RSS
niedziela, 30 czerwca 2013

     Kościół katolicki to dzisiaj taka mitologiczna stajnia Augiasza, w którym należy w końcu porządnie posprzątać. Czy papież Franciszek I okaże się takim mitycznym Heraklesem, który tego dokona? – nie wiem, mam natomiast pewność, że powinien to zrobić. Jeżeli on dzisiaj tego nie uczyni, to jutrzejszy dzień Kościoła nie tyle wzejdzie słońcem, ile bardziej księżycem – i to na dodatek w nowiu! Za dużo bowiem na przestrzeni wieków pojawiło się w tej instytucji, dosłownie i brutalnie rzecz ujmując zbrodni, chuci i poróbstwa. Pomijam kwestie historyczne – wyprawy krzyżowe, działalność Świętej Inkwizycji, pomijam szemraną działalność watykańskiego banku, chodzi mi bardziej o księży homoseksualistów, pedofilów – którzy skrzywdzili ogrom bezbronnych dzieciaków – czy tych, których interesuje jedynie materialna strona swojej posługi, innymi słowy chodzi o tych, którzy pod sztandarem powyższej instytucji, głoszenia tzw. słowa bożego pragnęli i pragną nadal wieść spokojne, wygodne i bezpieczne życie sybarytów. Bo że powyższa organizacja taką im zapewniała i zapewnia nadal, to pewnik! W końcu naiwniaków, którzy przyjdą co niedziela do kościółka i rzucą coś na tacę nie brakuje i chyba nigdy nie zabraknie, łudząc się, że w ten oto prosty i niezwykle tani sposób, jak na wyprzedaży, zapewniają sobie spokój doczesny i życie wieczne po swojej śmierci. Czy rzeczywiście księża, ci sprytni wybrańcy losu mogą, są w stanie im to zagwarantować? Oczywiście że nie! I nigdy nie byli w stanie tego zrobić. Ale, przy tak marnych kosztach ponoszonych przez wiernych, połudzić się przecież można – żadna strata. Więc status quo trwa w najlepsze!

    Niewielu rzeczy w życiu jestem pewny, ale tego, że ci niby pośrednicy pomiędzy naiwniakami a Bogiem guzik mogą zrobić, jestem pewien tak, jak tego, że nigdy nie zostanę ich zwierzchnikiem! Dlatego ich wstawiennictwo u kogokolwiek z tego czy też nie tego świata jest tyle warte, co funt kłaków. Przyznacie, że to jednak niewiele.

     To prawda, Kościół nigdy nie należał do moich ulubieńców. Jeżeli mnie interesował, to jedynie od strony historycznej. Nie wiem na czym ta moja niechęć do niego polegała gdy byłem dzieckiem, niemniej jednak już od tego czasu jakbym podskórnie wyczuwał w tutaj fałsz i zakłamanie. Zresztą, nigdy nie lubiłem żadnych organizacji, więc moja niechęć równie dobrze może i z tego wynikać. Poza tym, czy organizacja, która powstała z czysto politycznych pobudek, jakie kierowały Konstantynem Wielkim, może być światłem duchowym dla wiernych? Czy Watykan, serce tej organizacji, może pozostawać moralnym autorytetem dla milionów wyznawców w momencie, gdy wiadomo, iż przywłaszczył sobie ziemie na której stoi w wyniku fałszerstwa donacyjnego? Czy organizacja, która ma ręce zbroczone krwią tysięcy niewinnych ofiar może sprawować rząd nad ludzkimi duszami? (Jeżeli już, to chyba jedynie tymi szatańskimi i to na dodatek w piekle!) Czy organizacja, w której przez setki lat kwitło łapówkarstwo, nepotyzm, dewiacje i skrytobójstwa powinna powoływać się na Boga? Czy posiada do tego moralne prawo? Pytań, przyznam, można by tu mnożyć bez końca, bo bezgraniczna jest przewina Kościoła w szerzeniu nienawiści, nietolerancji i wszeteczeństwa. Tylko zachodzi pytanie – po co? Czy to coś zmieni? W końcu prawda jest taka, że ludzie pragną w coś wierzyć – w cokolwiek, co da nadzieję. Dawniej wierzono w mity o bogach, tytanach i herosach, dzisiaj wierzymy w różnego rodzaju mętne obietnice. W różnych religiach różnie one wyglądają, jednak wszystkie one mają jeden cel: zniewolenie człowieka! I zniewalają. A co najciekawsze, że nigdy nie zabraknie chcących zniewolić się dobrowolnie. Bo taka już jest ludzka natura. Dlatego na koniec powiem tylko tyle, zresztą za capo di tutti capi z Torunia: „Alleluja, i do przodu!”. Ament:)

       30.06.2013 r.

06:49, adelmelua
Link Komentarze (2) »
piątek, 28 czerwca 2013

      Zapewne zdarzyło wam się nieraz usłyszeć – może nawet ktoś z was doświadczył również takiej myśli – że ktoś nie trafił w swój czas, ściślej, że przyszło mu się zmagać z rzeczywistością w niewłaściwym czasie i okolicznościach. Gdyby bowiem ten ktoś urodził się wcześniej lub później na pewno jego życie wyglądałoby dużo lepiej, to znaczy dużo bardziej optymistycznie.

      Czy tak by akurat było? Niewykluczone. Ale też całkiem prawdopodobne wydaje się rozwiązanie przeciwstawne, czyli że jednak życie takiego człowieka byłoby albo bardzo podobne do tego, jakie jest właśnie jego udziałem tu i teraz, albo byłoby nawet gorsze. Niestety, na tak postawiony problem jednoznacznej i niepodważalnej odpowiedzi nie ma, ponieważ nie można tego sprawdzić w sposób empiryczny.

      Czy takie postawienie sprawy jest jednak właściwie w ogóle mądre i zasadne? Otóż nie, nie myślę żeby takie właśnie było. Dla mnie jest to raczej przejaw myślenia życzeniowego, poprzez który ktoś próbuje zarówno wytłumaczyć swoje niepowodzenia, jak i uciec przed odpowiedzialnością za swój obecny los, niż pewność, co do możliwości przeżycia go w innym o wiele korzystniejszym wariancie. Mój osąd wynika z myśli, że tak naprawdę czas naszego życia zawsze jest taki sam, czyli właściwy, zmieniają się jedynie okoliczności i aktorzy przedstawienia. A te, jak wiemy, mogą być tak samo dobre czy lepsze, jak również gorsze czy też bardzo złe, niż te zastane tu i teraz. Problem więc polega na tym, żeby ów zastany czas wykorzystać jak najlepiej. I tyle. Ale też, aż tyle! Bo to jest, tak naprawdę, podstawowy warunek osiągnięcia przez każdego z nas satysfakcji i zadowolenia z życia. Jeżeli jest to tożsame z osiągnięciem szczęścia, można powiedzieć, że je osiągnęliśmy. Wówczas sformułowanie –  „urodziłem się w niewłaściwym czasie” stanie się tyleż zbyteczne, co i bezpodstawne. Wtedy będzie można raczej śmiało powiedzieć, że „urodziłem się w czepku”! Stąd też ten fart, który wspomaga nas na co dzień. I takiego właśnie farta wszystkim razem i każdemu z osobna życzę:)

       28.06.2013 r.

07:44, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 czerwca 2013

     Tak sobie czasem siedzę i kombinuję: raz jak koń pod górę, innym znowu razem jak świstak, co to zawijał jakieś tam łakocie w sreberka. Tym razem nie było inaczej – myślałem, myślałem i – wymyśliłem!

      Otóż pomysł jest niezwykle prosty: chodzi o uznanie wyższości prawa boskiego nad tym stanowionym przez człowieka, czyli państwowym. Dokładnie chodzi o uznanie tego faktu przeze mnie! Po co? Odpowiedź jest tak samo prosta, jak i sam pomysł: Wystarczy bowiem zostać zwolennikiem takiego układu, zawsze powoływać się na to, co znajduje się w Biblii, a właściwie nawet bardziej czego tam nie ma, a życie naprawdę może być piękne i bezproblemowe. W końcu jak czegoś nie ma, to znaczy że jest dozwolone!

     Nie ma w Piśmie Świętym ograniczenia prędkości jazdy samochodem? Nie przyjmuję mandatu! Jadę po pijaku, a tam ani słowa o takim przypadku, więc tym bardziej mandacik do kosza. Lejemy żonkę i dzieciaki? A kto nam nie pozwala – Biblia? Oczywiście że nie! Więc możemy to robić bezkarnie i bez końca, bo mamy niejako boże przyzwolenie, i tak dalej, i tak dalej. Krótko mówiąc żyć nie umierać!

      W poniedziałek napisałem o swoim pomyśle na wzbogacenie się w zamian za wynajęcie mojego sumienia. Dzisiejszy wpis jest w zasadzie kontynuacją tamtego tematu. Innymi słowy mam w głębokiej i czarnej jak noc d. prawo państwowe, od dzisiaj jestem zwolennikiem wyższości prawa boskiego nad stanowionym przez człowieka! Od dzisiaj szeroko korzystam z wolności, bez granic i bezkarnie!

      - Błogosławiony baranek boży, którzy gładzi grzechy świata! Ament:)

        27.06.2013 r.

10:14, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 czerwca 2013

     Jak rządzi Platforma do spółki zresztą z Ludowcami, to widać, słychać i czuć, a ściślej można odczuć. To, że PO wygrało ostatnie wybory, to zasługa nie tylko tego, że była tak świetna i że biła na łeb na szyję swoimi dokonaniami wszystkich poprzedników, to również wynik braku innej do przyjęcia alternatywy. Zagłosowałem na nią (jeden głos oddałem również na Ruch Palikota wspomagając ich również finansowo), ponieważ cztery lata wcześniej byłem jej fizycznie zaangażowanym wyborcą (zasiadałem w jednej z komisji obwodowych), więc taki wybór był logiczny jako konsekwencja poprzedniej decyzji. Teraz jednak, po upływie dwóch lat kolejnej kadencji, zacząłem patrzeć na nią bardziej krytycznie, nie próbując już na siłę tłumaczyć jej z tego, czego nie zrobiła a obiecywała. Krótko mówiąc przestałem używać takich argumentów jak: a to że mają takiego koalicjanta który działa jako hamulcowy potencjalnych reform; a to że kryzys ogólnoświatowy, więc jego skutki uderzają również w nas; a to że odziedziczyli od poprzedników rozdmuchany do granic budżet, z którym zmagają się do dzisiaj; a to że – i tak dalej, i tak dalej. Dzisiaj, po kolejnych dwóch latach rządów tej samej koalicji, na obecne rządy patrzę już bez różowych okularów. Dzisiaj wiem, że jeżeli pójdę na wybory, to zagłosuję jedynie na Europę Plus.

      Wiele osób czytając te słowa zapewne klepnie się w czoło, albo zrobi młynek w okolicach skroni mówiąc, że ktoś ma tutaj fisia. Być może będzie miał rację, nie przeczę. Być może obstawiając tego konia jestem w błędzie. Ale, jeżeli nawet, to jest to mój błąd, do którego mam prawo! Na tym w końcu polega demokracja, że ma się prawo do dokonania wolnego wyboru, może niewłaściwego, ale własnego!

     Ktoś może powiedzieć: Okej, masz człowieku prawo do takiego wyboru. Ale dlaczego akurat Europa Plus? Odpowiedź jest diablo prosta: Ponieważ obecne rządy jednak mnie rozczarowują; ponieważ jest mi bliżej do lewicy, chociaż nie każdej – na pewno nie tej Leszka Millera; ponieważ jedyny człowiek, który ma jakiś program zmian dający realne szanse i nadzieję na wyjście z obecnego marazmu i zastoju, to Janusz Palikot; ponieważ… Ponieważ, jak się zastanowić głębiej, gdy oddzielić plewy od ziarna, to się okaże, że J. Palikot jest takim drugim Jakubem Wojewódzkim, tyle że na scenie politycznej. Nikt chyba nie ma wątpliwości że obaj panowie są ludźmi inteligentnymi, oczytanymi, błyskotliwymi, problem jedynie w dobrej woli wyborców i w tym, żeby chcieli dostrzec różnicę pomiędzy tym, co happeningowe, a tym, co mądre i konstruktywne. Jeżeli tego wysiłku nie zrobią, wybiorą po raz kolejny tak samo! Czyli bez zmian.

    Dlatego zagłosuję tak, jak zadeklarowałem wyżej. Dla mnie bowiem J. Palikot jest człowiekiem wiarygodnym, który, po pierwsze – zna funkcjonowanie biznesu; po drugie – posiada program zmian na lepsze; po trzecie – wie, co i jak należy zrobić, żeby pchnąć ten kraj na właściwe tory rozwoju. Oczywiście to nie jest tak, że uważam go za demiurga i zgadzam się z każdym jego słowem i opinią, są sprawy, które nas różnią – choćby moment przejścia na emeryturę. Jednocześnie jest jednak tak, że dostrzegam również ogromne możliwości tkwiące w tym człowieku. A szkoda byłoby ów potencjał zmarnować!

      Czy uda mu się osiągnąć sukces? Jestem pewien że tak! I tak jak w poprzednich wyborach uważałem że osiągnie około dziesięciu procent głosów, tak i dzisiaj jestem pewien, że poniżej tego progu nie zejdzie. Tym bardziej, że będzie posiadał mocne wsparcie ze strony ludzi, którzy na naszej scenie politycznej są już od dawna i sporo znaczą dla wielu potencjalnych wyborców. Ba, jestem nawet pewien, że ruch ten w przyszłym parlamencie zajmie więcej miejsc niż SLD L. Millera! A całkiem prawdopodobne, że razem z tym ostatnim, będzie dysponował podobną siłą jak PiS i PO.

       26.06.2013 r.

06:46, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 czerwca 2013

     W wywiadzie z Kingą Dunin i Ignacym Karpowiczem ten ostatni stwierdził – ponoć za którymś z papieży – że żyjemy w „cywilizacji śmierci”. Oczywiście nie jest moim zamiarem atakowanie ani któregoś tam papieża, ani tym bardziej I. Karpowicza, jednak zgodzić się bezkrytycznie i bezwarunkowo z takim stwierdzeniem nie mogę. Bo o ile jestem w stanie zrozumieć, że np. w kontekście aborcji ktoś z czysto ideologicznych uwarunkowań może tak nazwać obecną cywilizację, że faktycznie mieliśmy w XX wieku do czynienia z dwiema wojnami światowymi i milionami ich ofiar, to nie zgadzam się, że w takiej cywilizacji – cywilizacji śmierci rzeczywiście dzisiaj żyjemy. Bo nie wojny, tak myślę, o tym decydują, a zwykły, powszedni dzień.

      Owszem, obie wojny światowe pochłonęły miliony ofiar, to fakt. Ale stało się tak w zasadzie tylko dlatego, że w konfrontacji z czasami przeszłymi zmieniły się środki uśmiercania, które stały się jedynie bardziej skuteczne. Dawniej ginęły tysiące, dzisiaj miliony, i to jedyna pomiędzy nimi różnica – rezultat ilościowy! Mówienie jednak o tym jako o cywilizacji śmierci jest nie tylko sporym nadużyciem, ale w ogóle jest niesprawiedliwe – szczególnie w odniesieniu do tych, którzy o życie każdego z nas walczą codziennie i z ogromnym poświęceniem.

     Oczywiście, można przyjąć taki tok rozumowania, jaki prezentuje I. Karpowicz. Ale jak w takim razie w tym kontekście nazwać starożytne cywilizacje, które, żeby przebłagać swoich bogów, składały ofiary z żywych ludzi?  Czy to były cywilizacje życia? Czy liczył się w nich, tak jak to ma miejsce dzisiaj, pojedynczy człowiek i jego prawo do samostanowienia i decydowania o sobie? Czy mieliśmy wówczas do czynienia z możliwością zapłodnienia kobiety metodą in vitro? Czy Spartanie nie zabijali nowo narodzonych dzieci, które urodziły się z widocznymi defektami fizycznymi? Czy istniały wówczas jakieś organizacje, które zajmowały się losem bitych i dręczonych zwierząt? Czy działały służby, które miały na celu nieść pomoc zagrożonym – maltretowanym matkom, powodzianom, pogorzelcom i tak dalej, i tak dalej? Otóż nie, nie było! Mogła istnieć międzyludzka solidarność, ale specjalnie powołane o tego typu działań służby – na pewno nie. Dlatego nie mogę się zgodzić na przyjęcie tezy, że żyjemy w cywilizacji śmierci!

     Bez wątpienia prawdą jest, że żyjemy w trudnych czasach. Z drugiej jednak strony życie nigdy i nigdzie nie należało do łatwych i tylko przyjemnych. W końcu życie, to jednak zawsze walka. O przetrwanie. Nierzadko brutalna i bezpardonowa, co nie tylko niezwykle przejrzyście widać w świecie zwierząt. Ja jednak nigdy nie chciałbym żyć w przeszłości. Nie myślę bowiem, żeby dawny świat był jakoś szczególnie przyjazny ludziom i na tyle pociągający, żebym chciał zrezygnować z obecnego na rzecz tego z wczoraj. Oczywiście, obecna cywilizacja wcześniej czy później zabije nas! Tak jak każda rewolucja ostatecznie zjada w końcu własne dzieci. Ale to nie jest tożsame ani z terminem cywilizacji śmierci, ani z życiem w niej. To raczej smutna konstatacja faktu ogromnego uzależnienia się od zdobyczy techniki, która, z jednej strony jest naszym dużym osiągnięciem i skarbem nie do przecenienia, z drugiej jednak tworzy również zagrożenie, bo za bardzo nas od siebie uzależnia. Już uzależniła! Wyobraźcie sobie tylko świat po jakiejś dotkliwej burzy magnetycznej. Nic nie działa: satelity, a tym samy GPS-y i wszystkie systemy nawigacyjne; elektrownie, szpitale, wszelkie środki komunikacji, no dosłownie nic! Ciężkie do wyobrażenia, prawda? A co dopiero przeżyć taki koszmar!

     Krótko mówiąc jestem wdzięczny Opatrzności, że jestem „tu” i „teraz”, że żyję w obecnych czasach. To, co może tutaj niepokoić, to w zasadzie warunki oraz umiejętność właściwego wykorzystania swojego czasu. Ale, jak sami się domyślacie, to już temat na inną bajkę.

     25.06.2013 r.

05:49, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 czerwca 2013

      To, że w ostatnich tygodniach odpoczywałem – od wszystkiego, czyli od obowiązków czy też pewnych zobowiązań, nie znaczy, że odciąłem się w ogóle od świata i poddałem bezmyślnemu lenistwu. To ostanie bowiem nie leży w ogóle mojej naturze, pierwsze z kolei jest niemożliwe do realizacji w obecnym świecie. A jeżeli nawet jest, to na pewno jedynie w odniesieniu do jakiegoś ascetycznego pustelnika, którym, przy całej mojej mizantropii, jednak nie jestem. Dlatego nie mogąc skutecznie się odciąć od świata zewnętrznego, siłą rzeczy byłem atakowany informacjami z prawa i lewa, z lewa i prawa. Tyle, że akurat nie o prawą i lewą stronę polityczną tutaj chodzi, rzecz w informacji w ogóle. A to że kolejny prokurator odstąpił od pociągnięcia jakiegoś przestępcy do odpowiedzialności; a to że kolejny sędzia umorzył jakąś szemraną sprawę i tym samym zrezygnował z wymierzenia kary, która powinna jednak zapaść w imię sprawiedliwości; a to, że jakiś kolejny 30-paroletni policyjny emeryt działał w jakimś przestępczym układzie, itd., itd. Krótko mówiąc będąc atakowanym takimi informacjami uzmysłowiłem sobie w pewnym momencie, że najzwyczajniej w świecie jestem okropnym naiwniakiem! Bo życie, oczywiście, jest piękne, beztroskie i kolorowe, tyle tylko że dla innych. Ja… ja muszę się zadowolić kiepską pensją i zupełnym brakiem szans na lepsze jutro w imię zasad i uczciwości. Stąd pojawiło się u mnie zasadnicze pytanie: Czy warto być człowiekiem uczciwym?

    Oczywiście na tak postawione pytanie można odpowiedzieć dwojako: albo z pozycji zachowania naszego wysokiego morale, czyli uczciwość ponad wszystko – nawet za cenę biedy i związanych z nią życiowych niewygód, albo też, gdy spojrzeć na owe zagadnienie z pozycji czysto pragmatycznej, posiłkując się jedynie tym, co nas otacza, tzn. wadliwe prawo, skutkujące ogromem afer, kpina bandziorów z tak zwanego wymiaru sprawiedliwości, niekompetencja wielu prokuratorów, skorumpowani policjanci, byle jacy sędziwie, itd., itp. Gdy spojrzeć na to z tej pozycji wówczas odpowiedź może paść już zupełnie inna.

    Bilans mojego życia, to… permanentne braki. Innymi słowy nie dorobiłem się, tak jak zresztą większość uczciwych ludzi w tym kraju. Moja uczciwość, rzetelność czy wiedza w wykonywanej przeze mnie pracy są właściwie w pogardzie, więc czeka mnie albo pogłębiająca się z tego tytułu frustracja, albo… Właśnie, i tutaj jest pies pogrzebany! Albo zdecyduję się w końcu coś zmienić, tzn. diametralnie odmienię swoje życie, wchodząc dzielnie na ścieżkę popłatnego przestępstwa! A wiadomo, że im owe przestępcze wyczyny będą większe, tym zysk z nich płynący również. Tak jak zresztą i ewentualna kara nimi zagrożona. Oczywiście wszystko po to, żeby pod koniec życia nie mieć poczucia graniczącego z pewnością, że jedyną rzecz, którą doskonale udało mi się zrobić, to fakt spieprzenia sobie i moim bliskim życia! Dlatego, żeby ów frustrujący stan mojego umysłu odmienić, postanowiłem dać w najbliższych dniach ogłoszenie w ogólnopolskich mediach, które brzmieć będzie następująco: „Ja, czyli taki a taki, chętnie podejmie współpracę opartą na nieuczciwości, z osobami, które zagwarantują mi bardzo dobre, powtarzam – bardzo dobre wynagrodzenie, pozwalające żyć na przyzwoitym poziomie! Ryzyko naturalnie wkalkulowane w interes”.

     Oczywiście nie wiem, czy taki pomysł wypali, czy ktoś się zgłosi. Z mojej strony jest nadzieją, z obiektywnego punktu widzenia wcale niemałe prawdopodobieństwo, że jednak tak! W końcu każdy towar ma swojego potencjalnego nabywcę, więc i tutaj nie powinno być inaczej. Czy to pomysł dobry, właściwy i naprawdę jedyny w tej sytuacji? – nie mam pojęcia. Na pewno jest jedynym, jakim dzisiaj dysponuję aby coś w swoim życiu zmienić. Czy z niego skorzystam, gdy ogłoszenie już się ukaże, a do mnie zgłosi się jakiś szemrany biznesmen? – nie wiem. Niemniej pomysł jest i jeżeli ktoś chce z niego skorzystać już dzisiaj, odstępuję go gratis. Co najwyżej za jakiś czas może dać mi znać, czy ryzyko było opłacalne. Pozytywna odpowiedź doda mi niejako skrzydeł i tylko przyspieszy realizację moich zamiarów. Tyle. Aha, powodzenia w razie skorzystania z mojej sugestii:)

       24.06.2013 r.

07:51, adelmelua
Link Komentarze (2) »

     Witajcie znowu!

   Początkowo myślałem, że moje milczenie stanie się przyczyną Waszej obojętności w odniesieniu do tego bloga, jednak już po pierwszym tygodniu okazało się, że takie myślenie obciążone jest poważnym błędem. Ilość bowiem odwiedzin podczas mojej tutaj nieobecności tak naprawdę niewiele się zmieniła. Krótko mówiąc fakt ten sugeruje mi, że jednak nie pisałem jedynie dla siebie, że jednak do kogoś treści tutaj zawarte trafiały. Zatem, żeby niepotrzebnie już nie przeciągać tego wstępu, bo i z grą wstępną również można przesadzić – co, wstyd przyznać, ale lata świetlne temu mi się przytrafiło:) – serdecznie zapraszam Was do lektury pierwszego wpisu po urlopie.

    - Voila!

    24.06.2013 r.



07:33, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 czerwca 2013

    Kochani, stało się: jestem na urlopie! Co prawda niedawno zapowiadałem, iż noszę się z takim zamiarem, ale sam nie wierzyłem, że go zrealizuję. Jednak. Wczorajszy dzień był pierwszym mojego milczenia tutaj. Było ciężko, ale przeżyłem! Tym samym okazało się, że można, że moje uzależnienie jest jeszcze znośne i pod kontrolą.

   Mam nadzieję, że po tym czasie wrócę tutaj z nowymi pomysłami, ciekawymi tematami, świeżością spostrzeżeń. Nie ukrywam, że liczę na Wasze zainteresowanie niniejszym blogiem również po moim urlopie.  A że odwiedzin miałem wcale niemało: średnio ponad dwa tysiące tygodniowo!, więc jest powód zarówno do niepokoju, jak również do podzięki i okazania wdzięczności. Dlatego, korzystając z okazji, pięknie więc Wam dziękuję za już z nadzieją czekając na jeszcze. Do kolejnego spotkania już wkrótce:)))

                         

09:15, adelmelua
Link Komentarze (3) »
niedziela, 09 czerwca 2013

W pomieszczeniu dwoje starszych ludzi.

On: Jak się czujesz?

Ona: A tak, nic nie szkodzi.

On: To znaczy że dobrze?

Ona: Co mówisz?

On: Pytałem… O czym to ja… Aha, pytałem, jak się czujesz, chyba.

Ona: Chyba dobrze.

On: Aha.

Ona: I co?

On: Co – „co”?

Ona: Zwariować z tobą można naprawdę. O co ci chodzi?

On: Coś ostatnio źle się czuję.

Ona: Co ci jest?

On: Nie wiem. Czuję się, jakbym za chwilę miał zwariować.

Ona: Może głodny jesteś?

On: A wiesz, że może być.

                         Pauza.

      Chyba się wykąpię.

Ciężko podnosi się z fotela, a następnie kieruje się w stronę wyjścia.

Ona: Co robisz?

On: Idę coś zjeść. Chyba głodny jestem.

Ona: No tak, no tak, oczywiście.

                         Pauza.

        Weź parasol.

On: (od drzwi) Słucham? Mówiłaś coś?

Ona: Nie, nic nie mówiłam. Coraz gorzej z tym twoim słuchem.

Wychodzi. Po chwili do pomieszczenia wchodzi Drugi.

Drugi: Gdzie poszedł?

Ona: A, dzień dobry, Władku.

Drugi: Wyszedł. Gdzie poszedł?

Ona: Kto?

Drugi: No, Stefan. Minęliśmy się na korytarzu.

Ona: A, Stefan. Na spacer. Chyba.

Drugi: Świetnie! Mamy więc trochę… jak to się mówi… Ten, zegarek…

Ona: Czasu?

Drugi: No przecież mówię! Oczywiście że czasu. Oczywiście.

                         Pauza.

         Zagramy?

I tak dalej, i tak dalej, można by powiedzieć, że bez końca. Jednak w tym miejscu z wyraźnym końcem. Bez końca, bo starość była, jest i będzie towarzyszyć nam zawsze – z końcem jednak, bo jak każdy temat ten również należy kiedyś zakończyć i w miarę płynnie przejść do kolejnego. To, co mógłbym w tym miejscu na temat starości jeszcze dodać, to chyba tylko tyle, że starość z pozycji śmierci z całą pewnością jest rozwiązaniem właściwym, wręcz niezbędnym, a dzięki temu doskonałym! Jawić się ona bowiem musi jako etap umiejętnie przygotowujący nas właśnie do ostatecznego, oswajający nas z nieuchronnością – ze śmiercią. Jednak już z pozycji młodości jest zupełnie inaczej, tutaj starość musi być postrzegana jako dysonans, fałsz nie do przyjęcia. Tyle tylko, że przyjąć ów dźwięk należy, bo innego wyjścia po prostu nie ma, nie istnieje, niestety. Starość bowiem, to preludium do śmierci i jako taka jest nieunikniona. A biorąc pod uwagę powyższy dialog śmierć może nam się w takim kontekście jawić właśnie jako wybawienie, ucieczka zarówno od zniedołężnienia, jak i związanego z nim cierpienia. I może o taką perspektywę chodzi? Może właśnie z takiej pozycji życie nasze wygląda na niezwykle poukładane i zabójczo wręcz logiczne?

         09.06.2013 r.

00:08, adelmelua
Link Komentarze (4) »
sobota, 08 czerwca 2013

    Są remisy zwycięskie, ale są też takie, które należy zaliczyć do porażek. Wczorajszy remis z Mołdawią taką właśnie porażką jest. I jednocześnie blamażem. Tym samym, niestety, potwierdziły się moje słowa sprzed kilku dni: nie mamy reprezentacji! Smutna to konstatacja, ale też żadna satysfakcja z tego, że miałem rację. Bo tak naprawdę wolałbym tutaj jej nie mieć. Niestety, stało się inaczej. A że to nie pierwszy taki zawód związany z naszą piłkarską kadrą, więc jakiegoś wyjątkowego dramatu nie ma. W końcu mecz mógł się zakończyć równie dobrze jeszcze gorszym blamażem. Tylko dzięki bielmu, jakie musiał mieć chyba na oczach sędzia, nie został podyktowany ewidentny karny dla Mołdawii, a także co najmniej żółta kartka dla R. Lewandowskiego. Nasza gwiazda już po raz drugi w bardzo krótkim czasie dała się poznać jako boiskowy brutal. Prawdopodobnie za dużo przejmuje z dyscypliny uprawianej przez swoją partnerkę życiową – z karate. Jeszcze nie tak dawno miły młody człowiek, poukładany, imponujący swoją rozwagą, przeistacza się w boiskowego brutala, który używa swoich nóg nie tylko do kopania piłki, ale również do faulowania swoich rywali. Wstyd, panie Robercie! I żenada. Takie zachowanie zawodnikowi na tym poziomie najzwyczajniej w świecie po prostu nie przystoi.

   Oczywiście to, że padł remis, trenerowi posady nie uratuje. I dobrze. Zmiany są niezbędne. Również w samej kadrze. Bo nie może być tak, że mamy zawodników na przyzwoitym, europejskim poziomie, a nie potrafimy sklecić porządnej, solidnej reprezentacji i pokonać drużyny, która w rankingu UEFA zajmuje miejsce w drugiej setce! Myślę, że powinno nam się oszczędzić kolejnych żenujących spektakli. Dlatego nic więcej na ten temat pisał już tutaj dzisiaj nie będę. W końcu leżącego się nie kopie, przynajmniej nie powinno, więc i ja tym razem oszczędzę naszą kadrę piłkarską i pomilczę na tym pogrzebie.

      08.06.2013 r.

11:04, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl