RSS
wtorek, 30 sierpnia 2016

Nareszcie: jest prąd! Chwalmy Pana! Zaprawdę powiadam wam – wychwalajmy pod niebiosa!

No dobrze, dosyć tej wazeliny. Przechodzę do rzeczy, czyli nadrabiania zaległości, czyli do tekstu, który miał się ukazać 25 sierpnia.

Lech, jak powszechnie wiadomo, pracował w stoczni gdańskiej jako elektryk. Przeskoczył, czy też nie przeskoczył płot – nieistotne, ważne, że stanął na czele strajku i – zaczęło się: osiem lat później doszło w Polsce do zmian ustrojowych.

Zapyta ktoś dzisiaj: Jaki Lech? Nie myślę. Wszyscy przecież, jeżeli jeszcze tego nie wiedzą, to właśnie się dowiadują: oczywiście – Lech Kaczyński! Nawet małe dziecko wie, że nikt inny, jak właśnie on w sierpniu 1981 roku stanął na czele zorganizowanego przez siebie strajku i poprowadził nas prostą, łatwiutką drogą do uniezależnienia się od wielkiego brata ze Wschodu, i do demokracji. W ogóle to był zuch nad zuchy! Podobnie zresztą jak jego brat – bliźniak. Pospołu nie bali się niczego – ani lądowania w Tbilisi w czasie konfliktu zbrojnego Gruzji z Rosją, ani tym bardziej lotniska w Smoleńsku. W końcu występowali w dwóch osobach, czyli prawie jak Bóg, który istnieje ponoć w trzech.

Niestety, wzorem Achillesa, który miał jeden słaby punkt, Lech K. również go posiadał: była nią wręcz dziecięca ufność w każde słowo swojego braciaka. Wierzył mu bezgranicznie i bez najmniejszych zastrzeżeń, co, jak dzisiaj wiemy, zaprowadziło go ostatecznie na owe nieszczęsne lotnisko w Smoleńsku. Innymi słowy ów bóg w dwóch osobach może i mógł wiele, jednak nie wszystko – katastrofy, w której zginął, przewidzieć nie potrafił, a braciak wraz ze świątobliwym Antonim nie potrafili jej w żaden sposób zapobiec.

Dlaczego stało się to, co się stało? Oczywiście, Prawo i Sprawiedliwość obarcza winą za cały ów nieszczęsny lot do Smoleńska wszystko i wszystkich, tylko nie siebie. Więc tym samym braciak nieżyjącego dziś prezydenta, bliscy współpracownicy Lecha K., a także on sam, są krystalicznie czyści! Tylko że w takim stawianiu sprawy jest pewna luka: nie kto innymi, jak właśnie pan prezes, ubrał swojego brata w owe prezydenckie za duże dla niego buty. To on go pchał w sytuacje, w których nieżyjący prezydent czuł się nieswojo; on wymuszał na nim takie zachowania, które, podejrzewam, były mu jednak obce i których chyba też nie znosił. I nie co innego, jak właśnie ten łańcuszek przyczynowo-skutkowy zaprowadził Lecha K. i blisko setkę uczestników feralnego lotu w kwietniu 2010 roku tam, skąd powrotu nie było. Tam bowiem, gdzie spotyka się buta, arogancja i ignorancja z bylejakością i niekompetencją, musi dojść wcześniej czy później do tragedii. W Smoleńsku, niestety, doszło. Stało się to, co nie powinno się nigdy wydarzyć. Bezmyślna pycha została ukarana najboleśniej, jak tylko mogło to mieć miejsce.

Dlatego na koniec powiem tak: Spieprzyłeś sprawę, panie Jarek! Pokpiłeś kwestię bezpieczeństwa swojego brata, będąc przekonanym o swojej nieomylności, genialności i zapewne niewytłumaczalnej boskiej opiece, która jakoby miała wam sprzyjać. Bo w końcu ten Bóg, jak powszechnie wiadomo, to wasz dobry kumpel. Najlepszy! Zapewne dzięki zmyślności pewnego biznesmena redemptorysty z Torunia. Tyle, że takie myślenie okazało się cholernie mylne. Bóg, jeżeli nawet jest, to z całą pewnością nie ma kolegów. A już na pewno nie wśród ludzi, tym bardziej tych z Torunia. Dlatego pycha, krnąbrność, bezwzględność w dążeniu do celu oraz zwykła ludzka głupota musiały zostać ukarane przez fatalny splot różnych przypadkowych okoliczności. Niestety, najgorsze w tym wszystkim jest to, że zapłatą za to było życie wielu niewinnych ludzi.

30.08.2016 r.

18:04, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Trochę tutaj pomilczałem. Z przyczyn ode mnie niezależnych – ot, proza życia: najadłem się pysznych pierogów z farszem z grzybków. Od teściowej. Pyszota! Zaraz potem powiedziała, że grzybki są mocno niejadalne, tzn. jadalne, tyle tylko, że jeden jedyny raz!

Oczywiście, żartowałem – nie mam teściowej, więc nie było ani farszu, ani pierożków. Po prostu – awaria: wybuch licznika energetycznego na klatce schodowej, pożar, straż pożarna i – brak prądu. Od porannego czwartku do teraz, czyli do poniedziałku w południe. Piszę zatem na laptopie, który gdzieś tam podładowałem.

Dziwne to wszystko, szczególnie w kontekście lata i godziny tej awarii (piąta trzydzieści rano). Ale tyle dziwnych rzeczy, czy nawet wręcz dziwacznych dzieje się w naszych pięknych czasach, że i to nie powinno zaskakiwać. Więc nie zaskakuje.

Naturalnie, to żaden powód, żeby nie pisać w ogóle, rzecz jednak w tym, że w komputerze stacjonarnym mam napisanych kilka gotowych tekstów, a dodatkowo ileś tam myśli  do rozwinięcia. A poza tym tak naprawdę w ostatnim czasie głowę miałem nabitą tą awarią, bo to i rozmrażająca się lodówka, i komputer niesprawny, i w ogóle cholernie utrudnione życie. Dlatego, póki co, króciutko teraz jedynie tytułem informacji, że na pohybel moim wrogom żyję i jeszcze nie siedzę!

P.S.

Jest nadzieja, że jednak dzisiaj w końcu będzie zasilanie. Właśnie zjawiło się dwóch fachowców i coś tam grzebią.

29.08.2016 r.

12:21, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 sierpnia 2016

To, że prostaki rządzą tym krajem, że poprawiając prawo, proponują jednocześnie funkcjonowanie państwa na zasadach bandyckich, jest w zasadzie powszechnie znane wszystkim w miarę inteligentnym ludziom; że dalej tak być nie może i, co istotne, nie powinno – wiadomym jest również tym wszystkim, którzy czują się za ten kraj choćby w najmniejszym stopniu odpowiedzialni. Pytanie więc, jakie się tutaj pojawia, brzmi: Jak długo jeszcze taki stan będzie trwał i do czego on nas ostatecznie doprowadzi?

Oczywiście, on może trwać jeszcze trzy lata, czyli do kolejnych przewidzianych prawem wyborów. To szmat czasu, tym bardziej, gdy ma się świadomość powolnego demontażu państwa dokonywanego przez Prawo i Sprawiedliwość. Powolnego, ponieważ przybrał on formę hybrydową – z jednej bowiem strony rządzący nierzadko stawiają właściwą diagnozę, co do chorób trawiących państwo na wielu jego płaszczyznach, z drugiej jednak z premedytacją godną lepszej sprawy używają nierzadko fatalnych środków do poprawy jego funkcjonowania. Jakby kiłę można było wyleczyć rzeżączką. To, że jest to niezmiernie niebezpieczna droga, przekonywać chyba nikogo raczej nie trzeba. Rzecz jednak w tym, aby ów proces rozmontowywania państwa jak najszybciej przerwać! Dla dobra zresztą nas wszystkich.

Można to robić na różne sposoby, np. wszczynać burdy uliczne, które, tak naprawdę, nie przyniosłyby pożytku protestującym, a stałyby się jednocześnie wodą na młyn rządzących; można tak jak dotychczas, czyli organizować od czasu do czasu manifestacje Komitetu Obrony Demokracji na ulicach poszczególnych miast i – to wszystko. Dopóki bowiem sprzeciw niezadowolonych przebiega pokojowo, bez użycia siły przez którąkolwiek ze stron, władzy nic nie zagraża i ma tego świadomość. Można nawet powiedzieć przewrotnie, że tak działający KOD z całą pewnością robi jedno: zapewnia bezpieczeństwo ekipie rządzącej! Dlatego, póki wszystko przebiega w takim klimacie, władzy odpowiada manifestowanie w taki sposób niezadowolenia jakiejś części społeczeństwa. W jego ramach bowiem idealnie spełnia się powiedzenie: I wilk syty, i owca cała. Innymi słowy, to droga donikąd. Dzieje się tak, ponieważ KOD dla rządzących jest jedynie wesołą, kolorową i, co ważne, bezpieczną zbieraniną przypadkowych ludzi, która nie tylko nie przedstawia realnego zagrożenia dla władzy, ale też nie dysponuje żadną realną siłą nacisku na nią. Jeżeli w ogóle może ów stan nieprzyzwoitości w Polsce coś zmienić, to mogą to być jedynie jakieś radykalne posunięcia. Nie puste słowa o totalnej opozycji jednego czy drugiego polityka, a naprawdę odważne czyny, które w istotny sposób przemówią do nich, najlepiej na zasadzie wstrząsu. Pytanie kluczowe brzmi, czy opozycja dysponuje taką formą nacisku?

Z mojej pozycji odpowiedź jest jednoznaczna: Jak najbardziej tak! Uważam, że tym czymś może być np. założenie majdanu i to w miejscu niejako świętym dla tych wszystkich szaleńców odprawiających co miesiąc kukiełki pod Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu. Tam właśnie należy się umościć i trwać! I to tak długo, aż wyroki Trybunału Konstytucyjnego ukażą się w druku, albo ogłoszony zostanie termin nowych, przyspieszonych wyborów parlamentarnych. Jeżeli się tego nie zrobi, pozostanie nam jedynie bycie pustą, nic nie znaczącą tzw. totalną opozycją, która tak naprawdę nic nie może. Należy tak właśnie postąpić po to, żeby uzmysłowić tym wszystkim fanatykom, że Polska nie należy tylko nich! Że Polska, to również inni – ci wszyscy inaczej myślący, czujący, pragnący, nie zgadzający się na taką Polskę, jaką próbują nam dzisiaj narzucać siłą rządzący za pomocą kija i marchewki.

Politycy, obudźcie się! Nie dajmy dłużej niszczyć państwa! Dosyć manipulacji, łgarstw, prymitywnego cwaniactwa i chamskiego zawłaszczania kraju!

23.08.2016 r.

09:42, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 sierpnia 2016

         Jak już kiedyś tutaj pisałem Ewangelia Jana jest dla mnie bardziej chciejstwem jej autora, niż rzetelnym opisem tego, co wydarzyło się dwa tysiące lat temu w Palestynie. W porównaniu bowiem z pozostałymi trzema synoptycznymi ewangeliami wchodzącymi w skład Nowego Testamentu, dostrzegam w niej najwięcej niewytłumaczalnych zjawisk i jednocześnie przemożną chęć autora, aby wyjaśnić je za pomocą nadprzyrodzonych zdolności Jezusa, czyli tak naprawdę rzecz idzie o próbę udowodnienia za wszelką cenę boskości bohatera ewangelii.

To jednak nie wszystko, co zasługuje w niej na uwagę. Oprócz różnego rodzaju cudowności w niej zawartych, znajduje się w niej jeszcze jedna rzecz, która warta jest odnotowania, mianowicie występujący w niej jawny antysemityzm!

Od zawsze, czyli od niecałych dwóch tysięcy lat funkcjonuje w obiegu mniemanie, że – te przeklęte Żydy zamordowały nam naszego pana Jezusa! Oczywiście, takie myślenie jest i głupie, i ahistoryczne, niemniej przyczyniło się ono, według mnie, do powstania niechęci wobec Żydów jako takich, a tym samym do powstania antysemityzmu.

Oczywiście, z czysto ludzkiego punktu widzenia stało się fatalnie, prawda historyczna bowiem jest taka, że Poncjusz Piłat, jako namiestnik rzymski musiał zrobić to, co zrobił, i to bez żadnej dodatkowej zachęty ze strony arcykapłana Kajfasza. Niemniej dzięki takiej relacji, jaka została zawarta w ewangeliach Nowego Testamentu, a która utrwaliła się i funkcjonuje w obiegowej świadomości chrześcijan do dzisiaj, powstał obraz wykoślawiony, bo obwiniający właśnie Żydów, jako nację, za śmierć jednego ze swoich współplemieńców, uniewinniając tym samym prawdziwego kata Jezusa, którym był oczywiście ów ww. prefekt Judei. Dlatego pytanie zasadnicze, jakie należy w tym miejscu postawić, brzmi: Kto jako pierwszy bardzo wyraźnie postawił tę kwestię na forum publicznym w ten właśnie sposób?

Otóż odpowiedź jest niezwykle prosta: tym, który  tę sprawę ujął w ów kontrowersyjny sposób był nie kto inny, jak właśnie Jan ewangelista! Pierwsze bowiem oznaki jawnego antysemityzmu dostrzegam nie gdzie indziej, jak właśnie w jego Ewangelii: (Jan 7.1: A potem chodził Jezus po Galilei, nie chciał bowiem iść do Judei, bo Żydzi zamierzali go zabić. Takich przykładów jest oczywiście więcej, interesujące jednak jest tutaj coś jeszcze: Czego to może dowodzić?

         I tutaj odpowiedź jest również, wbrew pozorom, niezmiernie prosta. Oprócz tego, że Ewangelia Jana staje w jawnej kontrze do żydostwa, niejako przeciwstawiając judaizm rodzącemu się chrześcijaństwu, to na dodatek udowadnia tym samym, że jej autor nie mógł być tym Janem od Ewangelii, uczniem Jezusa z Nazaretu! A to dlatego, że żaden Żyd nie oczerniałby innych Żydów, w ogóle całej społeczności z której miałby się wywodzić, i nie posądzałby jej o niecne zamiary względem jednego ze współziomków, który, tak na marginesie, przez jakąś część Żydów był przecież uznawany za proroka. Więcej – uważam, że taki tok rozumowania musi doprowadzić do jeszcze jednej konstatacji, mianowicie, że jej autor z tak jawnym antysemityzmem jaki bije z tej Ewangelii nie mógł być Żydem! A jeżeli rzeczywiście nim był, to prawdopodobnie w takim samym stopniu co Jezus, gdzie jednym z rodziców był zwykły goj.

        21.08.2016 r. 

14:18, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 sierpnia 2016

1.Nie wiem jak z innymi, ale od dawna ciekawi mnie, dlaczego pierwszy biskup misyjny na naszych ziemiach miał na imię Jordan. Przypadek, hm? Coś mi wychodzi na to, że już ponad tysiąc lat temu Żydzi przysłali nam tutaj swojego człowieka: Jordan! Ledwie zaczęliśmy się organizować, a tu łup – i już wpadliśmy w szpony Mosadu i całej reszty tej bliskowschodniej bandy!

Oczywiście że nie wiem, jak było naprawdę, niemniej uważam, że należy to dokładnie zbadać. Najlepiej przez Instytut Pamięci Narodowej. Żeby wiedzieć, na czym się stoi i co legło u podłoża naszego Kościoła. Bo coś mi się wydaje, że nie wszystko jest takie, jakie chcielibyśmy żeby było i jak to widzimy. Obstawiam, że chyba raczej… podejrzewam że… ponieważ mam pewność… albowiem mniemam – i tak dalej, i tak dalej.

Dlaczego o to pytam, dlaczego drążę temat? To proste: ponieważ biskup podlegał nie tylko swojemu zwierzchnikowi religijnemu jakim był papież, ale również pozostawał poddanym księcia, głowy państwa, w którym się znajdował. Czyli miał na niego wpływ, psia jego mać!J

2.Tak naprawdę mężczyźni  są jak kobiety – zarówno ci pierwsi, jak i te drugie nie rozstają się ze swoimi torebkami. Jedyna różnica polega na tym, że w damskiej panuje z reguły niezły burdel, podczas gdy męska od czasu do czasu lubi zajrzeć do burdelu.J

3.Gdyby nasi biznesmeni prowadzili swoje przedsiębiorstwa w taki sposób, w jaki politycy rządzą naszym państwem, obawiam się, że dawno poszliby już z torbami, a nasz kraj spokojnie można byłoby zaorać.

4.Jakiś czas temu wpisałem się na listę „kukizowców”, którzy zbierali podpisy pod referendum w sprawie przyjmowania przez państwo polskie, lub też nie przyjmowania, zadeklarowanej liczby uchodźców. Zrobiłem to oczywiście z premedytacją z jednego zasadniczego powodu: wiem, kto dzisiaj rządzi tym krajem i jaki jest stosunek rządzących do kwestii imigrantów, którym bezapelacyjnie należy przyjść z pomocą. Mój podpis, to ufność w mądrość i dobroć serc milionów Polek i Polaków, mimo jednocześnie mojego dużego sceptycyzmu w odniesieniu do islamu.

19.08.2016 r.

10:15, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 sierpnia 2016

Szedł Grześ przez wieś, aż dotarł do jej końca, wtedy obejrzał się za siebie i – popuścił. I tyle było pożytku z jego marszu – kupa smrodu! Grześ ten zawsze był okropnym cieniasem, teraz jednak, po swoich „genialnych” politycznych decyzjach w partii, po wywiadzie, jakiego udzielił pismu „Do Rzeczy”, okazał się cieniasem żenującym! Ale widocznie tak jak jego starszy kolega po fachu Leszek Miller zniszczył Sojusz Lewicy Demokratycznej, podobnie on chce również zatopić swoje ugrupowanie, Platformę Obywatelską.

Jak pisałem kiedyś, co zresztą powtórzyłem tutaj kilka dni temu, jest mi obojętne, co z tą partią się stanie – czy wchłonie ją Ryszard Petru, przestanie istnieć w ogóle, czy też stanie się z nią jeszcze coś innego. Mam w głębokiej pogardzie to, co zrobił, robi i będzie robił w bliższej czy też dalszej przyszłości on i jego partia. Jak to mówią: nie mój cyrk, nie moje małpy. A od siebie dodam jeszcze: Grześ, twoją partię i ciebie mam gdzieś!

Niestety, tak się nieszczęśliwie stało, że na czele największego opozycyjnego ugrupowania w sejmie stoi właśnie ów polityczny cienias, co, jak wiadomo, niczemu pozytywnemu nie służy. Człowiek ten zostając szefem PO zrobił wiele głupstw, wypowiedział takowych jeszcze więcej, gorzej, że nadal je robi, wypowiada i to nawet na łamach pisowskich tub prasowych. Ostatnio udzielił nawet wywiadu pismu Do Rzeczy! Ale to jeszcze nic, w wywiadzie tym zamiast mówić „do rzeczy”, pieprzył raczej od rzeczy!, bredząc coś  o byciu polską chadecją!

Gratulacje! Głupiej już nie było można. Zamiast zagospodarować w sejmie lewą część strony politycznej, która w obecnym parlamencie nie ma swojego przedstawiciela w ogóle, Platforma będzie próbowała podebrać wyborców po prawej jej stornie, gdzie niepodzielnie króluje Prawo i Sprawiedliwość. Oczywiście, pomysł tyleż kuriozalny, co samobójczy, ale, jak powiedziałem wyżej – nie mój cyrk, nie moje małpy. W końcu Grześ zostanie za to rozliczony zarówno przez swoich sympatyków w partii, jak i poza nią.

Widząc idiotyczne ruchy lidera największej opozycyjnych partii w sejmie, nie mogę nie napisać w tym kontekście o jednej bardzo ważnej rzeczy, mianowicie, jak  cholernie ważne są wybory, których dokonujemy, idąc do urn wyborczych. Jak istotna jest tutaj nasza polityczna świadomość i oddzielanie plew od ziaren, populizmu od tego, co rzeczywiście możliwe, czyli, krótko mówiąc, prawdy od zalewającego nas morza zwykłych łgarstw. Bo o ile w naszym indywidualnym życiu możemy niejednokrotnie dokonywać złych, nietrafionych wyborów, ponieważ ich konsekwencje dotyczą jedynie nas, ewentualnie naszych najbliższych, o tyle nasz zbiorowy, wspólny wybór polityczny skutkuje już znacznie szerzej, bo przekłada się na jakość życia nas wszystkich. Innymi słowy chodzi o to, że jeżeli kiedyś nadejdzie taki dzień, w którym postawimy na złego konia – a myślę, że taki dzień już i tak nadszedł, w październiku ubiegłego roku! – to koń ten może nas nieść przez bardzo długi czas, szybciej lub wolniej, niekoniecznie w pożądanym przez nas kierunku, stając któregoś pięknego dnia nad skrajem przepaści. Gdy tak się stanie, niestety, będzie za późno na jakikolwiek żal. Pozostanie nam wtedy jedynie ogromne rozczarowanie i udręka niekończącej się pokuty.

17.08.2016 r.

11:12, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Ilekroć wracam do lektury Nowego Testamentu nie mogę się nadziwić, jak wiele znajduję w nim niezwykle interesujących informacji. Ale nie tych z gatunku tzw. prawd objawionych, raczej tych niezwykle przyziemnych, natury obyczajowej.

Tak oto na przykład niezmiernie intrygującą postacią jest bez wątpienia występujący w Nowym Testamencie Duch Święty, który, czego by o nim nie powiedzieć, należy, według mnie oczywiście, do niezwykle zapracowanych osobników, zaraz właściwie po aniele Gabrielu. Obaj zresztą są niejako nawet ze sobą silnie powiązani, jakby w ogóle tworzyli jakąś szemraną spółkę: tam bowiem, gdzie pojawia się Duch Święty, w ślad za nim zjawia się również anioł Gabriel. Albo na odwrót: tam gdzie pierwszy zjawia się Gabriel, zaraz po nim mamy do czynienia z Duchem Świętym. Co najmniej, jakby byli bliźniaczymi braćmi. Albo działali według czyjegoś – wiadomo czyjego! – z góry ustalonego planu. Żeby jednak nie być gołosłownym taki oto przykładzik:

Pewnego dnia Duch Święty sam, czy też z czyjegoś polecenia, odwiedza pewną sędziwą już kobietę, Elżbietę (sędziwa w tamtym czasie, to dzisiaj zapewne dwudziestoparolatka), żonę kapłana Zachariasza, która będąc niepłodną (jestem dziwnie pewien, że było na odwrót: to on był felerny w tych sprawach i zapewne dużo starszy od swojej żony; w końcu kapłanem nie mógł zostać byle jaki młokos!), jak głosi powszechna fama, staje się nagle brzemienna! Zresztą, o tym zdarzeniu Zachariasz był już wcześniej poinformowany przez anioła Gabriela, żeby prawdopodobnie nie był niemile zaskoczony i za bardzo na Elę się nie wkur…, to znaczy nie wściekał.

Oczywiście Ela jest tej wizycie niezmiernie rada, bo w końcu będzie miała potomka, czyli spełni się jako kobieta,  a i Zachariaszowi przy okazji nie ubędzie. Słowem – i wilk syty, i owca cała, tym bardziej że, jak się okazało, wielu będzie się radować z tych narodzin. Albowiem Jan – tak miał mieć na imię ów szkrab – wielu spośród synów izraelskich nawróci do Pana, Boga ich (Łukasz 1.16).

Nie rozumiem tylko jednego: dlaczego Elunia, wtedy gdy już poczęła, ukrywała się przez pięć miesięcy, jakby się czegoś obawiała, mówiąc:

(Łukasz 1.25) Tak mi uczynił Pan w dniach, kiedy wejrzał na mnie, by zdjąć ze mnie hańbę wśród ludzi.

Gdyby tego było mało, anioł pognał w te pędy do Nazaret, do innej kobietki, Marysi, żony Józefa, krewniaczki zresztą rzeczonej wyżej Eluni, by i jej oznajmić nowinę, iż została wybrana przez Boga i urodzi syna, któremu da na imię Jezus.

Oczywiście tutaj również Duch Święty i anioł Gabriel zrobili swoje. Pierwszy oznajmił jej o łasce, jaka ją spotkała, drugi natomiast przekonał Józefa, żeby się zanadto nie dziwił, że jego niespełna czternastoletnia żonka jest w ciąży, bo tak zaplanował Pan!

Cud? Naturalnie! Ale nie taki znów wyjątkowy, Nowy Testament jest ich pełen i to jeszcze o wiele bardziej spektakularnych, więc tak naprawdę nie ma o co robić draki. Dziwnym tylko może tutaj wydać się fakt, że zarówno Eli syn, jak i Marii, mimo swojego pokrewieństwa, nie znali się wcześniej. Aż do momentu, kiedy Jezus przybywa nad Jordan, gdzie Jan dokonuje jego chrztu.

Dziwne to wszystko i niepojęte. No, ale w końcu to Pismo Święte, a tego nie powinno się przecież rozumieć, jedynie wierzyć w to, co w nim zapisane.

Ament.

P.S.

Tak na marginesie: Jezus daje się ochrzcić Janowi, a potem zaczyna z nim rywalizować. Tyle, że dopóki żył Jan, Jezus nie był postrzegany przez niego jako rywal, który mógłby mu w jakikolwiek sposób zagrozić. To zresztą znajdowało i znajduje do dzisiaj swoje odzwierciedlenie w postaci istnienia odłamu religijnego tzw. mandejczyków, którzy tak jak kiedyś nie uznawali Jezusa za mesjasza, tak i dzisiaj uważają Jana za jedynego prawdziwego proroka.

15.08.2016 r.

09:50, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 sierpnia 2016

Dzisiaj będzie bardzo króciutko – takie tam dwie fraszki i dwa limeryki. Jest weekend, na dodatek dłuższy, więc powinno być lajtowo. Zatem:

                         Małżeństwo

                 Duet zgrany –

                 Od lat zgrany!

       

                   Amen w pacierzu

  Która wyjdzie za mnie –

  Z kretesem przepadnie!

              

                  Wątpliwy amant

     Raz pewien gość z temperamentem,

     Okazał się być impotentem.

      Mówił wszem i wobec,

      Że miał mnóstwo kobiet.

      Lecz te patrzyły na niego ze wstrętem.

 

Wspomnienie po młodym bogu

      Kiedyś był jak młody bóg,

      Przeszkód żadnych – wszystko mógł!

      Z czasem spostrzegł, że strasznie tyje,

      Tak po chamsku – na łeb, na szyję!

      Smak na żarcie – nie na życie go zmógł.

13.08.2016 r.

09:08, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 sierpnia 2016

A będzie, jak wiadomo, jeszcze piękniej! Ponoć. Przynajmniej według buńczucznych zapowiedzi Prawa i Sprawiedliwości, co, muszę przyznać z niepokojem, przeraża mnie. Bo ja już bym nie chciał, żeby było jeszcze piękniej. Ja, prawdę powiedziawszy, mam dosyć tego piękna, które już jest, a które serwuje mi obecna ekipa będąca u władzy. Boję się, że kolejnej jego dawki nie przyjmę, nie podołam, a wtedy, wtedy jego nadmiar najzwyczajniej w świecie zabije mnie!

Napisałem kiedyś, że jest mi obojętne, co się stanie z Platformą Obywatelską – czy wchłonie ją w jakiejś części Nowoczesna Ryszarda Petru, przestanie istnieć w ogóle, czy też przetrwa w jakiejś cząstkowej formie; obojętny jest mi również los PSL-u, starych wyjadaczy z SLD, czy bezideowego ruchu funkcjonującego pod nazwą Kukiz’15, który w sejmie robi, tak naprawdę, za niepisanego koalicjanta PiS-u. To jednak, co już nie jest mi obojętne, to Prawo i Sprawiedliwość u władzy; nie jest mi obojętne zarówno to, co z PiS-em, jak i w jakim kierunku podąży Polska po PiS-ie. Bo kiedyś to „po” przecież nastąpi. Musi nastąpić!

Wiadomo – jest wiele rzeczy, które możemy zarzucić Prawu i Sprawiedliwość: a to że nie szanują zasad demokracji; że mają dążenia autorytarne i nacjonalistyczne z jawną chęcią faworyzowania Kościoła katolickiego, czym wciskają nas w koleiny siermiężnego i, mimo wszystko, szkodliwego katolicyzmu; że zawłaszczają państwo gdzie tylko się da w prymitywny, wręcz chamski sposób, chcąc przy tym jednocześnie inwigilować i wykluczać tych wszystkich, którzy nie kroczą w pochodzie klakierów razem z nimi. To wszystko jest powszechnie znane i niebezpieczne, bo niszczące ten kraj. Ale jako że nic nigdy nie jest tylko biało-czarne, więc i temu ugrupowaniu należy oddać sprawiedliwość, szczególnie w obszarze spraw socjalnych. Nie zawsze oczywiście są one rozwiązywane właściwie, z reguły nawet pokracznie, niemniej oddać należy rządzącym jedno: że próbują pochylać się nad tymi – choćby i w sposób populistyczny – których na drodze przemian brutalnie zmarginalizowano, odmawiając im korzystania z owoców przemian. Dzisiaj ci ludzie, nie mając intratnych posad i nie posiadając odpowiednich koneksji, tak jak byli na początku przemian ustrojowych zmuszani do pracy za fatalne wynagrodzenie, tak nadal są, tyle że dzisiaj doszła do tego okazywana im nierzadko jeszcze większa jawna pogarda.

Niestety, siła polityczna, która mogłaby tutaj coś zmienić, która mogłaby nie dopuścić do tego, co się stało na naszej scenie politycznej, a czego konsekwencją są dzisiejsze rządy PiS-u, okazała się być prowadzona przez rzeźnika politycznego, Leszka Milera, który zajęty wewnętrznymi rozgrywkami na lewicy zniweczył ją, tracąc zaufanie wyborców, zarówno na skutek swoich fatalnych decyzji w obszarze gospodarczym, socjalnym, jak i personalnym w swojej partii.

Na szczęście nic nie trwa wiecznie, pan prezes również nie jest gromowładnym Zeusem, więc może zdarzyć się tak, że któregoś pięknego dnia obudzimy się po kolejnych wyborach i stwierdzimy z satysfakcją, że oto koszmar minął: Prawo i Sprawiedliwość przegrało i… No właśnie, i co? Bo przegrana PiS-u to jedna sprawa, drugą kwestią jest pytanie: Co w zamian? Co dalej? Kto dalej?! Czy mamy jakąś sensowną alternatywę?

Oczywiście, rzadko dzieje się tak, że nie ma żadnego innego wyjścia, jak tylko koszmar. Tutaj, w sytuacji w której znaleźliśmy się wszyscy, jako kraj, nie jest inaczej. Może stać się na przykład tak, że rządy w państwie przejmie grupa ludzi, wywodząca się spoza istniejących politycznych partii, co będzie oznaczało, że mamy do czynienia z rządem ponadpartyjnych fachowców. Tak mogłoby się wydarzyć i okazać nawet niezłym rozwiązaniem, tyle tylko, że taki układ ma jeden zasadniczy feler: tego typu rząd musiałby posiadać poparcie tych parlamentarnych ugrupowań, które rozdawałyby w nim karty, a to, jak wiadomo, wcale nie jest takie proste do zrealizowania.

Może również potoczyć się historia tak, że wybory ponownie wygrywa tylko jedna partia i, co prawda niekoniecznie, ale też niewykluczone, że będziemy mieli powtórkę tego, od czego właśnie chcieliśmy uciec.

Istnieje również i takie rozwiązanie, gdzie dochodzi do utworzenia rządów koalicyjnych, złożonych z dwóch lub trzech ugrupowań, w zależności od układu sił w parlamencie i, mimo swoich oczywistych minusów, to rozwiązanie mogłoby się okazać dla nas o tyle najlepsze, że niejednokrotnie już pozytywnie sprawdzone.

Ale może zdarzyć się również i tak, że rządy w państwie przejmują siły bardziej na prawo od PiS-u, czyli przedstawiciele skrajnej prawicy i wtedy, niestety, mamy do czynienia z rozwiązaniem najgorszym, wręcz paskudnym! Na tyle złym, że zaczynamy nawet tęsknić za poprzednimi rządami, czyli za Prawem i Sprawiedliwością. Krótko mówiąc horror! Zatem, co nas czeka? Które z powyższych rozwiązań przyjdzie nam realizować w najbliższej przyszłości? Kto i co po PiS-ie?

Cóż, którekolwiek rozwiązanie zostanie zrealizowane my nie mamy innego wyjścia, my, tzn. wszyscy ci, którzy nie utożsamiają się szczególnie z ostatnim nurtem myślenia o świecie i Polsce, jak przygotować się na zdecydowane starcie tak z nimi, jak i z PiS-em. Jeżeli bowiem okaże się, że nie jesteśmy przygotowani do walki, tak jak obecna opozycja okazuje się totalnie bezwartościowa w konfrontacji z obecnie rządzącymi Polską, wówczas poniesiemy klęskę. I będzie to klęska cholernie bolesna, tym bardziej dotkliwa, że niszcząca wszystko i wszystkich – tak mentalnie, jak i fizycznie.

11.08.2016 r.

09:47, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 sierpnia 2016

Dawno, dawno temu, aż całych dwanaście miesięcy temu, za górami, za lasami, pewien Plastuś buńczucznie naobiecywał, zarówno swoim zwolennikom, jak i malkontentom, tak dużo, jak tylko potrafił, czym przebił wszystkich swoich konkurentów do pierwszego stanowiska w państwie, którzy, mając znacznie więcej rozsądku w głowie, a także wyobraźnię i poczucie odpowiedzialności za słowo, wycofali się z festiwalu obietnic tak naprawdę nie do spełnienia. Można więc tym samym powiedzieć, że nie wytrzymali konkurencji, ponieważ zachowali się przyzwoicie i odpowiedzialnie. Dlatego w samej końcówce, gdy w ostatecznej rozgrywce zostało już tylko dwóch rywali, Plastuś dorzucił jeszcze trochę z listy tzw. pobożnych życzeń i ostatecznie dobiegł do mety jako pierwszy.

Dzisiaj minął właśnie rok w tym bezczelnym zakłamywaniu rzeczywistości i okazało się, że żarliwie składane obietnice przemieniły się w tzw. obiecanki-cacanki a głupiemu radość. Tyle, że to byłoby jeszcze nic, w końcu zawsze można się pomylić – choćby świadomie (co określa się już jednak znacznie dobitniej, bo jako kłamstwo), gorzej, że im głębiej w las, tym więcej tego typu zatrutych kłamstwem drzewek przybywało. To jednak Plastusia nie przerażało. Zapewne dlatego że, jak sam wszem i wobec ogłosił, należy do tzw. Niezłomnych, a także, ponieważ korzysta z parasola bezkarności rozłożonego przez swojego politycznego guru, pana Kłamczyńskiego! Krótko mówiąc nie ma czego się bać, tym bardziej że kłamstwo w jego życiu stało się w pewnym momencie ideą przewodnią, która ma na celu jedno – prowadzić do jasno wytyczonego przez samego mistrza kłamcy kłamców punktu – rządów autorytarnych!

Tyle tylko że myśl, iż tam dotrze, jest złudzeniem. Nic bowiem nie trwa wiecznie. Ten koszmar na jawie również kiedyś się skończy, i to szybciej, niż Niezłomny Plastuś się spodziewa,  a wtedy… Cóż, wtedy przyjdzie czas na przypomnienie mu wszystkiego, w czym uczestniczył, łamiąc praworządność państwa, zostanie mu przypomniane i właściwie osądzone. Już wkrótce.

Czy drugi, trzeci i kolejny rok Plastusia na stanowisku może coś jeszcze zmienić? Być może. Tylko że to bez znaczenia. Plastuś bowiem na zawsze już pozostanie Plastusiem w rękach mistrza Lepigliny, bez którego, jak się okazuje, nie potrafi niezależnie funkcjonować. No, chyba że jakimś cudem zniknie z jego horyzontu azymut w postaci kłamcy kłamców, wówczas być może Plastuś odzyska zarówno wzrok, jak i świadomość, i ujrzy otaczającą go rzeczywistość w innych barwach – realnych. Póki co jednak zapowiada się, że następne lata będą takie same, jak ów mijający rok. Czyli, krótko mówiąc, rok, w którym całkowicie zapomniałem, że jest ktoś taki jak Plastuś i że w ogóle czymś pożytecznym się zajmuje.

09.08.2016 r.

09:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl