RSS
wtorek, 31 lipca 2012

     Ilekroć rozmawiam z kimś na temat różnych aspektów wpływających na nasze życie, a dających się w jakimś zakresie przewidzieć, tzn. odczytać, to nierzadko spotykam się, co najmniej, ze sceptycyzmem. Gdy jednak mam dodatkowo do czynienia z osobnikiem głęboko religijnym, wówczas okazuje się, że sceptycyzm, to igraszka. Bowiem na moje argumenty albo ten ktoś wpada w irytację, albo patrzy na mnie z takim pobłażaniem i politowaniem, jakbym zjawił się nie wiadomo skąd i jak. Jakbym faktycznie spadł z nieba i wyglądał przy tym jak jakiś zabłąkany kosmita. (Chociaż, przyznam, zupełnie nie wiem, jak taki gość mógłby wyglądać.) Ale kto wie, być może jest tak, że ten ktoś posiadł jakimś cudem wiedzę tajemną i dlatego to, co ja mówię, jest dla niego puste, jałowe, czy też wręcz nawet niewiarygodnie głupie. Jeżeli tak jest – chylę czoło! Tyle tylko, że nie myślę, żeby tak właśnie było. A nie myślę tak dlatego, że sama wiara, choćby i najżarliwsza, żadnej wiedzy tajemnej nikomu jeszcze nie daje. Co najwyżej utwierdza w głębokim wewnętrznym przekonaniu o słuszności swojego wyboru. I tyle. A jeżeli tak jest, to z drugiej strony nic nie uprawnia tego kogoś do traktowania tego, co mówię w zakresie astrologii, tarota, czy numerologii, niejako z góry i bez szacunku. Bo może być tak, że to ja mam rację, ja jestem bliższy prawdy.

     Jak wiemy od dawien dawna istniały próby odczytania bliższej czy też dalszej przyszłości. Niektóre z nich znalazły nawet swoje miejsce w literaturze – choćby działalność wieszczki Kasandry w starożytnej Troi, uwieczniona przez Homera w Iliadzie. Tradycja chrześcijańska takie próby jednak odrzuca. Czy słusznie?

     Zawsze, gdy napotykam czyjś sprzeciw o takim właśnie religijnym podtekście, mówię jedno: Jeżeli jesteśmy tworem boskim i wszystko to, co wypełnia wszechświat również, to znaczy, że nie dzieje się tak bez przyczyny. Gdyby było inaczej, wystarczyłaby sama Ziemia zawieszona samotnie w przestrzeni kosmicznej. Po co jeszcze miałyby pałętać się w niej zbyteczne i zupełnie nieprzydatne Mars, Venus, czy Jowisz, że już o Saturnie nie wspomnę. Jest jednak inaczej! A jest inaczej ponieważ, tak myślę, nic we wszechświecie nie jest zbyteczne i przypadkowe, wszystko jest po „coś” i współistnieje ze sobą w szczególnej, a niepojętej nam jeszcze dzisiaj harmonii. A jeżeli tak się dzieje, a my zostaliśmy wyposażeni w rozum, to dlatego też powinniśmy z niego skorzystać i chociaż spróbować odczytać wszystko to, co będziemy w stanie. Dla naszego dobra, a nie ku naszej zagładzie. Bo nie po to od tysiącleci czyniono próby odczytania przyszłości, żeby ludzkość zgubić. Nie po to na dworach różnych władców, tak starożytnych jak i nowożytnych, był ktoś odpowiedzialny za odpowiednie odczytywanie gwiezdnych układów. To nie był trefniś utrzymywany przez monarchę po to, żeby ten z niego jawnie kpił i szydził. On miał władcę ostrzec przed ewentualnym niebezpieczeństwem! W końcu astrologia dziś, to wiedza oparta na astronomii, której ślady występują już od czasów pierwszej znanej nam ludzkiej cywilizacji – starożytnego Sumeru.

     Sam od dekady zajmuję się od strony praktycznej – na własny użytek – tarotem, a od czasu do czasu również numerologią. Nie mówię, że jestem jakimś wielkim tarocistą i przyszłość nie ma dla mnie żadnych tajemnic. Ma i mieć będzie. Bo tarot, to ustawiczne doskonalenie się, a ja tego, niestety, nie robię w sposób systematyczny. Ale z całą pewnością mogę powiedzieć, że wiem, czy też należałoby powiedzieć, że mam większą świadomość tego, co może mnie spotkać w najbliższej przyszłości, niż ci, którzy tarotem się nie zajmują w ogóle. Bo tak naprawdę tarot, to jedynie próba odsłony pewnej części przyszłości, którą jest energia otaczająca w danym momencie osobę, której karty są stawiane. A że życie podlega ustawicznym zmianom, więc i energia, która nas otacza jest zmienna. Tarot ma na celu ten energetyczny przekaz uchwycić, a następnie właściwie odczytać. To wszystko. I nie chodzi w tym ani o jakieś gusła, zabobony czy zwykłą hochsztaplerkę.

     Na koniec powtórzę raz jeszcze: my i wszechświat, to jedność. Wszystko razem tworzy genialną, powiem więcej – boską (!) harmonię. Więc negowanie jakiejś jej części, to podważanie istnienia tej boskości. Choćby i wynikało ono z czyjegoś religijnego światopoglądu.

      31.07.2012 r.

14:44, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 lipca 2012

     Co dosyć sporo mówi nam o naszym człowieczeństwie? Myślę, że stosunek do zwierząt, czyli naszych mniejszych braci. A ten, mimo że jednak ciągle się poprawia, nadal jest, niestety, daleki od ideału.

    Ostatnio oglądałem krótki filmik, na którym zarejestrowano kierowców, którzy z premedytacją zabójców najeżdżali – nie mając nawet na wprost kół swojego samochodu, czyli musieli odbić kierownicą w jedną czy drugą stronę – na gumowe zabawki, imitujące płazy czy gady: węża, żabę, pająka. I nieważne jest nawet to, gdzie taka rzecz miała miejsce, istotne, kogo dotyczyła. A dotyczyła człowieka, którym z reguły okazywał się biały, w dobrym terenowym samochodzie. Tyle filmik. Ale, co on nam mówi?

     Naturalnie, mówi on nam o naszej kondycji, że nie jest ona najlepsza. Bo gdy podobny filmik nakręcono o poszkodowanych w wypadku samochodowym, wielu kierowców takie miejsce omijało, nie zatrzymując się i nie udzielając pomocy (dobrze że nie najeżdżali dodatkowo na poszkodowanych, jak to miało miejsce w pierwszym przypadku!). Dwa różne zdarzenia, niemniej oba mają wspólny mianownik: zdziczenie, bezmyślność, obojętność, stępienie wrażliwości i szereg jeszcze innych rzeczy. Nie myślę jednak, żeby problem ograniczał się jedynie do zmotoryzowanych użytkowników dróg, to problem o wiele szerszy. Ponieważ dotyczy tak naprawdę człowieka pod każdą szerokością geograficzną. Niestety. A że ustawicznie nas przybywa, więc i relatywnie więcej również pojawia się takich negatywnych zachowań. Innymi słowy – oba zdarzenia na pewno zaskakują, jednak skala ich występowania, myślę, że już trochę mniej.

     30.07.2012 r.

16:42, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 lipca 2012

Pierwszy niewypał, to osławione ACTA, które, co najbardziej dla mnie zaskakujące, wpisuje się w politykę ograniczania wolności obywatelskiej – w tym przypadku w przestrzeni internetowej. Drugi, to ustawa o zgromadzeniach, która przygotowywana była – aż 12 dni!, a następnie błyskawicznie przyklepana przez koalicję w sejmie, mimo protestu opozycji i wielu organizacji pozarządowych. Trzeci natomiast, to wydłużenie nam wieku emerytalnego, czyli tak naprawdę pójście stadnie śladami innych państw europejskich, wbrew zresztą naturze (fizjologicznie starość zaczyna się w wieku 65 lat, wystarczy tylko porozmawiać o tym z geriatrami, którzy uświadomią niedoinformowanym, co się dzieje w organizmie 65-latka) i logice. Poza tym buńczuczność, z jaką mieliśmy do czynienia szczególnie w wypowiedziach posłów Platformy przy okazji obrony powyższych ustaw, świadczy o tym ugrupowaniu – ku mojemu zaskoczeniu – jak najgorzej. Chociaż z drugiej znów strony bardzo dużo mówi w ogóle o naszej ludzkiej kondycji. Słowem, jak zwykle, dużo hałasu i znów lipa.

Powyższe przedsięwzięcia, których skutek można było przewidzieć zanim doszło do próby wprowadzenia ich w życie, nie przyniosły rządzącym głosów poparcia. Raczej przysporzyły kłopotów, co w najbliższych wyborach na pewno będzie miało swoje odzwierciedlenie. Mojego głosu na pewno nie zyskali. Ale nie tylko z powodu powyższych chybionych przedsięwzięć, inne – te przemilczane, a w wyniku tego nie wprowadzone w życie, mówią o tej koalicji jeszcze gorzej. A oto niektóre z nich:

1. Pięć lat rządów obecnej koalicji, a 40-letnich emerytów (wojsko, policja) nadal przybywa i przybywać będzie jeszcze przez wiele lat. (Finanse państwa cierpią – to z jednej strony, z drugiej jest tutaj inny tego aspekt: ci młodzi emeryci zabierają przy tym miejsca pracy młodym ludziom, którzy dopiero wchodzą życie, bo ci muszą sobie jeszcze gdzieś przecież dorobić!);

2. Brak reformy KRUS-u;

3. Niewydolne sądy, gdzie proste sprawy ciągną się latami, a z drugiej strony nierzadko zapadają wyroki skazujące niewinnych ludzi;

4. Prokuratorzy istnieją jako udzielne księstwa, które nie odpowiadają przed swoim przełożonym aż do zakończenia prowadzonej przez nich sprawy;

5. Bezkarność funkcjonariuszy państwowych (skarbówka) w wytaczaniu spraw przedsiębiorcom, które doprowadzają ich nierzadko do upadłości;

6. Niedoskonałe prawo, które w praktyce stwarza wrażenie, jakby było pisane na kolanie (niezgodne z konstytucją – choćby prawo hazardowe);

7. Padające firmy podwykonawcze, bo państwo nie zabezpiecza prawnie ich interesów, i dopiero afera z drogami zmusiła rząd do właściwej reakcji w tym obszarze;

8. Przerost zatrudnienia w administracji państwowej;

9. Istnienie tzw. „niszczarki sejmowej”, do której trafiają projekty ustaw opozycji z reguły niewygodne dla koalicji rządzącej;

            10. Konkursy na stanowiska w administracji państwowej nierzadko ustawiane pod konkretnych kandydatów ( kolejny przykład psucia państwa!);

            11. Karykatura prawa osiągana choćby w takich sprawach, jak próba skazania artysty malarza Krzysztofa Kuszeja za propagowanie pedofilii, podczas gdy poprzez swoje prace próbował ją zwalczać;

12. Brak ustawy o związkach partnerskich;

13. Brak ustawy o in vitro;

14. Brak od 23. lat ustawy reprywatyzacyjnej, co skazuje miasta na ogromne odszkodowania;

15. Brak, brak i jeszcze raz brak – takie są dokonania rządu. A przecież spraw, oczekujących na rozwiązanie z punktu widzenia społecznego zapotrzebowania, jest od zatrzęsienia. Naturalnie, są również dokonania. Ale samo, choćby mądre wykorzystywanie unijnych środków to nie wszystko, to bardziej obowiązek rządzących! Równie ważne jest zmienianie nierzadko skrzeczącej gęby otaczającej nas rzeczywistości na ciepłą, ludzką. Innymi słowy, panowie politycy, mniej cwaniactwa, a więcej pracy na rzecz obywateli, aby państwo, w którym żyjemy, było nam przyjazne. Tylko tyle – przyjazne.

29.072012 r.

15:44, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 lipca 2012

     Wojny, wszystkie, bez wyjątku, to okropność i tragedia. Bo każda wojna, to bezbrzeżne cierpienie i łzy tych, którzy przeżyli. Wychodzą z niej co prawda z życiem, ale za okrutną cenę, którą jest fizyczne i psychiczne okaleczenie. Ale to tylko część tego dramatu. Bowiem jeszcze większą cenę płacą ci, którzy giną, nie dostając szansy na przeżycie reszty swojego czasu. Pozbawieni są szansy popełnienia błędów, doznania porażek, ale też osiągnięcia sukcesów, czy cieszenia się miłością. Zostaje im po prostu zabrana szansa cieszenia się zwykłym życiem.

     Niestety, powód, żeby wywołać wojnę zawsze się znajdzie. Tak było w przypadku obu wojen światowych, jak i w wielu innych większych czy pomniejszych, łącznie z tymi, które dotykają nas nawet teraz. Bo tak naprawdę powodem tym zawsze jest ludzka głupota i brak perspektywicznego myślenia. Bez względu na to, czy będzie chodziło o wyrównanie historycznych krzywd, czy zdobycie nowych przestrzeni niby niezbędnych do życia, zawsze chodzi o głupotę i prymitywne ambicje tych, którzy na nie chorują. Ludzi pełnych kompleksów, dla których jedyną możliwością dowartościowania się jest retoryka konfrontacji i ustawicznej walki.

     A potem, po kolejnych zmaganiach wojennych, gdy następuje czas odbudowy ze zniszczeń i kończy się opłakiwanie śmierci, nadchodzi czas fascynacji wielu ludzi genialnością rozwiązań strategicznych tej czy innej bitwy. Co jest chore! Bo wskazuje, że tak naprawdę nic się nie zmieniło, że ta bezcenna ofiara, bo złożona z życia, była nadaremna; albowiem nadal są tacy, których podnieca zło, i to zło w czystej postaci. W czystej, bo tak naprawdę niezrozumiałej i niewytłumaczalnej, gdy nieznani sobie ludzie stają naprzeciw siebie gotowi stoczyć walkę na śmierć i życie. W imię czego i kogo? – nie wiem. To znaczy wiem: w imię bezbrzeżnej głupoty najeźdźców, którzy realizują program jakiegoś szaleńca, mieniącego się politykiem. Podczas gdy tak naprawdę pozostaje zwykłą, prymitywną miernotą.

     Jedyną korzyść, jaką może przynieść wojna, ale zaznaczę tutaj od razu – korzyść wątpliwą, bo uzyskaną w kontekście śmierci i wszechobecnego kalectwa, to przyspieszony rozwój cywilizacyjny. Bo aby jak najszybciej podnieść się z ruin i zgliszcz, potrzebna jest coraz lepsza technika, coraz lepsze rozwiązania technologiczne, coraz szybsze wychodzenie z wojennej traumy. Tylko czy aby na pewno do tego akurat potrzebna jest wojna? – mocno wątpię. Działania wojenne jako inicjator postępu, to zły pomysł. Bo i bez tych wojennych ofiar nic by rozwoju cywilizacyjnego nie powstrzymało. Być może byłby on wolniejszy, ale czy tak naprawdę działoby się to z jakąś szczególnie dotkliwą dla człowieka szkodą?

     Dlatego uważam, że wojen, jakichkolwiek, nic nie tłumaczy, nic nie usprawiedliwia, nic nie rozgrzesza. Bo wojna, to samo zło – zło w czystej postaci.

      27.07.2012 r.

15:11, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 lipca 2012

     Przeczytałem ostatnio artykuł prof. Mariana Szamatowicza z Kliniki Ginekologii UM w Białymstoku na temat niepłodności i in vitro. I pomyślałem, że zamiast, jak zwykle tutaj, zamieszczenia kolejnego swojego komentarza, przytoczę kilka najważniejszych punktów z jego pracy, które, mam nadzieję, przekonają wahających się, rozwieją ich wątpliwości, natomiast tych zatwardziałych przeciwników zmuszą do refleksji. A oto one:

     „Ci, którzy dążą do zakazu leczenia za pomocą in vitro, pozbawiają szansy na dziecko ponad 50% niepłodnych par. Szczególną aktywność w tym względzie wykazuje poseł Bolesław Piecha. A przecież jako lekarz zgodnie przysięgą powinien wprowadzać do praktyki najnowsze zdobycze medycyny.

     Niema argumentów na pozbawianie kobiety szansy na bycie matką. Art.16 Deklaracji praw człowieka mówi: >Prawo do posiadania potomstwa jest podstawowym prawem człowieka<. Dla mnie nie ma żadnej wątpliwości, ze wprowadzenie zakazu leczenia niepłodności za pomocą In vitro jest łamaniem praw człowieka.

     (…) Metoda pozaustrojowego zapłodnienia u człowieka została uznana za największe odkrycie medycyny klinicznej XX wieku, a jej twórca Robert Edwards dostał w 2010 r. Nagrodę Nobla. Leczenie niepłodności za pomocą technik rozrodu wspomaganego medycznie jest cały czas udoskonalane. Kobieta nie jest bezwolnym przedmiotem, z którego pragnieniami można się nie liczyć, tak jak chcą niektórzy politycy.”

     To wszystko. Ja dodam na koniec od siebie tylko jedno: każda decyzja, o takim właśnie pozaustrojowym zapłodnieniu, powinna być wolna od jakichkolwiek naleciałości religijnych. Należy dać kobiecie możliwość wyboru. Bo tak naprawdę ten problem najżywotniej dotyczy właśnie ich, panowie politycy. Nie zapominajcie o tym!

     26.07.2012 r.

14:57, adelmelua
Link Komentarze (2) »
środa, 25 lipca 2012

     Czasy się zmieniają. To nic odkrywczego naturalnie. Czy my się zmieniamy wraz z nimi? Tutaj już taki pewny bym nie był. Myślę, że od tysięcy lat pozostajemy właściwie tacy sami: nadal podobnie kochamy, wyrażamy emocje, dbamy o najbliższych, o zabezpieczenie materialne itd., itp. Słowem – mentalnie pozostajemy, mimo upływu czasu, niezmiennie do siebie podobni. To, co się zmienia, to jedynie okoliczności, w jakich przychodzi nam zmagać się z życiem. A jeżeli tak, to jakie to ma znaczenie, ściślej – jakie to ma znaczenie dla mnie?

W starożytnej Grecji normą było współżycie dwóch mężczyzn, tzn. zanim młody człowiek związał się z kobietą, przechodził inicjację seksualną w związku ze starszym mężczyzną, który wprowadzał go niejako w świat doznań intymnych.

W starożytnej Sparcie jedynie silne noworodki, pozbawione widocznych ułomności, mogły przeżyć. Słabsze jednostki były eliminowane, jakkolwiek byśmy dzisiaj o tym negatywnie myśleli. Takie obowiązywało tam wówczas prawo! Czy złe? Z punktu widzenia współczesnego człowieka zapewne tak, z punktu widzenia jednak Spartanina, taki był wymóg czasów i potrzeba państwa.

Był czas, gdy życie ludzkie nic nie znaczyło, czy też znaczyło niewiele. Nawet dzisiaj w autorytarnych krajach, czy też choćby fundamentalistycznych państwach muzułmańskich prawo nie liczy się z jednostką. Czy te przykłady oznaczają, że prawo tam nie obowiązuje? Nic podobnego – obowiązuje, i to wręcz restrykcyjnie! Czy to znaczy, że jest ono dobre? Powinno się je szanować? Tutaj zapewne wątpliwości pojawi się wiele. Chcę przez to powiedzieć, że właśnie okoliczności zawsze decydowały o obowiązującym prawie, które mieli przestrzegać obywatele.

Dzisiaj oczywiście funkcjonujemy w bardzo odmiennych okolicznościach w odniesieniu do minionych epok. Co to znaczy i czy coś zmienia?

Naturalnie. Jednak nie na tyle, abym ja swój stosunek do prawa musiał, że tak powiem, przeorganizować. Od bardzo dawna bowiem posługuję się w ocenie różnych spraw, sytuacji, prawa, czy zagadnień społecznych własnym kodeksem moralnym. On bowiem jest bardziej stabilny od prawa stanowionego przez państwo. A stabilność w naszym życiu, to rzecz nie tylko przydatna, ona jest wręcz niezbędna! Stąd wynika mój stosunek do stanowionego przez polityków prawa.

Nie znaczy to oczywiście, że nawołuję z tego miejsca do jakiegoś wielkiego wobec państwa nieposłuszeństwa. Nie o to chodzi. Rzecz przede wszystkim w tym, żeby sobie uzmysłowić, że nie wszytko i nie zawsze państwo czyni zgodnie ze zdrowym rozsądkiem i dla dobra ogółu. Gdy to sobie uświadomiłem, zrozumiałem, że tak naprawdę jestem bezbronny w zetknięciu z bezduszną machiną państwa na różnych jej poziomach. Stąd mój kodeks moralny jako punkt odniesienia do otaczającej mnie rzeczywistości.

Wielu zapewne się ze mną nie zgodzi, mówiąc, że gdyby tak inni również odnosili się do własnej moralności, niekoniecznie najwyższych lotów, kwestionując prawo państwowe, wówczas rządziłaby anarchia. Nie wiem, być może by tak było. Ja mówię za siebie i swojego zdania w tym zakresie na pewno nie zmienię. I nie dlatego że jestem jakoś szczególnie uparty, raczej dlatego, że dojście do tego zajęło mi trochę życia i nie myślę, żeby to był zły wybór. Moja moralność, jako stały punkt odniesienia. Również w zakresie religijnym. Zamiast dekalogu. Może gdy prawo będą stanowić nieskazitelnie czyści politycy, wówczas nie będzie konieczne odnoszenie się do swojego wewnętrznego moralnego kodeksu. Może. Ale to tylko iluzja. Tysiące lat historii człowieka mówią o tym najdobitniej. Niestety. Więc ja pozostanę przy swoim wyborze.

25.07.2012 r.

15:07, adelmelua
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 lipca 2012

     Jakiś czas temu powstał film, naturalnie angielski, w którym wszystkie zasługi za złamanie szyfru Enigmy – niemieckiej maszyny szyfrującej – przypisali sobie Anglicy. Czy to coś dziwnego i zaskakującego? Nie myślę. Od dawna na Zachodzie mylono Powstanie Warszawskie z Powstaniem Żydowskim w getcie warszawskim, więc sprawa Enigmy to jedynie dodatek do tego kożucha. Oczywiście jest w tym sporo naszej winy. Ale, niestety, historia tak się potoczyła, że panowie i władcy socjalistycznej Polski niewiele w tym temacie robili. Bo tak jak nie byli zainteresowani Powstaniem Warszawskim, tak i niewiele ich obchodziło błędne określanie niemieckich obozów śmierci. Stąd zresztą wynika dzisiejszy problem z nazewnictwem nazistowskich obozów zagłady funkcjonujących podczas II wojny światowej na terenie Polski. Ale poza tym wszystkim, myślę, należałoby wystosować jakieś pismo do mediów angielskich z informacją, że polskich i innej narodowości pilotów również tam nie było i nie walczyło o Anglię, a o bezpieczeństwo zadbali sami Anglicy. I w ogóle, gdyby inni im tylko nie przeszkadzali, to na pewno tę wojnę wygraliby dużo szybciej i z mniejszymi stratami!

     Myślę, że wówczas duma angielska byłaby godnie połechtana, a honor doceniony.

     – God Save the Queen!

     Amen.

     24.07.2012 r.

17:19, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 lipca 2012

Wczoraj zmarł Andrzej Łapicki. Mówi się, że był amantem polskiego kina. I zapewne jest to prawda, gdy pomyśli się o jego wyglądzie, czarującym sposobie bycia, magicznym wręcz wdzięku i hipnotycznym głosie. Ale dla mnie pozostanie on dodatkowo arystokratą aktorstwa. Aktorstwa, którego jest coraz mniej, bo coraz mniej jest ludzi podchodzących do tego zawodu, jak do pewnego rodzaju misji i zobowiązania wobec tekstu i widza. Dlatego nie widzieliśmy go ostatnio w żadnym filmie, czy też kolejnym odmóżdżającym sitcomie telewizyjnym. No bo czymże w ogóle jest aktor i jego praca?

Aktor, aby stać się kreatorem Sztuki, a nie jedynie jej jeszcze jednym, lepszym czy też gorszym, odtwórcą, musi przede wszystkim przejść drogę do samopoznania, musi dotrzeć do pokładów samoświadomości, która mu objawi kwintesencję granej przez niego postaci. Gdy tego dokona, stanie się aktorem świadomym – siebie, swojej gry, swoich możliwości; stanie się aktorem świadomym Sztuki przez siebie już nie odtwarzanej, ale właśnie kreowanej. Bo tylko samoświadomość tego aktu czyni aktora prawdziwym artystą.

Andrzej Łapicki takie aktorstwo właśnie uosabiał. Obok T. Łomnickiego, Z. Cybulskiego, czy Z. Zapasiewicza należał do tej generacji artystów, którzy brali odpowiedzialność za wypowiadane przez siebie ze sceny słowo. A odpowiednio ułożone słowa, to nic innego jak nasze myśli uchwycone przez autora tekstu. Jedne bardziej złożone, inne mniej. Tych drugich, prostych jest naturalnie więcej, bo proporcjonalnie więcej jest pospolitości w naszym życiu. Nie to jest jednak istotne, ważne, jak aktor swoje kwestie wypowie, jaki nada im sens i głębię. Andrzej Łapicki był mistrzem słowa, a tym samym niepowtarzalną aktorską indywidualnością.

Polska kultura, wraz z Jego odejściem, poniosła kolejną nie do odrobienia stratę. I pozostaje tylko ogromny żal, że jesteśmy tak bezbronni wobec śmierci.

22.07.2012 r.

20:48, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 lipca 2012

I znów, sprowokowany kolejną wypowiedzią J. Kaczyńskiego, jestem niejako zmuszony do jej skomentowania.

Otóż od jakiegoś już czasu prezes PiS-u powtarza bzdury, jakoby wyjście J. Palikota z PO było umówione i odbyło się w porozumieniu z D. Tuskiem, co stawia tego pierwszego w roli V kolumny w sejmie, a co za tym idzie zausznika premiera. Słysząc tę bzdurę po raz kolejny nie wiem, czy jeszcze się śmiać, czy już należałoby płakać. Bo to jest mniej więcej tak piramidalnie bzdurna koncepcja, jak to, że L. Wałęsa był agentem Służby Bezpieczeństwa i nie będąc oczywiście przez nią zwalczany, wręcz przeciwnie – będąc przez nią wspierany, dostawał do ręki wszystkie atuty, aby dokonać demontażu ustrojowego, w którym to ustroju SB cieszyła się z dostępu do niezliczonych przywilejów. Innymi słowy SB siedziała na gałęzi i twardo ją piłowała, bo siedzenie na niej bardzo ją nużyło i chciała się przekonać, jak to jest, gdy się spadnie na ziemie. Genialna myśl! Przyznam, że trzeba być nie lada wizjonerem, żeby wpaść na tak przebiegłą myśl. Platon do spółki z Arystotelesem, na dokładkę jeszcze Sokrates, takiej by nie wymyślili! No, ale jak się ma kogoś takiego przy swoim boku jak A. Macierewicz, to w zasadzie nic nie powinno zaskakiwać. I przyznam, że mnie osobiście nie zaskakuje. Głupota nie ma w końcu żadnych granic, tak jak i chorobliwa wręcz nienawiść. Niestety, jak dotąd na jedno i drugie nie wynaleziono skutecznego lekarstwa, więc zapewne niejedną jeszcze zawiłą konstrukcją myślową obaj panowie nas zaskoczą. W końcu nieprzerwanie się rozwijają, co najmniej jak papier toaletowy, niestety, tyle że nie ten pachnący. A szkoda, bo przynajmniej po tych myślowych konstrukcjach, powstających zapewne przy fizjologicznych obstrukcjach, nie byłoby chociaż tak obezwładniającego smrodu.

21.07.2012 r.

13:06, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 lipca 2012

     PiS z kolei, to Posłuszeństwo i Siła. Tyle tylko, jak się okazuje, to formacja za słaba, aby wrócić do rządzenia. Tak się dziwnie składa, że jej najsłabszym punktem, niejako podbrzuszem, pozostaje, co najciekawsze, jej założyciel i przywódca Jarosław Kaczyński. To jego ukochane dziecko, co z tego punktu widzenia czyni tę partię szczególnym ugrupowaniem na naszej scenie politycznej. Szczególnym, albowiem należy tylko do jednego człowieka, któremu potrzebny jest dwór klakierów, a nie ludzi samodzielnych w myśleniu. I takich ma. Ci, co się z wizją wodza nie zgadzali, odeszli w dwóch turach, zakładając najpierw PJN, a następnie Solidarną Polskę. Trzecie wyjście z PiS-u będzie gwoździem do trumny tej partii. Pytanie: kto miałby stać na czele takiego wyjścia? Przyznaję, nie mam zielonego pojęcia, bo nikogo takiego dzisiaj nie widzę. Ci, którzy zostali w partii i tworzą dwór J. Kaczyńskiego, to zwykli sztabowcy spełniający jego każdą wolę. Niepokorni odeszli. Zatem… Cóż, z tym prezesem pozostaje permanentna opozycja. Bo to, że PiS nigdy nie wróci do władzy pod tym przywództwem, to pewnik. Ale może o to w tym wszystkim chodzi, kto wie. A w ogóle jak patrzę na tych smutnych, bez uśmiechu ludzi, to odnoszę wrażenie, że ktoś musiał ich kiedyś zdrowo skrzywdzić. Przynajmniej sprawiają takie wrażenie, jakby byli niekochani, odrzuceni, niedocenieni. Aż przykro!

     RP – czyli Rozczarowanie Palikotem. Oczywiście, biorąc realne możliwości tej partii, to niewiele mogli. Rządzą inni i wiadomo w jaki sposób. Niemniej ja czuję się rozczarowany – szczególnie poparciem przez tą partię koalicji rządzącej w sprawie wydłużenia wieku emerytalnego. Jedyny plus, to że nie było w tej partii dyscypliny podczas głosowania w tej sprawie. I tyle. Na razie niewiele można im zarzucić, jak również jeszcze mniej przypisać dobrego. Przekonamy się tak naprawdę na co ich stać w momencie, gdy staną się siłą polityczną, mającą pewien realny wpływ na władzę. Dzisiaj to niewiadoma, postrzegana jedynie poprzez swojego ojca założyciela – Janusza Palikota.

     SLD, czyli Słowotok, Lipa, Działacze. Niestety, pod obecnym przywództwem to żadna alternatywa na naszej scenie politycznej. L. Miller to cynik i permanentny gracz. Na dodatek wygrzebujący z archeologicznych wykopalisk polityków skompromitowanych (Kwiatkowski, Czarzasty, a może niebawem Janik czy Oleksy). Osobiście nie wróżę mu świetlanej przyszłości. Taką miał już przeszłość i wystarczy. Niemniej szkoda, że ta partia nie postawiła na W. Olejniczaka, R. Kalisza czy K. Piekarską – te nazwiska gwarantowałyby niezbędne w tym ugrupowaniu zmiany. Ale to symptomatyczne dla tej partii, że reformatorzy przegrali. Z tym przywództwem nie widzę inaczej, jak dalszy postęp marazmu i degrengolady.

    Co z tej krótkiej charakterystyki wynika? Dla mnie jedno: Jeżeli są tacy – a są! – którzy chcą się bawić w politykę, niech się bawią za własne pieniądze oraz datki swoich członków i sympatyków. Tłumaczenie, że finansowanie działalności partii przez państwo gwarantuje ich transparentność, to bujda na resorach i nic więcej. Prawo bowiem powinno być tak skonstruowane, żeby finanse jakiejkolwiek partii były prześwietlone od spodu do samej góry i tyle. To, co niestety, może temu przeciwdziałać, to sama działalność polityków, którzy w końcu stanowią prawo. No, i koło się zamyka a my jesteśmy w domu. I tak wkoło Macieju, do następnych wyborów.

     19.07.2012 r.

13:20, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl