RSS
sobota, 31 sierpnia 2013

     Rok szkolny tuż – tuż, więc nie od rzeczy byłoby poświęcić temu zagadnieniu parę zdań. Ale zanim kilka zdań o tym, chciałbym najpierw o pewnym przykrym i nieprzyjemnym zdarzeniu, którego ostatnio byliśmy świadkami, a które to zdarzenie może nie bezpośrednio, niemniej jednak w jakiś sposób wiąże się, według mnie, z owym rokiem szkolnym.

     Tydzień temu zmarł Konstanty Miodowicz. Miał 62 lata. Pechowo nie dożył do emerytury. Nie on pierwszy oczywiście i nie ostatni – takich pechowców jest od groma i zapewne w przyszłości będzie ich jeszcze więcej. Przypadek – powie ktoś. Naturalnie – odpowiem, ale dodam również, że z takich właśnie przypadków składa się nasze życie. Życie, które prowadzimy w coraz bardziej sprzyjających nam warunkach. Stresujemy się przecież mniej albo w ogóle, odżywiamy nieskażonym, naturalnym jedzeniem, a wszystko przy wsparciu medycyny rozwiniętej ponad miarę, więc przyszłość przed nami rysuje się w zasadzie świetlana. Tylko żyć! I to jak najdłużej. Jakby na złość ZUS-owi. Śmierć musi przecież przed takimi argumentami skapitulować! Dlatego my na pewno dożyjemy do emerytury i będziemy się rozkoszować ciepłem śródziemnomorskiej plaży, bo tak nam przecież kilkanaście lat temu obiecywały wszystkie bez wyjątku Otwarte Fundusze Emerytalne! Rząd, jak widać, w hipokryzji nie ustępuje im ani na jotę.

     K. Miodowiczowi zabrakło do tej rajskiej perspektywy jedynie pięciu lat. Tylko pięciu i, jak się okazało, jednocześnie aż pięciu! Cynizm z mojej strony? Może trochę uszczypliwości. Jednak nie kłamstwo. Niestety, to gorzka prawda naszej egzystencji. Zabrakło mu pięciu lat do wieku emerytalnego. Przypomnę wieku, do którego wydłużenia zapewne jako poseł przyłożył rękę. Nie chcę przez to powiedzieć, że gdyby tego nie zrobił, to historia jego życia potoczyłaby się inaczej i dzisiaj by żył, a za pięć lat przeszedłby na zasłużoną emeryturę. Zapewne nic by to nie zmieniło i historia jego życia potoczyłaby się podobnie. Niemniej stało się jak się stało, a jego śmierć ten akurat problem mi przypomniała. Dlatego będę powtarzał jak mantrę swoje: starość, to 65 lat – jak na początku XX wieku uznała medycyna i póki co nie wycofała się z tego. Zaklinanie rzeczywistości że jest inaczej i że żyjemy dłużej, to brednie posiłkowane wyjątkami, bo większość ludzi urodzonych po wojnie będzie kończyła właśnie tak, jak Konstanty Miodowicz. Kto nie wierzy – niech poczeka, przekona się wtedy o tym na własnej skórze, pod warunkiem oczywiście, że dożyje.

    Pojutrze rozpoczyna się rok szkolny. Do szkół, mimo zakrojonej na szeroką skalę akcji propagandowej rządu, zachwalającej pójście do niej już sześciolatków, spaliła na panewce. Opór społeczeństwa okazał się większy niż zachęty i tłumaczenia rządzących. W przyszłym roku, kiedy już nikt nie będzie pytał społeczeństwa o zdanie, dzieci do szkół pójdą wcześniej. I świetnie. Dlatego mam prośbę: już dzisiaj zadbajmy o ich tornistry. Myślę, że ośmio–, czy dziesięciokilogramowe będą odpowiadały ich zapotrzebowaniom. Już teraz przecież dźwigają niewiele mniejsze, już w tej chwili są odpowiednio przygotowywane do dorosłości, więc na co czekać. Może w ten sposób uda nam się „wyhodować” przyszłych mistrzów olimpijskich w podnoszeniu ciężarów, kto wie? Uważam, że taki kop w dorosłość najlepiej przygotuje nieprzygotowanych i opornych. Zatem: „Alleluja i do przodu!” – jakby powiedział pewien klasyk z Torunia.

    Czym to się skończy? Jestem pewien, że przy braku całościowego, naprawdę mądrego planu dotyczącego edukacji najmłodszych, skończy się to jeszcze większymi deformacjami ich kręgosłupów. Ale kto by sobie tym głowę zawracał – liczy się przecież tu i teraz, nawet za cenę zdrowia dzieci. Dlaczego? Bo tak bezmyślnie działają politycy. Przykładów można mnożyć w nieskończoność, począwszy właśnie od najmłodszych, poprzez nowe egzaminy dla kierowców, działalność para banków, ochronę przez państwo pijaków, bandytów, stawianiu przeszkód samotnym matkom i opiekunom niepełnosprawnych, a na beznadziejnym prawie skończywszy. I tylko rzygać mi się chce na to wszystko. I rzygam tym nijakim państwem z jego pomysłami na utrudnienie nam życia za wszelką cenę! I liczę na to, że tymi rzygami wcześniej niż później się zaduszę.

       31.08.2013 r.

11:10, adelmelua
Link Komentarze (2) »
piątek, 30 sierpnia 2013

     Nie będę dzisiaj pisał o wojnie w Syrii, bo  wszyscy wiedzą, jak ona wygląda. Wiadomo, że każda wojna jest bezmyślnym okrucieństwem, wydobywającym z człowieka wszystko to, co w nim najgorsze. Dlatego przytoczę tutaj jedynie kilka zdań wypowiedzianych przez bohaterów mojej sztuki, którą zacząłem pisać ponad miesiąc temu, a którą, niestety, z pewnych powodów byłem zmuszony zarzucić po kilkunastu godzinach pracy nad nią. Wiem jednak, że muszę ją dokończyć - choćby po to, żeby w ten sposób wyrazić swój sprzeciw wobec milczenia świata w odniesieniu do tego typu działań.

(…) Amira: Mam przyjaciółkę. Razem z dzieckiem pojechała do Turcji. Nie chciała gnieździć się w obozie dla uchodźców ze wszystkimi. Miała trochę pieniędzy, więc myślała, że sobie jakoś poradzi. Przeliczyła się. Kiedy pieniądze się skończyły a ona nie znalazła pracy, wtedy…

Mohammad: Co chcesz przez to powiedzieć?

Amira: Tylko to, co powiedziałam. Nie poradziła sobie.

Fatima: Mówisz o Nur?

Amira: Tak. Biedna Nur.

Mohammad: Co się z nią stało? Nie żyje?

Amira: Ależ nie, żyje. Ale tak, jakby umarła. Może nawet dla niej byłoby lepiej, gdyby właśnie nie żyła.

Światło punktowe rozświetla drugą, malutką część sceny, zwykłą kanciapę. Przy stoliku siedzi Nur.

Nur: Pieniądze szybko się skończyły. Nie mogłam znaleźć pracy. Obcy kraj, obcy ludzie, nie ma do kogo się zwrócić o pomoc. Nie wiedziałam, co robić. (Gasi papierosa i zaraza zapala następnego.) Pewnego dnia szłam wolno ulicą. Podjechał do mnie kierowca i zapytał o cenę. Nie wiedziałam o co mu chodzi. Początkowo myślałam, że go nie zrozumiałam. Gdy podjechał drugi i zapytał, ile biorę za godzinę wszystko (nerwowo gasi papierosa) stało się jasne. Od tego momentu tak zarabiam na życie.

Światło punktowe gaśnie.

                             Dłuższe milczenie.

(…) Ahmed: Ta twoja przyjaciółka…

Amira: Nur.

Ahmed: Mogła przyjechać tutaj. Nie musiała jechać tam, gdzie nikogo nie znała, gdzie na nikogo nie mogła liczyć…

Amira: A co to ma do rzeczy? Koran przecież tyle mówi o pomocy, że mogła się jej spodziewać w każdym islamskim kraju. A może się mylę?

Ahmed: Miała pecha.

Marwa: Pecha. Słyszysz, Fatima? Nur miała pecha! Tak, masz rację – miała pecha. Urodzić się w kraju arabskim! Na tym polega jej pech! Otwórzcie w końcu oczy, oprzytomnijcie! Nikt nie pomaga za darmo. Wszystko ma swoją cenę – również pomoc. I również u nas, w islamie!

Światło punktowe ponownie rozświetla sąsiednie pomieszczenie, w którym nadal znajduje się Nur.

Nur: (Pali papierosa.) Pierwszy raz był okropny. Kazał zrobić sobie… loda, to znaczy wziąć… Na szczęście miał gumę, którą kazałam mu nałożyć.. Był zły, ale ustąpił. Po wszystkim odjechał, a ja  zwymiotowałam. Płakałam i rzygałam – na zmianę. Myślałam w tamtym momencie, że umrę. Czułam ogromną bezsilność i upokorzenie. Ale najgorsze było obrzydzenie. Do siebie. Niewyobrażalne obrzydzenie. Dzisiaj… dzisiaj nic się nie zmieniło. Gdy nikt nie widzi, płaczę.

                                Pauza.

Wiem też, że nigdy sobie tego nie wybaczę, co zrobiłam mężowi. Chociaż nie wiem, czy jeszcze żyje. Bo został w kraju i walczy po stronie dyktatora.

Światło punktowe gaśnie.

Spiker: Według przecieków, które dotarły do nas dzisiaj, prezydent Stanów Zjednoczonych jest przeciwny szefowej dyplomacji i sekretarzowi stanu w sprawie dozbrojenia opozycji…

Ahmed: Wiedziałem, że tak będzie!

      30.08.2013 r.



08:45, adelmelua
Link Komentarze (2) »
środa, 28 sierpnia 2013

   Jarosław Gowin przegrał wybory na szefa partii w PO – żadna niespodzianka. Za niespodziankę jednak można już uznać poparcie, jakie otrzymał: dwadzieścia procent! Co z tym zrobi, to jego sprawa; co zrobi premier D. Tusk i jego ugrupowanie, zwisa mi. Ja wiem, co mnie dał ten wynik: jasność, jak bardzo to nie jest już moja partia! Nigdy zresztą do końca nie była, jednak z częścią programu się identyfikowałem. Dzisiaj z tej części pozostało jedynie wspomnienie, które zaowocowało rozczarowaniem. Jeszcze raz okazało się, niestety, jak bardzo pokrętna jest polityka. Nie tylko zresztą nasza, ale w ogóle. Więc mowy o żadnej frustracji być nie może, co najwyżej, jak napisałem wyżej, o rozczarowaniu. Cóż, życie – takie rzeczy się zdarzają.

    Do wyborów parlamentarnych mamy jeszcze dwa lata, jestem pewien, że do tego czasu premier D. Tusk uporządkuje Platformę, pozbywając się zapewne tych, którzy w ostatnim czasie tak bardzo w niej namieszali. Poseł J. Godson już odszedł. J. Gowin czy J. Żałek zostaną w taki czy inny sposób zmuszeni (czyt.: sprowokowani) do takiego samego kroku. Czy w wyniku tego nastąpią przedwczesne wybory? Wątpię. Z odsieczą przyjdą zapewne niektórzy politycy, którzy opuścili jakiś czas temu Ruch Palikota. (Muszą to zrobić, jeżeli myślą znaleźć się w przyszłym parlamencie.) Chyba że za trzema ww. politykami pójdą inni. Ale tym bym się nie łudził. Platforma Obywatelska jest mistrzynią w trwaniu w letargu. A wielu posłom taki stan uśpienia odpowiada.

     Wiem, że polityka to gra pozorów, ciągłe uniki i nie do uniknięcia starcia. Wiem też, że niekwestionowanym mistrzem w takich działaniach jest premier D. Tusk, którego tak naprawdę podziwiam, szanuję i chylę przed nim nisko czoło. Dlatego jestem pewien, że gdy uzna iż odpowiedni moment już nadszedł, gdy światła jupiterów medialnych stracą trochę na swojej mocy, zwróci się do triumwiratu trzech panów J., wypowiadając niezbędne słowa:

     – Żalek serce ściska, gdy patrzę na wasze dokonania, Jarku, Jacku, Johnie. Dlatego, żeby przeciwdziałać rozbiciu partii, muszę to powiedzieć: Go – win – God – son(s)! Cha, cha, cha!...:)

         28.08.2013 r.

10:53, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 sierpnia 2013

     10 kwiecień 2010 rok. Smoleńsk. Samolot z prezydentem Polski na pokładzie i 95. osobami towarzyszącymi rozbija się na byłym wojskowym lotnisku, w chwili obecnej wyłączonym z użytkowania. Dramat i niewyobrażalna tragedia dla wszystkich, zarówno tych, którzy zginęli, jak i ich rodzin. Wynik, oprócz śmierci ofiar, to również różnego rodzaju teorie spiskowe. Z obszaru tych o kosmitach i mistyfikacji lądowania Amerykanów na księżycu, i to mimo że dzisiaj sondy kosmiczne potwierdzają istnienie amerykańskich flag w miejscach, w które lotnicy je wetknęli! Cóż, szaleństwa ludzkie były, są i będą zawsze – to taka niespodzianka od natury. Słowem – ciąg absurdów prawdopodobnie nigdy nie będzie miał końca i zniknie dopiero wraz z ostatnim człowiekiem.

     Dzisiaj, w miastach, gdzie rządzi w samorządach PiS, powstają pomniki poświęcone parze prezydenckiej, a ulicom czy rondom nadawane są imiona polityków tej partii, którzy zginęli w smoleńskiej katastrofie. Chociaż, między Bogiem a prawdą, zginęli w niej ludzie należący do różnych opcji politycznych. Cóż, widocznie tak uświęcona pamięć należy się jedynie politykom PiS. Pozostali widać zginęli przypadkiem. W zamachu – bo taka jest wersja zwolenników PiS – zginąć mieli przede wszystkim ludzie związani z tą opcją polityczną, więc dyskusja o tym jest zbyteczna. To przecież „oczywista oczywistość”!

    Od tego momentu mieliśmy do czynienia w różnych miejscach świata z kilkoma innymi katastrofami samolotowymi. W przyszłości zapewne również ich nie zabraknie, bo zlikwidować ich po prostu nie sposób. Tak jak w komunikacji samochodem czy kolejowej.

     Jednym z takich tragicznych wydarzeń był dramat z udziałem rosyjskiego samolotu Suchoj Superiet 100 – „nadziei rosyjskiego lotnictwa cywilnego” – w Indonezji w maju 2011 r. Wszyscy uczestnicy lotu zginęli. Powód? Zejście poniżej bezpiecznej w tamtym regionie wysokości. Ta bezpieczna wysokość, to ponad 2200 metrów, bo ponad tyle nad poziom morza wznosi się nieczynny od kilkudziesięciu lat wulkan. Efekt, oprócz śmierci załogi i pasażerów? Brak polskiego szaleństwa. A przecież mogłoby ono wystąpić, ba – może nawet powinno?! W końcu chodziło o Rosję – światowe mocarstwo! A tu nic, cisza. Żadnych żądań o powołanie międzynarodowej komisji do wyjaśnienia przyczyn tragedii. Zaprawdę dziwne. Dziwne, bo normalne.

    Trzy lata po smoleńskiej katastrofie zastanawiam się – bolesne to słowa, ale muszę je napisać – kto niejako „odcina kupony” od naszej tragedii? Kto tak naprawdę zyskał na tym dramacie? Rządząca PO i PSL? SLD? A może Ruch Palikota? Jak myślicie, kto jest „beneficjentem” tego dramatycznego wydarzenia?

         27.08.2013 r.

10:52, adelmelua
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 26 sierpnia 2013

     Człowiek lubi myśleć o sobie pozytywnie, widzieć swoje działanie w kolorowych barwach i, co oczywiste, nie ma w tym nic złego czy zdrożnego – wręcz przeciwnie! My jednak – Polacy jesteśmy w tym względzie wyjątkowo uczuleni. Po prostu lubimy być lubiani i tyle. Na przykład za naszą gościnność. W końcu „zastaw się, a postaw się” nie wzięło się znikąd. Posiada swoje źródło w przeszłości, utwierdzane jednak mozolnie rok po roku aż do chwili obecnej. Krótko mówiąc uczciwie zapracowaliśmy sobie na takie przysłowie. Ale czy rzeczywiście tak jest, jak napisałem wyżej? Czy naprawdę jesteśmy tacy gościnni, wylewni, chcący przychylić nieba każdemu bliźniemu?

   Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie jesteśmy zdolni do poświęceń – jesteśmy! Skłamałbym, gdybym autorytatywnie stwierdził, że nie potrafimy być gościnni i szarmanccy – jesteśmy. Czym innym jednak jest nasz stosunek do obcych – tak na marginesie nie do wszystkich obcych taki znowu przychylny – a zupełnie czym innym do siebie, do swoich sąsiadów, swoich ziomków. Nasze wzajemne relacje są z zupełnie innej bajki! Tutaj, poprzez instytucje państwowe, poprzez swoją zapyziałość, czasem zawiść i zwykłą niekompetencję potrafimy bliźniemu podłożyć niejedną świnię, zrobić niejedną podłość, wyrządzić niejedną krzywdę. Potrafimy na przykład zrobić z kogoś wariata i zamknąć go w ośrodku odosobnienia! Potrafimy również bez najmniejszych skrupułów odebrać dzieci rodzicom czy wychowującej je samotnie matce – i to nierzadko wychowującej je brew przeciwnościom losu i bezwzględności państwa! Potrafimy, poprzez swoich państwowych urzędników sponiewierać uczciwego człowieka – bo bezbronnego – a bandytę czy alkoholika wziąć w obronę, i to brew logice i zwykłej ludzkiej sprawiedliwości. A całe to bezprawie jakoby dla naszego dobra, w majestacie prawa i urzędniczej bezkarności! Począwszy od najniższego szczebla jakiegoś kuratora, poprzez komornika, sędziego czy prokuratora. Bingo!

    Z obcokrajowcami wcale nie jest inaczej, wystarczy tylko poczytać o azylantach i traktowaniu ich przez nasze służby w ośrodkach odosobnienia. Ludzie, którzy uciekli przed jedną gehenną w swoim kraju, wpadają z deszczu pod rynnę. Tutaj nasza gościnność nie dociera. Za murami niektórych ośrodków uchodźcy są jedynie nic nie znaczącymi kolejnymi numerami. Bez imion i nazwisk, upodleni, odarci z ludzkiej godności. A przecież nie są przestępcami! Należy im się nasza opieka i pomoc. Dlatego pytam: gdzie jest ta nasza mityczna wręcz gościnność? Dla kogo jest ona zarezerwowana? Czy ona naprawdę istnieje, czy to jedynie mit potrzebny nam dla lepszego samopoczucia?

     Dawno temu, bo w latach 70-tych, prof. P. Zimbardo przeprowadził pewien eksperyment. Polegał on na symulacji życia więziennego. Do doświadczenia wybrano 24 studentów, których podzielono na dwie grupy: więźniów i strażników. Trwał on zaledwie tydzień. Tak krótko, ponieważ tak bardzo weszli w swoje role studenci, że dalsze trwanie eksperymentu groziło nieprzewidzianymi następstwami. Ukazał on jednak jedną podstawową rzecz: warunki i okoliczności w jakich znajdzie się człowiek są w stanie zrobić z nim jeżeli nie wszystko, to bardzo wiele, niestety, również wiele złego. Nie chcę przez powiedzieć, że my jesteśmy źli, rzecz jedynie w tym, że bardzo szybko zapomnieliśmy o tym, gdzie i w jakim kraju żyliśmy jeszcze nie tak dawno. Zbyt szybko i niebezpiecznie łatwo, myślę, zresetowaliśmy naszą historyczną pamięć, co skutkuje dzisiaj brakiem empatii w  odniesieniu do biedniejszych i potrzebujących pomocy. Niestety, zbyt szybko i łatwo.(:

       26.08.2013 r.

16:11, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 sierpnia 2013

     W okresie międzywojennym istniała taka międzynarodowa instytucja jak Liga Narodów. I, niestety, była tak samo nieskuteczna, jak powstała po II wojnie światowej jej kontynuatorka, czyli Organizacja Narodów Zjednoczonych. Krótko mówiąc obie siebie warte. Tak bowiem tu, jak i tam, wystarczy sprzeciw tylko jednego państwa, a jakaś uchwała o ingerencji zbrojnej w miejscu, gdzie giną niewinni ludzie, gdzie dochodzi do zwykłego bandytyzmu politycznego, ląduje na śmietniku historii, a cywile jak ginęli, tak giną nadal. Bo w końcu, czym jest życie nic nie znaczących ludzi w rozgrywce wielkich tego świata, którzy lubią sobie pograć w szachy, w których większość pionków to śmierć? Niczym. Życie w takiej rozgrywce nikogo nie obchodzi, więc ratowanie kogokolwiek jest zbyteczne. A jeżeli nawet przypadkiem kogoś zainteresuje, to w bardzo zawężonym zakresie. Pionki i tak muszą zostać poświęcone. W imię większej sprawy, jak nam się potem próbuje wmówić.  Więc Bashar al-Asad czuje się bezkarny i robię swoje, to znaczy morduje obywateli swojego kraju przy włączonych jupiterach, do których prąd dostarczają wspólnie Chiny i Rosja. Dwa „niezwykle demokratyczne" państwa, które od początku wojny domowej w Syrii są jego tarczą obronną, blokując wszelkie ruchy w radzie Bezpieczeństwa ONZ, mające na celu ukrócenie tego upadku człowieczeństwa.  Czy zatem można w tej sytuacji coś zrobić, czy jest z tego klinczu jakieś wyjście?

     Oczywiście, ono nie tylko jest, ono musi być! A jest nim natychmiastowa reakcja państw cywilizowanych i podjęcie decyzji o interwencji zbrojnej wbrew tym dwóm ww. państwom. Potem należy przyjąć taki sposób działania ONZ, żeby sprzeciw jednego czy dwóch państw nie mógł skutecznie blokować żadnej uchwały. Chodzi o to, żeby w końcu przeprowadzić niezbędną reformę tej instytucji! I wprowadzić procentowe poparcie weta. Nie wiem, może to być pięć, siedem czy dziesięć procent członków ONZ, na pewno nie może to trwać w takim kształcie jak dotychczas, gdzie jeden głos sprzeciwu blokuje wszelkie próby przeciwdziałania popełnianym zbrodniom przez rządzących. W zakresie państwa przypomina to wypisz wymaluj nasze sławne liberum veto! Do czego ono nas doprowadziło jako Polskę – wiemy wszyscy. Dzisiaj na arenie międzynarodowej skutkuje to „jedynie” niezbędnym brakiem reakcji. Gorzej, że ten brak skutecznej reakcji, ta bierność i bezsilność międzynarodowej opinii są wręcz barbarzyńskie! To nic innego, jak zabijanie w białych rękawiczkach! Świat cywilizowany, praworządny i wolny nie może przystać na nic nierobienie w obliczu śmierci tysięcy niewinnych cywilów. Nie może godzić się na każde bestialstwo rządzących w imię jedynie utrzymania władzy przez tych ostatnich. Jeżeli świat na to pozwoli, to znaczy, że od czasów drugiej wojny światowej, od przemyślanego i metodycznie prowadzonego holocaustu ludności żydowskiej – ale przecież nie tylko – nic się nie zmieniło w ludzkiej mentalności. To znaczy, że nie przerobiliśmy należycie lekcji, nie wyciągnęliśmy właściwych wniosków, niczego nas to nie nauczyło. Jeżeli tak jest naprawdę, to dla mnie osobiście jest to niezwykle smutna i przerażająca konstatacja o naszej naturze. I koszmarna wręcz porażka ludzkości.

     Dlatego zareagować trzeba! I nieważne w tym momencie jest to, czy w tym regionie będzie równowaga polityczna i kto będzie rządził w Syrii po wojnie: czy będą to sunnici, czy może szyici; nieistotne, czy będą to rządy religijnych fanatyków czy świeckich obywateli, ważne, żeby ten koszmar się wreszcie skończył! W tym momencie najistotniejsze dla obywateli tego kraju jest zaprowadzenie pokoju i jego odbudowa. Dla siebie, ale przede wszystkim dla dzieci, które za nienawiść starszych płacą największą i niezasłużoną cenę: swoją śmiercią, kalectwem, chorobami, zabranym dzieciństwem.

         25.08.2013 r.

18:31, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 sierpnia 2013

     Umarł. Piętnastego nad ranem. W Nicei. Kolejny z naszych wybitnych ludzi pióra, którzy w ostatnim czasie odeszli.

    Kiedy byłem dzieckiem, myślałem, ba – byłem głęboko przekonany w swojej niedojrzałości, że znani mi ludzie – tak bliscy jak i zupełnie obcy – którzy byli w różny sposób obecni w czasie mojego dojrzewania, są i będą nadal. Również wówczas, gdy stanę się już dorosłym człowiekiem. Krótko mówiąc myślałem, że będą żyli wiecznie, albowiem wydawali mi się niezniszczalni! Z tego też powodu świat wydawał mi się piękny, bo beztroski i niezmienny. Wynikało to oczywiście z naiwnego przeświadczenia nie tylko o niezmienności otaczającego mnie świata, ale również z innego poczucia czasu niż dzisiaj. Jednak obecna w naszym życiu śmierć, bliskich czy dalszych nam osób, w pewnym momencie uświadomiła mi z bezwzględną brutalnością – podobnie zresztą jak i innym – czym jest życie i istniejący w nim czas, i że nic nie trwa wiecznie. W ten oto sposób, można powiedzieć, zaliczyłem pierwszy egzamin dojrzałości. Wiedza, jaka stała się moim udziałem polegała na uświadomieniu sobie, że śmierć wpisana jest nie tylko w nasze życie, ale w ogóle w życie wszystkiego, co istnieje. Wkrótce potem zrozumiałem, że gdy zaakceptuje się tę prawdę, łatwiej przyjąć kolejne straty naszych bliskich – chociaż zgody na to zapewne nigdy nie będzie. A jeżeli w końcu ona się pojawi, to wraz z upływem odpowiedniej dawki czasu. Wtedy pogodzimy się ze stratą i uświadomimy sobie po raz kolejny, że taki jest porządek świata.

    Podobnie jest z ludźmi, którzy nie są z nami spowinowaceni, natomiast w jakiś sposób pozostają nam "bliscy".  To ludzie znani nam z sąsiedztwa, czy też z mediów. Śmierć takich ludzi również nie pozostaje dla nas obojętna. Lecz mimo że ona też boli, to jednak inaczej. W o wiele bardziej wytłumiony sposób. Jakbyśmy przyjęli ją na jakimś znieczuleniu. Dlatego odejście takich osób pozostaje w naszym życiu w zasadzie zarejestrowaniem tego faktu. Mniej dojmującym i bolesnym niż w przypadku kogoś, z kim żyliśmy, spotykaliśmy się na co dzień, kogo kochaliśmy. I tyle. Ale jednocześnie też, aż tyle! Bo ci, dopóki przechowujemy ich w sobie, tkwią w naszej pamięci, żyją nadal. A przecież o to w tym wszystkim chodzi: o pamięć! Tak myślę.

    Pani Maja Komorowska w TV powiedziała, że ma nadzieję, że teraz S. Mrożek będzie czytany przez młodzież. Tyle jej nadzieja. Ja, rozbrojony z niej, jestem głęboko przekonany, że czytany nie będzie. Właśnie teraz, gdy żyjemy w świecie demokratycznym jego literatura jest w zasadzie bezbronna. To znaczy nie ma dzisiaj takiej siły rażenia, jaką miała wówczas, gdy powstawała. Może kiedyś. Gdy wrócą podobne okoliczności, czyli rządy autorytarne. Ale nie dzisiaj. Jeszcze nie. Oczywiście, kilka jego sztuk obroni się w każdym czasie i okolicznościach – choćby „Emigranci” czy „Tango”, jednak większość z tego, co napisał, będzie musiała jakiś czas odczekać. Właśnie w naszej pamięci – pamięci potomnych.

       17.08.2013 r.

15:58, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 sierpnia 2013

    Naturalnie, jesteśmy potomkami naszych protoplastów, kimkolwiek oni byli. W szerszym jednak zakresie jesteśmy oczywiście homo sapiens. Ludźmi! Najinteligentniejszymi istotami w świecie zwierząt. Niestety, gorzej, że również najokrutniejszymi. A mówi o tym nie tylko nasz stosunek do samych siebie, ale również do naszych braci mniejszych, czyli właśnie zwierząt. Bo nikt inny tylko my potrafimy zabijać dla zysku czy samego zabijania; dręczyć dla samego dręczenia, ponieważ mamy w sobie nieprzebrane pokłady bezinteresownego sadyzmu; zniewalać, albowiem w taki właśnie mało wyszukany sposób lubimy zaspokajać swoje skłonności i upodobania. Krótko mówiąc świat zwierząt zwykliśmy traktować z pogardą i poczuciem wyższości, dającym nam niekłamaną satysfakcję. Tacy jesteśmy, my – władcy tego świata tu i teraz!

     Człowiek od najdawniejszych czasów, praktycznie od momentu ostatniego zlodowacenia, żył w towarzystwie zwierząt. Za ludzką opiekę odpłacały mu tym, co miały najlepszego, czyli mlekiem, wełną, jajkami, też własnym ciepłem, nierzadko ratując człowieka przez zamarznięciem, a ostatecznie sobą w postaci niezbędnego dla człowieka mięsa. Niestety, takie domowe zwierzęta dzisiaj to żadna atrakcja czy egzystencjalna potrzeba, dzisiaj do trwania człowieka okazała się niezbędna dawka adrenaliny. A jako że używki, czy ekstremalne sporty okazały się niewystarczające, więc poszukał jej gdzie indziej. Chociaż również w świecie zwierząt.

    W ostatnich czasach bardzo głupią i bezsensowną modą stało się posiadanie w domu jakiegoś zwierzątka – najlepiej egzotycznego gada, płaza, czy ptaka. Jedni ściągają do siebie węża, inni jakiegoś niebezpiecznego pająka, a jeszcze inni małpkę, legwana, czy piranię. Słowem wariacki wyścig, aby być najoryginalniejszym w tworzeniu tego domowego prywatnego zwierzyńca trwa w najlepsze. Świetnie, jeżeli wszyscy są zadowoleni i szczęśliwi, gorzej, gdy „zabawka” się znudzi. Wtedy bowiem pojawia się problem: co z tym fantem zrobić? Oczywiście, pozbyć się. Tylko jak? Najprościej puścić wolno. Inne i tak czasem uciekają, wiec co za różnica. Więc bezmózgie typy wypuszczają je na wolność. Lecz tutaj zaczyna się kłopot. Bo oto okazuje się, że wąż ląduje gdzieś w lesie; tarantula na przykład w blokowej piwnicy, a pirania w jakiejś rzece czy zamkniętym jeziorze. Krótko mówiąc ubaw po pachy! Tylko czy rzeczywiście jest się z czego cieszyć?

    Oczywiście, ma nic zdrożnego w tym, że ludzie posiadają różnego rodzaju pragnienia: pragnienie bycia kochanym jest ze wszech miar godne poparcia; pragnienie bycia bogatym, oby tylko nie za wszelką cenę i po tzw. trupach, również nie jest złe samo w sobie i godne jedynie potępienia; pragnienie życia w niesłabnącym zdrowiu też jest zrozumiałe; pragnienie jednak posiadania jakiejś egzotycznej i niebezpiecznej zwierzyny w domu, a potem beztroskie i bezmyślne pozbycie się jej w tak głupi i nieodpowiedzialny sposób jak napisałem o tym wyżej jest po prostu krótkowzroczne i najzwyczajniej w świecie kretyńskie! Fatalnie, że nie widać końca tego procederu, więc może być tylko gorzej.

    Nie wiem, czy jest coś, co mogłoby zmienić ludzi w postrzeganiu kwestii egzotycznych zwierząt i ich dziwnym „udomawianiu”. Nie wiem też, czy jakiekolwiek zakazy mogłyby tutaj coś zdziałać. Wiem za to, że przydałby  się tutaj jakiś mały wstrząs. Na przykład coś na kształt znanej nam historii filmowej z „Planety małp”. Myślę, że mogłoby być niezmiernie ciekawie, gdyby się ziściła. Nagle z roli oprawców, stalibyśmy się wykonawcami na przykład małpich rozkazów. To dopiero byłaby zabawa. Po prostu boki zrywać! I jaka dawka adrenaliny! No po prostu jazda bez trzymanki!:)

          16.08.2013 r.

06:43, adelmelua
Link Komentarze (2) »
środa, 14 sierpnia 2013

     Tak jak wiele rzeczy czy zjawisk posiada swoje dwa oblicza, tak również jest i z krytyką. Raz bywa ona mądra, rzeczowa, innym znów razem pozostaje, niestety, głupia i małostkowa, bo formułowana przez taką właśnie osobę.  Oczywiście w niej samej nie ma nic niewłaściwego i nie jest rzeczą jedynie złą i niepożądaną tylko z tego tytułu, że czasami jest sprzeczna ze zdaniem, jakie posiadamy na swój temat. Powiedziałbym więcej – jest nawet wręcz pożądana! Pod warunkiem jednak: że jest rzetelna, uczciwa i obiektywna. Tylko wtedy bowiem pozostaje ona dla nas konstruktywną i budującą, choćby i należała do ocen negatywnych. Taka krytyka jest na miejscu, jest materiałem, który wnosi w nasze życie coś konkretnego i ważnego.

    Niestety, na drugim biegunie tej oceny usytuowana jest krytyka nieuczciwa, perfidna i złośliwa, obciążona uprzedzeniami opiniującego, która ma na celu jedynie poniżenie, zasianie w nas zwątpienia i podważenie dobrej opinii jaką z jednej strony cieszymy się w oczach innych, z drugiej zaś, jaką mamy o sobie. Taka krytyka, to po prostu zwykłe krytykanctwo, które z rzetelnością oceny nie ma nic wspólnego. Z taką krytyką nie warto nawet podejmować jakiejkolwiek dyskusji, albowiem znalezienie jakiejś wspólnej płaszczyzny porozumienia jest w zasadzie niemożliwe. Taka krytyka nastawiona jest już niejako a priori na wyrządzenie nam krzywdy. Dlatego źle się dzieje, gdy właśnie to drugie, nieuczciwe jej oblicze dosięga nas częściej. Szczególnie jest to dotkliwe wówczas, gdy dosięga osobę nadwrażliwą, bo jaka taka pozbawiona jest ona skutecznych środków obronnych, co może przypłacić nie tylko utratą wiary w siebie i swoją wartość, ale również, co gorsze, zamknięciem się w sobie, wyalienowaniem, a nawet depresją. Niestety, to wszystko może się stać, tym bardziej, że tak naprawdę przez całe nasze życie wszyscy jesteśmy poddawani ustawicznemu działaniu zawistnej, nieuczciwej krytyki.(:

        14.08.2013 r.

15:47, adelmelua
Link Komentarze (8) »
wtorek, 13 sierpnia 2013

     Od 1989 roku, od pamiętnych czerwcowych wyborów byłem przekonany, więcej – byłem pewien, że żyję w Polsce wolnych, niezależnych mediów. Tak myślałem do wczoraj. Niestety, właśnie w dniu wczorajszym okazało się, że byłem naiwniakiem i tkwiłem w potwornym błędzie, żywiąc się złudzeniami.

     Oczywiście, zdawałem sobie sprawę z różnego rodzaju niedoskonałości dziennikarskich, jak choćby takich, że niektórzy wykorzystują swoją pracę i pozycję próbując niejako w pewien sposób – choćby i nieświadomie – bardziej kreować rzeczywistość niż ją opisywać. Ale składałem to na karb naszej zwykłej ludzkiej ułomności. To jednak, co wydarzyło się wczoraj a co dotknęło mnie bezpośrednio, pozbawiło mnie złudzeń i przekonało jednocześnie, że różnego rodzaju naciski na media były, są i zapewne, niestety, pozostaną. Napisać w tym miejscu że szkoda i żal, to stanowczo za mało i nieadekwatne do sytuacji. Bo to więcej niż cholernie rozczarowujące, to przede wszystkim utrata wiary w niezawisłość mediów i w to, że jednak głos pojedynczego obywatela, mimo że przecież niezbyt nośny, jest jednak słyszalny. Niestety, nie jest. A im bardziej ten głos wchodzi w drogę rządzącym, tym mocniej i bezpardonowo jest zagłuszany. A oto w dużym skrócie o co chodzi.

    Po przedostatniej kolejce piłkarskiej ekstraklasy ze stanowiska trenera Korony Kielce odwołano p. Leszka Ojrzyńskiego, trenera dobrego i oddanego drużynie, dlatego kibice i zespół byli tej decyzji przeciwni. To, jak to zrobiono i dlaczego, pozostawia wiele do życzenia. Jednak stało się – prezes Korony i zarząd byli nieugięci. Ja, jako pojedynczy obywatel i kibic tej drużyny doskonale zdawałem sobie sprawę, że tak naprawdę mogę jeszcze mniej niż piłkarze i grupa kibiców, która poszła negocjować z włodarzami klubu. Dlatego postanowiłem zrobić to, w czym czuję się najsilniejszy, czyli napisać list-apel skierowany do kibiców Korony, prosząc ich w nim o bojkot przyszłych meczów naszego zespołu. Ku mojej satysfakcji list się szybko ukazał na stronie Gazety. Niestety, tak jak szybko się ukazał, tak też jeszcze szybciej zniknął, tzn. ściślej najpierw został zablokowany, a następnie zniknął. Dlaczego? Ponieważ kilkadziesiąt minut później na stronie Urzędu Miasta i Gazety zamieszczone zostało ogłoszenie o ofercie sprzedaży klubu: „ Prezydent Miasta Kielce (…) zwany dalej > Zbywcą< (…) zaprasza wszystkich zainteresowanych do negocjacji w przedmiocie nabycia 4.270.000 (słownie: cztery miliony dwieście siedemdziesiąt tysięcy) akcji o wartości nominalnej 10,00 zł (słownie: dziesięć złotych) każda, stanowiących 100 % kapitału zakładowego spółki Korona S.A. z siedzibą w Kielcach…” . Krótko mówiąc lipa.  Pozostało mi rozczarowanie i niemałe rozgoryczenie. Bo wyszło na to, że wszystko można wytłumić, zablokować, zmielić. Wystarczy tylko jedno odgórne polecenie – polecenie, które tak naprawdę jest porażką demokracji. I przyznam, że nie wiem, jak mógłbym to jeszcze skomentować. Wiem, że my pojedynczy jesteśmy niezmiernie bezsilni. I to na każdym polu w walce z machiną różnego rodzaju instytucji. Tyle.(:

          13.08.2013 r.

09:27, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl