RSS
wtorek, 30 lipca 2013

      No i stało się: wakacje dla polityków rozpoczęte! Bez wątpienia przyda im się wypoczynek. Tak jak również nam trochę wolnego od ich ciągłej obecności w mediach. Dlatego też, zanim całkowicie zamilknę na ich temat, postanowiłem co nieco skrobnąć jeszcze o jednym z moich „ulubieńców”. Oczywiście ulubieńców inaczej.

     To, że nie darzę prezesa PiS sympatią – nic nowego, bo parokrotnie już o tym pisałem. Dlaczego tak jest – również wyjaśniałem. I to w miarę obszernie. Teraz dodam jeszcze tyle, że najzwyczajniej w świecie nie ufam mu, bo to człowiek żądny władzy, o skłonnościach autorytarnych, bezwzględny w swoich dążeniach, potrafiący bez mrugnięcia okiem zawrzeć sojusz z kimkolwiek, pod jednym wszak warunkiem: że ruch ten zbliży go do realizacji swojej wizji rządzenia krajem. To, że wizja może być chora, nieważne, istotne, żeby dojść do władzy i ją realizować. A najlepiej realizować ją zgodnie z myślą wszystkich despotów tego świata: „Divide et impera” – „Dziel i rządź”!

   Przy wszystkich jednak negatywnych cechach Jarosława Kaczyńskiego jest coś, co postrzegam jako pozytyw. Chodzi o jego rozprawienie się z takimi ugrupowaniami na naszej scenie politycznej, jak Samoobrona i Liga Polskich Rodzin. To, co z nimi zrobił, to prawdziwy majstersztyk! Najpierw wszedł z nimi w koalicję, oczywiście w zamian za stanowiska, a wkrótce potem zmarginalizował je, by następnie zadać cios ostateczny, który skutkował usunięciem ich z sejmu. Genialne! Nawet jeżeli wyszło niezamierzenie. A że rykoszetem tych wydarzeń była samobójcza śmierć przywódcy pierwszego z ww. ugrupowań, Andrzeja Leppera, cóż, siła wyższa. Zawsze istnieją jakieś konsekwencje naszych czynów. Tutaj również one się pojawiły w postaci samobójczej śmierci lidera Samoobrony.

    Obecnie podobnie podlegają powolnej marginalizacji ci wszyscy, którzy odeszli jakiś czas temu z partii J. Kaczyńskiego. Tak się najpierw stało z rozłamowcami, którzy założyli PJN, tak również się dzieje z tymi, którzy założyli Solidarną Polskę, a wkrótce to samo stanie się z P. Wiplerem i jego Republikanami. Ci pierwsi już wiedzą, że są politycznie skończeni, do tych drugich dopiero to chyba dociera. Czy jest coś, co może ich uratować przed politycznym niebytem? Zawsze są jakieś wyjścia, więc tutaj również są. Dwa. Pierwsze – to przytulenie się do jakiejś większej partii, lub stworzenie bloku z kilkoma innymi małymi ugrupowaniami; drugie – to odejście z PiS Jarosława Kaczyńskiego. Problem jednak z tym ostatnim rozwiązaniem jest taki, że akurat ten wariant jest nie do zrealizowania – samoistnie bowiem sam z siebie prezes nigdy nie odejdzie. No, chyba że nagle powali go niespodziewana choroba. Ale na to raczej też się nie zanosi. Już szybciej zostaną po raz drugi odprawione szamańskie jasełka w polskim parlamencie w intencji opadów deszczowych, niż prezes PiS zrezygnuje z przywództwa. Zatem, najkrócej rzecz ujmując, pozostaje rozwiązanie pierwsze, którego konsekwencje jakoś czarno widzę, oj, czarno! I może to zabrzmi trochę złośliwie, ale jakoś mi nie żal:)

            30.07.2013 r. 

11:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 lipca 2013

    W ostatnim czasie dopadły nas upały. Narzekania płyną zdaje się zewsząd – że ciężko wytrzymać, że za długo trwają te męki, że wszystkiego się odechciewa itd., itp. Co do mnie jednak, to powiem tylko tyle, że mnie one jakoś szczególnie nie przeszkadzają. A to dlatego, iż wiem, że tam, gdzie trafię po swojej śmierci będą panować znacznie wyższe temperatury. To, z czym mamy tu i teraz do czynienia, to jedynie króciutkie preludium do ogni piekielnych, jakie co niektórych czekają na tamtym świecie! Nawet ci, którzy łudzą się myślą, że – „ostatni będą pierwszymi”, niech wiedzą, że ich również dotknie gorycz rozczarowania. Bo ci, którzy przekroczą w końcu swoją ostatnią bramkę, ujrzą następujący napis: „Niech ci, którzy tu wchodzą, utracą wszelką nadzieję”.

     Oczywiście, człowiek jest tak skonstruowany, że w zasadzie będzie się łudził do końca: że jednak może nie on, może to tylko jakieś nieporozumienie, na pewno zaszła jakaś pomyłka. W końcu tak naprawdę to on nigdy i nigdzie nie był pierwszy, a jak powszechnie wiadomo – to „ostatni będą pierwszymi”, więc dlaczego on? Odpowiem tak: może to i prawda, że ostatni będą pierwszymi. Tyle że w tym konkretnym przypadku ci ostatni będą pierwszymi – ale jedynie do kotła! Diabelskiego oczywiście. Gdzie dopiero będzie nie do wytrzymania. Zatem, robaczki, zarówno ci pierwsi jak i ostatni, nie narzekajcie i cieszcie się każdą spędzona tutaj chwilą. Bo one już się nie powtórzą. Nigdy. Zaplanujcie sobie urlop w sierpniu, albo we wrześniu, bo nawet w tym ostatnim miesiącu, mam niejasne przeczucie, również będzie gorąco. Zatem:

     – Ahoj, przygodo, to ja – twoje dziecię, które dopiero właśnie przy takiej pogodzie, czuję się jak ryba w wodzie. Ahoj!:)

            29.07.2013 r.

08:37, adelmelua
Link Komentarze (2) »
niedziela, 28 lipca 2013

     Wczoraj, w Parku Wolności przed Muzeum Powstania Warszawskiego,  miał miejsce koncert zespołu Lao Che w 69. rocznicę jego wybuchu. Materiał pochodził  z 2005 roku, zatem ma już kilka lat, ale, jak to się zwykle dzieje w przypadku świetnej muzyki i tekstów pewne rzeczy się nie starzeją. Albo robią to znacznie wolniej. Materiał muzyczny Lao Che nie zestarzał się w ogóle. Był i nadal jest świetny! I zapewne podobnie będzie brzmiał jeszcze po latach.

    Oczywiście, mój stosunek co do słuszności podjętej decyzji o wybuchu Powstania nie zmienił się. Jednak czym innym jest mój krytycyzm co do tego, a zgoła czym innym oddanie czci tym, którzy w godzinie próby chwycili za broń i podjęli nierówną walkę. Sam zapewne w takiej sytuacji postąpiłbym podobnie. Wtedy bowiem nie myśli się o zasadności podejmowanych przez innych decyzji, wówczas liczą się i rządzą emocje. Tak jak wczoraj. Były one naturalnie inne i dużo mniejsze niż 69 lat temu, niemniej uzmysłowiły mi one jedno: gdyby dzisiaj historia znowu się powtórzyła jestem pewien, że wydarzenia potoczyłyby się podobnie. To znaczy młodzi ludzie znów chwyciliby za broń, nie zważając na żadne konsekwencje. I znów zdaliby egzamin z odwagi i patriotyzmu. Czy to dobrze czy źle? – na szczęście to tylko puste dywagacje. I najlepiej, żeby takimi pozostały na zawsze. Niemniej koncert potwierdził jedną istotną rzecz: „Powstanie Warszawskie” z płyty brzmi świetnie, ale to, z czym mieliśmy wczoraj do czynienia, nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, przerosło wszystko. Zarówno świetna muzyka, wykrzyczane przez Huberta Dobaczewskiego teksty, przy sporym zresztą współudziale zebranych tam młodych ludzi, było nie tylko przejmujące, ale też było manifestacją zdrowego patriotyzmu. Innymi słowy: nadal mamy fantastyczną młodzież!:)

          28.07.2013 r.

10:03, adelmelua
Link Komentarze (2) »
czwartek, 25 lipca 2013

     Zapewne pamiętacie tę niedawną gorączkową atmosferę, która towarzyszyła nam przy końcu ubiegłego roku. Skończy się nasz świat, czy może jednak będzie trwał dalej w najlepsze? – dopadało nas zewsząd magiczne wręcz pytanie. Niepokój ten wiązał się z różnego rodzaju katastroficznymi przepowiedniami, wśród których prym wiódł Tzolkin, tj. dokładnie uniwersalny moduł harmonii, w którym zapisane zostały przez Majów wszystkie programy i wzorce czasu oraz cały ewolucyjny dorobek ludzkości. Wychodzili oni bowiem z założenia, że czas, to nie tylko to, co nam się przydarza, ale również informacja, której nośnikiem jest światło. Dlatego, jeżeli kalendarz ten w jakimś zakresie oddziałuje na nas, to z całą pewnością jest to działanie jak najbardziej pozytywne, mające nas skierować na właściwą ścieżkę rozwoju, czyli dotarcia do pierwotnej pamięci tkwiącej w naszej świadomości. Innymi słowy chodzi o to, że Tzolkin to nie zniszczenie i Armagedon, ale plan ratunkowy dla całej ludzkości! Wiedza bowiem zapisana w tym kalendarzu dotyczy całej wiedzy wszechświata, a Majowie jedynie zakodowali ją w sposób matematyczny w swoim kalendarzu, zarówno dla siebie ówczesnych, jak i wszystkich następnych pokoleń mających się pojawić na ziemi.

     Jako że, jak wiadomo, w dniu oczekiwanego z bojaźnią końca świata, czyli 21.12.2013 r. nic zwiastującego nasz rychły koniec nie nastąpiło, więc po tej dacie pojawiły się próby wyjaśnienia braku kolejnego w naszych dziejach Armagedonu. Dzisiaj o wiele spokojniejsi wiemy, że nie chodziło tak naprawdę o żaden kres naszej cywilizacji, a jedynie przejście z jednego etapu życia w kolejny. Cykle te Majowie podzielili w tzw. Długiej Rachubie na13 baktunów, gdzie jeden baktun liczył ok. 400 lat. Zatem wychodzi na to, że jeden pełny cykl, to ok. 5200 lat. Stąd pojawiła się u mnie myśl, że dobrze by było kilka słów temu zagadnieniu poświęcić, bez niepotrzebnych emocji, sensacji i atmosfery niepokojącego wyczekiwania. Dlatego pytanie zasadnicze, jakie należy tutaj postawić, brzmi następująco: Co dla nas oznacza Tzolkin i czy w ogóle coś oznacza?

     Oznacza. Ponoć. Dzieje się tak dlatego ponieważ, jak wspomniałem już wyżej, kalendarz ten jest kosmicznym zapisem przyszłości dla całej ziemi, więc tym samym dla nas dzisiejszych, jak i wielu innych pokoleń następujących po nas. To jednak, co chyba najistotniejsze tutaj to fakt, że nic złego ten kalendarz nam nie zapowiada. Chodzi o to, że dokładnie właśnie dzisiaj kończy się siódmy rok l3-letniego cyklu, tzw. rok Wichru, po czym jutro, tj. 26 lipca, wejdziemy w ósmy rok, który zainicjuje tzw. rok Galaktycznego Ziarna. Znaczy to mniej więcej tyle, że osobnik, który pracuje z Kalendarzem Trzynastu Księżyców w tym właśnie dniu wejdzie w nową epokę zsynchronizowany z naturalnym rytmem Tzolkin i z naturalnym rytmem słońca. Innymi słowy chodzi o to, że my – pojedynczy, powinniśmy postawić w tym czasie na rozwój duchowy, na realizowanie siebie w wielu aspektach swojej działalności, na pobudzenie ukrytych w nas talentów i zdolności oraz szukanie w sobie twórczego natchnienia. A wszystko po to, żeby w końcu dokonało się w nas wszystkich przebudzenie pierwotnej pamięci, co, jak „mówi” kalendarz, dokonać się może jedynie zbiorowo i najszybciej ok. roku 2040. Od siebie dodam może jeszcze tyle, że tym chętniej powinniśmy skorzystać z tej podpowiedzi, iż obecny czas będzie nam niezmiernie w tym naszym poszukiwaniu sprzyjał, czego potwierdzeniem może być dodatkowo, według ruchu kulturowego new age, wyście z niespokojnej, wojowniczej ery  ryb, utożsamianej z chrześcijaństwem, a następnie wejście w pokojową i naznaczoną właśnie rozwojem duchowym erę wodnika. Zatem, kto zajmuje się pracą twórczą, kreatywną jest duża nadzieja, że pomysły będą przychodziły takiej osobie nie tylko łatwiej, ale też o wiele lżej będzie mogła je  realizować. I oby! Bo już czuję, że od jakiegoś czasu moje akumulatory powoli się wypalają, niestety. No, chyba że nie należę do osób kreatywnych, więc nie miało się co wypalać. Ale że lubię jednak myśleć o sobie pozytywnie, więc myślę, że… tudzież… aczkolwiek… bynajmniej… w ogóle…

     – No, to za rok Galaktycznego Ziarna! Lu!

        25.07.2013 r.

13:15, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 lipca 2013

    Żyjemy coraz dłużej. Ponoć. Z tego też powodu wydłużono nam wiek emerytalny o dwa lata, tzn. teraz będziemy odchodzić na emeryturę nie w wieku 65., ale 67. lat. Pomijam, że inni nadal mogą zostać 40-letnimi emerytami, mieć pokaźną emeryturę i podjąć dodatkową pracę, zabierając w ten sposób miejsce jakiemuś młodemu człowiekowi po szkole, interesuje mnie tutaj moje przejście na zasłużoną emeryturę. A mam przejść na nią dwa lata później, niż zakładałem i byłem do tego przygotowywany przez całe swoje dotychczasowe życie. To tak, jakby peleton kolarzy wyruszył w trasę np. 200-stu kilometrową, ale w międzyczasie okazałoby się, że mają jechać jeszcze 50 kilometrów, bo ktoś się pomylił w jej wyznaczaniu. Ja tak właśnie się czuję: jak ci kolarze – oszukany i wykorzystany. A wszystko dlatego, jak próbuje nam się wmówić, że z jednej strony żyjemy coraz dłużej, z drugiej natomiast rodzi się coraz mniej dzieci, więc w niedalekiej przyszłości nie będzie miał kto na nasze emerytury pracować. Niestety, ale muszę przyznać, taka argumentacja brzmi dla mnie co najmniej dziwacznie. Bo wychodzi na to, że przez całe swoje dotychczasowe życie nigdy nie pracowałem i nie odłożyłem na swoją emeryturę ani złocisza. Słowem bankructwo. Plajta! Czego to dowodzi – pisał nie będę, napiszę jedynie o tym, jak postrzegam nasz dłuższy żywot.

   Otóż w ostatnich latach zrobiło się głośno o pladze zabijającej pszczoły i wyniszczającej wręcz całe pasieki. Jakby panowała jakaś zaraza. Prawdziwy pomór! Po badaniach prowadzonych w wielu państwach okazało się, że za ten stan odpowiadają niektóre preparaty chemiczne stosowane przez rolników na swoich plantacjach. Stąd też został wprowadzony na razie dwuletni zakaz produkcji tych najgroźniejszych pestycydów, w tym fipronilu – najgroźniejszego z nich. Oczywiście protesty producentów, takich choćby jak Bayer, BASF czy Syngenta, są pewne, bo to w końcu mniejsze zyski. Co tam zdrowie – zysk się liczy! Dla zysku jesteśmy w stanie, jak uczy historia, zrobić nie tylko wiele, ale chyba niemal wszystko, niestety. Nawet świadomie truć siebie i innych. Piszę „truć”, ponieważ to nie jest tak, że w wyniku używania chemicznych preparatów niszczymy jedynie pszczoły, niszczymy wszystko dokoła, również siebie. Tyle że my nie padamy tak jak pszczółki – natychmiast, z nami jest ten problem, że my żyjemy. Jak na złość dłużej. Co prawda z coraz mniejszą odpornością immunologiczną, podatnością na różnego rodzaju alergie, ze zwiększoną zachorowalnością na schorzenia nowotworowe – ale żyjemy! Przy czym potrafimy się nawet dziwić, że rodzi się coraz więcej rachitycznych dzieci, z jakimiś genetycznymi obciążeniami i wadami, zaburzeniami płciowymi, czy schorzeniami systemu nerwowego. Korelacji pomiędzy tym, jak żyjemy, co jemy, jak dbamy o środowisko i świat zwierząt, nie dostrzegamy. Myślimy, że mleko i miód muszą chyba wypływać z jakiejś mitycznej rzeki. Zgroza! Chemia? Jaka chemia? Puste gadanie. Przecież żyjemy dłużej! Rzeczywiście – dłużej chorujemy, dłużej się męczymy z coraz ciekawszymi przypadłościami, dłużej trwa nasza agonia. Dlaczego?  Ponieważ medycyna ciągle się rozwija, ponieważ jest coraz większa świadomość ludzi na temat własnego zdrowia, ponieważ wyższa jest nasza kultura dbania o zdrowie niż u naszych protoplastów. Tak wygląda cena za nasze dłuższe życie.

    Ale że w przyrodzie nic nie ginie, wiec ten chemiczny świat stworzony przez nas samych, wraca do nas niczym bumerang, kosząc nas jak leci. A to jakiś raczek, a to cukrzyca, a to padaczka, a to alergia, a to astma itd., itp. Ktoś powie: „Bzdury! To wszystko wina genetycznie modyfikowanej żywności!”. Ja odpowiem jeszcze krócej: Brednia! Ponieważ żywność, od kiedy zaczęliśmy prowadzić osiadły tryb życia, zmieniała się przez tysiąclecia. Z korzyścią dla człowieka. Dzisiaj nawet leki przeciwnowotworowe są tworzone na bazie modyfikowanych genetycznie produktów. Więc gadanie o jej szkodliwości, to bajki. To chemia bezpośrednio i systematycznie znajdująca się w naszej żywności – ale przecież nie tylko w niej – jest odpowiedzialna za nasz zdrowotny upadek.

           24.07.2013 r.

09:11, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 lipca 2013

     Jako że wakacje trwają w najlepsze, pogoda dopisuje a tym samym również rozleniwia, więc i ja dałem się trochę tej atmosferze rozmemłać, zatracić dyscyplinę i w ogóle pofolgować swojemu wrodzonemu lenistwu. Stąd ostatnio moje nieregularne wpisy tutaj. Niemniej usilnie pracuję nad przywołaniem siebie do porządku, więc na pewno wcześniej czy później wszystko wróci do normy. Dzisiaj, aby nie robić jednak we wpisach przerwy dłuższej niż jeden dzień, sięgam do swoich starszych rzeczy i proponuję kilka fraszek.

                                 Niezbyt wyborowy strzelec

     Znowu chłopinie nie wyszło

     I w rajtuzy wszystko prysło.

                                   W komitywie mądrość

     „Za mundurem panny sznurem” –

     Tak twierdzą chorąży i te w ciąży.

                                      Pragnienie życia

     Mimo iż czuje, że już śmierć nadchodzi,

     Łudzi się nadzieją, że nie o niego chodzi.

                               Płaszczyzna porozumienia

     Od męża do żony

     Wiedzie most zwodzony.

                                   Refleksja po latach

     Czy zaprawdę jestem fijoł,

     Żem wszystkie „okazje” mijoł?

                                     Denuncjator

     Obok każdego –

     Wzrok i uszy jego.

                           Pragnienie bycia Petroniuszem

     Chciałbym mieć niewolnicę –

     Taką oddaną Eunice.

                                       Zew natury

     Zawsze chciałem

     Całym ciałem.

                                    Nie tylko aktor

     Ma do popisu pole

     Często zmieniając role.

                 23.07.2013 r.

00:04, adelmelua
Link Komentarze (2) »
niedziela, 21 lipca 2013

     Mówi się, że od przybytku głowa nie boli. I zapewne jest to prawda, np. w odniesieniu do naturalnych surowców, jedzenia, bogactwa, osobistego szczęścia itd., itp. Ale co zrobić, gdy takie sformułowanie dotyczy religii? Czy tutaj ma ono rację bytu, w jakiś sposób skutecznie się broni? W końcu nadmiar w zakresie religijnym, naturalnie, to występowanie wielu bogów, więc czy uznanie takiego stanu za istniejący, nie przeczyłby istnieniu tego jednego jedynego, a przez to i najdoskonalszego? Czy takie postawienie sprawy byłoby tutaj właściwe i pożądane?

    Załóżmy optymistycznie, że wszystkie religie naszego świata, różnego rodzaju sekty i wyznania skłonne są twierdzić, że jest jeden Bóg, do którego wszyscy się modlą. Niestety, już tutaj pojawia się pierwszy zgrzyt: To, że robią to na różny sposób właściwie już świadczyć może, że albo modlą się do różnych bogów, czyli jest ich więcej, albo po prostu inaczej postrzegają tego jedynego. Więcej – modły to jedno, drugą nie mniej istotną rzeczą jest oddawanie Mu czci. I w tym momencie pojawiają się pomiędzy nimi takie różnice, które co najmniej przeczą jedynobóstwu z jednej strony, z drugiej zaś wykazują naszą głupotę w dowolności interpretacji tego, czego ów Bóg wymaga od swoich wyznawców. Bo o ile łatwo pogodzić oczekiwania wyznawców judaizmu i islamu w odniesieniu do uboju rytualnego, czy ramadanu tych ostatnich do postu pozostałych grup religijnych, to już w wielu innych kwestiach dochodzi do totalnego wręcz rozwarstwienia. Kobiety zakrywające włosy, a nawet całe postaci w islamie; Żydzi nakładający kawałki szmat, zwane jarmułkami, na czubek głowy; świadkowie Jehowy nie godzący się na transfuzję krwi – nawet w sytuacji zagrożenia śmiercią; wielożeństwo, wzorem Mahomet, który miał cztery żony – chociaż nie zawsze to najlepszy przykład, bo np. ojciec Osamy bin Ladena miał ich aż 22! Oczywiście wszystkich różnic pomiędzy religiami wymieniał tutaj nie będę, bo nie o to chodzi żeby je wypunktować, rzecz w tym, żeby sobie uświadomić absurdalność całej sytuacji. W końcu, gdyby naprawdę istniał tylko jeden Bóg, do którego wszyscy wznoszą modły, to wszystkie obrzędy wyglądałyby albo identycznie, albo co najmniej bardzo podobnie. Tyle, że jest jednak inaczej. Czego to dowodzi? Myślę, że jednego: żaden bóg nigdy nikomu się nie objawił, nigdy nikomu niczego nie wręczał, nigdy nikomu niczego nie nakazywał! Robiąc to bowiem wykazałby jedynie swoją małość. Okazałoby się bowiem, że stworzył coś, co trzeba jakoś tam instruować, podpowiadać, prowadzić niejako za rączkę. Poza tym pozostaje jeszcze jedno pytanie: Co z naszymi protoplastami – np. człowiekiem kromaniońskim? Co z homo habilis? Co z neandertalczykiem? Co z Sumerami, Asyryjczykami czy Egipcjanami? Co z Majami, Aztekami czy Inkami? Czy ich bogowie byli inni, gorsi od tego nam współczesnego? Słabsi tylko dlatego, ponieważ oni nie przetrwali? Powiem krótko: wszystko to lipa! Tak jak spamem dla boga, czy ewentualnych bogów są te wszystkie spowiedzi naiwniaków, tak modły i towarzyszące im rytuały są niczym innym, jak nic nie przynoszącym pustym gestem, potrzebnym jedynie tym, którzy je wznoszą i celebrują.

     A teraz możecie mnie, gorliwi wyznawcy wszystkich religii tego pięknego świata, spalić na stosie jako heretyka. Nie będę protestował, krzyknę jedynie spośród płomieni:

      – Żaru! Więcej żaru, bracia i siostry! W imię waszego boga!

            22.07.2013 r.

08:15, adelmelua
Link Komentarze (2) »
sobota, 20 lipca 2013

     Dokładnie 100 lat temu jeden Putin już był, dokładnie Rasputin. Ale że jednak, jak się okazuje, historia lubi się powtarzać, więc dzisiaj, w innych oczywiście okolicznościach mamy Putina numer dwa! Niestety, dla Rosji zarówno jeden jak i drugi to koszmar. Pierwszy przyczynił się bowiem do upadku ostatniego cara Mikołaja, drugi na naszych oczach właśnie staje się carem i pod pozorem normalizacji życia, prowadzi Rosję w czarną otchłań korupcji i bezprawia. A wszystko w imię zachowania i ugruntowania swojej władzy. Krótko mówiąc tak w jednym, jak i w drugim przypadku, degrengolada matuszki Rosji staje się faktem.

      Oczywiście, gdybym Rosjan nie lubił, mógłbym powiedzieć: mają takiego przywódcę, na jakiego zasłużyli. Problem jednak tutaj jest dużo bardziej złożony. I to nie tylko dlatego, że ich lubię i im współczuję, ale również dlatego, że ich los, ze względu na bliskie sąsiedztwo, w pewien sposób jest spokrewniony z naszym bytem. Tym bardziej teraz, gdy świat, na niespotykaną dotąd skalę dzięki rozwojowi techniki niezmiernie się skurczył. Stąd tak bardzo oburzyło mnie aresztowanie M. Chodorkowskiego tylko dlatego, że odważył się rzucić polityczne wyzwanie Putinowi; stąd tak bardzo wstrząsnęła mną śmierć A. Politkowskiej, A. Litwinienki czy B. Bierezowskiego, a ostatnio zmartwiło kolejne aresztowanie, tym razem Nawalnego, który zgłosił swoją gotowość wystartowania w wyborach na mera Moskwy. Niestety, jak się okazuje dla takich ludzi W. Putin nie ma litości! I nic dziwnego – jako oficer KGB odebrał „porządne” wychowanie w murach tej instytucji, stając się godnym spadkobiercą metod naszego krajana F. Dzierżyńskiego. Z tą jedyną różnicą, że przystosowanych do czasów współczesnych. Znaczy to ni mniej ni więcej tylko tyle, że nikt, kto pragnie Rosji demokratycznej czuć się bezpiecznym nie może! Innymi słowy dzisiejszy przywódca Rosji to najzwyklejszy rzezimieszek polityczny wpisujący się doskonale ze swoimi metodami utrzymania władzy w historię różnego rodzaju despotów. Naturalnie z zachowaniem jakichś tam pozorów wolności – bo tego wymagają współczesne czasy – jednak nie zmienia to faktu, że jest on zwykłym politycznym bandytą, który dla zachowania władzy nie cofnie się przed żadnym siłowym rozwiązaniem. Takiej władzy bowiem nic nie może zagrażać, taka władza dopóty jest bezpieczna, dopóki wszelkie przejawy niesubordynacji miażdży właśnie w samym zarodku.

           20.07.2013 r.

10:39, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 lipca 2013

    Sen, to oczywiście jedna z przyjemnych czynności człowieka. Bo z jednej strony np. to niezbędna regeneracja wyczerpanego organizmu, z drugiej jednak możliwość zajrzenia w te obszary naszej egzystencji, które na jawie pozostają przed nami zamknięte. A dzieje się tak, ponieważ podczas snu nasza podświadomość niczym nieujarzmiony mustang może nas obwozić po krainach niedostępnych dla ludzkiego oka. Oko bowiem za dnia to nasza świadomość, to jawność i widoczność, które niejako zmuszają nas do jednoznacznego postrzegania naszej egzystencji. Sen z kolei, to wielowymiarowość naszego tu i teraz, to penetrowanie tych obszarów, które za dnia pozostają dla nas niedostępne; to tajemnicze królestwo, które w niezwykle oszczędny sposób odsłania nam swoje prawdy i tajemnice poprzez senne obrazy. Czy można zatem snu nie lubić? Wiem, że można cierpieć z powodu jego braku, ale nie lubić?

      Osobiście mam do niego stosunek ambiwalentny. Z jednej strony bowiem znam i doceniam jego zbawienne oddziaływanie na nasz organizm, z drugiej jednak mam też poczucie bezpowrotnej utraty – utraty czasu i związanego z tym intensywniejszego przeżywania życia. Ściślej rzecz ujmując chodzi o to, że zabiera mi on za dużo czasu, który na jawie mógłbym przeznaczyć na zrobienie wielu ważnych – oczywiście z mojego punktu widzenia – a niezbędnych rzeczy. Zatem istota nie w samym fakcie jego pojawiania się, ale w długości jego trwania. Dlatego w takim kontekście, przy wszystkich jego zbawczych zaletach, nie pozostaje mi nic innego, jak traktować go jednoznacznie jako złodzieja, którego, co osobliwe, nie sposób w żaden sposób ukarać. Można jedynie próbować go skracać, ograniczając jego czas. To wszystko. Czy jednak będzie to dla nas pożyteczne? – to już kwestia dyskusyjna.

     Jak wiadomo człowiek jest tak skonstruowany, że snu najzwyczajniej w świecie wymaga. Potrzebuje go, jak wspomniałem wyżej, dla regeneracji całego organizmu i ponownego naładowania akumulatorów przed kolejnym dniem. Ale to nie wszystko. Jego cenną zaletą jest również to, do czego dochodzi w jego trakcie. Bo oprócz wypoczynku przynosi on również w swoich obrazach pomysły, które nie chcą przyjść do nas za dnia; podsuwa nam rozwiązania, które świadomość jedynie wyczuwa, lecz bezwarunkowo i ostatecznie nie zna; ponadto próbuje nas czasem ostrzec i powiadomić o grożących nam, czy też naszym bliskim niebezpieczeństwach; a na koniec nierzadko podrzuca nam właściwe rozwiązania trapiących nas dylematów. Powodów więc, aby sen lubić i cenić jest w istocie sporo.

     Ja, a jestem pewien, że nie jestem w tym odczuciu osamotniony, zauważyłem jeszcze jedną istotną rzecz, jaką przynosi nam zbawienny sen, mianowicie – gdy mój umysł zaprzątnięty jest jakimś problemem w ciągu dnia, niekoniecznie musi to być coś przygnębiającego – może równie dobrze chodzić o proces twórczy – to noc i związany z tym sen stara się w jakiś sposób mi pomóc, podsuwając pewne podpowiedzi. I myślę, że to normalne: mój mózg właściwie przez całą dobę nastawiony jest na ów proces twórczy, który ma mnie doprowadzić do upragnionego końca, więc niejako automatycznie dzieje się tak, że wszystko – tak na jawie, jak i we śnie podporządkowane jest temu twórczemu procesowi. Innymi słowy chodzi o to, że nasze świadome działanie na jawie niejako wymusza podobne zachowanie naszej podświadomości ukrywającej się w sennym letargu. Myślę, że jest to naturalny proces dotyczący wszystkich ludzi niezależnie od historycznego momentu ich życia, pochodzenia, stopnia zamożności, posiadanych zdolności, zdrowia, czy wreszcie stanu ich wiedzy i posiadanego wykształcenia. To, co może je od siebie różnić, to jedynie okoliczności ich powstawania.

            18.07.2013 r.

15:41, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 lipca 2013

     Stała się rzecz straszna: nasz parlament zakazał dokonywania w Polsce rytualnego uboju. Oczywiście, jak się okazuje od strony prawnej, mniejszości żydowskie czy islamskie nadal mogą dokonywać takiego uboju dla swoich potrzeb, co – tak na marginesie – i tak jest dla mnie niezrozumiałą głupotą. Bo zakaz to zakaz. Nie można zjeść ciastko i jednocześnie nadal cieszyć się jego widokiem. Religią barbarzyństwa najzwyczajniej w świecie tłumaczyć nie można.

    To jednak, co tutaj musi bulwersować – przyznaję, mnie zirytowało – to głosy pełne oburzenia potępiające naszą decyzję. Okazuje się bowiem, że nie tyle nie powinniśmy, co wręcz nie mogliśmy takiej decyzji podjąć, bo to – według izraelskiego MSZ – decyzja niewybaczalna! Godząca w nasze relacje. Więcej – niektórzy grzmią nawet o antysemityzmie i probie wprowadzenia w tej kwestii na wzór Niemiec hitlerowskich prawa nazistowskiego! Nie muszę naturalnie nikogo przekonywać, że takie postawienie sprawy jest nie tylko niesprawiedliwe i szokujące, ale wręcz głupie, chamskie, prymitywne. Krótko mówiąc głupstwo rozum zjadło i wodą popiło.

    To, co niezmiernie mnie dziwi i zastanawia w tym medialnym szumie wokół uboju rytualnego, to jedna zasadnicza sprawa: obrona dzikiego obyczaju pozbawiania życia zwierzęcia przeznaczonego na ludzki stół; obrona rytuału przyjętego kilka tysięcy lat temu na potrzeby jakiegoś okrutnego boga. Co najciekawsze, to że dęta afera wokół uboju nie skłania dzisiejszych wyznawców do refleksji i zmiany swojego nastawienia, a wręcz przeciwnie – brnie w podtrzymanie wielowiekowego okrucieństwa wobec zwierząt za wszelką cenę. Tak jakby świat się nie zmienił, jakby człowiek nadal tkwił w zamierzchłej epoce i zmuszony był oddawać w ten sposób cześć jakiemuś okrutnemu bogu. Dla mnie to przejaw dziczy w najczystszej postaci. A tłumaczenie tego jakąś religijną obrzędowością, to lipa i zwykle naciąganie. To próba tłumaczenia czegoś, czego z pozycji współczesnego człowieka wytłumaczyć się nie da i nawet nie powinno. To jeszcze jeden dowód na to, że religie, oprócz wywoływania wielu zbrojnych konfliktów, są również ostoją naszych atawistycznych pragnień. Dlatego, myślę, najwyższy czas, panie i panowie uprawiający tego typu rytuały, na refleksję. Czas pójść po rozum do głowy i przeanalizować takie aspekty religii, których istnienie dzisiaj jest nie do przyjęcia, bo jest nie tylko nienormalne, ale wręcz amoralne!

    – Wyznawcy judaizmu i islamu może uszło to waszej uwadze, ale mamy XXI wiek – czas komputerów, nanotechnologii i w ogóle rozwoju techniki na nie spotykaną dotąd skalę, a wy, niestety, mentalnie nadal tkwicie jeszcze w głębokiej starożytności! Najwyższy czas skończyć z dzikimi obrzędami z piekła rodem. Ogarnijcie się!

          17.07.2013 r.

09:11, adelmelua
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl