RSS
wtorek, 30 czerwca 2015

     Mówią nam dzisiaj, że błąd popełniono kilka lat temu, nie reagując w należyty sposób na rodzący się radykalizm islamski. Oczywiście, to prawda, ale tylko częściowa, bowiem błąd popełniono dużo wcześniej – nie kilka a kilkadziesiąt lat temu, już podczas pierwszej wojny w Iraku, czyli w roku 1991! A także trochę wcześniej, w roku 1989, gdy wojska radzieckie wycofały się z Afganistanu po dziesięcioletniej bezowocnej wojnie. To są dwa kluczowe momenty, które państwa nie tylko zachodnie, ale również arabskie, przespały, rezygnując z ostatecznego rozwiązania kwestii, zarówno uzbrojonych i przeszkolonych przez Zachód mudżahedinów, jak i irackiego dyktatora. To jest, tak naprawdę, prawdziwa przyczyna nieszczęsnej dzisiaj sytuacji na Bliskim Wschodzie.

     W związku z tym, o czym było wyżej, pytanie, jakie się tutaj pojawić musi, brzmi: Dlaczego tak właśnie postąpiono? Czy dlatego, że szkoda było ludzi – tak żołnierzy, jak i cywilów, czy może rzecz szła przede wszystkim o wyzwolenie Kuwejtu? Otóż nie – człowiek dla rządzących to tylko mięso armatnie, którego jest zresztą nieprzebrana ilość, więc nie trzeba go jakoś wyjątkowo oszczędzać. Dlatego od początku istotne były jedynie dwie kwestie: pierwsza dotyczyła oczywiście ropy, co zrozumiałe, druga nie mniej ważna odnosiła się do zachowania w tamtym regionie świata równowagi sił. Pozostawienie bowiem przy władzy S. Husajna niejako gwarantowało utrzymanie status quo na Bliskim Wschodzie, stwarzało, że tak powiem, równowagę polityczną w tamtym rejonie świata. Irak, jako przeciwwaga dla Iranu i innych państw arabskich nastawionych negatywnie do Ameryki, był w polityce Waszyngtonu wręcz niezbędny. Dlatego państwa koalicji antyirackiej odpuściły, dzięki czemu Saddam Husajn przetrwał!

     Po dwunastu latach ponownie podjęto zbrojne działania wymierzone przeciwko irackiemu przywódcy. Czy była to decyzja błędna? Nie, była jak najbardziej słuszna. Tyle tylko że, jak przystało na aroganckich Amerykanów, postanowili to zrobić jak zwykle głupio i według słów: A po mnie choćby potop. Nie dosyć, że zdecydowano się zrobić ten ruch zbyt późno, to na dodatek bez odpowiedniej strategii. Dlatego mamy dzisiaj na Bliskim Wschodzie to, co mamy: po wyhodowaniu tworu zwanego al Kaidą, utracono kontrole nad dużą częścią ziem już nie tylko irackich, ale również syryjskich,  gdzie trup zwyczajnie ścieli się gęsto. Krótko mówiąc to, czego nie dokończono podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, dzisiaj odbija się bardzo gorzką czkawką, której, co gorsza, końca nie widać.

    Czy w ogóle jest ktoś winny zaistniałej sytuacji, czy możemy postawić kogoś w stan oskarżenia, możemy wezwać kogoś do odpowiedzialności? Naturalnie! Tyle tylko że on/oni nigdy za to nie odpowie/odpowiedzą przed żadnym sądem. Ci ludzie bowiem gdziekolwiek się znajdują zawsze są chronieni immunitetem bezprawia.

      Niestety, z ludzkim działaniem jest tak, że nie tylko nie uczymy się na własnych błędach, nie uczymy się również na błędach innych, w tym również swoich rodziców. Dlatego nic dziwnego, że w ślady ojca poszedł syn ówczesnego prezydenta USA George Bush junior, który spapraną robotę swojego ojca postanowił spartolić widowiskowo i koncertowo do końca. Obaj nieudaczni i siebie warci amerykańscy politycy mają na sumieniu tysiące niewinnych ofiar, którzy już zginęli, którzy giną i nadal będą ginąć, oczywiście bezsensownie, bo ktoś kiedyś czegoś zaniechał, nie wykazał się należytą wyobraźnią, nie doprowadził spraw do właściwego końca. A dlatego że nie przewidział, cały świat, nie tylko przecież arabski, płaci dzisiaj bardzo wysoką cenę – destabilizacją na Bliskim Wschodzie, Ameryka atakiem na World Trade Center, inne kraje natomiast płacą od czasu do czasu pojedynczymi zamachami. Innymi słowy chodzi o to, że gdyby nie wstrzymanie pochodu wojsk sprzymierzonych na Bagdad podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, dzisiaj sytuacja na świecie byłaby o wiele spokojniejsza. Tego jestem pewien!

     Dzisiaj kolejny Bush zapowiada swój pochód do Białego Domu. Mam nadzieję, że nie dotrze do celu swojej zaplanowanej pielgrzymki i że gdzieś po drodze zwichnie nogę. W innym przypadku strach myśleć, co kolejny z rodu politycznych nieudaczników wysmaży ludzkości. Brrrrr!...

         30.06.2015 r.

09:29, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 czerwca 2015

    Nie ulega wątpliwości, że komunizm był i jest przekleństwem ludzkości. To ideologia niszczycielska, podobnie jak nazizm, albowiem u swoich podstaw posiada jedną zasadniczą wadę: występuje przeciwko ludzkiej naturze. Dzieje się tak dlatego, że człowiek z natury jest wolny, a powyższe ideologie totalnie człowieka zniewalają i uzależniają od siebie. Dlatego obie ideologie jako formy ustrojowe zwyczajnie musiały przegrać w konfrontacji z potrzebami człowieka, w konfrontacji z wolnym światem.

    Oczywiście demokracja, jako konkurent każdego ustroju totalitarnego posiada wiele mankamentów uwidaczniających się na różnych płaszczyznach naszego życia – łącznie z widocznym obecnie powrotem do swojej XIX-wiecznej kapitalistycznej mentalności. Tyle tylko, że nawet tak chora i niedoskonała demokracja nadal pozostaje o wiele lepsza od komunizmu czy faszyzmu. Z jednej bowiem strony pozostawia człowieka wolnego, dając mu swobodę decydowania o osobie, swoim życiu, co pozostaje bez wątpienia największą wartością naszego bytu, z drugiej zaś niejako wręcza mu wszelkie instrumenty służące do poprawy funkcjonowania samej siebie. Dlatego pytanie, jakie się tutaj pojawia, brzmi: Czy jesteśmy w stanie z tych narzędzi skorzystać, czy w ogóle jesteśmy gotowi podjąć się poprawy działania wyżej wymienionego ustroju?

    Przyznam, że nie wiem. Bo to zagadnienie zarówno naszej dojrzałości i determinacji zmiany, jak również poczucia sprawiedliwości społecznej, zwykłej uczciwości rządzących, którzy, jeżeli pozostaną nadal ślepi i głusi na głos społeczeństwa, głos niezadowolonych, rozczarowanych i sfrustrowanych, to nic się oczywiście nie zmieni i nadal będziemy tkwić w bagnie i taplać się we własnym sosie niemocy i ogólnej degrengolady. Nadal młodzi ludzie będą wyjeżdżać za granicę za lepszym życiem; tam będą zakładać rodziny, tam będą rodziły się polskie dzieci, a oni sami nawet nie pomyślą w ogóle o jakimkolwiek powrocie. Bo do czego i po co? Do bezrobocia, braku perspektyw, wykorzystywania przez nieuczciwych pracodawców, do niesprawiedliwości sądów, do coraz bardziej powiększających się różnic społecznych? Do tego naprawdę mają wracać?

    Ostatnio wpisał mi się tutaj ze swoim komentarzem młody człowiek, rzecz dotyczyła P. Kukiza, co do którego działalności mam sporo wątpliwości. Otóż ów młody człowiek stwierdził, że Paweł Kukiz, nasz nowy trybun ludowy, cytuję: „Nie jest od  układania tego wszystkiego, on tylko wskazuje drogę”. Kto miałby nas tą drogą poprowadzić i gdzie, to już mniej istotne. Oczywiście diablo naiwne myślenie, ale usprawiedliwione, bo charakterystyczne dla młodego wieku. To jednak, co sobie uświadomiłem w tym momencie, to jedna niebagatelna rzecz – otóż dotarło do mnie, że P. Kukiz nie jest tak naprawdę postrzegany jako ktoś, kto poprawi, czy też naprawi funkcjonowanie Rzeczypospolitej, lecz ktoś, kto ma jedynie wysadzić naszą dotychczasową scenę polityczną w powietrze! Nie wiem, może i trzeba to zrobić, tyle tylko, że to cholernie mało, jak na to, czego ten kraj potrzebuje. Nam bowiem potrzeba nie kolejnego watażki politycznego typu Andrzeja Leppera, lecz mądrego planu naprawczego państwa – od podstaw, uwzględniając przy tym wszystkie aspekty naszego życia: pogłębiające się stale nierówności społeczne, pokrętne prawo a tym samym  ogrom niesprawiedliwości jaki dotyka przeciętnego obywatela, perfidne i bezkarne wykorzystywanie przez pracodawców swoich pracowników, krótko mówiąc  wręcz niezbędne jest w przestrzeni publicznej więcej empatii, zrozumienia, dostrzegania potrzeb większości, powrotu – wiem, że zabrzmi do strasznie górnolotnie i może nawet naiwnie, ale tak to widzę – do źródeł człowieczeństwa! Tyle i, jednocześnie, aż tyle.

         28.06.2015 r.

11:10, adelmelua
Link Komentarze (3) »
piątek, 26 czerwca 2015

     To kolejna książka D. Odii, którą jestem zwyczajnie oczarowany. Okazało się po raz kolejny, że nie pisze on słabych, nijakich powieści. Nigdy nie schodzi poniżej pewnego wysokiego poziomu; zawsze są one świeże, nowe, zarówno w ujęciu poruszanego tematu,  jak również w swojej narracyjnej stylistyce, a przez to niezmiernie wciągające, wręcz zniewalające. Dlatego bez wahania mogę tutaj napisać, że należy on do grona moich najbardziej ulubionych autorów – nie tylko zresztą polskich.

    O czym zatem jest niniejsza powieść? Najkrócej rzecz ujmując można powiedzieć że o Kostyniu i kilku jego mieszkańcach. Ale to byłoby zbyt łatwe, przewidywalne, dlatego należy napisać: to powieść dziejąca się na przestrzeni jednego roku – od lata, poprzez jesień, zimę, aż do wiosny; ale nie tylko: poprzez refleksje jednej z bohaterek książki – Agaty, to również w dużym zarysie książka o historii niemieckiej rodziny – Hohendorffów, która w czasach przedwojennych była właścicielem kamienicy, w której żyje dzisiaj Agata wraz z mężem i dwójką dzieci; to również historia o klimacie tej nadmorskiej miejscowości i o tym, jaki on wywiera wpływ na niektórych jej mieszkańców – na wspomnianą wyżej Agatę oraz jej męża Konrada, na Mateusza – niespełnionego muzyka jazzowego, Darka i jego żonę Irenę, a także na Janka – kolegę wyżej wymienionych, a jednocześnie księdza nie do końca wierzącego w tego, którego jest przedstawicielem tu, na ziemi. I nieważne, czy to miasto naprawdę istnieje, czy też nie, istotne, że Księga umarłych, to świetny obraz takiego właśnie miasta, które staje się dla jej głównych bohaterów miejscem poniekąd w pewien sposób przeklętym, tak jak przeklętym stało się ono dla jej przedwojennych mieszkańców – zarówno Niemców, jak i Żydów, którzy najwyraźniej owo przekleństwo przekazali potomnym niejako w oddechu powietrza tej miejscowości. Każda bowiem z ww. osób, jak się okazuje, została niejako naznaczona tym miejscem – Mateusz i Agata poprzez swoje bardziej lub mniej intensywne lęki; Irena i Dariusz poprzez swoje nieuleczalnie chore dziecko; Janek poprzez swoje kompleksy i odrzuconą miłość do Radki, a sama Radka zarówno poprzez traumę gwałtu, którego padła ofiarą, jak i swój nieudany związek z Mateuszem.

     Ale że nic nie trwa wiecznie, więc i szaleństwo również ma swój koniec. Wyraźnie się ono cofa, ustępuje pola wraz z nastaniem wiosny i budzeniem się wszystkiego do życia, co do tej pory było uśpione w wyniku zimowej hibernacji. Każdy z bohaterów książki znajduje jakiś sposób, żeby ponownie odszukać swoje należne mu miejsce: Agata zwalcza swoje demony w sposób jak najbardziej naturalny; Mateusz próbuje to samo zrobić przy pomocy tabletek i spotkań z lekarzem (czas pokaże, że jednak nie do końca skutecznie); Darek poprzez zapijanie się na umór; Irena poprzez miłość do nowego mężczyzny; Janek poprzez wyjazd z miasta na inną parafię, a Radka poprzez wyjazd z kraju i związanie swojego losu z jakąś kobietą najprawdopodobniej w słonecznej Hiszpanii. Wszyscy oni w bardziej lub mniej udany sposób zwalczają swoje demony i wracają do świata uśmiechów, łez, pracy, nicnierobienia, krótko mówiąc wracają do świata żywych ludzi!

      Czy wszystko to, co ma miejsce w tej powieści, jest prawdziwe, a tym samym zrozumiałe i wytłumaczalne? Jak najbardziej! A jest tak, ponieważ losy bohaterów tej książki są losami milionów podobnych im  ludzi w innych miejscach i innych okolicznościach. Każdy z nas bowiem, gdziekolwiek by nie był, jest tylko kolejną ludzką istotą, która posiada jakieś własne problemy, smutki, fobie. Z tą jedynie różnicą, że im ktoś wrażliwszy, bardziej empatyczny, współczujący, tym głębiej i mocniej zanurzony w swoim szaleństwie, w szaleństwie nierzadko trudnym do zatrzymania.     

           26.06.2015 r. 

09:51, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 czerwca 2015

    Kolejny targ w sejmie: kto powinien zostać nowym marszałkiem sejmu po rezygnacji R. Sikorskiego. PiS stawia na J. Zycha – członka koalicyjnego PSL-u, czym, co ciekawe, sam kandydat zainteresowany nie jest; jego PSL również zachowuje się w tym względzie niejednoznacznie; Platforma Obywatelska stawia oczywiście na swojego człowieka, w tym przypadku M. Kidawę-Błońską; SLD natomiast uważa, że obowiązki marszałka może doskonale sprawować dotychczasowy wicemarszałek sejmu, czyli ich człowiek J. Wenderlich.

    Oczywiście, gdyby chodziło o dobro państwa i szukanie oszczędności ostatnie rozwiązanie byłoby najlepsze – tym bardziej, że rzecz dotyczy raptem trzech czy czterech miesięcy, wliczając w to okres wakacyjny. No, ale jako że jesteśmy bogatym krajem, więc kto by się tam martwił jakimiś pieprzonymi oszczędnościami. W końcu społeczeństwo, czyli my, robieni w trąbę ogniwka w długim łańcuszku niewolników, skrzętnie za wszystko zapłacimy!

    Ostatnio, dokładnie wczoraj, jedno z tych ogniwek, ściślej ja, nadszarpnąłem w końcu ową strukturą łańcucha i – wywalczyłem podwyżkę swoich zarobków. Nędzną bo nędzną, ale jednak! Zapewne powinienem z tego powodu czuć się usatysfakcjonowany. Niestety, być może dziwnie to w tym momencie zabrzmi, ale nie jestem. Dla mnie bowiem to mentalnie pyrrusowe zwycięstwo. O wiele intensywniej odczuwam rozczarowanie. I zniechęcenie. I pewność, że w końcu muszę odejść. Wczoraj bowiem dotarło do mnie dodatkowo, jak bardzo jestem lekceważony. Do końca bowiem, jeszcze wczoraj rano, byłem straszony zwolnieniem z pracy, papier już czekał, tylko podpisać! Więc czy rzeczywiście mogę czuć się inaczej, jak tylko podle? Dlatego wiem, jestem pewien, że muszę odejść. Po to, aby napisać takie oto podanie: Mam dość! Po wielu latach nienagannej pracy, bez zwolnień lekarskich, podpadek, z różnego rodzaju zastępstwami, czyli byciem na zawołanie szefostwa, bo mus, potrzeba chwili – odchodzę! Tyle.

    Czy mój targ o podwyżkę ma coś wspólnego z targiem sejmowym? Z pozoru nic, albo niewiele. Ale jedynie z pozoru. Zarówno bowiem tam, jak i tutaj, u mnie, chodzi o wpływ na pracę iluś tam ludzi i związaną z tym zapłatę. Oczywiście w moim przypadku chodzi o znacznie mniej ludzi i jeszcze mniejsze pieniądze, ale zawsze. Dodatkowo chodzi o coś jeszcze, o coś, co decyduje: o granicę, niewidzialną co prawda, ale istniejącą, niezmiernie delikatną, bo stworzoną z naszej indywidualnej wrażliwości i poczucia dumy i godności; granicę, której inni nie tylko że nie powinni przekraczać, ale którą powinni przede wszystkim szanować! Dlatego wiem, że wcześniej niż później muszę odejść. Najchętniej jednak odszedłbym już dzisiaj.

          24.06.2015 r.

09:43, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 czerwca 2015

     I co mogę, czy też powinienem napisać po przeczytaniu niniejszej książki? Chyba jedynie to, że ją właśnie przeczytałem i… i jestem nawet więcej niż trochę skonsternowany. Bo z jednej strony wiem, że została przez niektórych okrzyknięta arcydziełem, z drugiej zaś mam pewność, że stało się tak zdecydowanie na wyrost. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to rzecz zła – to na pewno nie!, niemniej mam z nią pewien problem. Jest bowiem w tej książce coś, co powoduje u mnie dychotomię uczuć – z jednej strony coś mnie do niej przyciąga, z drugiej jednak – niewątpliwie odrzuca.

     Niby wszystko wiadomo: jest jakiś reżyser z wielkiego miasta któremu psuje się samochód, więc zatrzymuje się w małej podlaskiej wsi, o której nawet Bóg zapomniał; jest tytułowa Sońka, kobieta stojąca tuż nad przysłowiowym grobem, ze swoją historią miłości do Niemca, Joachima, miłością wyidealizowaną, ale jedyną i prawdziwą, która tę swoją historię reżyserowi opowiada. No właśnie, tylko czy rzeczywiście prawdziwą? Bo że wyidealizowaną, to na pewno. Wiele wskazuje na to, że tak rzeczywiście jest, tyle tylko, że ja sam nie wiem, co w tej powieści jest prawdą, a co zmyśleniem; co jawą, a co ułudą i przywidzeniem; co przeżyte, a co zmyślone. Więc jak uwierzyć, niepodważalnie, w jej prawdziwość? A ponieważ chcę być uczciwy w swojej opinii, więc tym razem nic nie napiszę, za wyjątkiem tego, co już wyżej skreśliłem. Może kiedyś, innym razem, gdy sięgnę po nią po raz drugi moja ocena się zmieni. Może wówczas stanie się ona dla mnie czytelna, wyraźniej do mnie przemówi, nawet nie chodzi o to, że jednoznacznie, ale pełniej i bez stwarzania potrzebnych, czy też zbytecznych, ale z całą pewnością nadinterpretacyjnych wątpliwości. Dzisiaj… dzisiaj, niestety, nie jestem w stanie nic więcej o niej napisać.

         22.06.2015 r.     

13:35, adelmelua
Link Komentarze (2) »

    Zamieściłem tutaj dzisiaj tekst. Po chwili chciałem wnieść do niego poprawki, ponieważ zauważyłem pewne niedociągnięcia. Poprawiłem więc tekst raz, potem drugi, i trzeci i – nic.  Nie ma żadnych zmian! Więc, summa summarum, byłem zmuszony wpis zlikwidować. Dziwne? Nie wiem. A nie wiem, ponieważ: Sprawdzam, również dzisiaj, liczbę wejść w minionym tygodniu na swoje dwa blogi – ten i literacki. I co? Dwa bardzo wysokie wyniki, tzn. literacki dogonił w popularności ten tutaj. Obecnie różnica pomiędzy nimi to jedynie 62 wejścia. Różnica w rankingu blogowym? Ponad siedemset miejsc – siedemset! Przyznam, że nic z tego nie rozumiem. Pewnie to wyższa matematyka, a ja jestem głąb. Albo…

     P.S.

     Oczywiście spróbuję później umieścić tekst, o którym wyżej wspomniałem. Może się uda.

         22.06.2015 r.

10:15, adelmelua
Link Komentarze (7) »
niedziela, 21 czerwca 2015

     Jako że dzisiaj dzień wolny, niedziela, więc dzień taki, jak wiemy, należy odpowiednio święcić. Najlepiej nicnierobieniem. Krótko mówiąc dzisiaj u mnie laba, i to po całości. Inni, o ile zechcą, mogą się w taki dzień oczywiście pomodlić, jeżeli oczywiście lubią i umieją. Ja nie lubię, tak tradycyjnie, więc się nie pomodlę. Od dawna bowiem uważam, że jedyną modlitwą człowieka powinno być jego życie. I tyle. Dlatego dzisiaj zaproponuję jedynie relaks i muzykę. Za to jaką!? Wszystko ze stajni 4AD!

https://www.youtube.com/watch?v=zReWPjreJzI&list=PLMhEO-BZNPqSKOPI0hV6WR_3j1BvmyoUD&index=2

https://www.youtube.com/watch?v=dnUMuyCeIrw&index=5&list=RDg1EW-mBQDgQ



        21.06.2015 r.

14:02, adelmelua
Link Komentarze (3) »
sobota, 20 czerwca 2015

     „Oczywiście że wybory prezydenckie były sfałszowane. Gdyby nie to, zwycięstwo naszego kandydata byłoby dużo większe! Wręcz miażdżące! Dowody? Phi, my wiemy kto za tym stoi, wiemy, że ktoś, gdzieś, w tamtą wyborczą niedzielę – nasi ludzie byli świadkami wielu nieprawidłowości. Dlatego nie będziemy już dłużej tolerować fałszerstw i nadużyć. Najwyższy czas powiedzieć – stop wszelkim wypaczeniom! Dzisiaj stąd, z tego miejsca, mogę zdecydowanie i bezwarunkowo zapewnić Was o jednym: idziemy po zwycięstwo, kroczymy po władzę! A gdy ją zdobędziemy, to obiecuję Wam, że raz, przepraszam, ściślej drugi raz z takim trudem zdobytej władzy tak łatwo już nie oddamy. Zapamiętajcie to wszystkie leszcze stojące na naszej drodze. Od dzisiaj zapomnijcie o rządzeniu na długie lata. Najbliższa przyszłość należy do nas – do nas! Teraz, kuźwa, my!! Myyyyy!!!

     Nasz plan jest prosty: już dawno przygotowaliśmy grunt pod nasze przyszłe zwycięstwo. Na razie pierwszy szpital i bunt kilku pielęgniarek. Już jednak we wrześniu pójdziemy całą tyralierą – najpierw strajk kolejnych przedstawicielek tego zawodu, potem nauczycieli, a wszystko wzmocnione odpowiednim zachowaniem górników i przedstawicieli innych zawodów. Następnie, żeby już dogłębnie pogrążyć nieudolnie rządzących od ośmiu lat naszą ukochaną Piasekcją, wywleczemy kolejne rozmowy nagrane w restauracji Puchacza i jego przyjaciół. Bo ważne, żeby właśnie w tym momencie, dosłownie „za pięć dwunasta” przed październikowymi wyborami, nie dać szans, dosłownie żadnych szans obecnie rządzącym. A wszystko po to, żeby nasze zwycięstwo było pełne i bezdyskusyjne, żebyśmy w końcu rządzili sami, bez jakichkolwiek patałachów w koalicji! Dajcie nam dziesięć lat, a nie poznacie Polski – obiecuję Wam! Obiecuję!!”

     P.S.

     Od siebie, nie adresata, ale przypadkowego słuchacza tych słów, dodam jedynie tyle: Hitler też tak kiedyś powiedział, zwracając się do narodu niemieckiego: Dajcie mi dziesięć lat, a nie poznacie Niemiec. Jak wiemy, słowa dotrzymał, i to niezwykle staranie.

        20.06.2015 r.

09:12, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 czerwca 2015

    Kandydatura Andrzeja Dudy na prezydenta wysunięta przez Jarosława Kaczyńskiego nie wzięła się oczywiście znikąd i nie była, według mnie, zbyt dużym ryzykiem dla pana prezesa. W zasadzie nie była żadnym ryzykiem! Z jednej bowiem strony, gdyby przegrał – nic się nie zmieniało na scenie politycznej, więc ryzyko żadne, w przypadku drugim natomiast, gdyby wygrał – a to stało się faktem, jak wiemy – sukces byłby tym większy, że w zasadzie niespodziewany. Poza wszystkim kandydatura A. Dudy była nagrodą za jego lojalność, zarówno wobec brata pana prezesa, jak i niego samego, wykazana szczególnie w momencie wyjścia z PiS-u rozłamowców na czele z Z. Ziobrą, J. Kurskim i T. Cymańskim. Dlatego pytanie, jakie należałoby tutaj postawić, brzmi: Co dalej, czy nowy prezydent nadal będzie wykazywał lojalność wobec swojego politycznego pryncypała, czy może jednak usamodzielni się i udowodni wszystkim wątpiącym, że chce być i jest jednak prezydentem wszystkich Polaków?

   Niestety, ostatnie zachowania i wypowiedzi prezydenckiego elekta nie napawają optymizmem. To demonstracyjne wręcz okazywanie swojego przywiązania do Kościoła oraz przedwczesne wchodzenie w buty urzędującego jeszcze prezydenta, instruowanie rządu, jak ma się zachowywać w okresie pozostałym do wyborów, świadczą nie tylko o niemałej bucie i zwykłej bezczelności A. Dudy, ale również o tym, że niekoniecznie będzie on prezydentem wszystkich wierzących w co innego, czy też niewierzących w ogóle. Mimo to wierzę jednak, chcę wierzyć(!), że to takie pierwsze koty za płoty i że to niecierpliwe wyjście przed szereg wynika jedynie z braku jego doświadczenia politycznego. Nadal chcę wierzyć, że Andrzej Duda będzie prezydentem ponadpartyjnym, a co za tym idzie bez względu na zewnętrzne naciski, czy też jego skłonności wiernopoddańcze, w jakiejś mierze ochroni swoją suwerenność polityczną. Jeżeli tak się stanie, dokona się to, tak myślę, w niemałej części dzięki pierwszej damie. Prezes J. Kaczyński bowiem, jeżeli w ogóle kogoś się obawia, to chyba jedynie kobiet. Dlaczego tak się dzieje, wnikał nie będę, ponieważ to temat na dłuższy wpis i tak naprawdę sprawa dla kogoś, kto ma więcej danych na temat J. Kaczyńskiego. Ja wiem tylko tyle, ile do tej pory zdołałem dostrzec, przeczytać i wywnioskować z ogólnie dostępnych informacji. A z tego wyłania mi się obraz człowieka z pewną dawką  kompleksów, szczególnie właśnie w odniesieniu do kobiet, które z jednej strony fascynują go, jest dla nich pełen uznania i szacunku – co było widoczne po jego więzach z matką – z drugiej jednak w pewien sposób obawia się ich, albowiem nie miał z nimi prawdopodobnie jakichś bliższych związków. Czy rzeczywiście będzie to miało swoje przełożenie na to, o czym napisałem wyżej, pożyjemy – zobaczymy.

    Przy okazji wyboru A. Dudy na prezydenta wielu wznosi teraz peany na cześć Beaty Szydło, która stała na czele jego wyborczego sztabu i dlatego w tym momencie uchodzi za głównego architekta tego sukcesu. Osobiście jestem innego zadania: to nie tyle Beata Szydło okazała się tutaj politycznym geniuszem, ile sam A. Duda wykazał sporo zdolności i determinacji w podjęciu walki z ospałym prezydentem B. Komorowskim i jego sztabem pewnym wygranej. Te zdolności zauważył już wcześniej J. Kaczyński, co zapewne w konsekwencji skłoniło go, tak myślę, do podjęcia decyzji o postawieniu na niego w prezydenckich wyborach. Dlatego kreowanie dzisiaj B. Szydło na genialnego stratega kampanii A. Dudy, jest po prostu niepoważne i zakrawa na zwykłą polityczną kpinę.

 

       18.06.2015 r.

08:04, adelmelua
Link Komentarze (2) »
środa, 17 czerwca 2015

     1.Przedwczoraj pani premier powołała nowych ministrów do swojego rządu. Opinie opozycji o tym ruchu, jak zwykle, nie należą do wysublimowanych, czego zresztą można się było spodziewać. Tyle, że to nieistotne, ważne jest, co ten ruch da i dlaczego takie osoby, a nie inne, czyli wiceministrowie jako, wydawać by się mogło, naturalni następcy odwołanych członków rządu. Osobiście postrzegam to jako świetny ruch – z dwóch powodów: z jednej strony chodzi o społeczny odbiór, obliczony zresztą na pozytywny wydźwięk, co jest niezmiernie ważne tuż przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi, z drugiej zaś niezwykle istotne jest to, co nowi członkowie rządu mogą wnieść dobrego, aby poprawić zarówno oblicze rządu, jak i Platformy w ogóle. A tak się składa, że mogą wiele, bo są to ludzie cieszący się nie tylko w swoim środowisku uznaniem i szacunkiem, ale równie pozytywnie są odbierani przez ogół społeczeństwa. I właśnie z tego punktu widzenia niniejszy ruch personalny pani premier uważam za marketingowy majstersztyk!

    2.W sobotę nasza reprezentacja rozegrała kolejny mecz w eliminacjach do Mistrzostw Europy, tym razem z Gruzją. Mecz, jak wiemy, zakończył się zwycięstwem Polski – cztery do zera. Wynik jak wynik, oczywiście ważny i cieszy, gorzej z grą, szczególnie w drugiej połowie, paradoksalnie niezwykle skutecznej w wykonaniu naszej drużyny, co jeszcze raz podkreśla, że piłka nożna jest dyscypliną niezwykle niesprawiedliwą.

    Nie chcę tutaj wyjść na malkontenta, bo przecież zwycięzców się nie osądza, przynajmniej ostro. Muszę jednak od tej reguły zrobić odstępstwo, bo to, co widziałem w tym meczu, to przede wszystkim kolejne utwierdzenie się w przekonaniu, że S. Peszko jest za słaby na reprezentację. A jeżeli już, to jedynie na 15/20 minut – to wszystko. Zresztą, do wcześniej wymiany kwalifikował się również Mączyński – najlepiej na Milę i Błaszczykowskiego. Niestety, trener tego nie zrobił, co skutkowało dużą ilością złych podań i niepotrzebnym marnowaniem sił pozostałych zawodników, co było zresztą widoczne w drugiej połowie, kiedy niemal całej drużynie „odcięło prąd”.

    To, czego mi brakowało w tym meczu, to takich podań z drugiej linii, jakie otrzymywał R. Lewandowski od A. Milika. I świetnie, że jeden drugiego tak obsługiwał. Gorzej, że powinni to robić zawodnicy właśnie z linii pomocy. Tylko pytanie: Kto miał to robić, skoro Peszko i Mączyński zawodzili? Powiem tak – oczywiście, grała cała drużyna, ale gdyby nie Milik jestem pewien, że mielibyśmy najzwyczajniej w świecie pozamiatane. Na szczęście to, czym dawniej przegrywaliśmy z innymi markowymi drużynami, dzisiaj sami posiadamy – indywidualności. W tym meczu taką właśnie indywidualnością był A. Milik i to on, tak naprawdę, zadecydował o wyniku tego meczu.

       17.06.2015 r.

12:08, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl