08.2018 r.

09:21, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 sierpnia 2018

Rzecz dotyczy wyborów, zarówno tych najbliższych – samorządowych, jak i tych późniejszych, do Parlamentu Europejskiego, a zaraz potem do naszego. Ustawodawca, czyli wszechwładnie panujący nam w parlamencie PiS, próbował ostatnio zmienić prawo wyborcze, jednak plany te pokrzyżował mu osobnik p.o. prezydenta. Niestety. Piszę „niestety”, ponieważ gdyby ruch ten nie został zablokowany, byłaby ogromna szansa na wygranie z PiS-em, i to w cuglach! Oczywiście pod jednym warunkiem: że ugrupowania opozycyjne zawarłyby szeroką koalicję, ściślej – gdyby zostały utworzone dwa bloki. Jeden, skupiający Nowoczesną, PO i np. PSL – i ten byłby blokiem centrowym, drugi natomiast, lewicowy, tworzyłyby organizacje społeczne, partia Razem i, co byłoby wskazane, również SLD, przy całej niechęci ugrupowania Razem do takiego sojuszu.

Niestety, stało się inaczej. Człowiek, od którego zależało dalsze procedowanie tej ustawy, w porozumieniu z posłem Kłamczyńskim zawetował ją. W ten sposób zyskał nie tylko PiS, który w ten sposób uciekł spod katowskiego topora społeczeństwa, a straciła opozycja, ale również, niejako mimochodem, zapunktował człowiek dzierżawiący od trzech lat budynek prezydencki w Warszawie. Wyszedł bowiem tym wetem na kogoś, kim zupełnie nie jest, czyli na polityka niezależnego, chociaż, co wszyscy doskonale wiedzą, to tak naprawdę, pic i fotomontaż.

Oczywiście, opozycja mogłaby zaskoczyć Prawo i Sprawiedliwość i odrzucić razem z PiS-em weto (ci przecież musieliby zagłosować za swoją ustawą!), tyle tylko, że takiego ruchu nie wykonają, bo brakuje im nie tylko jaj, ale, co gorsza, strategicznego myślenia! Dlatego właśnie wielka szkoda, że pojawiło się owe weto – szkoda tym większa, że przy tym wyborczym ogniu rozpalonym przez PiS, zostałyby upieczone dwie pieczenie. Oprócz bowiem wygranych wyborów samorządowych przez opozycję, drugą byłoby wyrugowanie z rozgrywki politycznej wszystkich popierdółek na prawo od Prawa i Sprawiedliwości. Krótko mówiąc do wora poszłyby: Kukiz’15, J.K.Mikke, organizacje nacjonalistyczne, czy ewentualne ruchy radiomaryjne z Maciorą na czele!

Mniemam ponadto, że gdyby już w tych pierwszych w kolejności wyborach Prawo i Sprawiedliwość poniosło porażkę, to opozycję mogłoby to ponieść do następnych wyborów i na tej fali mogłaby wygrać wszystkie następne wyborcze starcia. W takiej sytuacji to oczywiste, że poseł Kłamczyński musiałby szybko zareagować. Całkiem więc prawdopodobne, że tak jak szybko zrezygnowaliby ze starej ordynacji, tak szybko by do niej powrócili. No, chyba że znowu te diabły w ludzkiej skórze wymyśliłyby coś diabelskiego, bo tego akurat wykluczyć nie można. PiS bowiem jako partia niedemokratyczna i zaprzedana swojemu bogu – Belzebubowi, z oddaniem władzy z całą pewnością tak czy inaczej będzie miała problem. Strach bowiem przed rozliczeniami weźmie górę nad rozsądkiem.

28.08.2018 r.

20:12, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 sierpnia 2018

Kiedyś była tzw. Banda Czworga, w Chinach, dzisiaj króluje banda trojga, z tą jednak różnicą, że ta działa od kilku lat z powodzeniem u nas, w Polsce. Co to za banda? Już wyjaśniam: osoba p.o. premiera, osoba p.o. prezydenta oraz ten, który zarządza dwoma powyższymi osobnikami, czyli prezes, stojący na czele politycznego ugrupowania przestępczego, taki capo di tutti capi. To banda, która od trzech lat, na nieszczęście wszystkich Polek i Polaków, rządzi naszym krajem, rujnując jego prawne, demokratyczne fundamenty.

Ale czy mogło być inaczej, choćby w obszarze sprawiedliwości, skoro szefem MSWiA jest człowiek, który będąc za młodu uczniem szkoły rybołówstwa w Szczecinie, zajmował się rozbojami, kradzieżami, zastraszaniem i demolką pociągów? Albo czy naprawdę mogło być inaczej skoro szefem naszego bezpieczeństwa narodowego do niedawna był człowiek, którego wiele dróg prowadziło prosto na Kreml? Że nie wspomnę już jego decyzji mających na celu totalne rozbrojenie Polski!

Oczywiście że nie mogło być inaczej! W myśl zresztą starej, ale zawsze aktualnej zasady: odpowiedni ludzie na właściwym miejscu! Dlatego nikogo ten stan nie powinien ani dziwić, ani zaskakiwać. W takiej sytuacji bowiem wszystko się zgadza i jest w jak najlepszym porządku.

Idąc jednak tym tropem dalej napotkamy kolejne kwiatki z tego samego ogródka: już dawno mówiłem i powtarzam to również dzisiaj z pełną odpowiedzialnością: niestety, obecnie dzieje się tak, że w mundurach policji mamy niemało bandytów. Stąd zapewne brutalność tzw. stróżów prawa wymierzona nierzadko w zwykłych obywateli; stąd oczywiście pobłażanie nacjonalistom i narodowcom, a prześladowanie bogu ducha winnych ludzi za ich niezgodę na państwo ułomnej sprawiedliwości; stąd również nieadekwatność kar, czyli karanie za głupstwa niewinnych obywateli, a patrzenie przez palce na młodych łysielców, nierzadko paradujących w twarzami ukrytymi w kominiarkach.

Dlatego na koniec powiem tak: O polskiej policji napisałem już tutaj kilka cierpkich słów. Dzisiaj chcę dodać coś jeszcze, fragment z naszej historii, coś, co odnosi się do MO, ORMO i ZOMO, a co, niestety, powróciło dzisiaj, tyle że w zmienionej, bo uwspółcześnionej formie.

Zapewne większość starszych osób wie, co oznaczają wyżej wymienione skróty. Ja podam zarówno ich starsze znaczenie, jak również i aktualne, jednak o wiele trafniej oddające ich istotę. Zatem:

MO znaczyło kiedyś: Milicja Obywatelska, a tak naprawdę ów skrót sprowadzał się do prostego – Mogą Obić.

ORMO, to nie Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej, jak powszechnie starano się udowodnić, ale – Oni Również Mogą Obić.

ZOMO natomiast, to nie Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej, a – Zwłaszcza Oni Mogą Obić!

Dzisiaj powyższe formacje odeszły w zapomnienie, co wcale nie znaczy jednak, że obecnie nie jest podobnie. Jest i to jak najbardziej! Z tą jedynie różnicą, że wszystkie ww. czynności wykonuje jedna formacja. Prawdopodobnie ze względu na niepotrzebne koszta. I to cała różnica pomiędzy tym, co było, a tym, co jest w chwili obecnej.

25.08.2018 r.

08:44, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 sierpnia 2018

I znów odkryłem tzw. swojego pisarza. Tym razem okazał się nim angielski prozaik David Nicholls, autor powieści My, Jeden dzień, Dubler. Ja odkryłem go podczas lektury pierwszej z wyżej wymienionych pozycji.

O czym jest niniejsza ksiażka? Najkrócej rzecz ujmując, to relacja dojrzałego mężczyzny, po pięćdziesiątce, Douglasa Petersena, naukowca biochemika, o swoim małżeństwie – o tym, czym i jakim chciał być meżem, ojcem, naukowcem. To relacja, mimo barwności języka, jakim posługuje się autor, jego ironii, naznaczona jednak smutną konstatacją że, niestety, nic nie trwa wiecznie, a już na pewno nie trwa tyle miłosć i wynikające z tego konsekwencje, czyli związek małżeński – związek z kobietą, jak twierdzi główny bohater książki, zjawiskową. I nie ma w tym stwierdzeniu nic dziwnego i zaskakującego – w końcu dla każdego zakochanego mężczyzny obiekt jego uczucć tak własnie powinien wyglądać!

Niestety, mimo że on nadal niezmiennie ją kocha, jak przed laty, ona podobno jego również, to okazuje się jednak, że to za mało, aby ich związek mógł trwać nadal, tak jak przez poprzednie dwadzieścia pięć lat. I dlatego właśnie pewnego dnia, już na samym wstępie książki, jego żona Connie, wypowiada do niespodziewającego się niczego złego Douglasa, niezmiernie złowieszcze słowa, które działają niczym ostrze noża w sercu i które zaciążą na całej reszcie poczynań głównego bohatera – słowa, które szczególnie niepokojąco muszą brzmieć o czwartej nad ranem:

– Douglasie, chyba chcę od ciebie odejść.

Douglas Peteresen od tego momentu wie, że musi zrobić wszystko, aby ją zatrzymać. Organizuje więc dla całej trójki, tzn. dla siebie, Connie i ich syna Albiego (Alberta) wakacje, które mają być nie tylko kształcącą podróżą przez kilka państwa europejskich, ich muzea i najpiękniejsze architektonicznie miejsca, ale również mają być podróżą, którą będą wspominać przez lata z nostalgią i rozrzewnieniem.

Niestety, jak to zwykle bywa w życiu nie wszystko idzie tak jak trzeba. Podczas podróży dochodzi do niechcianych, lecz nieuniknionych jednak napięć, które są rezultatem nie tylko wiszącej groźby rozpadu małżeństwa niczym miecz Damoklesa nad ich małżeństwem, ale również są one wynikiem braku porozumienia pomiędzy ojcem i synem. Porozumienia, którego nie było od dawna, tzn. od chwili, gdy Albie zaczął oddalać się emocjonalnie od ojca, a zbliżać do matki, czyli właściwie od najmłodszych już lat. 

Dlatego muszę przyznać, że w zasadzie nie wiem, co miałby w tym momencie zrobić Douglas, żeby wszyscy byli zadowoleni i aby każdy otrzymał od losu to, czego by sobie życzył. Tym bardziej iż odnosi się wrażenie, że bez względu na to, co by on jednak nie zrobił i tak decyzja o odejściu została przez Connie podjęta już wtedy, gdy nad ranem oznajmiła mu o swojej decyzji. Jest bowiem tak, jakby powiedział któryś z bohaterów serialu Gra o tron: To, co umarło, nie żyje!

Dlatego pytanie podstawowe w tej sytuacji brzmi: czy mogło być inaczej, czy w ogóle może być inaczej, skoro jest właśnie tak jak jest, czyli że wszystko, co żyje, zmierza, chcąc nie chcąc, do swojej naturalnej śmierci? I chodzi nie tylko o to, co odnosi się do tego, co tętni życiem, czyli do całego świata zwierzęcego i roślinnego, rzecz dotyczy również tego wszystkiego, co człowiek tworzy na co dzień, czyli chodzi o relacje międzyludzkie i wynikające stąd związki.

I odpowiadam: otóż nie może! Wszystko bowiem, co żywe, ma niestety zakodowane w sobie przeznaczenie śmierci. Również właśnie owe relacje międzyludzkie. Co można podsumować jedynie jednym krótkim słowem: niestety.

To jednak, co jest w tej historii najbardziej przygnębiające, oprócz oczywiście rozpadu związku Connie i Douglasa i wygaśnięcia łączącej tych dwoje ludzi miłości, to coś, co jest obecne przez cały czas trwania tej historii, mianowicie – upływ czasu. Nieunikniony. I wszystko to, co się z tym wiąże: i nasze starzenie się, i rozpad, i odchodzenie – nie tylko nas, ale wszystkiego w ogóle. I właśnie świadomość tego – świadomość upływu czasu jest, według mnie, najdotkliwsza. A dzieje się tak dlatego, ponieważ jego upływ powoduje, iż chcąc nie chcąc powstaje poczucia życiowej porażki. Bo oto okazuje się, że przeżyliśmy z kimś całe swoje dojrzałe życie po to tylko, żeby pod sam jego koniec zostać samotnym jak palec. Dlatego właśnie świadomość tego, myślę, powodować może owo ogromne poczucie życiowej porażki. Chociaż Connie pod koniec książki mówi do Douglasa, żeby właśnie tak tego nie postrzegał. Tylko czy rzeczywiście można do tego inaczej podejść?

22.08.2018 r.

22:49, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 sierpnia 2018

Jest wczesna jesień. On i Ona w kawiarnianym ogródku. Siedzą przy stoliku, jedzą ciastka i piją kawę.

Ona: Gdyby słońce się co chwila nie chowało za chmurami, byłoby nawet ciepło.

On: Zimno ci?

Ona: Tylko trochę, w ręce.

On: Chcesz już iść?

Ona: Ależ skąd! Nie jest mi zimno tylko…

On: Może załóż rękawiczki.

Ona: Przy stoliku? Nie wypada.

On: Jesteśmy na dworze i jest początek jesieni. Poza tym to nie są rękawiczki na śnieg. Załóż.

Ona sięga po rękawiczki, wybiera tę na prawą rękę, po czym próbuje ją włożyć.

Ona: Coś w niej jest, coś…

W następnej chwili wyjmuje z rękawiczki pierścionek w kształcie łezki z małą perłą w środku.

Co to…? Skąd to się tutaj wzięło?

On: Taki mały suprajs.

Ona: Suprajs?

On: Mała niespodzianka. Nie miałem odpowiedniego opakowania, pomyślałem, że w tym też będzie dobrze wyglądał.

Ona: Mam ci go przechować?

On: Jest dla ciebie.

Ona: Chcesz powiedzieć, że… Mam rozumieć, że to są oświadczyny?

On: Mniej więcej.

Ona: Mniej więcej? Nie rozumiem. Mógłbyś jaśniej?

On: To wszystko na co mnie stać. To znaczy w zakresie bycia ze sobą.

Ona: Obawiam się, że nadal nie rozumiem.

On: Chodzi o to, że następnych kroków nie będzie. Żadnych ślubów, małżeństwa, przyjęcia weselnego, w ogóle tego całego cyrku związanego z pobieraniem się. Po prostu chcę z tobą być, nie wiem, czy na złe, ale na dobre na pewno. I na zawsze.

Ona: (ze śmiechem) Jesteś wariat, wiesz?

                                   Po chwili.

On: Więc?

Ona: Mogę się zastanowić?

On: To ładny pierścionek…

Ona: Wiem, głuptasie. Przecież nie o to chodzi.

On:  Więc nad czym tu się zastanawiać? Podobasz mi się i dobrze mi z tobą.

Ona: Właśnie – ja tobie się podobam, a pomyślałeś, czy ty mi się podobasz?

On: A to ważne? Jesteśmy ze sobą już trzy lata, było się zastanawiać – czas na rozterki już minął. Za późno na dezercję! Poza tym słyszałem, że w związkach ważne jest, żeby mężczyzna był jedynie ciut ładniejszy od diabła a już jest dobrze, czyż nie?

Ona: Oczywiście, kochanie. Tylko że ty jesteś od niego brzydszy.

On: (ze śmiechem) Jesteś diablica!  Ale właśnie takiej diablicy mi trzeba.

Ona: Wiem.

On: Więc zgadzasz się?

Ona: (unosi filiżankę z kawą do ust) Za nas, kochanie.

On: Za nas i naszą miłość, diablico.

19.08.2018 r.

11:19, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 sierpnia 2018

1.Pytanie, jakie stawiamy sobie jako ludzkość od dawien dawna, brzmi: Czy podróże w czasie są możliwe? Czy jesteśmy w stanie przenieść się w przeszłość, a tym samym również w przyszłość, i w ten sposób zaingerować w oba wymiary?

Myślę, przy całym optymizmie jaki może nas w tym aspekcie budować, że jednak nie – nie jesteśmy w stanie tego zrobić, tzn. zaingerować zarówno w przyszłość, jak i w przeszłość. Z jednego prostego powodu: podróżując w czasie bylibyśmy w stanie rodzić się po wielokroć i zmieniać swoje własne życie, bieg jego wydarzeń, które już przecież miały miejsce lub też jeszcze nie miały żadne szansy zaistnieć. Więcej – bylibyśmy w stanie nie tylko to robić, co groziłoby, oczywiście, totalnym chaosem, ale w naszej mocy byłoby również niejako „wskrzeszanie” umarłych poprzez ingerencję w wydarzenia, które już się dokonały! Gdyby tak rzeczywiście mogło się stać, to musiałoby się tutaj pojawić kolejne ważkie pytanie: Czy mając takie właściwości, dysponując taką mocą, nie stalibyśmy się przypadkiem w ten niezwykle pokrętny sposób nieśmiertelni?

Nie wiem jak z innymi, osobiście uważam, że to zwyczajnie nie–mo-żli-we! Gdybyśmy bowiem mogli to robić, czyli podróżować w czasie, znaczyłoby to ni mniej ni więcej jak tylko tyle, że posiadamy niejako moc sprawczą Boga czy też Bogów! A ja, mimo tego że jestem, co prawda jedynie ziemskim bogiem, to jednak takiej mocy nie posiadam. Przynajmniej nic o tym nie wiem. Niewykluczone jednak, że w bliższej czy też dalszej przyszłości takową posiądę. Z drugiej jednak strony całkiem prawdopodobne że już ją posiadam, tyle tylko, że w sposób nieuświadomiony? Jakkolwiek jest jedno jest pewne: będę musiał nad tym popracować.

2. Myślę, że różnica pomiędzy np. katolicyzmem czy judaizmem, a fundamentalizmem islamskim tkwi przede wszystkim w… przeszłości. O ile bowiem judaizm i jej młodsza siostra – religia chrześcijańska przeszły krwawą drogę od występków i okrucieństwa do dzisiejszej tolerancji i próby wyrzeczenia się przemocy, oczywiście, w kontekście czysto religijnym, o tyle ewolucja islamu przebiega wprost odwrotnie proporcjonalnie do ww. wyznań, tzn. islam ewoluuje od pokojowego nastawienia do militarnego podboju. Różnica zatem, można by rzec, tkwi niby w niuansie, jednak niuans ów jest niezmiernie ważki w swoich konsekwencjach.

3.Powtarzają nam do znudzenia od tysięcy lat, ba – mówi nam o tym Stary Testament, czyli ich Tora, a nasz pięcioksiąg – Biblia, że Żydzi, to naród wybrany. Ale czy rzeczywiście tak jest?

Dla tego narodu to oczywiste, więc nie zwracam się z tym pytaniem do przedstawicieli tej narodowości, pytam tych wszystkich, którzy znajdują się poza tą społecznością. Pytam, a jednocześnie odpowiadam: tak, Żydzi zostali narodem wybranym. Ale nie przez jakiegoś tam wyimaginowanego Boga Jahwe, lecz przez kogoś innego i w zupełnie innym czasie i celu. Zostali narodem wybranym przez Niemców w latach trzydziestych ubiegłego wieku do masowej eksterminacji! Zostali wybrani do fizycznego zniszczenia! Zagłada – to jedyna i niepodważalna prawda odnosząca się do owych wybrańców losu, prawda będąca jednocześnie nieopisywalnym dramatem narodu tzw. wybranego. A cała reszta, to jedynie oszukiwanie siebie i szukanie dobrego samopoczucia przez naród wyjątkowy, bo znajdujący się jakoby pod opiekuńczymi skrzydłami jakiegoś tam Boga.

 15.08.2018 r.

05:59, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 sierpnia 2018

Ona: Idziesz?

On: (z rozdrażnieniem) Gdzie znowu?

Ona: Do kościoła oczywiście. Jest niedziela.

On: Do kościoła? Niby po co? Etat, który mnie tam interesuje, jest już zajęty.

Ona: Etat? O czym ty mówisz?

On: Tego, co zbiera na tacę. To jedyne zajęcie w kościele, które tłumaczyłoby w jakiś sposób moją obecność w tym miejscu.

Ona: Kpij sobie, kpij. Zobaczysz – kiedyś jeszcze wrócisz skruszony na łono Kościoła i zapragniesz modlitwy.

On: Nie przesadzaj, kochanie. Całe moje życie, póki co, jest jedną niekończącą się modlitwą.

Ona: Życie. Twoje.

On: Właśnie tak, moje. Poza tym te wszystkie modlitwy, prośby czy błagania, to nic innego jak spam dla tego, do którego są adresowane.

Ona: Słucham? Spam?

On: Wiesz – taki niechciana poczta…

Ona: Wiem, co to jest spam! Tylko nie mogę uwierzyć, że tak to traktujesz. Powiedz mi, ale tak szczerze, cyniku, czy jest w ogóle coś, w co wierzysz?

On: Naturalnie. W wiele rzeczy.

Ona: Rzeczywiście? Mógłbyś podać przykład choćby jednej? Słucham.

On: Na przykład w siebie i w to (ze śmiechem), że jak nie zjesz, to się nie zesrasz. Bo z głodu nikt jeszcze tego nie zrobił.

Ona: I zapewne myślisz, że to jest zabawne?

On: Mnie bawi. Wystarczy.

                                   Po chwili.

Ona: Więc tak naprawdę nie wierzysz?

On: Ależ jesteś namolna! Niby w co znowu nie wierzę?

Ona: Nie w co, a w kogo.

On: No dobrze, w kogo?

Ona: Oczywiście, w Boga!

On: A, o to chodzi. W sumie to nigdy gościa nie widziałem, więc sama rozumiesz diablo – ups! – trudno jest mi w kogoś takiego uwierzyć.

Ona: Nie musisz widzieć, żeby uwierzyć. On pozostaje niewidzialny dla wszystkich. Po prostu jest. I tyle.

On: Czyli obowiązuje wielowiekowa zmyłka: błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli, ostatni będą pierwszymi, cierpliwi będą nagrodzeni i takie tam podobne popierdółki, co?

Ona: Nie zmyłka i popiedółki tylko prawda. Prawda naszej egzystencji!

On: Skucha! Tak się składa, kochanie, że akurat w takie dymane prawdy naszej egzystencji nie wierzę. Oczywiście, my wszyscy możemy w te czy inne jakoby prawdy uwierzyć, jednak istotniejsze tutaj jest co innego: żebyśmy tylko mogli to zrobić! Tak się składa, że ja jakoś nie mogę.

Ona: Dlaczego? Co ci przeszkadza to zrobić?

On: Inteligencja i wiedza, kochanie, nie pozwalają mi na to. A najkrócej rzecz ujmując, nie pozwala mi na to samo życie.

Ona: Nie rozumiem. Jak to życie?

On: Po prostu – życie człowieka nie pozwala mi uwierzyć w te wszystkie bajania o jakimś tam bogu, jego synu, niebie, piekle i czyśćcu, czy też raju. Nie pozwalają mi uwierzyć zbrodnie człowieka, zło immanentnie w nim tkwiące, ustawiczna potrzeba zabijania, śmierć dzieci, które nie zdołały jeszcze niczego złego uczynić, i tak dalej, i tak dalej.

Ona: Widocznie Bóg tak chce. Niezbadane są wyroki boskie.

On: Właśnie! I masz odpowiedź na swoje pytanie.

Ona: To znaczy?

On: Niezbadane są wyroki boskie! Ja takich wyroków nie akceptuję, są one bowiem dla mnie niezrozumiałe. Może właśnie dlatego, że będąc zbyt boskimi, pozostają wręcz nieziemsko nieludzkie. A Bóg, taki Bóg, cholernie podobny do nas w swojej małości i nikczemności nie jest mi do niczego potrzebny. Świetnie daję sobie radę bez niego.

Ona: Kiedyś zrozumiesz że…

On: Kochanie, zejdź z tej ambony. Ja już dawno zrozumiałem tyle, ile trzeba. Dzisiaj jestem jedynie konsekwentny w swoim postępowaniu. Poza tym nie chce mi się już z tobą o tym gadać. Idź do tego kościółka, a ja w tym czasie zrobię równie pożyteczną rzecz: poczytam sobie podobną literaturę – fantasy. No i oczywiście grozy.

Ona: Och, Jarek, Jarek.

I tak zaczęła się kolejna niedziela, w pewnym domu, pewnych ludzi. Niedziela, jak wiele poprzednich. Jedno jednak nie dawało Jarkowi spokoju: Niewykluczone – czasami myślał – że gdyby to zrobił, tzn. uwierzył w różne bajania, wbrew logice i wiedzy jaką posiadał, tak jak wierzył w baśnie i klechdy kiedy był dzieckiem, gdyby uwierzył wbrew sobie, mógłby być jednym z najszczęśliwszych ludzi na tym padole niekończących się łez. Nie miałby co prawda żadnej pewności co do obiektu swoich wierzeń, miałby jednak za to jedno: spokój, święty spokój w zakresie nieznanego, a pośmiertnego.

Ament. Jak zwykle – w paździerzu.

12.08.2018 r.

09:04, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 sierpnia 2018

23 lipca zamieściłem tutaj wpis – W nawiązaniu do mistrzostw świata w Rosji, w którym pisałem, że dobrze się jednak stało, iż piłkarskie mistrzostwa świata odbyły się w Rosji, ponieważ może to skutkować w przyszłości bardzo pozytywnie tak dla Rosji, jak i całego świata. I co? Otóż takowe konsekwencje pomundialowe właśnie zaistniały! Już wyjaśniam o co chodzi.

Cytuję fragmenty felietonu W. Radziwinowicza, dziennikarza GW w Rosji z dnia 06.08.2018 r.:

Gwałtownie wzrosła sympatia Rosjan do Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. To efekt nie tylko udanego mundialu, ale też rozczarowania polityką Kremla.

Wyniki sondażu (przeprowadził je Ośrodek Lewady) dowodzą, że obecnie 42% Rosjan bardzo dobrze odnosi się do USA (…) podczas gdy jeszcze w maju przychylnie patrzył co piąty mieszkaniec kraju W. Putina. Wtedy nielubiący USA stanowili 68% obywateli; dziś też jest ich niemało, ale mniej niż lubiących, bo 40%.

A przypadku Europy jest jeszcze lepiej, bo odsetek lubiących ją w Rosji jest ten sam co w przypadku Amerykanów – 42% (w maju było 27%), a nielubiących – „tylko” 38%.

(…) Patrzeć cieplej w stronę zachodnią nauczył Rosjan mundial. (…) Turniej się udał. Rosjanie spodobali się gościom, goście Rosjanom, a jeszcze bardziej Rosjankom. Sądząc po opiniach w sieci, nie wszystkie romanse okażą się przelotne.

Takie wielkie wydarzenia jak mundial funduje się w Rosji narodowi, by go utwierdzać w poczuciu rosnącego patriotyzmu, skupiać wokół kierownictwa. Tym razem nie wyszło. Sondaże pokazują, że patriotyzm urósł. Ale taki zwykly, wynikający z dumy, że się udało, a nie mobilizacyjny, bo ci, przeciw którym nas się stale mobilizuje, okazali się mili i nam też okazywali sympatię – tłumaczył na antenie Radia Echo Moskwy Lew Gudkow, szef Ośrodka Lewady.

Raptownej zmianie oceny Zachodu w oczach Rosjan towarzyszy równie gwałtowny, choć może chwilowy, spadek popularności „partii władzy” Jednej Rosji, rządu „teflonowego” Putina, na którego w wyborach prezydenckich dziś głosowałoby tylko (jak na warunki rosyjskie to mało) 49% wyborców.

Ponad dwie trzecie respondentów życzy sobie, by celem polityki państwa stało się zbliżenie „gospodarcze, kulturalne i polityczne” z Zachodem. (…) Ludzie są zmęczeni polityką konfrontacji z krajami zachodnimi, która ciągnie się już kilka lat i powoduje, że spadają realne dochody Rosjan – podsumowują socjolodzy Ośrodka Lewady.

(…) Andriej Kolesnikow z Fundacji Carnegie, który wspólnie z Ośrodkiem Lewady bada nastroje społeczne, prowadząc spotkania grup fokusowych, powiedział „Wyborczej”, że wśród Rosjan rośnie rozczarowanie polityką władz. – Ludzie powszechnie uświadamiają sobie, że przywódcy realizują swoje cele polityczne i militarne ich kosztem. Widzą, że zagrożenie ze strony zagranicy nie jest tak wielkie, jak wmawiają im politycy i telewizor. Mundial im to unaocznił. Chcą więc porozumienia z Zachodem – powiedział Kolesnikow.

Spuentuję to krótko: zwyczajnie odczuwam satysfakcję. Ogromną! Że nie pomyliłem się w ocenie naszych braci Rosjan i pomundialowych reperkusji. Oby miało to w najbliższej przyszłości mocniejsze przełożenie na rzeczywistość i doprowadziło do pozytywnych zmian u naszego wschodniego sąsiada.

08.08.2018 r. 

12:27, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 sierpnia 2018

On: I co, nadal jest aktualne to, o czym trułaś mi przez ostatnie dwa lata?

Ona: Co?

On: No, że chcesz mieć dzieci.

Ona: Słucham?

On: Pytam, czy nadal chcesz mieć dzieci. Przecież chciałaś!

Ona: Słyszałam. Zastanawia mnie, dlaczego właśnie teraz o to pytasz?

On: Przecież chciałaś…

Ona: To prawda, chciałam. Kiedyś.

On: Już nie chcesz?

Ona: Chcesz  nie chcesz, co cię naszło, że akurat dzisiaj chcesz o tym rozmawiać?

 On: Każdy dzień jest dobry na taką rozmowę. To jak, chcesz czy nie?

Ona: A coś ty taki w gorącej wodzie kąpany? Przez tyle lat ci się z tym nie spieszyło, a teraz nagle… No dobrze, gdybym nadal chciała, to co?

On: No, gdybyś chciała to…

Ona: No, słucham. Gdybym chciała to…

On: To mógłbym służyć…

Ona: Służyć? Jak? Radą?

On: A tam radą! Praktycznie, praktycznie chcę pomóc.

Ona: Jeżeli cię dobrze rozumiem, proponujesz mi swój udział w…

On: W rzeczy samej – chodzi o robienie dzieci. Przemyślałem to i doszedłem do wniosku, że lubię je robić.

Ona: Przecież żadnego jeszcze nie masz, to co tutaj lubić?

On: No, lubię tę drogę, która doprowadza do nich. Chociaż to droga niejako do zatracenia, ale co mi tam! Co prawda gorzej u mnie z ich wychowywaniem, to znaczy dzieci, bo nie mam w tym żadnego doświadczenia jak zauważyłaś, ale robić je – dlaczego nie. Poza tym, tak przy okazji, proponuję ci jedną niezmiernie ważką rzecz: świetny materiał genetyczny. Aha, no i w ogóle sporo przyjemności.

Ona: Jesteś niezwykle wspaniałomyślny. Trudno będzie mi się odwdzięczyć.

On: Wiem. Niemniej przemyśl to i to w miarę szybko. Jutro bowiem oferta może być już nieaktualna.

Ona: Nieaktualna?

On: Mogę się rozmyślić. Nic nie trwa wiecznie, kochanie. No, może oprócz ospy i wiecznego pióra.

Ona: Świetnie! Tylko jedno mnie jednak martwi.

On: No, co takiego?

Ona: Mamunia powiedziała mi ostatnio, żebym się tak znowu z tymi dziećmi nie spieszyła, bo nie ma do czego. Wiesz – pieluchy, cycki duże, w ogóle mogę się roztyć – nie będzie ci to przeszkadzać?

On: Zobaczymy. Poza tym nie patrz na to tak pesymistycznie, masz jeszcze koleżanki. Będzie dobrze.

Ona: Jednak jesteś świnia, wiesz.

On: Nie fisiuj, dobra? I biegusiem tutaj do łóżeczka jak nie chcesz spaść z konika niczym księżniczka Anna i się poobijać.

Ona: Brutal.

On: Brutal i zasadzkas, moja księżniczko. Like our all life.

04.08.2018 r.

11:39, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 sierpnia 2018

Nie znałem Kory, czyli Olgi Jackowskiej, podobnie zresztą jak i jej byłego męża Marka; nie znałem również Cz. Niemena, T. Nalepy, M. Grechuty, G. Ciechowskiego, B. Meca i wielu, wielu innych muzyków, czy też aktorów z naszego rodzimego podwórka, którzy odeszli w ostatnich latach, nie dożywając nawet 70-tki. Tych za granicą również było wielu, którzy nie osiągnęli ww. wieku, jak choćby Prince, G. Michael, W. Huston, czy M. Jackson, ale ci nie weszli w moje życie tak głęboko i intensywnie jak artyści rodzimi. Ci pierwsi poprzez swoją artystyczną twórczość byli permanentnie obecni w moim życiu od najmłodszych lat, stając się poniekąd członkami mojej najbliższej rodziny. Dlatego właśnie śmierć niektórych z nich dotknęła mnie w sposób szczególny.

W zasadzie mógłbym tutaj zakończyć niniejszy wpis, tyle tylko, że chciałbym przy tej niemiłej dla wszystkich okazji, zwrócić uwagę na jedną niezmiernie ważną rzecz: to, że wcale dłużej nie żyjemy, jak nam się od lat próbuje wmówić! A nie żyjemy dłużej z kilku powodów. Jednym z nich, nie wiem oczywiście czy podstawowym, oprócz ustawicznego stresu, szalonego zabiegania, szkodliwego środowiska w jakim tkwimy na co dzień, czy braku poszanowania dla własnego organizmu, jest z całą pewnością nasza zatruta żywność! A jemy, trzeba to jasno i stanowczo powiedzieć, coraz więcej świństw! Dzieje się tak przede wszystkim ze względów ekonomicznych, gdzie zysk już dawno przesłonił zarówno moralną, jak i racjonalną stronę naszej egzystencji. Bo ważne jest przecież przede wszystkim,  żeby było więcej, szybciej, taniej!

Nie będę się tutaj rozpisywał szczegółowo na temat zjadanych przez nas tłuszczów trans, które spotkać można w zasadzie wszędzie: w słodyczach, w różnego rodzaju masmiksach czy margarynach, a skończywszy na wędlinach; nie będę pisał o faszerowanych różnego rodzaju sterydami kurczakach; nie napiszę również o hodowlanych rybach, takich jak choćby panga czy łosoś norweski; nie będę również szczegółowo rozwodził się na temat tego, co znajduje się w głowach osób chorych na alzheimera (w mózgu tych osób stwierdzono obecność aluminium i przywry jelitowej!). Napiszę jedno: to wszystko razem wzięte plus aluminium powoduje wiele chorób, które ewidentnie skracają nasze życie!

Kto będzie chciał się dowiedzieć, co za czort ta przywra, znajdzie niezbędne informacje na ten temat w internecie, ja chciałbym dzisiaj przy okazji zwrócić jedynie uwagę wszystkich na pewną aplikację, dzięki której można uniknąć wielu wpadek z wyborem żywności przy zakupach.

Aplikacja, która może pomóc w uniknięciu kupna żywieniowego paskudztwa, to: zdrowezakupy. Ściągnijcie ją na telefon i skanujcie w sklepach z żywnością. Złapiecie się za głowę, gdy zobaczycie, czym nas różni dobroczyńcy od żywienia karmią, a co, według mnie, ma ogromne znaczenie w kontekście naszej kondycji zdrowotnej. Gwarantuję wam – przeżyjecie prawdziwy szok!

Dlatego nie wierzcie w te wszystkie bezrefleksyjnie powtarzane głupstwa o naszym jakoby dłuższym żywocie! Oczywiście, ono jest, statystycznie rzecz ujmując, dłuższe, ale jedynie w odniesieniu do ludzi sprzed wieków; w odniesieniu do roczników międzywojennych pozostaje ono już znacznie krótsze! Co zresztą jest do sprawdzenia, bo ci pierwsi cieszą się naprawdę długim życiem, podczas gdy ci drudzy umierają przedwcześnie (przykład choćby ww. artystów).

 Ludzie z okresu międzywojnia, czy jeszcze wcześniej, dożywali, nadal zresztą to robią, sędziwego wieku i nierzadko w dobrej kondycji. Zawdzięczają to, tego jestem pewien, przede wszystkim temu, że w swoim czasie, gdy ich organizmy się rozwijały, dojrzewały, jedli produkty nieskażone, gdzie masło było masłem; mleko mlekiem; chleb chlebem, a kiełbasa kiełbasą, czy mięso mięsem!  Dzisiaj w miejsce naturalnych zdrowych produktów weszło jedzenie szybkie, zaprawione chemią do granic obłędu! Zeskanujcie parę produktów, a sami się przekonacie o czym mówię.

Jeżeli żyjemy dłużej – bo przecież są i tacy, którzy stawiają na zdrowy tryb życia, co się zdarza, ale co nie jest, niestety, regułą – to żyjemy przede wszystkim w przedłużającej się agonii, dzięki rozwojowi medycyny, naturalnie. Innymi słowy – płacimy ogromną cenę za przyśpieszony rozwój i pragnienie szybkiego zysku.

01.08.2018 r.

12:38, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl