RSS
niedziela, 31 lipca 2016

Biorąc pod uwagę okoliczności w jakich żył Jezus i to, co głosił wszem i wobec, dostrzegam w nim z jednej strony megalomana, z drugiej sekciarza, głęboko przekonanego o swojej misji. Różnica? Żadna. Zarówno pierwszy przypadek, jak i drugi, oznaczają to samo: pewnego rodzaju szaleństwo, które zawsze może prowadzić do fatalnych konsekwencji. Jezusa, jak wiemy, doprowadziło, potwierdzeniem czego była jego szczególna śmierć – poprzez ukrzyżowanie.

Dlaczego zdecydował się na tak desperacki akt wiary, przyznam – nie mam zielonego pojęcia. Szaleństwo zresztą ciężko zrozumieć.

Oczywiście, mam świadomość, że to, co napisałem, to dla jego gorliwych wyznawców czyste bluźnierstwo. W końcu on sam postrzegany jest przez nich diametralnie inaczej – to Syn Boży!, a jego śmierć to cnota, uznana powszechnie za największy akt miłości do człowieka i poświecenia się dla niego.

Cóż, jeżeli chodzi o mnie, to wiem tyle, że zarówno ta, jak i tysiące czy nawet miliony innych śmierci, złożone na ołtarzu jakichkolwiek wierzeń, nie były, nie są i nigdy nie będą w stanie niczego zmienić. Tym samym wszystkie one pozostają dla mnie całkowicie niepotrzebnym igraniem z czyimś życiem. Jezus z nim tak właśnie niebezpiecznie pogrywał, więc ostatecznie skończyło się to dla niego niezwykle marnie.

To, co mnie tutaj zastanawia to fakt, że przy całej swojej mądrości i zdolnościach, jakie posiadał, nie wziął pod uwagę jednego: człowiek w swojej naturze jest niezmienny! Tyle powinien wiedzieć. Dlatego jego poświęcenie i śmierć niczego, tak naprawdę, nie mogły zmienić, nie były w stanie. Szaleństwo, polegające na głębokim, niczym niepopartym przekonaniu o odkupieniu wszystkich grzechów tego świata i wierze, że w chwili ukrzyżowania coś się stanie, że dobry Bóg Ojciec z całą pewnością zareaguje w momencie zagrożenia jego życia i, naturalnie, wybawi swojego synka od okrutnej kaźni, było niczym innym, jak przejawem ogromnej wręcz naiwności lub, jak wspomniałem wyżej, szaleństwa.

Ale, nich będzie, załóżmy nawet, że otrzymał, jak mu się wydawało, jakieś znaki z otaczającej go rzeczywistości – przynajmniej tak to odczytywał – które przekonały go, iż w chwili swojej śmierci coś się wydarzy, coś niewytłumaczalnego, a niezmiernie spektakularnego! Coś, co, jak to sobie wymyślił, zadziała wbrew jakiejkolwiek logice życia, doprowadzając do konfrontacji materii ze światem pozamaterialnym.

Nadszedł w końcu ów sądny dla niego dzień, punkt kulminacyjny jego nauczania, a wtedy… Niestety, wówczas  okazało się, że król jest nagi! Cokolwiek to miało być na co czekał Jezus, nie spełniło się. Okazało się bowiem że nie wydarzyło się nic oprócz tego, że od szóstej do dziewiątej, czyli do momentu kiedy skonał, ziemię spowiła całkowita ciemność i spadł deszcz. To wszystko na co mógł liczyć w zakresie ingerencji sił nadprzyrodzonych w swoją kaźń – orzeźwiający wiosenny deszczyk, przywołujący fantastów do rzeczywistości!

Myślę, że w tym właśnie momencie swojej okrutnej śmierci zrozumiał jedno: że przeliczył się ze swoimi oczekiwaniami i tak naprawdę, to wybrał się z motyką na księżyc, co ostatecznie objawiło się w jego słynnych, a pełnych zwątpienia i rozczarowani słowach, pochodzących z Ewangelii Mateusza i Marka:

Eli, Eli, lama sabachtani? – Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?

Czy musiało się tak stać? Naturalnie. Zawsze bowiem jest tak, że to, co ludzkie, to namacalne, co transcendentalne – to pozamaterialne. Od zawsze były to dwie odrębne bajki, dwa odrębne światy. I zapewne nikt nigdy tego nie zmieni i nie zintegruje. Chyba że nastąpi koniec wszystkiego. Póki jednak wszechświat trwa, świat ducha – to jedno, świat materii – drugie, oba niezależne od siebie, trwające od początku w swoistej symbiozie. Dlatego to, co mogło się wówczas wydarzyć, a czego oczekiwał naiwnie Jezus, to jedynie wyładowania atmosferyczne. To wszystko.

Reasumując temat, sorry, ale całej tej bajki związanej z jego wyjątkową śmiercią, a następnie zmartwychwstaniem i wejściem do tzw. Królestwa Niebieskiego, nie przyjmuję. Oczywiście, on mógł sobie wierzyć w co chciał, bo tamten świat tak właśnie wyglądał – wielu nawiedzeńców, sekciarzy, czy mesjaszów, którzy widzieli siebie w roli zbawców świata, który miał rzekomo zginąć, kursowało wówczas w tę i z powrotem po całej Palestynie, a Jezus był tylko jednym z nich. To, że akurat przetrwał on, to w takim samym stopniu przypadek, jak również genialność głoszonej przezeń idei, która była powabna – szczególnie dla biedoty, a która widziała w niej sprawiedliwość, jaka miała być ich udziałem chociaż po śmierci, jeżeli nie mogła być osiągnięta za życia. Bo człowiekowi niezbędna jest wiara w coś, co może istnieć po śmierci, najlepiej w coś, co nie jest do osiągnięcia w naszym królestwie powszechnie panującej materii. Ja, tak się składa, żyję w innym czasie i okolicznościach i dlatego takich pierdoł zwyczajnie nie kupuję!

Czy to, co uczynił Jezus, było warte jego śmierci? Osobiście, mocno wątpię. Ale to było jego życie i jego wolny wybór. Czy osiągnął zamierzony cel? Również wątpię. W końcu historia ludzkości po jego śmierci temu przeczy, to historia bowiem pełna przemocy, nierzadko przecież realizowana w jego imię! Dlatego to, co może tutaj budzić zdziwienie, a nawet zażenowanie, to fakt, że od 1700 lat, czyli od soboru nicejskiego w 325 roku i powstania struktury Nowego Testamentu, Kościół katolicki wmawia biednym ludziom bajkę o królu żydowskim i jego jakoby zmartwychwstaniu, a ci niezmiennie od wieków łykają ją, jak dzieci kaszkę mannę na śniadanie. Zgroza i śmiech na sali jednocześnie, biorąc pod uwagę, jak długo naiwniacy dają się oszukiwać. Gdyby nie chodziło o okrutną śmierć człowieka sprzed dwóch tysięcy lat, powiedziałbym: boki zrywać! Tyle tylko, że jakoś nie jest mi wcale do śmiechu.

31.07.2016 r.

06:35, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 lipca 2016

Jeżeli kiedykolwiek zdarzy się tak, że zamilknę, tzn. nie będę tutaj obecny przez miesiąc czy dwa, wówczas pewne będzie jedno: albo nie  żyję,  albo mnie zamknęli. Póki nic takiego się nie stało, czyli żyję i nikt nie pozbawił mnie wolności, to znaczy, że nikt nie zamknął mi tym samym ust i wolność wypowiedzi nadal funkcjonuje, a ja mogę pisać nadal, o czym świadczy niniejszy tekst. Jak i inne w przyszłości również – przynajmniej taką mam nadzieję. Albowiem tylko słowem pisanym mogę walczyć z bandą chamów, prostaków i zwykłych bydlaków, którzy niczym bezrozumna banda rządzi dzisiaj  moim krajem!

Piszę o tym dlatego, że wiem, czym takie gardłowanie może się zakończyć w państwie coraz bardziej kontrolowanym przez różnego rodzaju służby. Ale, co zrobić?Jako że od zawsze w zasadzie miałem naturę buntownika, więc i dzisiaj nie pozostaje mi nic innego jak robić swoje. Na szczęście nigdy nie wciągałem innych w swoje działania. Bo inni, to odpowiedzialność za czyjeś życie, los, a ja zawsze wolałem działać sam, w pojedynkę, i odpowiadać jedynie za siebie. Mniej stresu, ewentualnych kłopotów czy różnego rodzaju strat. Nawet jak szedłem do łóżka z jakąś kobietą, to też bez pomocy żadnego z kolegów! (Taki tam żarcikJ)

Oczywiście, nie muszę chyba mówić, że taka akurat postawa w życiu nie popłaca, więc z reguły przychodziło mi za nią zapłacić. Przeważnie zmianą pracy.

Ktoś mógłby powiedzieć, że sam się prosiłem o kłopoty, więc otrzymywałem to, co mi się słusznie należało. Nie powiem że nie. Zresztą, ja się nie skarżę, chcę jedynie powiedzieć, że moja postawa zawsze była pochodną mojej buntowniczej natury i niezgodą na pewne warunki, w jakich przychodziło mi funkcjonować. Tyle, że mój bunt zawsze był raczej buntem łagodnym, skierowanym bardziej do siebie, do wewnątrz. Brało się to stąd, że nigdy nie lubiłem grać tzw. pierwszych skrzypiec, buntować się ostentacyjnie, krzykliwie i ciągnąć za sobą innych.

O ile jednak dawniej, będąc człowiekiem pełnym ideałów, poszedłbym na barykady niczym w dym, stając się tej rewolucji mięsem armatnim, o tyle dzisiaj, jeżeli nawet wybrałbym się w ich (barykady) kierunku, to z całą pewnością stałbym w miejscu zarezerwowanym dla kadry dowódczej! I nie chodzi tutaj o jakieś moje chore aspiracje czy wygórowane ambicje, rzecz raczej w pragmatyzmie: nie chciałbym niepotrzebnie nadstawiać karku za innych i ginąć za sprawę. Dla idei! Choćby i najszlachetniejszej. Wiem bowiem, z perspektywy przeżytych lat, że nie warto tego robić. No, chyba że miałbym się stać męczennikiem na miarę Chrystusa! Wówczas… Cóż, wówczas przynajmniej bym się zastanowił. Ale ginąć ot tak, za innych, na pewno bym tego nie chciał. W przypadku drugim bowiem, czyli zwycięstwa idei, pewne byłoby jedno: zamiast powszechnego uznania, podziwu i szacunku, czy nawet miłości, spotkałaby mnie raczej po latach zazdrość, podłość i zwykłe kalumnie zawistników. Innymi słowy efektem mojego zwycięstwa byłaby niemierzalna ludzka niewdzięczność! Szczególnie tych, którzy przez cały czas rewolty dekowaliby się po ciemnych szczurzych kątach, jak to miał w zwyczaju pan prezes – ten rewolucjonista w bamboszach! Dlatego wiem, że ginąć nie warto. Nawet za cenę pośmiertnej nieśmiertelności.

29.07.2016 r.

13:32, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 lipca 2016

Półtora tygodnia temu miała miejsce w Turcji nieudana próba przewrotu wojskowego. Nie wiadomo, tak naprawdę, przez kogo przeprowadzona i dlaczego w tak koszmarny sposób, czyli w ogóle nieprofesjonalnie. Wiadomo tylko jedno: pucz, jeżeli można to tak nazwać, skończył się totalną klęską wojskowych, co dzisiaj skrzętnie wykorzystuje prezydent T.R. Erdogan, rozprawiając się ze wszystkimi, którzy mogli wcześniej i którzy mogliby w niedalekiej przyszłości stanąć na jego drodze do rządów autorytarnych.

Osobiście uważam, że źle się stało, że pucz się nie powiódł. Jego koszta bowiem byłyby daleko mniejsze niż to, co przyjdzie zapłacić w przyszłości Turkom. Również tym, którzy w pamiętną noc wyszli na ulice Stambułu, skandując poparcie dla swojego prezydenta. Po rozprawieniu się bowiem ze wszystkimi realnymi i wyimaginowanymi wrogami, przyjdzie czas na zwykłych obywateli. To jedynie kwestia czasu. Rządy autorytarne bowiem wyglądają zawsze i wszędzie podobnie.

Jeżeli chodzi o nasze podwórko to, na szczęście, mimo ogromnych chęci pana prezesa, droga turecka nam nie grozi. Nikt przy zdrowych zmysłach nie porwałby się na powtórkę z historii i próbował wprowadzać u nas stan wyjątkowy po doświadczeniach początku lat 80-tych. Poza tym panuje zupełny brak podstaw do podjęcia tego typu decyzji. Dlatego zapędy J. K(ł)a(m)czyńskiego to jedno, a dzisiejsze realia to drugie. Innymi słowy chodzi o to, że znajdujemy się w całkiem innym punkcie historycznym, który zupełnie wyklucza realizację tego typu scenariusza, z jakim mamy do czynienia w Turcji. Chociaż nie tylko czuję podskórnie, ale i widzę, że takie zamiary PiS jak najbardziej posiada! I nie chodzi mi tutaj o nierespektowanie prawa i ostentacyjne wręcz łamanie zasad demokracji, rzecz przede wszystkim w ustawicznym polaryzowaniu sceny politycznej, która, jak można zauważyć, ma coraz silniejsze przełożenie na nasze sąsiedzko-koleżeńsko-rodzinne stosunki, niezwykle je zaostrzając, co w konsekwencji może w niedalekiej przyszłości doprowadzić z kolei do pewnych niepokojów i dać rządzącym pretekst do… No właśnie, niech każdy sam sobie odpowie na to pytanie: Co może to w ostatecznym rozrachunku dać rządzącym, hm?

Dzisiaj wiem jedno: gdybyśmy oddali Jarosławowi K. pełnię władzy, czyli taką, jaką posiada Erdogan w Turcji czy Orban na Węgrzech, bardzo szybko zapłakalibyśmy nad własnym losem. Na szczęście jesteśmy takim narodem, który bardzo źle znosi jakiekolwiek jarzmo, również to rodzime, więc tym samym i panu K(ł)a(m)czyńskiemu nie uda się nas spętać. Jesteśmy zbyt narowiści, zbyt anarchistyczni, by dać się tak po prostu zniewolić. Nawet temu, który sporo daje. Oczywiście nie ze swojego. Bo za bezmyślne rozdawnictwo też kiedyś przyjdzie zapłacić. Nam wszystkim. A wtedy… Cóż, wtedy nie wróżę zbyt długich rządów panu prezesowi i jego sztabowcom. Taczki już czekają!

27.07.2016 r.

06:53, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 lipca 2016

Zbliża się kolejna rocznica Powstania Warszawskiego, nie tylko tragicznego w swoich skutkach, ale również zupełnie niepotrzebnego!  Dzisiaj do tej tragedii narodu polskiego – bo przecież nie tylko samych powstańców – swoją cegiełkę niezgody dorzucają rządzący w osobie Antoniego świątobliwego, który wymyślił sobie, jako szef MON-u, że każdą tego typu państwową uroczystość jakoby uświetni tzw. apelem smoleńskim, tzn. odczytaniem listy osób, które zginęły w katastrofie samolotowej prezydenckiego Tupolewa w Smoleńsku 2010 roku.

Ile trzeba mieć złej woli, arogancji, buty i braku choćby źdźbła empatii, a także zwykłej elementarnej ludzkiej przyzwoitości, żeby wpaść na tak iście szatański pomysł, pisał nie będę, ponieważ musiałbym użyć zbyt wielu niecenzuralnych słów. Napiszę tylko tyle: człowiek, któremu zaświtała w głowie taka myśl, używając moralnego szantażu: w zamian za wojskową asystę na tej uroczystości, powstańcy zgodzą się na odczytanie właśnie ww. apelu smoleńskiego, jest zwykłą szują i kanalią! I zapewne nie tylko dla mnie.

Wcześniej mogłem myśleć, że działania Antoniego świątobliwego wynikały jedynie z głupoty czy też szaleństwa. Dzisiaj, znając artykuł T. Piątka w GW, jestem przekonany, że chodzi tutaj o coś znacznie gorszego, a perfidia małego człowieczaka jest przeogromna i sięga zenitu! Dziwne tylko, że jego plenipotent polityczny pozwala na realizacje tak szalonych pomysłów. Chociaż, tak po prawdzie, to nie ma się czemu dziwić – obaj są po jednych pieniądzach. Jedyna różnica miedzy nimi to taka, że jeden jest bardziej zakręcony od drugiego.

Nie trzeba być jakąś wieszczką czy wielkim prorokiem, żeby zauważyć jedno: wszystko kiedyś się kończy, bezkarność również. Pan prezes, jak mi wiadomo, nie jest nieśmiertelny, tym samym, co zrozumiałe, parasol ochronny również kiedyś przestanie działać. A wtedy przyjdzie czas zapłaty, dla wszystkich pisowskich sztabowców; zapłaty za czas pogardy, buty, arogancji i poniżenia; zapłaty dla niektórych bolesnej i słonej. I oby ten czas nadszedł jak najszybciej. Dla naszego wspólnego dobra. Do dobra Polski.

25.07.2016 r.

14:53, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 lipca 2016

Kolejna kwestia związana z Jezusem, to czas jego ukrzyżowania. Trzej ewangeliści: Mateusz, Marek i Łukasz są niezwykle zgodni w opisie tego zdarzenia, jedynie Jan wyłamuje się z tego chóru i opisuje jego mękę inaczej: Po pierwsze – krzyż w opisach trzech pierwszych ewangelistów dźwiga Szymon Cyrenejczyk, podczas gdy u Jana Jezus osobiście targa go na miejsce swojej kaźni; po drugie natomiast Jan stawia jednocześnie z góry obraną tezę: bardzo źli Żydzi, nastający ustawicznie na życie Mesjasza, dobrzy natomiast Rzymianie, co objawia się w opisie postawy nie tylko samego Poncjusza Piłata, który wzbrania się przed skazaniem Jezusa, ale również żołnierzy rzymskich, którzy są na tyle wykształceni (oczytani), że wiedzą, co ci paskudni Hebrajczycy mają zapisane w swoich starych księgach! Padają tam bowiem takie oto słowa:

(Jan 19.24) Tedy rzekli jedni do drugich: nie krajmy jej (suknia Jezusa), rzućmy losy o nią, czyja ma być; aby się wypełniło Pismo, które mówi: Rozdzielili między siebie szaty moje, a o suknię moją losy rzucili. To właśnie uczynili żołnierze.

Przy całym szacunku dla autora i ludzi wierzących w niniejsze pierdoły, ale to zwykła bujda na resorach w ogóle nie do przyjęcia przez rozsądnie myślącego współczesnego człowieka! Dlatego nie będę się tutaj odnosił do tego, co napisał w sprawie ukrzyżowania Jezusa ów bajkopisarz Jan, przytoczę jedynie, jak wspomniałem wyżej, opis trzech pozostałych Ewangelistów, którzy są wobec siebie niezwykle zgodni.

Otóż wszyscy trzej, zarówno Mateusz (27.32), Marek (15.21) jak i Łukasz (23.26) piszą, że krzyż dźwigał Szymon Cyrenejczyk – nie Jezus! Jeżeli w ogóle cokolwiek on dźwigał, to była to belka. Słup! (O czym jeszcze kilka słów na koniec, w Post Scriptum.) A samo ukrzyżowanie trwało w sumie sześć godzin. Zaczęło się o godzinie trzeciej (Marek 15.33) i trwało do godziny dziewiątej. O szóstej natomiast spowiła całą ziemię ciemność (Marek 15.33 i Łukasz 23.44).

Biorąc pod uwagę, że kara ta miała być nie tylko dotkliwa fizycznie, ale również długotrwała, zastanawiać może fakt, że już po około sześciu godzinach było po wszystkim! Oczywiście, nie znaczy to, że chciałbym, aby męka tego człowieka trwała dłużej – zupełnie nie w tym rzecz! Chodzi raczej o to, czy tak krótki czas ukrzyżowania mógł być bezpośrednią przyczyną śmierci Jezusa?

I pytanie ostatnie, ale wcale nie mniej intrygujące: Kto był obecny przy krzyżu w chwili jego śmierci? Trzy ww. Ewangelie podają, że był tam setnik i bliżej nieokreślona grupa gapiów. Dlatego zasadnym jest zadać pytanie: Gdzie zatem byli jego uczniowie? Cóż, odpowiedź jest niezwykle prosta: Nie było ich w miejscu jego śmierci, ponieważ ze strachu o własną skórę spanikowali! Tak jak wcześniej zrobił to Piotr, który wyparł się Jezusa trzykrotnie zanim kur zapiał! (Mateusz 26.69-74, Łukasz 22.56-61); czy też zanim kur zapiał dwa razy (Marek 14.67-72). Jeżeli ktokolwiek z jego bliskiego otoczenia był obecny w chwili jego śmierci, jeżeli nawet nie w centralnym miejscu kaźni, a jedynie w jego pobliżu, to były to kobiety! Te, które mu usługiwały podczas jego nauczania. A pośród nich ta jedna jedyna, z którą miał na tyle bliskie relacje, iż można o niej powiedzieć – umiłowana: Maria Magdalena! Ta, którą Jezus wywyższał, całując ją w usta w obecności pozostałych uczniów:

(Ewangelia Filipa 55.) Kobieta, która nie rodziła własnych dzieci, może okazać się matką aniołów. Taką była towarzyszka Syna — Maria Magdalena. Pan kochał Marię bardziej niż wszystkich innych uczniów i często całował ją w usta. Pozostali uczniowie widząc, że kocha Marię, powiedzieli Mu: „Dlaczego Ty kochasz ją bardziej niż nas wszystkich?” Odpowiadając im rzekł: „Dlaczego nie kocham was jak ją?”.

Gdyby przyjąć tutaj jednak Ewangelię Jana jako choćby skromny dowód w sprawie, to przyjdzie się zastanowić, kim był, występujący jedynie w niej właśnie, umiłowany uczeń? Oczywiście, cwany Jan, nie mogąc wskazać bezpośrednio na siebie – w końcu był autorem, więc nie wypadało postępować tak ostentacyjnie! – robi to w sposób pośredni. Dlatego pominę tutaj kwestię umiłowanego ucznia w odniesieniu do Jana. Jeżeli bowiem Jezus kogoś miłował, to jedynie Marię Magdalenę! A dowodzą tego, jeżeli nawet nie zachowanie przytoczone przeze mnie powyżej z Ewangelii Filipa, to z całą pewnością jego słowa pochodzące z Ewangelii Tomasza:

„114 Rzekł im Szymon Piotr: Niech Mariham odejdzie od nas. Kobiety nie są godne życia. Rzekł Jezus: Oto poprowadzę ją, aby uczynić ją mężczyzną, aby stała się sama duchem żywym, podobnym do was, mężczyzn. Każda kobieta, która uczyni siebie mężczyzną, wejdzie do królestwa niebios.

            Czy trzeba więcej dowodów? Mnie tyle wystarczy. Może dla niedowiarków potrzeba ich więcej, hmJ?

P.S.

Z tego, co jest mi wiadome, w żadnym miejscu NT nie występuje termin krzyż – pada natomiast określenie słup. A jeżeli tak, to wszystko zasadniczo by się zgadzało: krzyż – dwie skrzyżowane belki niósł Szymon Cyrenejczyk, Jezus natomiast, co najwyżej, dźwigał ów słup, który wbity pionowo w ziemię podtrzymywał ów prymitywnie sklecony krzyż w kształcie litery X. I tyle. Reszta – w mogile.

Ament.

– Psiakrew! Zaprawdę powiadam wam – jakbym tam był. No jakbym tam był, żywcem!

24.07.2016 r.

06:13, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 lipca 2016

Badania socjologiczne mówią, że tam, gdzie rządy skierowują się niebezpiecznie w prawą stronę – piszę niebezpiecznie, bo chodzi o skrajnie prawą stronę – tam zawsze dochodzi do wzmożenia nietolerancji, ksenofobii, homofobii, nacjonalizmu, a także, co zastanawiające, do rozwoju przemocy o podłożu seksualnym! Dzieje się tak, ponieważ najwięcej frustratów seksualnych i kretynów chcących za pomocą siły rozstrzygać relacje międzyludzkie, znajduje się właśnie na prawicy, czyli tam, gdzie krzyczy się najgłośniej o Bogu, miłości i moralnej czystości. I to niezależnie zresztą od państwa i rodzaju dominującej religii! Krótko mówiąc, gdziekolwiek dochodzi do rządów skrajnej prawicy, wszędzie tam mamy do czynienia z seksualną przemocą, która wynika z różnego rodzaju zahamowań seksualnych, wzmacnianych dodatkowo dewocyjną tradycją.

Oczywiście, w każdej społeczności znajduje się jakiś procent bydlaków i zwykłych sukinsynów, wykorzystujących istniejącą koniunkturę. Im taka grupa większa, tym potencjalny odsetek takich typów również procentowo się zwiększa – to w zasadzie normalne. Chociaż chciałoby się, żeby takich ludzi albo nie było w ogóle, albo żeby była ich tak znikoma ilość, że aż niezauważalna na co dzień. Niestety, jest inaczej – oni są i, co najgorsze, rzucają się w oczy! Ponieważ są chamscy ponad przeciętność i krzykliwi jak przekupy w dzień targowy na bazarze, czyli jak posłanka K. Pawłowicz w sejmie.

Jeszcze gorzej jest jednak wtedy, gdy tacy ludzie pełnią funkcje państwowe. A tak się składa, niestety, że po ostatnich wyborach parlamentarnych tacy właśnie ludzie zajmują najwyższe urzędy, bo sejmowe, senackie, a także ministerialne! Więc tym samym ich chamstwo jest bardziej widoczne i dostrzegalne przez większość społeczeństwa. Można powiedzieć, że wraz ze zmianą ekipy rządzącej takich ludzi zaczęło przybywać jak grzybów po deszczu. I to nie kozaków, jakby się może i chciało, ale zwykłych prawdziwków!

Jako że każda autorytarna władza najbardziej boi się ośmieszenia, czyli tak naprawdę zdrowego śmiechu społeczeństwa, nie pozostaje mi nic innego, jak właśnie ośmieszać ją na każdym kroku. A że ona sama panicznie wręcz bojąc się śmieszności, robi wszystko, żeby właśnie być śmieszną, więc nie jest wcale trudną rzeczą z niej szydzić. Dlatego, nie mogąc jej w danym momencie zmienić, pozostaje mi tylko tę jej napuszoność, nabzdyczenie i sztuczną powagę ośmieszać. Tyle mogę, więc tyle będę robił. Do końca. Aż ślady takiej władzy znikną ostatecznie z mojego życia.

Dzisiaj mamy w Polsce do czynienia z bezczelnym zawłaszczaniem państwa i bezwzględną walką z opozycją. Przy czym to rządzący twierdzą tutaj, że ich ruchy są tak naprawdę odzewem na totalną opozycję! Mylą się, świadomie zresztą, tzn. odwracają kolejność zachowań: to na totalną władzę mamy odzew w postaci totalnej opozycji, która, tak naprawdę, w zderzeniu z realiami, jakie panują w sejmie, niewiele może Dlatego, dopóki opozycja nie zrozumie, że musi zaakceptować narzucone jej przez Prawo i Sprawiedliwość warunki walki politycznej, przegra. Ona nie może się obrażać, pieprzyć szlachetne farmazony o prawie, demokracji itd., ona musi zaakceptować bandyckie warunki PiS-u i przyswoić je jako własne. Tylko ich przyjęcie bowiem stwarza jakiś cień nadziei na pokonanie Prawa i Sprawiedliwości, największego szkodnika naszego państwa. Muszą to zrobić dla naszego wspólnego dobra. Rządy PiS-u bowiem, to cofanie Polski do czasów zniewolenia i przyprawienia jej mordy zapyziałego nietolerancyjnego nacjonalisty i ksenofoba.

22.07.2016 r.

09:39, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 lipca 2016

Jak powstał nieformalny Kościół katolicki, wiadomo – poprzez działalność apostołów, uczniów Jezusa, zwanego Chrystusem. Dzięki komu został on zinstytucjonalizowany? Również wiadomo – dzięki cesarzowi Konstantynowi Wielkiemu, który ustanowił religię chrześcijańską wyznaniem państwowym, a siebie postawił na czele tegoż Kościoła. Co zresztą przez hierarchów kościelnych zostało docenione: w podzięce za ten gest został on nawet nazwany trzynastym apostołem! Krótko mówiąc w ten właśnie sposób mariaż korony z ołtarzem stał się faktem!

Taki układ mógłby trwać i trwać naturalnie, tyle, że jego koniec nastąpił bardzo szybko, bo wraz z upadkiem cesarstwa zachodniorzymskiego, które nastąpiło po niecałych dwóch wiekach od zawarcia tegoż mariażu. W tym właśnie momencie cała struktura tak sprawowanej władzy posypała się – Kościół się wyalienował i zaczął kroczyć własną drogą, niezależną od władzy świeckiej. Z czasem umocnił się on na tyle, że to ona (władza świecka) musiała zabiegać o przychylność hierarchii kościelnej. I zabiega do dzisiaj, co jest szczególnie widoczne w naszym kraju, niestety.

Oczywiście, nie wzięło się to z niczego, można powiedzieć, że zapracowywaliśmy na ten stan przez wieki. W zasadzie od początku naszej państwowości, czego najlepszym przykładem jest choćby osoba zdrajcy biskupa Stanisława, który nie tylko że jest  uznany za świętego, ale też pozostaje jednym z patronów naszej ojczyzny! Normalne? Zapewne dla Kościoła jak najbardziej, dla nas jednak, dla narodu polskiego jest to kwintesencja trawiącej nas od wieków aberracji umysłowej.

To, z czym mamy do czynienia w Polsce od niefortunnie wygranych wyborów przez Prawo i Sprawiedliwość – pisząc niefortunnie mam na myśli brak partii lewicowych w parlamencie – widzimy wszyscy. Ba, gorzej – doświadczamy na co dzień! Nie wiem, naturalnie, jak potoczą się nasze dalsze losy, jedno wszak jest ważne: jedyną nadzieją na lepszą normalną przyszłość jest to, że palanty z pozostałych ugrupowań politycznych zrozumieją po tej bolesnej politycznej lekcji, że po dojściu do władzy należy zrobić wszystko, żeby nie tylko ochronić demokrację w Polsce dla przyszłych pokoleń, ale również, co nie mniej ważne,  zerwać w końcu na trwałe ten wyniszczający nasz kraj sojusz ołtarza z tronem, czyli Kościoła katolickiego z władzą! W przeciwnym razie dojdzie w końcu kiedyś do takiej sytuacji, że dzięki potężnie zindoktrynowanej części społeczeństwa wybory parlamentarne wygrają ugrupowania zorientowane na prawo tak skrajnie, że urządzą nam tutaj taką jesień średniowiecza, że staniemy się państwem wyznaniowym na wzór Arabii Saudyjskiej czy też innego sułtanatu. Chociaż, tak po prawdzie, to już nie brakuje mnóstwa elementów takiego właśnie państwa – właśnie wyznaniowego!

Moje słowa nie są ani próbą straszenia kogokolwiek, ani też irracjonalną próbą czarnowidztwa, to realnie istniejący potencjalny efekt poczynań religijnych szaleńców, jaki nam grozi, jeżeli w porę nie zareagujemy na grożące nam niebezpieczeństwo, jeżeli pozwolimy na pójście rządzącym taką samą drogą, jaką kroczy dzisiejsza Turcja.

20.07.2016 r.

10:00, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 lipca 2016

Na samym wstępie zagadnienie krzyża, czyli narzędzia męki Jezusa. Pytanie zasadnicze, jakie w związku z tym pojawia się tutaj, brzmi: Jak on wyglądał? Czy rzeczywiście zbliżony był w swoim kształcie do litery Ť, w jakim utrwaliła go chrześcijańska tradycja, czy może jednak wyglądał zupełnie inaczej?

Oczywiście, można przyjąć wzór krzyża za wspomnianą wyżej tradycją, na którym dokonał żywota Jezus z Nazaretu, tyle tylko, że nie wydaje mi się takie podejście do zagadnienia zasadne. A oto pokrótce dlaczego.

Po pierwsze: przeprowadzone dotychczas doświadczenia naukowe dowodzą, że do ukrzyżowania jednego człowieka w ten sposób potrzebnych było aż czterech ludzi! (Jego podniesienie do pozycji pionowej.) A biorąc pod uwagę masowość tej kary, która szła w tamtym czasie w tysiące, należałoby każdorazowo przy jej wykonaniu zatrudnić potężne rzesze legionistów. Przykładem tutaj może być choćby ukrzyżowanie powstańców Spartakusa w Rzymie w liczbie około sześciu tysięcy, gdzie musiałoby być przynajmniej dwa razy tyle legionistów, a roboty mieliby przy tym widowisku po dziurki od nosa! Poza tym, jak dodamy do tego jeszcze wystruganie tak ogromnej liczby krzyży, to całe przedsięwzięcie wydaje się logistycznie wręcz niemożliwe do udźwignięcia!

Po drugie – śmierć na tak skonstruowanym krzyżu nastąpiłaby bardzo szybko na skutek odchylania się górnej części ciała wraz z głową do przodu, co spowodowałoby uduszenie. A przecież ten rodzaj kary miał nie tylko upokarzać, miał przede wszystkim trwać na tyle długo (do trzech dni), żeby odstraszać ewentualnych naśladowców. Miał być męką dla skazańca! No i nie można tutaj zapominać jeszcze o chłoście, jaką Jezus otrzymał przed ukrzyżowaniem. Z reguły wymierzano ofierze około czterdziestu batów odpowiednio przygotowanym biczem (flagrum), co dokonywało potężnych wewnętrznych obrażeń, a dodatkowo jeszcze jego końcówki rozrywały ciało, co oczywiście nie pozostawało bez wpływu na ofiarę.

I po trzecie, bardzo ważne, a wydaje mi się, że jakby pomijane w różnego rodzaju wypowiedziach na ten temat: chodzi o zwilżanie ust cierpiącego Jezusa nasączoną octem gąbką, która była nałożona na gałązkę trzciny (Mateusz 27.48, Marek 15.36), którą Jan określił nawet jednoznacznie gałązką hizopu (Jan 19.29), że nie wspomnę już o Ewangelii Łukasza, gdzie podanie octu Jezusowi nastąpiło bezpośrednio do ust! (Łukasz 23.36). Czy tradycyjny krzyż umożliwiałby przeprowadzenie tego typu czynność?

Dlatego, biorąc wszystkie wyżej wymienione czynniki pod uwagę, śmiało można pokusić się o postawienie tezy, że krzyż, na którym zawisł Jezus, wyglądał zupełnie inaczej niż przedstawia to chrześcijańska tradycja. Musiał być, po pierwsze – niższy, po drugie – zupełnie innej konstrukcji, po trzecie natomiast, co istotne, musiał być przede wszystkim niezwykle prosty w obsłudze, tzn. do ustawienia go w pionie, razem już z ofiarą, powinny być niezbędne maksymalnie dwie osoby; ponadto musiał też być pozbawiony konieczności kopania każdorazowo głębokiego dołu!

17.07.2016 r.

12:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 lipca 2016

Kolejny atak muzułmańskiego szaleńca, kolejne niewinne ofiary niezrozumiałej nienawiści – tak wśród dorosłych, jak i dzieci. Zamachowiec miał 31 lat, dwa obywatelstwa: tunezyjskie i francuskie, a także, co tutaj najistotniejsze, zryty mózg. Albo bardziej objawy depresji, ponieważ, jak się okazuje, nie należał do osób szczególnie religijnych. Tym samym tego typu podłoże jest mocno wątpliwe. Cokolwiek jednak legło u podstaw jego decyzji o tej masakrze, ważne jest znalezienie odpowiedzi na podstawowe pytanie: Kiedy nastąpi koniec tej szalonej przemocy inspirowanej przez morderców spod znaku Allacha? Bo że to oni stoją za decyzją szaleńca z Nicei nie ulega żadnej wątpliwości.

Oczywiście, niezwykle ciężko jest walczyć z kimś, kto jest nieokreślony, wtopiony w tłum, kto do ostatniego momentu ataku jest nieznanym nikomu kamikadze. Trudność tutaj polega na tym, że nie można kogoś takiego wcześniej namierzyć i przeciwko takiemu komuś skierować broń, działa on bowiem w sposób do końca utajony i nieprzewidywalny. A jeżeli ktoś taki nie jest wcześniej przez służby specjalne namierzony i w jakimś, choćby i wąskim zakresie, kontrolowany, wówczas, niestety, działa poprzez totalne zaskoczenie. Dlatego tak trudno zapobiec ewentualnym skutkom jego szkodliwych poczynań.

Jednym z typowych działań rozpracowujących takie osoby, to podsłuchy, inwigilacja, infiltracja środowiska, przenikanie do jego struktur, pozyskiwanie tajnych współpracowników, czy to poprzez przekupstwo, szantaż, czy też inne metody, jak np. zwątpienie jej członków w sprawę, dzięki czemu można potem zapobiec kolejnym zamachom i ich ewentualnym ofiarom. Tyle tylko, że im bardziej hermetyczna grupa, im bardziej odseparowana od ogółu, tym większe niebezpieczeństwo powodzenia ich morderczych planów. Dlatego, aby być bardziej skutecznym w walce ze zjawiskiem terroryzmu, również tego indywidualnego, należy sięgnąć po nowe środki, choćby i niekonwencjonalne, a uznane przez innych za nieracjonalne. Tymi środkami mogą być, według mnie, astrologia, jasnowidztwo, tarot i w ogóle różnego rodzaju metody odczytywania naszej przyszłości.

Ktoś powie: szalony pomysł! Rzeczywiście, dla racjonalisty takie podejście do zagadnienia może wydawać się głupie i niepraktyczne. Tyle tylko, że może ono tak wyglądać jedynie z pozoru. Poza tym, tak naprawdę, w sytuacji zagrożenia, z jakim mamy właśnie do czynienia, uważam że należy sięgać po każdy środek, choćby i niekonwencjonalny, który może przynieść poprawę naszego położenia.

Jak już kiedyś tutaj pisałem, od kilkunastu lat zajmuję się kartami Tarota. Niestety, nie w taki sposób, w jaki bym chciał, niemniej moja wiedza w tym zakresie pozwala mi na sformułowanie pewnej tezy, która jest wynikiem moich wieloletnich obserwacji: pewne zdarzenia są do odczytania, i to nie tylko te odnoszące się do naszych indywidualnych losów, ale również dotyczące większej grupy ludzi.

Nie będę się tutaj wdawał w niepotrzebne opisywanie szczegółów, jak choćby o energii która nas otacza i że to ona właśnie poprzez karty jest odczytywana, napiszę jedynie w sposób skrótowy o tym, dlaczego tak myślę, czy też, co mnie skłania do postawienia takiej tezy.

Otóż przed katastrofą w Smoleńsku w kwietniu 2010 roku wychodziło mi w kartach jakieś fatalne zdarzenie. Nie wiedziałem o co chodzi, dlatego stawiałem karty członkom mojej rodziny, chcąc problem niejako namierzyć i w jakiś sposób przeciwdziałać mu. Tyle, że za diabła nie mogłem sobie z tym poradzić – każdemu z najbliższej rodziny, komu postawiłem karty, wychodziło to samo: zdarzenie było niejako nie do uniknięcia! W końcu nadszedł 10 kwietnia i doszło do tragedii w Smoleńsku, a dla mnie wszystko stało się jasne: tragiczne zdarzenie, o którym informowały karty, nie dotyczyło nikogo z mojej rodziny w sposób bezpośredni, niemniej pośrednio jak najbardziej!

W dawnych czasach, nie tylko na dworach różnych monarchów, była osoba, która starała się przewidywać zdarzenia, które dotyczyć miały panującego. Z reguły skupiały się one na astrologii i próbie odczytania przyszłości monarchy z układu gwiazd. Inną rzeczą jest, czy wielu władców z tego korzystało w praktyce czy też nie, niemniej ktoś taki był! Dlatego właśnie myślę, że dobrze byłoby powrócić do tego typu niekonwencjonalnych praktyk. Nie wiem, czy przyniosłyby one spodziewany efekt, wiem tylko, że spróbować nie tylko warto, ale należy! Szczególnie w obliczu tej niebezpiecznej terrorystycznej hydry, z jaką mamy do czynienia. Jestem pewien, że to, oprócz nadal oczywiście wykonywanych profesjonalnych działań wywiadowczych, może być jednym z elementów układanki, mogącej zwiększyć nasze bezpieczeństwo.

16.07.2016 r.

09:34, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 lipca 2016

Kocham! Kocham! Kocham! Kogo? To naturalne – pana prezesa! Kocham też Beatkę – jego pacynkę. I, co zrozumiałe, podobnym uczuciem darzę również jego kukiełkę – pierwszego pośród równych! Niestety, mam z tą miłością pewien problem: zupełnie nie mam już sił, żeby robić kolejne dzieciaki. Wiadomo – pięćset złociszy piechotą nie zasuwa, przydałby się kolejny finansowy zastrzyk, tylko skąd, u licha, brać na to siły? Może gdyby pan prezes coś poradził, jako wybitny strateg w temacie, może wówczas udałoby się pokonać wszelkie problemy? Cholera, co ja piszę, jakie udałoby się? Z całą pewnością bym je pokonał! W końcu, kto może poradzić najlepiej, jak nie wybitny praktyk?!

Do pani Beatki też mam prośbę: przydałby się jeszcze jakiś inny programik, który pozwoliłby wyciągnąć trochę grosza z budżetu państwa, a tym samym znacznie poprawił ten mój, obywatelski. Wie pani – chodzi o taki program, przy którym, po tej ciężkiej orce przy dzieciakach, można by odpocząć, zaczerpnąć oddechu i złapać, że tak powiem, wiatr w żagle i znów gdzieś odpłynąć. Bo lubimy pływać, prawda?

No, to jako że trwa sezon ogórkowy żegnam się gromkim:

– Tylko tutaj piękne ogóry! A kto je ogóry, temu do góry!

14.07.2016 r.

09:51, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl