RSS
środa, 30 sierpnia 2017

Gdy miałem 20-25 lat hasło: Bóg, Honor, Ojczyzna – niekoniecznie z tym pierwszym członem – z pewnością coś dla mnie znaczyło. Dzisiaj w zasadzie wszystko wyblakło, tracąc na wartości i za żaden człon tego hasła umierać na barykadach już bym nie chciał. A już na pewno nie z własnej woli. Jakiekolwiek bowiem barykady wcześniej czy później i tak trafia szlag, a samo hasło brzmi dla mnie dzisiaj niezwykle pusto. Niczym wydmuszka. A za wydmuszkę, choćby i najpiękniejszą, ginąć nie warto!

Bo co znaczy dzisiaj Ojczyzna? Pomijając tutaj aspekt patriotyczny i wynikającą z tego pojęcia definicję, to, tak naprawdę, jedynie szczytny pretekst, lep używany, czy raczej nadużywany przez cwanych polityków, którzy mając głęboko w dupie całe społeczeństwo, kręcą swoje wałki. Dla nich bowiem ważni są jedynie oni sami, ich najbliżsi i koledzy partyjni. My jesteśmy jedynie mięsem armatnim. Zresztą, zawsze nim byliśmy dla rządzących, bez względu na sztandary partyjne tych, którzy rządzili (może za wyjątkiem pierwszego rządu przełomu ustrojowego). Tylko dzisiaj jest to aż tak bardzo widoczne, że aż bolą oczy!

Bóg z kolei, to taki – jak już tutaj kiedyś napisałem – klucz-wytrych, który ma rozwiewać wszystkie nasze wątpliwości w kwestiach transcendentalnych. Tyle tylko, że ja pieprzę taki klucz-wytrych! Niepotrzebny mi on ani do szczęścia, ani w ogóle do życia. Sam sobie poszukam odpowiedzi na dręczące mnie ontologiczne pytania.

W ogóle, kto Go widział? Kto wie, czym On jest i czy w ogóle jest, żeby mieć jakiekolwiek prawo do narzucania mi Jego postaci w roli straszaka? Przyjąć Jego istnienie tylko na wiarę, bo tak wygodniej, łatwiej wytłumaczyć życie tu, a także to, co po życiu tam – to nie dla mnie. Ten miodzik dla naiwniaków zupełnie mnie nie interesuje.

Na koniec pozostaje ostatni człon tego specyficznego triumwiratu – Honor! Ten jest o tyle ważny, że nierzadko jest jedyną rzeczą, którą tak naprawdę dysponujemy. Tyle tylko, że w czasach pokoju jest on mało użyteczny. Bo to ani tym nie można nakarmić dzieci, ani kupić im wyprawki do szkoły i w ogóle okazuje się mało przydatny.

Oczywiście, można się nim ujmować w różnych sytuacjach i z reguły dostawać po dupie, tylko czy naprawdę warto to robić? Czy warto bronić go za wszelką cenę, nierzadko zresztą kosztem rodziny i standardu swojego życia?

Na koniec coś z gatunku wisielczego humoru, dosłownie trzy zdania o człowieku, który bronił swojego honoru do końca.

Ona: Co zrobił, powiesił się?

On: Ależ skąd! Próbował jedynie w specyficzny sposób odczytać pismo węzełkowe.

30.08.2017 r.

11:33, adelmelua
Link Komentarze (4) »
niedziela, 27 sierpnia 2017

Mordo ty moja! Oszalały egocentryku! Nałogowy kłamco i frustracie! Pijawko i rewolucjonisto w bamboszach, wiedz, że jesteś najpotworniejszym nieszczęściem ostatnich trzydziestu lat, jakie się mogły przytrafić temu krajowi. Spolaryzowałeś nie tylko scenę polityczną, ty, co gorsza, poróżniłeś całe rodziny i grupy społeczne, tak głęboko skonfliktowałeś społeczeństwo, że dzisiaj trzeba twojego definitywnego zniknięcia z przestrzeni publicznej, a także wycofania się z życia politycznego tych wszystkich, którzy zapatrzeni w ciebie niczym w jakiegoś demiurga, robią rzeczy i głupie, i nie dające się wytłumaczyć niczym innym, jak tylko ślepym, chorym posłuszeństwem, żeby wszystko wróciło do normy, na utarte tory zwykłych, zdrowych stosunków międzyludzkich.

W metodycznym dążeniu do celu poprzez kłamstwo, bez najmniejszych zresztą skrupułów, stałeś się nieodrodnym synem swojej epoki – epoki dominacji dwóch antyludzkich ideologii wyniszczających ludzkość: faszyzmu i komunizmu. W ten sposób dokonałeś, wydawać by się mogło, rzeczy niemożliwej: zbudowałeś swoje królestwo na odrażającym, obrzydliwym kłamstwie przy współudziale człowieka z Torunia, który będąc tak naprawdę z krwi i kości capo di tutti capi, pełni jednocześnie rolę pokrętnego duchownego, przed którym dwa tysiące lat temu ostrzegał Jezus, mówiąc:

Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami”!

Tak, do ciebie mówię – człowieczaku nad człowieczakami! Jesteś potwornym nieszczęściem tego kraju!

Ci, co cię znają, mówią, że jesteś fajny gość, ciepły, przyjazny, dowcipny. Nie mówię że tak nie jest. Ale jeżeli nawet, to jest to tylko jedno z twoich oblicz, drugie należy do człowieka, który jest dziwakiem i tak naprawdę nie lubi ludzi! Może kocha koty i inne zwierzęta również – tego nie wiem, wiem natomiast że jesteś człowiekiem podłym, zawistnym, pamiętliwym, nie uznającym kompromisów – chyba że na własnych warunkach, dążącym po trupach – i nie jest to żadna przenośnia: Smoleńsk jest tutaj najlepszym tego przykładem – do celu. Choćby najbardziej chorego, niszczącego ten kraj i jego obywateli. A utwierdził mnie w tym poglądzie twój niedawny występ w sejmie, gdy wręcz oszalały z nienawiści oskarżałeś innych posłów, że zamordowali ci brata i są zdradzieckimi mordami!

Nie wiem, skąd w tobie tyle zajadłości i determinacji w niszczeniu wszystkiego i wszystkich, którzy się z tobą nie zgadzają i nie chcą uczestniczyć w twoim pochodzie do samozagłady. I raczej nie chcę tego wiedzieć. Pragnę jedynie, żeby w końcu dotarło do ciebie, że po tobie również będzie życie i ważne jest, aby toczyło się ono w warunkach przyjaznych, pokojowych. Więc nie wywołuj potopu i odejdź. Dobrowolnie. Proszę.

To pisałem ja – zdradziecka morda!

27.08.2017 r.

06:01, adelmelua
Link Komentarze (4) »
czwartek, 24 sierpnia 2017

Leżąc w szpitalu w maju, starałem się nadrobić zaległości czytelnicze. Na pierwszy ogień poszły więc gazety, po czym sięgnąłem po książki. Jako że dobrze wspominałem Boga X i Świat diabła, więc pomyślałem, że dobrze będzie kontynuować przygodę z literaturą W. Jerofiejewa i rzuciłem się na jego Sąd Ostateczny.

Niestety, to, co napotkałem na pierwszych kilkudziesięciu stronach tej powieści, okazało się dla mnie czymś nie do przejścia. Może dalej będzie lepiej. W tym momencie jednak pozostaje mi jedynie rozczarowanie podobne zresztą do tego, jakie spotkało mnie przy lekturze Podziemnych J. Kerouac’a. Zapewne nieprzypadkowo, ponieważ obie książki posiadają podobny sposób narracji. O ile jednak u tego ostatniego chodziło zapewne o pewien zabieg literacki, relację choćby i chaotyczną po spożyciu środków odurzających, o tyle u Jerofiejewa jest tylko pomysł, mnogość wulgaryzmów i ekstremalnych zachowań nie mieszczących się w przyjętych standardach. Zapewne też czemuś służących, tyle że ja do tego momentu, który by mi to powiedział, nie dotarłem. Niemniej, jak wspomniałem wyżej, może trochę później zostanę oświecony, a tym samym wszystko się wyjaśni. Oby.

To nie wszystko jednak, jeżeli chodzi o Kerouac’a: zaliczyłem jeszcze jedno dłuższe opowiadanie zatytułowane Pic. I, powiem krótko: ono, na szczęście, uratowało moją opinię o tym amerykańskim pisarzu ery beatników. Pic bowiem okazał się porządnym kawałkiem świetnej literatury!

W dalszym zmaganiu się z literaturą poszły na tapetę pisarki niemieckojęzyczne, mianowicie A. Jelinek i H. Muller. O ile jednak przy lekturze książki tej ostatniej, Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie, odczuwałem coś na kształt znużenia, to muszę przyznać, że było to jedynie preludium do przeżywania katuszy, jakie pojawiły się przy lekturze E. Jelinek i jej Dzieci umarłych. Tutaj dopiero przyszła męka i prawdziwy horror! Już po przeczytaniu kilkudziesięciu stron w zasadzie byłem pewien, że nie dotrę do jej końca. I tak też się stało. Zapewne kiedyś do niej wrócę. Pytanie: kiedy? Jak dojrzeję – metrykalnie? Emocjonalnie? Cholera wie! Powrót jednak do tej pisarki jest wskazany. W końcu tak ona, jak i Muller, to literackie noblistki, więc nie mogę sobie pozwolić na lekceważący do nich stosunek. Tym bardziej, że ta ostatnia w pewien sposób jednak intryguje w swoim sposobie narracji.

Następnie niejako połknąłem Ukrwienia Janusza Wiśniewskiego i tomik opowiadań Margaret Atwood, zatytułowany Dobre kości. Obie niezwykle króciutkie w swojej objętości, obfite jednak w treści. Zestawiłem je razem nieprzypadkowo, ponieważ obie mają cechę wspólną: nietypowość w opisie tego, z czym się stykamy na co dzień, co nas otacza, co decyduje o naszym postępowaniu i wyborach.

W przypadku J. Wiśniewskiego, to zbiór kilkunastu króciutkich opowieści, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że ich autor, to jeden z najlepszych polskich pisarzy współczesnych, którego wiedza nie tyle nawet życiowa i humanistyczna – chociaż to też oczywiście – ile bardziej chemiczna, pozwala na doszukiwanie się w naszych relacjach damsko-męskich wpływu owych chemicznych związków, które niejako decydują za nas w wielu sytuacjach, z czego nierzadko nie zdajemy sobie nawet sprawy.

M. Atwood natomiast, jak zwykle uwiodła mnie celnością spostrzeżeń, nietypowym poczuciem humoru, a także niesłychanie wyczulonym uchem na rzeczywistość.

Muszę jeszcze wspomnieć o Anatoliju Marczence, którego książkę Moje zeznania przeczytałem w zasadzie na jednym oddechu. Nie będę jednak rozwodził się na jej temat – pisałem już o niej tutaj jakiś czas temu – niemniej jedno muszę napisać: namawiam tych wszystkich, którzy chcieliby się dowiedzieć, jak wyglądały więzienia i łagry w czasach Związku Radzieckiego, do jej przeczytania. Takie łagry i więzienia bowiem zawsze mogą wrócić. Nie mówię że pojawią się one u nas, chcę jedynie powiedzieć, że natura człowieka jest słabo reformowalna, więc zawsze istnieje niebezpieczeństwo powrotu tego w nas, co złe, podłe i niegodziwe. W myśl zresztą powiedzenia, że – historia lubi się powtarzać. Oczywiście w innym czasie i okolicznościach, niemniej jednak jej mechanizmy zawsze są niezwykle podobne. Co w zasadzie nie powinno dziwić: w końcu tworzą je ludzie. a my, jak wspomniałem wyżej, w swojej naturze jesteśmy prawie niezmienni.

Na koniec W morzu śmierci. Wspomnienie syna – Davida Rieffa. To osobisty pamiętnik o umieraniu jego matki – Susan Sontag, znanej eseistki, jednej z najciekawszych pisarek ubiegłego wieku. I nie jest nawet istotne, że główna bohaterka tej książki umierała na raka, ważna jest jej walka i nadzieja przeżycia. Aż do końca. Pomimo fatalnych rokowań.

To rzecz o tyle ważna dla człowieka, że każdy z nas stracił kiedyś kogoś bliskiego. I nieistotne w jakich okolicznościach miało to miejsce, ważne, że tego doświadczył. Albo doświadczy wkrótce.

24.08.2017 r.

09:05, adelmelua
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 sierpnia 2017

Od kiedy rządy w Polsce przejęło Prawo i Sprawiedliwość, NSZZ Solidarność znalazł się jakby na uchodźstwie. Podobnie zresztą jak do niedawna osobnik p.o. prezydenta. O ile jednak ten ostatni na jakiś czas wrócił, to rzeczony wyżej Związek nadal jednak bawi za granicą. Czy o czymś to świadczy? Bezsprzecznie o jednym: że ci, którzy zarządzali i zarządzają nadal tym Związkiem, to jednak prawdopodobnie palanty, jak się o nich raczył wypowiedzieć na początku lat 90-tych poseł R. Zając. Okazuje się bowiem po latach, że mimo upływu czasu w mentalności działaczy niewiele lub zgoła nic się nie zmieniło. Więcej – jest jeszcze gorzej: nie tylko nie ma teraz z kim tam rozmawiać, w tym momencie aż żal nawet patrzeć na nich, bo oczy tak bolą, jak podczas potężnego zaparcia!

Kiedyś Lech Wałęsa wytoczył sprawę GW o znaczek Solidarności, który chciała używać w swoim tytule. Oczywiście miał rację, o czym byłem od początku świecie przekonany. Tyle, że musiał to potwierdzić wyrok sądowy. Dzisiaj działacze tego Związku używają nadal tej historycznej nazwy, tyle tylko, że ani ich Związek, ani oni sami niewiele mają wspólnego z tamtym zrywem solidarności społecznej. Dlatego, myślę, jak najbardziej słusznym byłoby odebranie im tej nazwy. Mogą sobie zostawić trzon o nazwie Związek Zawodowy. To wszystko. Tyle mogą i tyle im się należy!

Z tym Związkiem Zawodowym zresztą jest tak, jak z tymi, którzy od prawie dwóch tysięcy lat nawijają brednie o pewnym chłopaku z Nazaretu o imieniu Jezus, albo o czymś czasowo nam bliższym – katastrofie smoleńskiej. Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku wiadomo jak było: tak jak pan Kłamczyńśki i politycy Prawa i Sprawiedliwości przyczynili się do katastrofy smoleńskiej, tak również Jezus nie był żadnym synem boga i nie umarł na krzyżu za grzechy ludzkości, jak głosi katolicki Kościół i jego wyznawcy. W każdym razie z całą pewnością nie skonał za moje grzechy! Tak w ogóle, to za żadne skarby świata nie chciałbym, żeby ktokolwiek umierał za moje winy. Jakiekolwiek by one nie były.

Ament.

P.S.

Gdyby ktoś był zainteresowany moim wpisem sprzed roku, dotyczącym właśnie posła R. Zająca, zapraszam tutaj: http://dagome.blox.pl/2016/06/Takie-tam.html

20.08.2017 r.

10:13, adelmelua
Link Komentarze (4) »
środa, 16 sierpnia 2017

Obecny rząd-nierząd, jak zwykle pieprzy od rzeczy, że Unia Europejska uwzięła się na nas; że podstawia nam nogę i nierówno traktuje; że jest niesprawiedliwa i wpieprza się w te nasze sprawy, które nie powinny ją obchodzić itd., itp. Prawda jest jednak taka, że to nie UE uwzięła się na Polskę, tylko ów rząd-nierząd uwziął się z premedytacją sadysty na nas, na tych wszystkich Polaków, którzy nie maszerują w zgodnym chórze ze zwolennikami i klakierami pisowskich szaleńców u władzy.

Mówią – jak pan Zbiszek – że p.o. prezydenta A. Duda powinien być posłuszny i podpisywać, jak leci, co mu się pod nos podsunie. Tego w końcu wymaga lojalność wobec partii i tych, którzy na niego postawili i wypromowali. Bo to przecież oni – pan Zbiszek i poseł Kłamczyński tak naprawdę stworzyli A. Dudę od podstaw. To dzięki nim znajduje się dzisiaj tam, gdzie jest!

Na taką diagnozę odpowiem krótko: gówno prawda! Obaj panowie jedynie zaproponowali kandydaturę A. Dudy w wyborach prezydenckich. To natomiast, że nim został, że zwyciężył w konfrontacji z urzędującym wówczas prezydentem B. Komorowskim, to jedynie i wyłącznie zasługa samego A. Dudy! Idę o zakład z każdym, że gdyby taką rolę miał do wypełnienia Sasin, Błaszczak, świątobliwy Antonio, czy nawet sam pan Zbiszek, żaden z nich nie zostałby prezydentem. Żaden! Nadal byłby nim Bronisław Komorowski!

Dlatego mam tutaj prośbę: może przestańcie w końcu lać wodę, prawicowi niewydarzeńcy polityczni; ogarnijcie się trochę i nie opowiadajcie banialuk, że cokolwiek komukolwiek A. Duda zawdzięcza i dlatego winien jest im lojalność. Ta bowiem należy się jedynie nam – narodowi! Andrzej Duda ma sprawować swój urząd najlepiej jak tylko potrafi dla nas, ponieważ występuje na tym urzędzie w naszym imieniu – nie PiS-u i jego prezesa! W naszym!!!

Postaci w owym rządzie-nierządzie, które są wdzięcznym tematem tak dla dziennikarza, jak i satyryka, a w przyszłości – mam ogromną i silną nadzieję graniczącą z pewnością – również prokuratora, jest sporo. Począwszy od pani Szydło, poprzez Waszczykowskiego, Szyszkę, pana Zbiszka i kilku jeszcze innych, a na ministrze rozbrojenia narodowego kończąc. O każdej z tych osób można by sporo napisać i z całą pewnością nie byłyby to peany. Ja jednak chciałbym jedynie odnieść się do tego ostatniego, który wczoraj, w związku ze świętem Wojska Polskiego, miał grać pierwsze skrzypce – do wybitnego ministra nad ministrami, do świątobliwego Antonio!

To, że nasz minister rozbrojenia narodowego posiada co najmniej dziwne kontakty, wiedziano od dawna – przynajmniej od roku, od kiedy Tomasz Piątek zaczął o tym pisać w GW. O ile jednak można jeszcze jakoś zrozumieć ślepych i zagorzałych fanatyków, którzy tępo bronili i będą bronić nadal tego szkodnika polskiej armii, mimo oczywistej niekorzystnej wymowy faktów dla naszego świątobliwego Antosia, to już z całą pewnością zupełnie nie można zrozumieć i wytłumaczyć tego, że broni go osoba p.o. premierki, a poseł Kłamczyński nie wyciąga żadnych wniosków i konsekwencji z zaistniałej sytuacji. Nie reagując bowiem w tej sprawie w ogóle, dopuszcza się współodpowiedzialności w tym, co ten człowiek wyprawia z polskim wojskiem!

Dlatego właśnie napisałem wyżej, że nie tylko mam nadzieję, ale wręcz pewność – chcę ją mieć! – że w momencie gdy obecny obóz polityczny utraci władzę, wszyscy odpowiedzialni nie tylko za ów stan rozkładu armii polskiej staną przed sądem, również znajdą się przed nim ci wszyscy, którzy tak bezceremonialnie, po chamsku wręcz łamali prawo w wielu obszarach naszego życia. Ja, jako obywatel tego państwa, wręcz domagam się tego! Dosyć bezkarnej dewastacji państwa w majestacie łamanego prawa!!

16.08.2017 r.

14:18, adelmelua
Link Komentarze (6) »
niedziela, 13 sierpnia 2017

Czy nie jest zastanawiające, że wszystkie ewangelie gnostyckie, które cudem dotrwały w większych czy też mniejszych fragmentach do naszych czasów, ukazują Jezusa jako człowieka, bez tych wszystkich cudów, których jakoby dokonywał, a które występują tak obficie w ewangeliach synoptycznych, na które powołuje się Kościół katolicki? Czy nie jest przypadkiem tak, że przybrały one taki właśnie kształt, ponieważ, odczłowieczając swojego bohatera i czyniąc go istotą boską, tak naprawdę powstały na potrzeby tej instytucji i ściemniania szerokich mas społecznych w jednym celu: posiadania władzy nad rzędami dusz? Albo: czy nie zastanawiające jest, że jakoby Bóg Jahwe przysyła na ziemię swojego syna, który ma dokonać ekspiacji całej ludzkości za cenę swojej okrutnej śmierci na krzyżu i używa przy tym niezwykle hermetycznego języka, bo aramejskiego, zawężając w ten sposób grupę ludzi, do których mógłby trafić, gdyby posługiwał się jednak językiem dostępnym większej ilości ludzi, czyli w tamtym czasie przynajmniej greką, jeżeli nie łaciną? W końcu chodziło przecież o rozpowszechnienie jego nauki, więc, co podpowiada logika, powinien być łatwiej rozumiany. Używając natomiast aramejskiego skazywał siebie jednak w pewien sposób i swój przekaz właściwie na anonimowość!

Takich i podobnych wątpliwości jest oczywiście znacznie więcej. Na przykład apostoł Piotr w ewangelii Marii Magdaleny mówi do niej: Siostro, wiemy, że Nauczyciel kochał cię inaczej niż inne kobiety, powiedz nam, cokolwiek pamiętasz ze słów, które ci rzekł, a których myśmy nie słyszeli. Gdy M.M. mu opowiada to, co usłyszała od Jezusa, ten sam Piotr neguje prawdziwość jej słów! Na co reaguje Lewi, mówiąc: Piotrze, zawsze byłeś człowiekiem porywczym i teraz widzimy, że odrzucasz tę kobietę, tak jak czynią to nasi wrogowie. Jeśli jednak Nauczyciel cenił ją, to kimże jesteś, żeby ją odrzucać? Z pewnością Nauczyciel znał ją bardzo dobrze, gdyż kochał ją bardziej od nas. Kochał ją bardziej od nas! Czy to nie zastanawiające, tym bardziej w kontekście ewangelii Filipa, w której wielokrotnie pada sformułowanie, że Jezus całował ją przy nich w usta?

Oczywiście że to musi zastanawiać, tyle tylko, że tak naprawdę postawa Piotra jest jak najbardziej logiczna – był w końcu nie tylko poważnie zaniepokojony rosnącą pozycją Marii Magdaleny, ale był również zwykłym mizoginem, o czym świadczą choćby jego słowa pochodzące z ewangelii Tomasza: Niech Mariham (Maria Magdalena) odejdzie od nas. Kobiety nie są godne życia. Więc nic dziwnego, że nie darzył jej ani przyjaznym uczuciem, ani tym bardziej szacunkiem.

Nie przeczę, może w sprzyjających okolicznościach mógłbym uwierzyć w różne religijne bajania i zgodzić się, że było tak, jak twierdzą ludzie głęboko wierzący w takie czy inne mocno wątpliwe wydarzenia. Mógłbym, pod jednym wszakże warunkiem: że wcześniej nie było Mitry i jego dwunastu uczniów, i który nie dokonywał podobnych cudów co Jezus, czyli nie uzdrawiał i nie zamieniał wody w wino, i że nie zmartwychwstał, i nie wstąpił do nieba, i że jego wyznawcy nie praktykowali chrztu wodą, co miało zapewnić im odpuszczenie grzechów; albo że Ozyrys, podobnie jak rzeczony wyżej Mitra, nie urodził się 25 grudnia, nie został ukrzyżowany w towarzystwie dwóch złodziei i po trzech dniach nie zmartwychwstał; czy też, że nie było żadnego Szymona, syna Józefa, o którym mówi napis na kamiennej tablicy, tzw. Objawienie Gabriela, które informuje o Mesjaszu, który jak ci ww. został również skazany na śmierć przez Rzymian, a jego krew miała zostać przelana, w odróżnieniu jednak od Chrystusa, nie za grzechy ludzkości, ale w celu odrodzenia Izraela; czy wreszcie na koniec, przyjęto by, iż woda, po której chodził Jezus, przeistoczyła się na skutek niskiej temperatury w lód, a na nieszczęsny samolot w Smoleńsku zamachnął się sam bóg wojny Ares! Gdy przyjmiemy ten sposób rozumowania, taką logikę wydarzeń, wówczas wszystko będzie grało jak należy, a ja stanę się z miejsca człowiekiem bogobojnym!

Na koniec powiem krótko: wiara w jakiegoś Boga, w istnienie jakichś tam światów czy też zaświatów, wiara w nagradzane dobro i karane zło, jedynie zamazuje obraz rzeczywistości człowieka i ogranicza go w jego codziennych działaniach. Ale cóż, widać szaleństwo ma to do siebie, że jest, mimo upływu czasu, niezmienne, więc:

      Każdemu według potrzeb

Jezus śmigał – ponoć – po wodzie,

Jego wyznawcy ślizgają się po lodzie.

P.S.

Gdyby ktoś był zainteresowany moją książką zatytułowaną Od Zeusa Do Jezusa, którą właśnie wydałem, zapraszam na stronę: http://jczaplinski.pl/, gdzie można ją sobie za darmo ściągnąć.

13.08.2017 r.

12:46, adelmelua
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 sierpnia 2017

Słońce oddalone jest od nas o mniej więcej 150 milionów kilometrów. Biorąc pod uwagę przestrzenie, z jakimi mamy do czynienia we wszechświecie, to tak naprawdę niezbyt duża odległość. W sumie wystarczyłoby nam osiem minut i dwadzieścia sekund, żeby tam dotrzeć, poruszając się oczywiście z prędkością światła, czyli 300 tysięcy km na sekundę. Tyle trwałby lot w tamtą stronę. Dodać jednak tutaj muszę, że byłby to lot zupełnie nieopłacalny, bo właśnie tylko w tę jedną stronę  w miarę bowiem zbliżania się do tej naszej gorącej gwiazdy-dobroczyńcy, zostalibyśmy przez nią doszczętnie unicestwieni! Co nie znaczy, że byłoby niedobrze, gdybyśmy jednak poruszali się z taką prędkością. W końcu dysponując taką techniką, moglibyśmy, okrążając ruchem eliptycznym słońce, dobrnąć do miejsca, które jest po drugiej jego stronie, a tym samym niejako do naszego lustrzanego odbicia!

Życie tutaj, na Ziemi, jak mówi nauka, było niszczone pięciokrotnie i za każdym razem się odradzało. Samoistnie. Albo, jak wielu chciałoby to „widzieć”, dzięki wymyślonemu przez człowieka Bogu. Jeżeli jednak Bogiem tym byłby Czas i Energia, które sprzyjały za każdym razem po zniszczeniach odradzaniu się życia, to jak najbardziej tak – w samej rzeczy życie stworzył Bóg! Jeżeli jednak przyjmiemy, że Energia i Czas nie mają nic wspólnego z jakimś „boskim bytem”, wówczas należałoby uznać, iż życie w tym miejscu naszego heliocentrycznego układu pojawiło się nie tyle dzięki, ile właśnie wbrew Niemu, tzn. wbrew Bogu! Albowiem owa ogromna siła życia, wynikająca z samej swojej natury, przetrwała na pohybel zniszczeniom – choćby takim jak wybuchy wulkanów, które miały miejsce w zamierzchłej przeszłości naszej planety nieco ponad 250 milionów lat temu, czy też bliższej nam czasowo katastrofy, bo „raptem” sprzed 65 milinów, jak uderzenie ogromnej asteroidy w półwysep Jukatan, które zlikwidowało w kredzie, końcowej fazie mezozoiku, najpotężniejsze gady, w tym oczywiście całą rzeszę dinozaurów, co z kolei miliony lat później, wytworzyło niejako odpowiednie warunki dla kogoś takiego jak my – ludzi. Czy dobrze się stało, to już inne zagadnienie, istotne, że się dokonało, w wyniku czego jesteśmy i, póki co, trwamy!

Ale jest jeszcze inne rozwiązanie zagadnienia pod nazwą życie, mianowicie – istnieje ono w wielu miejscach wszechświata, w wielu galaktykach podobnych, lub też, nie do naszej. A może też i w naszej. Na przykład w konstelacji Oriona, czyli tam, gdzie istnieją w jednym rzędzie trzy gwiazdy, które tak w starożytności, jak i dzisiaj, nazywane są, nomen omen chrześcijanie, Trzema Królami!

Te trzy gwiazdy wraz z Syriuszem, leżąc w jednej linii, wskazywały i wskazują nadal miejsce wschodu Słońca w dniu 25 grudnia, czyli wówczas, kiedy Słońce zmienia swoją pozycję na niebie o jeden stopień, a tym samym informuje o wydłużeniu się od tego momentu dnia, bliskim nadejściu wiosny i związanym z tym ciepłem i w ogóle budzeniem się wszystkiego do życia. Czy zatem czymś dziwnym jest, że właśnie ten dzień stanowił w kilku zamierzchłych kulturach moment przyjścia na świat jakiegoś bóstwa? W żaden sposób! To był wręcz doskonały moment na powszechne ogłoszenie takiej informacji. Jeżeli może coś tutaj zastanawiać, to raczej powiązanie kilku starożytnych ziemskich cywilizacji z Orionem, Syriuszem i Słońcem!

W swoich wierzeniach odnosili się do trzech gwiazd w pasie Oriona tak Chaldejczycy, nazywając je Tammuz, jak i Syryjczycy, którzy z kolei określali je Al Jabbar; ważne one były dla Indian Hopi, dla Egipcjan, czego przykładem jest usytuowanie trzech piramid w Gizie: Cheopsa, Chefrena i Mykerinosa, czy dla Chińczyków, których piramidy Xian (4500 lat) bez wątpienia mają związek z tą konstelacją; uwzględniał je również w swoich wierzeniach tajemniczego lud Nahua, o czym świadczy kompleks piramid w prekolumbijskim mieście Teotihuacan. Jakby tego było mało współcześni potomkowie Majów do dzisiaj rozpalają ogień w taki sposób, iż ustawiają trzy kamienie w odniesieniu właśnie do gwiazd w pasie Oriona i w ich wnętrzu rozpalają ogień. Kto wie zresztą, czy nie postępował podobnie w swoich wierzeniach lud Gobekli Tepe, żyjący na terenach południowo-wschodniej Turcji około 10 tysięcy lat p.n.e.!

Przyznam, że nie wiem, dlaczego tak się działo i że akurat ta konstelacja znalazła swoje szczególne odbicie w wierzeniach wielu starożytnych cywilizacji i to niezależnie od ich geograficznego położenia. Mogę jedynie spekulować, bardziej lub mniej błędnie. To jednak, co tutaj istotne, to przede wszystkim szukanie odpowiedzi na powyższe pytanie. Gdy je znajdziemy, wówczas – jestem tego pewien! – będziemy mieli o wiele mniej wątpliwości, co do początków człowieka na ziemi, jak i, niewykluczone, co do życia we wszechświecie w ogóle.

10.08.2017 r.

12:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 sierpnia 2017

Zapewne niejedna osoba zastanawiała się nad zagadnieniem, kto jest największym beneficjentem naszego wejścia do Unii Europejskiej? Oczywiście w szerszym zakresie, dzięki unijnym środkom finansowym zainwestowanym w rozwój naszych miast, miasteczek, wsi, zyskaliśmy wszyscy. Niemniej istnieją dwie grupy zawodowe, które zyskały niepomiernie wiele w porównaniu z innymi. Co najciekawsze, te dwie grupy paradoksalnie należą do najzagorzalszych eurosceptyków – to rolnicy i Kościół katolicki. Tak właśnie – rolnicy i katolicki Kościół!

Czy jest to zaskakujące? Nie bardzo, gdy weźmie się pod uwagę, że obie ww. grupy to najwierniejsi poplecznicy Prawa i Sprawiedliwości – partii, która, gdyby można było to uczynić, jeszcze dzisiaj najchętniej wyprowadziłaby nas z tego europejskiego towarzystwa. Czy to by jej się udało, to już inne zagadnienie, niemniej wyjście z Unii byłoby jej jak najbardziej na rękę!

Oczywiście, jak powtarzam od dawna, chciałbym, żeby pisowcy rządzili jak najdłużej, po to właśnie, żeby ich fanatyczni, niereformowalni wręcz wyborcy doświadczyli na własnej skórze skutków ich bezmyślnej w wielu kwestiach polityki. Gorzej tylko, że im dłużej oni u władzy, tym większe spustoszenie w kraju, a co za tym idzie trudniejsze usuwanie skutków ich działalności z przestrzeni publicznej w przyszłości.

Ale nie tylko w tym zakresie ich rządy odbijają się większości społeczeństwu gorzką czkawką i będą się jeszcze odbijać przez jakiś czas. Również dają nam one do wiwatu w kwestii katastrofy smoleńskiej!

Zdaję sobie doskonale sprawę, że to, co napiszę tutaj teraz, nie jest może do końca czyste moralnie, niemniej w kontekście tego, z czym mamy do czynienia w naszym kraju, czyli w świetle ciągnącego się od siedmiu lat smoleńskiego szaleństwa, jest jak najbardziej uczciwe, ze wszech miar pożądane i wytłumaczalne!

Otóż oprócz wspomnianych wyżej beneficjentów naszego wejścia do UE, posiadamy również inną grupę – w tym konkretnym przypadku przypominającą sępy, czy też hieny cmentarne – która „wyrywa” w ostatnim czasie wcale niemałe pieniądze z budżetu państwa. Ta grupa, to ludzie związani z katastrofą smoleńską, którzy na tragizmie tego lotu próbują ugrać finansowo dla siebie jak najwięcej. Tak jakby śmierć jednych była ważniejsza i boleśniejsza od śmierci drugich, z reguły tych bezimiennych, bo nieznanych szerszemu gronu obywateli; jakby ten konkretny wypadek różnił się od setek innych katastrof komunikacyjnych, a ci, którzy właśnie w niej zginęli, niejako mimowolnie „nadali” szczególne prawa swoim spadkobiercom do starania się o horrendalnie wysokie odszkodowania!

Nie twierdzę oczywiście, że nie należałoby takowych wypłacić rodzinom tych, którzy w tym tragicznym zdarzeniu zginęli – to pozostaje poza wszelką dyskusją (te zresztą zostały wypłacone!), ja mówię jedynie, że niektóre z tych rodzin – szczególnie te bogobojne, bardzo chętnie wypełniające sobie gęby frazesami o Bogu – próbują wyrwać z państwowej kiesy jak największy szmal! Czyli i z mojej kieszeni również, tak jakbym ja był w jakimś stopniu odpowiedzialny za ten lot i z tego tytułu miał uczestniczyć w narodowej ściepie.

A co, jeżeli nie mam ochoty dokładać się groszem do tej histerii i zaplanowanego w tym momencie cwaniactwa? Co, jeżeli takich ludzi jak ja są miliony? Dlaczego i w imię czego przymusza się nas do składania tej ofiary, poprzez narzuconą odgórnie decyzję o jej przyznaniu? Dlaczego śmierć innych ma być niejako nobilitowana i służyć żyjącym członkom niektórych rodzin do materialnego zabezpieczenia, podczas gdy wiadomo, że żadne pieniądze świata nie są w stanie niczego tutaj załatwić – ani nie ukoją bólu, ani też nie zniwelują utraty kogoś bliskiego? Dlaczego jeden wypadek staje ponad inne i próbuje się wokół niego budować narodową histerię, na dodatek wypadek spowodowany przez głupotę, krótkowzroczność, niekompetencję, niezdrową ambicję etc., etc.?

Takich i podobnych pytań z tym związanych można tutaj postawić wiele, tylko czy w ogóle jest ktoś w stanie uczciwie na nie odpowiedzieć, bez tego patetycznego bicia w bębenek z podręcznymi hasłami: Bóg, Honor, Ojczyzna?

08.08.2017 r.

09:02, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 sierpnia 2017

Mądry polityk, to człowiek przewidujący – negatywne zjawiska, zagrożenia, proponujący ich rozwiązania. Niestety, takich ludzi, nie tylko u nas, ale w ogóle na świecie jest jak na lekarstwo. A jeśli nawet się znajdują, to są marginalizowani, bez szans przebicia się ze swoim przekazem do szerszych mas społecznych.

W wyniku ostatnich wyborów u nas do władzy doszli, niestety, patriotyczno-religijni Hunowie i Wandalowie. Ten patriotyzm zresztą, jak i religijność, są mocno naciągane – to raczej taki nadmuchany do granic wytrzymałości balon, z którego przy lada sprawdzianie ulatuje powietrze. Z jednej strony bowiem mamy do czynienia z wysokimi patriotycznymi tonami, z drugiej jednak wręcz razi granie na jak najniższych ludzkich instynktach. Ta męcząca dysharmonia, co oczywiste, uprzykrza życie, zarówno nam tu – na miejscu, za granicą natomiast ośmiesza i powoduje żenadę. Dzieje się tak nie tylko dlatego, o czym napisałem powyżej, ale również dlatego, że większość polityków – tego jestem pewien! – to takie cwane gapy na wzór zarówno naszego świątobliwego ministra, któremu wszystko się pomyliło i zamiast stać na czele ministerstwa obrony narodowej, stworzył ministerstwo narodowego rozbrojenia, jak i jego kolegi z rządu ministra środowiska, któremu ochrona tegoż pomieszała się z dewastacją natury w imię jak największych zysków.

Rzekłbym – zdarza się, nie wiedzą co czynią. Tyle że, niestety, powiedzieć tak nie można, ponieważ obaj panowie robią to w sposób niezwykle świadomy, z premedytacją, co świadczy o nich jeszcze gorzej i pozbawia ich jakichkolwiek praw do zajmowanych stanowisk. Dlatego trzeba mieć nadzieję, że wkrótce ten koszmar się skończy i wszystko wróci do normy – do obrzydliwej wręcz przewidywalności!

05.08.2017 r.

12:50, adelmelua
Link Komentarze (8) »
środa, 02 sierpnia 2017

Wojna, bez dwóch zdań, należy do najpotworniejszych rzeczy, jakie człowiek może wyrządzić drugiej istocie; jest wszechogarniającym pożarem wszystkiego: domu rodzinnego, miasta, państwa, jego kultury, a w końcu wszystkiego co żyje – to bezrozumny pożar ciała i duszy. Dlatego powinno się zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby do takich tragedii jak wojna nigdy nie dochodziło.

Oczywiście, nie zawsze jesteśmy w stanie przeciwdziałać zbrojnej napaści jakiegoś państwa. W takiej sytuacji wojna się nieunikniona, a my stajemy niejako przed faktem dokonanym – musimy walczyć! Pytanie jednak, jakie się tutaj pojawia, brzmi: Jak i czym walczyć i czy w ogóle jest szansa na wygraną, czy jedynie na bohaterską śmierć? To pytanie jest o tyle ważne, jeżeli nie najważniejsze, że od razu ustawia naszą postawę we właściwym kontekście.

            Naturalnie, w każdej wojnie chodzi o zwycięstwo, ale nie tylko – przede wszystkim powinno chodzić o to, żeby uratować z niej jak najwięcej ludzi. Nie w tym bowiem rzecz, żeby – umierać za coś, przede wszystkim chodzi o to, żeby żyć dla czegoś, kogoś, po coś! Dlatego podejmowanie w niesprzyjających okolicznościach straceńczych decyzji o podjęciu jakiejkolwiek walki zbrojnej z wrogiem, jak to miało miejsce podczas powstania warszawskiego 73 lata temu, kiedy tak naprawdę nie było żadnych możliwości prowadzenia równorzędnej walki z wrogiem, to jedynie niepotrzebne generowanie dodatkowych ofiar i nieodpowiedzialne, wręcz zbrodnicze dolewanie oliwy do pożaru zniszczeń wojennych. To decyzje z gatunku zbrodniczych, bo wymierzone w swój naród, podjęte jedynie w wyniku niezdrowych jednostkowych aspiracji, a także w wyniku totalnego braku poszanowania czyjegoś życia.

Juliusz Machulski w ostatnim wywiadzie w GW powiedział na temat powstania: Zapamiętałem opinię jednego z uczestników powstania: Ono nie było błędem, błąd to coś, czego człowiek się wstydzi – ono było tragedią. Czyli po tylu latach, po zapoznaniu się z rachunkiem powstania, człowiek ten nadal uważał, że powstanie nie było błędem. Zgroza! Ja dodam od siebie jedynie tyle: to był jednak właśnie błąd, tragiczny błąd!

Niektórzy mówią, jak np. nieżyjący już dzisiaj Jan Nowak Jeziorański, że powstanie było błędem, ale musiało się dokonać, że to był niejako dziejowy przymus. Z takim poglądem również się nie zgadzam! Takie podejście bowiem świadczy o fatalizmie i jakiejś niewytłumaczalnej dziejowej konieczności, że cokolwiek byśmy nie zrobili, to i tak nie jesteśmy w stanie uniknąć przeznaczenia. Bzdura! Nie ma czegoś takiego jak historyczny los nie do uniknięcia. Bo to by znaczyło, że istnieje jedynie jakieś pieprzone przeznaczenie miejsca, a wszyscy, którzy znaleźli się w nim rozmyślnie czy też przez przypadek, wpadają w szpony przeznaczenia tego właśnie miejsca, czasu i jego okoliczności.

Czy to jest w jakiś sposób logiczne? Czy da się w ogóle  obronić w kontekście indywidualnego przeznaczenia? Dla mnie w żaden sposób. Dlatego nawet nie będę próbował tego robić. Jestem to winien tym wszystkim, którzy byli przeciwko temu szalonemu i nieprzygotowanemu zrywowi. Może i romantycznemu, na pewno jednak nie dającemu się w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć i usprawiedliwić. Wręcz przeciwnie – wszystko to, co się podczas powstania warszawskiego wydarzyło, a także co stało się po nim, obwinia tych, którzy decyzję o jego rozpoczęciu podjęli.

02.08.2017 r.

09:03, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl