RSS
piątek, 31 sierpnia 2012

     Zasadnym jest tutaj postawienie pytania: O czyje rządy tu chodzi? Oczywiście tych, którzy sprawowali władzę kiedyś i nadal ją sprawują w różnych częściach świata. Innymi słowy, w szerszym zakresie, chodzi o ludzi tzw. wielkiej polityki. Bowiem ci, którzy rządzą, wywodzą się właśnie prosto z niej – z niej wyszli, ona ich ukształtowała, niejako ulepiła.

     Dlaczego napisałem, że są to rządy chamów i prostaków? To proste: gdyby rządy sprawowali ludzie światli, empatyczni, rozumiejący więcej z otaczającej ich rzeczywistości, podejrzewam, ba – jestem wręcz pewien, że mielibyśmy znacznie łatwiejsze życie. Tacy ludzie bowiem walczyliby z nierównością społeczną, biedą i głodem, starając się, aby ich naród był zdrowy i dobrze wykształcony. Bo te elementy gwarantują jego szczęście i zadowolenie. Niestety, jak wiemy, jest inaczej. Dlatego są to właśnie rządy przysłowiowych chamów i prostaków, ludzi krótkowzrocznych, z przerośniętym ego i chorych na władzę. Tak się działo i dzieje od wieków. I zapewne będzie się działo jeszcze długo w przyszłości. Może nawet do końca  naszego świata.

     Pojawia się tutaj kolejne pytanie: Dlaczego tak się dzieje i czy musi? Oczywiście nie musi, ale okazuje się, że świat ustawicznie przetwarzany przez człowieka co prawda zmienia się, człowiek jednak – szczególnie ten u władzy – już niekoniecznie. Nadal pozostaje prymitywny w swoich prostackich dążeniach, dostrzegając jedynie czubek własnego nosa, który wyznacza mu obszar jego działalności. A wszystko po to, aby swój stan posiadania utrzymać. I nie cofnie się taki człowiek przed niczym, żadną podłością, żadną zbrodnią! Bo władza, każda władza uzależnia i deprawuje. I biada tym, którzy się takiej władzy sprzeciwią!

     Do niedawna ten sposób sprawowania władzy dyktowany był przede wszystkim podbojem nowych ziem i narodów, próbą rozciągnięcia swojego panowania na jeszcze większe obszary, jakkolwiek było to tłumaczone. Upadek tak pojmowanej polityki nastał wraz z końcem drugiej wojny światowej. Dzisiaj nie chodzi już o podbój obcych ziem, dzisiaj rzecz się rozgrywa o zniewolenie własnego narodu! A proces ten dokonuje się w różnoraki sposób właściwie pod każdą szerokością geograficzną. Z jednej więc strony mamy model Putina i jego Rosji – z drugiej zaś Kubę braci Castro; w innym miejscu mamy Chaveza i jego Wenezuelę – z drugiej zaś Łukaszenkę i Białoruś; obok, tuż za wschodnią granicą mamy Janukowycza i Ukrainę – z drugiej zaś B. al Assada i Syrię; jeszcze dalej mamy Koreę Północną – z drugiej Chiny czy Kazachstan Nazarbajewa. Przykładów jest więcej, wymienianie ich tutaj jest jednak bezsensowne. Istotnym jest samo zagadnienie. W każdym bowiem przypadku chodzi o jedno: utrzymanie władzy za wszelką cenę i zaspokojenie w ten sposób własnych prymitywnych pragnień – choćby i za cenę życia swoich obywateli. Szkoda. Bo mogłoby być zupełnie inaczej. Gdyby tylko rządy przywódców były rządami ludzi światłych, posiadających wizję społeczno-polityczną, wizję lepszego życia. Gdyby cała ich energia szła w kierunku podboju kosmosu, rozwoju medycyny, walki ze światowym zacofaniem i głodem. Wtedy byłaby szansa na lepszy wspaniały świat.

    Taka polityka i przywódcy, to jednak tylko moje pobożne życzenie, albo też myślenie życzeniowe. Nieistotne. Bo nic się nie zmieni. Nadal będziemy mieli w różnych częściach świata rządy chamów, despotów i prostaków.

     31.08.2012 r

14:47, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 sierpnia 2012

     Pamiętam jak na początku lat 90-tych wprowadzano religię do szkół i jak ten ruch tłumaczono. Dzisiaj czytam wywiad z prof. H. Samsonowiczem – którego lubię i szanuję, a który – tak się składa – był w rządzie T. Mazowieckiego odpowiedzialny za tę decyzję i mówi, że „taka była wówczas wola rodziców i nauczycieli”. Przyznam, że ja takich akurat rodziców nie znałem. Cóż, widocznie byłem za młody i za młodych miałem znajomych, słowem – pech. Niemniej pamiętam również, że lekcje te miały być wprowadzone tytułem próby, a po roku miała się odbyć na ten temat szeroko zakrojona dyskusja. Oczywiście, jak nietrudno się domyślić, żadnej dyskusji nie było. Bo po co? I tak już mamy to, co chcieliśmy. Zwycięstwo! Teraz, po latach, okazuję się, że to zwycięstwo pyrrusowe, o czym profesor mówi również. Uważa on, że nauczanie religii w szkołach w dotychczasowy sposób powinno się zakończyć, bo jest wadliwe: więcej przynosi szkody niż pożytku.

     Właściwie mógłbym powiedzieć – nie moja sprawa i przyklasnąć w rączki z mniejszej czy też większej uciechy. Ale tak naprawdę, to żadna radość. Niemniej od początku było dla mnie oczywiste, że religia w szkole, to samobój Kościoła. No, ale że lubimy popadać w skrajności, więc było pewne, że nie ma takiej siły, która by ten proces zatrzymała. Po raz kolejny musieliśmy sprawdzić zasadność porzekadła, że mądry Polak po szkodzie.

     Naturalnie to, co się stało z religią w szkołach, to szersze zagadnienie, które powinno być rozpatrywane w kategoriach błędów. Jednym z nich na pewno jest słabe przygotowanie katechetów do zawodu. Ale to jeszcze nic, o wiele większą i znacznie ważniejszą wadą jest sam Kościół i to, co ma on do zaproponowania młodemu współczesnemu człowiekowi. A do zaproponowania, tak jak i katecheta, ma niewiele. Stąd oczekiwania jednych (Kościół + katecheta) rozchodzą się z potrzebami drugich (młodzież). Dlatego dopóki Kościół sam się nie zreformuje, nie dokona transformacji – nie tylko zresztą chrześcijański, ale w ogóle wszystkie Kościoły – dopóki katecheta będzie jedynie "odwalał" swoją działkę, dopóty młodemu człowiekowi będzie z nimi nie po drodze. Bo na razie Kościół uzyskał tyle na obecności religii w szkole, że młodzi ludzie z sacrum uczynili rzecz błahą, łatwą do wyśmiania, lekceważenia czy nawet wręcz pogardy.

     Prof. H. Samsonowicz mówił jeszcze w rzeczonym wcześniej wywiadzie, że „nauka religii, rozumiana jako nauka o prawdzie, dobru jest potrzebna” i jeżeli ma zostać w szkole, to on wolałby, żeby wykładali ją filozofowie, którzy nie będą bać się pytań młodzieży, a także, co istotne, będą przygotowani pedagogicznie. Ja w tym miejscu zapytam: A dlaczego to niby filozofowie mają uczyć w szkole religii, a nie np. religioznawstwa czy etyki? I o jaką prawdę profesorowi chodzi? O to, że Kościół od początku swojej konsolidacji w roku 325 na soborze nicejskim uznał jedynie cztery ewangelie, a pozostałe przez wieki były traktowane jako wrogie i dlatego niszczone? I ewangelia Marii Magdaleny, i Piotra, i Tomasza, a w końcu i Judasza (chociaż to nie wszystkie, bo było ich znacznie więcej)? Czy może chodzi o prawdę o Piłacie, który nie miał innego wyjścia, jak ukrzyżować J. Chrystusa, albowiem ten ostatni negował boskość rzymskiego imperatora, twierdząc, że sam jest królem – tyle że królestwo jego z innego świata pochodzi? Czy też o Sodomę i Gomorę, które zostały spalone niby przez Boga za rozpustę, podczas gdy ich zagłada była spowodowana upadkiem w austriackich Alpach komety w 3123 roku? Pytań można postawić wiele, można je mnożyć, jednak odpowiedzi, o jaką prawdę profesorowi chodziło, nie znajdę. Dlatego zgadzam się z ideą wyprowadzenia religii ze szkół. W końcu szkoła to przestrzeń państwa świeckiego i jako taka powinna być wolna od jakiejkolwiek indoktrynacji. Natomiast świętość i transcendencja powinny mieć swoje miejsce w salkach katechetycznych. Tam, myślę, będzie im najlepiej – dla pożytku zresztą wszystkich zainteresowanych.

      29.08.2012 r.

17:07, adelmelua
Link Komentarze (2) »
wtorek, 28 sierpnia 2012

     Obejrzałem wczoraj, po raz trzeci zresztą, film K. Kutza „Pułkownik Kwiatkowski”. Traktuje on o ciekawej postaci, która ponoć istniała w powojennej Polsce. Ale nie to jest dla mnie tutaj istotne, ważne jest co innego, mianowicie – miasto. Jak wiemy Warszawa w wyniku Powstania została zniszczona w ponad 80 %. Powstanie ciągnęło się od 1 sierpnia przez długie 63 dni 1944 roku. Dzisiaj, gdy to piszę, wypada jego 28 dzień – tyle że 68 lat wcześniej. Do jego końca pozostawało jeszcze 35 dni, czyli więcej niż połowa. Najgorsze było jeszcze przed ludźmi Warszawy. Piszę „ludźmi”, ponieważ nie tylko warszawiacy w nim w tym czasie przebywali. Niestety, ilekroć o tym myślę, czytam, czy też rozmawiam, tylekroć zadaję sobie pytanie: Co by się stało z Krakowem, gdyby Zygmunt III Waza nie przeniósł nam stolicy do Warszawy? Czy Kraków nadal byłby Krakowem, a my chełpilibyśmy się kolejnym nieudanym powstaniem, utopionym w morzu krwi?

     To odniesienie można zastosować do wielu miast oraz narodowości, które wykazały dużo więcej rozsądku i instynktu samozachowawczego niż my – choćby Czesi i ich piękna Praga, czy też Francuzi i niezmiennie podziwiany Paryż. I wcale nie myślę, że okazali się przy tym tchórzami i stracili jakoś specjalnie na honorze, bo oddali te miasta bez walki. Jest wręcz przeciwnie – w moich oczach okazali się ludźmi mądrymi i myślącymi o narodzie i jego dobru.

     Mówią: Stalin zachęcał do powstania! Ja odpowiem na to w ten sposób: I co z tego? A czy pakt Ribbentrop-Mołotow, to nie jego strategia? A czy Katyń, to nie jego decyzja? A czy 17 wrzesień 1939 roku, to nie konsekwencja ww. paktu? Że już nie wspomnę o czystkach, jakie miały miejsce w ZSRR w latach 1937/38, a o których przecież wiedziano! Zatem wiadomym było z jakim człowiekiem ma się do czynienia i że na pewno nie wolno było wierzyć bezkrytycznie w jego słowa, a już na pewno nie w zapewnienia o pomocy powstańcom. Jeżeli nasi przywódcy uwierzyli, to znaczy, że byli krótkowzrocznymi politykami i nie powinni się znaleźć tam, gdzie się znaleźli. Bo ich fatalna decyzja zabiła kwiat polskiej młodzieży, tysiące mieszkańców Warszawy, a samo miasto niemal doszczętnie starło z powierzchni ziemi.

     Dzisiaj, gdy oglądam jakiś film o tamtym czasie – choćby i z domieszką komedii, nie mogę, nie potrafię sobie wyobrazić tamtego piekła, jakie było udziałem tych wszystkich, którzy znaleźli się w tym mieście. Ale nie mogąc go sobie wyobrazić, jednocześnie jestem wdzięczny losowi, że nie muszę takich rzeczy przeżywać w swojej rzeczywistości. I niechaj tak już zostanie. Niechaj wystarczy o tym jedynie film.

     28.08.2912 r.

14:46, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 sierpnia 2012

    Na przestrzeni kilkunastu lat napisałem trzy książki, które tworzą tryptyk o męskim dojrzewaniu: „Poza konfesjonałem”, „Epitafium. Krótka opowieść o miłości” oraz ostatnia – jeszcze nie wydana – „I pozamiatane”. Pisałem je krótko – w sumie wszystkie razem około trzy miesiące, wydanie ich jednak, to już sprawa znacznie dłuższa. Dlaczego? Prawdę mówiąc nieistotne. Może to i dobrze. Zawsze przecież należy szukać pozytywów choćby i w nieprzyjaznych wydarzeniach. Więc raczej postrzegam tę zwłokę jako działanie nie pozbawione sensu. Mówię tak z pozycji człowieka wiekowo dojrzałego. Piszę świadomie „wiekowo”, ponieważ metryka, to jeszcze nie dojrzałość życiowa, wynikająca z naszego doświadczenia i przemyśleń. Osobiście mogę mieć jedynie nadzieję, że w moim przypadku metryka jakoś nie odbiega za bardzo od tej wyżej rzeczonej dojrzałości życiowej. Niestety, to tylko nadzieja, która być może stoi w opozycji do stanu faktycznego. Jak naprawdę jest, trudno mi orzec. Tym bardziej w kontekście tego, co zamierzam tutaj napisać.

    Wczoraj przeglądałem swoje stare szpargały i trafiłem na wiersz, który również ma słowo „epitafium” w swoim tytule. Ale że oba utwory różnią się od siebie nie tylko tym, że należą do różnych gatunków literackich, to na dodatek jeszcze mówią diametralnie inaczej o relacjach damsko-męskich. Dlatego postanowiłem ów „wierszyk” tutaj pomieścić. Oto on:

                                       Epitafium dla faceta bez ptaka

Moja miłość póki żyję jest do ciebie aż po szyję!

Grzęznę w niej z dnia na dzień bardziej, chociaż ze mnie przecież twardziel.

A rozmiękcza mnie tak czule, że aż wstyd mi i w ogóle

Dupa ze mnie, a nie facet, że się czołgam pod twój kapeć.

Cóż, więc rozdepcz jak robaka, niech zostanie ze mnie sraka,

Potem powiedz: „Żadna draka, odszedł gość, co nie miał ptaka”.

     Powiedziałbym, że jest to taka poboczna twórczość, powstająca mimochodem, na pewno nie w celach reklamowych. Niemniej, jak już się pojawiła, to ją zapisałem, a dzisiaj podzieliłem się z wami. Bardziej kierując ją jednak do mężczyzn, jako pewnego rodzaju ostrzeżenie: żeby nie stali się, tak jak ja, jakimś pieprzonym kamikadze.

     Oczywiście, nie umiem pisać wierszy. Dlatego na koniec tytułem usprawiedliwienia się:

Cóż, nie umiem pisać wierszy,

Nie ten słuch, wrażliwość nie ta,

No, może gdybym dla niej był tym pierwszym,

Tak! Wówczas byłbym fachowcem od wierszy.

Jest inaczej, niestety, i późna już pora,

Ja zmęczony potwornie nie tylko sennością,

Wybacz więc, że nie mogę od wczoraj

Ująć w słowa z należną lekkością

Tylko tego, co… Co tu dużo gadać!

Mówić i pisać, ja nie powinienem.

Powód? To proste – zaraz będzie padać,

Niechaj więc reszta będzie… Pst! Milczeniem.

     27.08.2012 r.

14:38, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 sierpnia 2012

Tomasz Majewski powiedział coś, co postawiło go co najmniej w niezbyt moralnie komfortowej sytuacji. Powiedział mianowicie, że bezczelnie ściąga pliki muzyczne z internetu, tym samym więc dokonuje tzw. działalności pirackiej. Powiedział i, oczywiście, rozpętał niejako burzę, tyle że jest to burza w szklance wody. Powiedział bowiem coś, co praktycznie robią chyba wszyscy. A że robią to na własny użytek, w czterech ścianach, więc właściwie nie powinno być mowy o żadnym piractwie.

Nie będę się tutaj zagłębiał w zagadnienie, czym jest internet, komu i czemu służy, powiem jedynie, że jeżeli już coś w nim się znajduje, z całym pozytywnym i negatywnym inwentarzem, to stanowi to dobro ogólnoludzkie. My z kolei, mając do niego nieograniczony niczym dostęp, korzystamy z jego dobrodziejstw. Na własny użytek. T. Majewski również. Choćby i ściągając pliki muzyczne.

Ze mną jest podobnie. Jeżeli uda mi się ściągnąć z internetu jakąś ciekawą muzykę – również polską, to nie jest tak, że gdzieś dalej ją rozprowadzam i zarabiam na tym. Nic z tych rzeczy! Po prostu słucham jej, zaspokajając swoją potrzebę czysto duchową, wpisującą się w ramy tzw. polityki kulturalnej, i tyle. A któregoś dnia przychodzi taki moment, kiedy idę do sklepu muzycznego i, jeżeli mnie tylko stać na  kupno danej płyty, to ją kupuje. Z reguły dotyczy ten zakup polskich wykonawców. Sporadycznie zachodnich, tzn. tylko wtedy, gdy ich płyty są przecenione. I nie chodzi tutaj o jakiś tani patriotyzm, ale o zwykły pragmatyzm. Po prostu  polscy wykonawcy są z tego samego podwórka co ja – z takim samym lub podobnym doświadczeniem życiowym, z podobnymi problemami, żyją w tej samej rzeczywistości. A są to elementy niebagatelne, bo łączą ludzi, zbliżają, wytwarzają międzyludzką więź. A że chciałbym jak najdłużej cieszyć się twórczością tego czy innego polskiego artysty, więc płacę i kupuję ich twórczość. Z zachodnimi wykonawcami sytuacja przedstawia się diametralnie inaczej. Oni, bez moich grosików, i tak sobie dadzą radę, nie odczują ich braku i nadal będą żyli na takim poziomie, na jakim żyli wcześniej.

To, naturalnie, nie tłumaczy mnie z pewnego rodzaju „kradzieży” własności intelektualnej, niemniej, tak myślę, w pewien sposób broni co innego, mianowicie – Jałta i decyzja trzech wielkich tamtego świata: J. Stalina, W. Churchila i D. Roosevelta, którzy przy jednym stole dokonali sprzedaży i kupna wielu państw europejskich, w tym również Polski. Ta transakcja, według mnie, niesie reperkusje do dzisiaj. W moim i wielu moich rodaków przypadku niesie je właśnie w postaci ściągania m.in. muzyki z internetu. Jako konsekwencja decyzji pozostawienia nas w strefie wpływów Związku Radzieckiego – w rzeczywistości szarej, w ustroju, w którym królowała bylejakość, zacofanie i równość w biedzie. Podczas gdy świat zachodni w tym czasie nam uciekał.

Dzisiaj, od ponad dwudziestu lat próbujemy go dogonić. Przed nami jeszcze wiele lat pościgu. Ja zapewne nie dożyję jego końca. Jednak za ów pościg płacę – o wiele niższym standardem życia niż obywatel Europy Zachodniej. To doskonale obrazuje przyczynę mojego piractwa. Stać mnie – a i to nie zawsze – jedynie na płytę z polskim wykonawcą. Być może i jest to moralność Kalego, ale tak to wygląda z mojej pozycji. Zgodnie zresztą z moją życiową dewizą, o której już tutaj kiedyś pisałem – chodzi o zasady etyczne, które są niejako drogowskazem moich działań. Stąd też wynika konstatacja, że dil, który przed prawie 70. latami został dokonany, dotyczył co prawda nas, ale bez nas. Dlatego dzisiaj koszta mojego piractwa, tak uważam, powinni ponieść inni – choćby i artyści Zachodni, jeżeli politycy nie byli w stanie zlikwidować przepaści cywilizacyjnej między nami. Tyle.

26.08.2012 r.

16:40, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 sierpnia 2012

   Przeczytałem tę książkę niejako, że się tak wyrażę, ponad plan, tzn. całkiem niespodziewanie. I, jak się niestety okazało, całkiem niepotrzebnie. Wyszło bowiem na to, że to, co dobrze się zaczyna, niestety, nie zawsze podobnie się rozwija i kończy. W przypadku tej książki tak właśnie było. Chociaż, muszę przyznać, opis na jej okładce oraz tytuł okazały się w równym stopniu tak samo chwytliwe, jak i zwodnicze. Ja, niestety, dałem się nabrać i jakby nie patrzeć doznałem rozczarowania. Okazało się bowiem, że o ile pomysł jest świetny, z intrygującym rozpoczęciem równoległych historii dwojga bohaterów – Henri (żyje we Francji) i Villanelle (w Wenecji) – którzy po kilku latach spotykają się w Moskwie podczas napoleońskiej wyprawy, o tyle już ich wspólna historia, mimo użycia wielu słów do jej opisania, pozostaje po prostu powierzchowna i trudna do zaakceptowania. A dzieje się tak dlatego, że najzwyczajniej w świecie jest nierealna! Ktoś może powiedzieć, że przecież to wiadome iż taka właśnie jest, bo taka miała być w swoim zamierzeniu. W końcu to pewnego rodzaju bajka! Ba, jeżeli nawet, to przyznam, że nie wiem, czemu służąca i do kogo adresowana. Na pewno nie do mnie. Albowiem nawet bajka – a może przede wszystkim ona – powinna być na tyle czytelna, żeby nie miało się trudności z jej odczytaniem. Ja miałem. Niestety. Oczywiście, może być i tak, że po prostu jestem tępakiem i nie rozumiem współczesnych bajek. Może. Chociaż osobiście tak siebie nie postrzegam. No, ale co innego niezłe zdanie o sobie, a co innego to, co inni o nas mogą sądzić. Jakkolwiek jednak jest dodam jeszcze jedną rzecz. Chodzi o to, czego w tej książce brakuje. A brakuje mi w niej mianowicie listu do Villanelle, który napisałby Henri z miejsca swego odosobnienia, a z którego dowiedziałaby się, że z jego umysłem jest wszystko w jak najlepszym porządku. I że to odosobnienie – dokonane co prawda z własnego wyboru, jednak z jej powodu! – jest tak naprawdę jedyną skuteczną ucieczką od niej. Jako bunt i niezgoda na odrzucenie przez nią jego oświadczyn! Oczywiście, znowu można użyć argumentu, że tak właśnie miało być, bo to taka konwencja – jakby bajki. Odpowiem na to krótko i prosto: Jeżeli tak, to właśnie dlatego nie przepadam za tego typu bajkami. Słowem, tak jak wspomniałem na wstępie – pomysł świetny, wstęp intrygujący, ale całość zmarnowana. Szkoda. Bo mogła to być naprawdę ciekawa książka.

     24.08.2012 r.

16:17, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 sierpnia 2012

     Napisałem wczoraj o naszym Państwie oraz o kilku jego niedomogach i że niedostatecznie chroni swoich obywateli. Przede wszystkim tych uczciwych, nie za bogatych, słabszych. Ze względu jednak na miejsce napisałem o tym w sposób, co zrozumiałe, poważnie ograniczony. Dzisiaj o pewnym dodatku do wczorajszego tekstu, niejako pewnego rodzaju kwiatku do kożucha napisać muszę.

     Oglądałem wczoraj wiadomości i nagle padła informacja, że niewinny człowiek spędził w więzieniu 12 lat. I pierwsza myśl: Jak to, niewinny? I dwanaście lat? Jak do tego doszło? Dlaczego? Czy to możliwe? Na dodatek, podano w dalszej części, że był to areszt co pewien czas przedłużany! Zgroza! Mimo że człowiek nigdy się nie przyznał i ustawicznie wraz ze swoim adwokatem walczył o uniewinnienie, a prokuratura i policja nie miały twardych dowodów jego winy, mężczyzna został skazany. Jak gdyby nigdy nic.

     Czy w końcu jego odwołania dały efekt? Figa z makiem! Po prostu prawdziwy zabójca, przesłuchiwany w jakiejś innej sprawie, przyznał się i do tego zabójstwa sprzed dwunastu lat. Chwała mu oczywiście za skruchę, ale pytanie podstawowe paść musi: Gdzie i jaka była policja? Gdzie i jaka była prokuratura? Gdzie i jaki był sąd? Dlaczego wszystkie powyższe prawne struktury państwa zawiodły, na skutek czego zabrano człowiekowi 12 lat z życia, niszcząc mu przy tym wszystko, co miał – małżeństwo, radość z posiadania dziecka, rodzinę…?

     Przerażające!! I nie ma takich słów, żeby opisać to wszystko, co ten mężczyzna przeżył i czuje dzisiaj. Nie ma takiego zadośćuczynienia, które wynagrodziłoby jego cierpienie i żal. Są za to – nieudolne Państwo i jego słabi, niekompetentni funkcjonariusze, którzy po raz kolejny oczywiście nie odpowiedzą za swoją ignorancję! Takie Państwo, niestety, ale musi przerażać. Mnie przeraża!

     Ale to nie jest tak, że winien jest tylko ten rząd i premier D. Tusk. Zawinili tutaj wszyscy, którzy dotychczas sprawowali w tym kraju władzę i stanowili prawo. Zawiódł cały system!

      P.S.

    A może – w kontekście tego co wyżej – dopuścić jednak do pociągnięcia do odpowiedzialności karnej ewidentnie źle działających urzędników państwowych? Może czas wreszcie skończyć ze świętymi krowami, którym nic nie grozi, choćby i dokonywali rzeczy najgłupszych i niemoralnych? Może najwyższy czas upomnieć się w końcu o swoje prawa?!

     23.08.2012 r.

16:52, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 sierpnia 2012

    Przyznaję – nie znam się na prawie, jego zawiłościach, niuansach, meandrach. Wiem jednak, czym jest rozum i logiczne myślenie. A to co najmniej uprawnia mnie – jeżeli nie upoważnia – do postawienia pewnej diagnozy odnośnie funkcjonowania naszego Państwa, a także wystawienia urzędnikom tegoż Państwa odpowiedniej oceny.

     Od początku przemian ustrojowych minęły właśnie 23 lata. Nie będę wnikał, czy to dużo czy mało, powiem tak: Jako Państwo powinniśmy być o wiele dalej w swoich zmianach. I nie chodzi mi tutaj o wyższą stopę życiową, ładniejszy wygląd ulic i domów, chodzi przede wszystkim o prawne struktury Państwa, o jego przyjazność w stosunku do obywatela. Niestety, to, jak ostatnio szczególnie wyraźnie widać (Amber Gold, upadek biur turystycznych), jest wadliwe, chore, nieprzyjazne. 23 lata, to kilka kadencji naszego parlamentu, a co za tym idzie tysiące odwołań, interpelacji, zmian w prawie, czytań projektów ustaw, a w końcu i ich uchwalenie. Wszystko po to, aby nam, zwykłym, przeciętnym obywatelom żyło się lżej, lepiej. Czy tak nam się żyje? Oczywiście, w porównaniu z tym, co było jeszcze za tzw. komuny, z całą pewnością dzisiaj jest lepiej. Ale czy na tyle lepiej, żebyśmy byli zadowoleni i bezkrytyczni? Śmiem wątpić. Tam, gdzie Państwo może pokazać poprzez swoich urzędników, że jesteśmy mikroskopowi, tam to pokazuje. Z całą powagą i surowością. Jak choćby w sprawie Nangar Khel, gdzie prokuratorzy wojskowi zawzięli się żeby ukarać kilku żołnierzy. Z tego, co zdążyłem zauważyć, inne Państwa tak bezceremonialnie ze swoimi żołnierzami się nie obchodzą. No, ale tutaj jest Polska! Kraj nieskazitelnych bohaterów, a nie skąpanych w niewinnej we krwi żołdaków. Od nas wymaga się więcej!

     Niestety, nie jest to odosobniony przypadek, w różnych obszarach naszego życia dzieje się źle. A najgorsze przy tym jest to, że w tej panującej niemocy, inercji czy wręcz ignorancji dostrzec można niejako przyzwolenie Państwa na działalność różnego rodzaju aferzystów, krętaczy i cwaniaków, którzy żerując na uczciwych, choć nierzadko naiwnych, obywatelach, zbijają fortuny. A dzieje się tak tylko dlatego, że Państwo, niestety, zawiodło, bo nie stworzyło na czas prawnych zabezpieczeń przed oszustwem. Stąd też różnego rodzaju afery: kiedyś FOZZ, tytoniowa, alkoholowa, paliwowa, Rywina, czy teraz z tzw. piramidami finansowymi. Można by powiedzieć – afera pogania aferę, a Państwo jeżeli reaguje, to zwykle post factum. Co zresztą nie jest niczym niezwykłym, w myśl porzekadła: „Mądry Polak po szkodzie”. Czy mamy prawo się dziwić, że tak się dzieje? Otóż nie bardzo. Albowiem jest to wynik tego, kogo wybieramy do parlamentu. A że wybieramy nierzadko ludzi niekompetentnych, bez pomysłów, nijakich, więc nie ma co wymagać cudów. Ich limit, jako niezwykle kłamliwie bogobojny kraj, prawdopodobnie już wyczerpaliśmy. Zatem nadziei musimy poszukać gdzie indziej. Pytanie: Gdzie? I na jak długo?

    Nie wiem, czy taka podpowiedź kogoś usatysfakcjonuje, ale od dawna zastanawia mnie tutaj jedna rzecz, mianowicie – jeżeli nasi politycy mają problem z utworzeniem bezbłędnego prawa, dlaczego nie zapoznają się z tym, które funkcjonuje od lat na Zachodzie i nie przeszczepią tego, co się nadaje do przeszczepienia, na nasz grunt? Po co za wszelką cenę próbują wyważać od dawna otwarte drzwi? Dlaczego chcą być mądrzejsi od czegoś, co od dawna się sprawdza i świetnie służy ludziom w starych zachodnich cywilizacjach? Ja, przyznaję, nie znam odpowiedzi. Jeżeli ktoś ją zna – chętnie się z nią zapoznam.

     22.08.2012 r.

 

13:08, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 sierpnia 2012

    Ludzie, co zrozumiałe i oczywiste, potrzebują wiary. Tak było od niepamiętnych czasów. Piszę „wiary” – nie religii, albowiem są to diametralnie różne znaczenia. Bo o ile wiara jest czymś naturalnym, wewnętrznie związanym z człowieczeństwem, z jego bytem, o tyle religia – każda religia jest jedynie zinstytucjonalizowaniem tej wiary.

    Naturalnie, nie wszyscy przynależą do jakiejś religii, innym wystarcza właśnie jedynie – i aż! – wiara. Niemniej – i jestem tego pewien! – wszyscy w „coś” wierzą. Albowiem nawet niewiara jest też pewnego rodzaju wiarą. To, co tutaj mnie zastanawia, to – skąd się ona bierze, co jest jej przyczyną, dlaczego w ogóle jest?

   Można właściwie z dużym prawdopodobieństwem założyć, że jest ona – tak jak już napisałem wyżej – immanentną cechą naszego bytu. I będzie to z całą pewnością prawda, dając już w ten sposób jakąś odpowiedź na wyżej postawione pytania. Ale, niestety, nie jest to odpowiedź całkowita i ostateczna. Dlatego pytanie: Skąd się bierze wiara? – nadal jest aktualne.

    Otóż myślę, że wiara w Boga – różnych zresztą religii, wyznań, czy nawet sekt, to wiara wynikająca u większości ludzi z… niewiedzy. Niestety. A także ze strachu, bojaźni przed nieznanym, tajemniczym, niepojętym. O ile jednak bojaźń czy strach są zrozumiałe, o tyle niewiedza już nie bardzo. Bo ta jest stanem naszej ignorancji, bezmyślności i nierzadko wygody. A to już trudniej wytłumaczyć. Gdyż ten stan naszego umysłu jest również niezmiernie łatwy do zlikwidowania. Wszystko jednak zależy od naszych chęci i pragnienia poznania prawdy. Ale nie tej podporządkowanej pewnej idei, którą serwuje nam Pismo Święte, ale prawdy naukowej, opartej na wnikliwych badaniach tego wszystkiego, co odziedziczyliśmy po naszych przodkach. Gdy to uczynimy, wykonamy ten niezbędny krok ku przyszłości wówczas, myślę, że odkryjemy z niemałym dla siebie zaskoczeniem, że jednak religia wciśnięta w schemat kościelnych rytuałów niewiele ma wspólnego z prawdziwą wiarą, z autentycznym przeżywaniem relacji Bóg – człowiek. Zrozumiemy wówczas, że zbliżenie do Boga może się odbyć na innej, duchowej płaszczyźnie, a nie poprzez uczestnictwo w nic nieznaczących gestach. Uświadomimy sobie, że aby zrozumieć i poznać, musimy się zmienić, a pozostając w Kościele i uczestnicząc w jego rytuałach, musi się zmienić również Kościół – że nie wspomnę o różnego rodzaju księżach. Dlatego dopóki nie nastąpi taka zmiana, dopóki społeczeństwa będą trwać w niewiedzy, dopóty będziemy traktować swoją religię powierzchownie, a Kościoły i my sami będziemy mieli niewiele wspólnego z prawdziwą wiarą, właściwym pojmowaniem Boga i odpowiednią relacją z Nim w naszych stosunkach.

     20.08.2012 r.

12:11, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 sierpnia 2012

     Tekst ten napisałem dwa dni temu, a dzisiaj czytam w pasku TVP INFO, że jakiś myśliwy zabił przez pomyłkę 27-letniego chłopaka, bo myślał, że to dzik! W ten sposób tekścik ten stał się, niestety, jeszcze bardziej aktualny. A oto on:

     I na wstępie od razu przyznaję bez ogródek: nie darzę tych ludzi, tzn myśliwych sympatią. Więcej – właściwie nawet ich nie lubię. Bo co niby oni swoim działaniem chcą udowodnić? Dla mnie osobiście jedno: że tak naprawdę brakuje im odwagi, aby zmierzyć się ze swoją ofiarą w równiej walce, bez tych wszystkich atrybutów ludzkiego okrucieństwa. Oni muszą być pewni, że odległość od namierzonego celu jest bezpieczna! Ale nie tylko brak odwagi ich cechuje, również bezmyślność. Bo to, co myśliwi robią, to nic innego jak bezmyślna ingerencja w naturę, w jej naturalny krwiobieg. To zabijanie nierzadko jakoby omyłkowe, wynikające z podobieństwa – szczególnie oczywiście ptactwa, jako odstrzał nadmiaru zwierzyny na pewnym obszarze, bez którego to niby odstrzału grozi zachwianie równowagi w świecie fauny, to oczywiście wierutne kłamstwo i bzdura! Zawsze bowiem tego rodzaju kwestię najlepiej regulowała sama natura. Oczywiście do momentu, kiedy nie wtrącił się w to człowiek. Teraz człowiek-myśliwy występuje w roli Boga i Wielkiego Regulatora natury. I reguluje. Konsekwencją tej swoiście pojętej przez niego regulacji jest nie tylko likwidacja „nadmiaru” zwierząt, ale, co za tym idzie, również osierocanie potomstwa przez odstrzelone „sztuki”, które, naturalnie, bez rodziców skazane są na śmierć. Ale to nieistotne, ważne, że mamy zadowolonych z siebie myśliwych, niezmiernie dumnych z posiadania tak wprawnego oka. Będzie się czym chełpić przed kolegami z pracy, jakimi to wyśmienitymi jesteśmy kozakami!

     W związku z tym mam do Panów apel: Panowie myśliwi, bando dzieciaków w krótkich spodenkach, bando zwykłych głupków! Jeżeli naprawdę pragniecie wykazać się odwagą i męstwem, zdecydujcie się zrobić krok do przodu i, np. zgłoście się na ochotnika na tzw. misję pokojową. Do Afganistanu czy choćby Iraku. Tam na pewno zapewnią wam moc wrażeń i ogrom możliwości postrzelania sobie – „do celu”, a tym samym również możliwość udowodnienia innym, że jesteście niezmiernie bohaterscy, a wasze prymitywne, atawistyczne pragnienie krwi i dominacji zostanie z całą pewnością ostatecznie zaspokojone. Może wówczas, gdy przejdziecie taką drogę, przestanie wam imponować westernowa postać cowboya i rewolwerowca.

      – Zatem do dzieła, panowie! Do dzieła!

         19.08.2012 r.

17:34, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl