RSS
niedziela, 31 maja 2015

    1. No i po wyborach, a ja żałuję jednej rzeczy: że zachowałem się niegodnie, nie tak jak przystało na żarliwego patriotę i opowiedziałem się tylko za jednym kandydatem. Bo nie tylko mogłem, ale wręcz powinienem zagłosować na obu pretendentów do tronu prezydenckiego i przy ich nazwiskach postawić krzyżyk. Wtedy i wilk byłby syty i owieczka cała. A tak to dzisiaj mam moralniaka;)

    2. Dzięki temu, że świat się niezmiernie skurczył, wszędzie jest cholernie blisko, tym samym, tak na dobrą sprawę, nie ma się gdzie ukryć. Mamy gorzej niż nasi mniejsi bracia: szczury, myszy czy inne golce.

    I gdzie tu spieprzyć, gdyby co, hm? Zgroza!;)

   3. Podobny efekt dotyczy również finansów. Biznes dzisiaj stał się niebezpiecznie mobilny, zainteresowany jedynie pomnażaniem swojego majątku, więc szuka tanich miejsc pracy, co skutkuje tym, że ludzie są skrajnie wyzyskiwani. Krótko mówiąc mamy czasy żywcem przeniesione z XIX-wiecznej ery rewolucji przemysłowej i rodzenia się krwiożerczego kapitalizmu z niczym nieograniczoną wiarą w wolny rynek. Brrr!...

   

           31.05.2015 r.

10:56, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 maja 2015

    Słowa z tytułu tego wpisu (w oryginale moje zamiast nasze) wypowiada Henryk Bista w filmie J. Machulskiego Vabank II, czyli riposta, gdy giną mu oszczędności nie gdzie indziej, jak właśnie w banku, w tej szacownej, jakoby uczciwej instytucji! Rzecz w tym, że tam, gdzie w grę wchodzą duże pieniądze, o krystalicznej uczciwości, czy też zwykłej przyzwoitości, mowy być nie może. Banki, jak się okazuje, nie są tutaj samoistną wyspą. Niestety, uczciwość również i z nich odeszła lata temu, zapewne do skarbca, i tkwi tam pod grubą warstwą kurzu coraz bardziej niewidoczna dla ludzkiego oka i serca również.

   Rządzący ustawicznie utyskują nad słabością naszego budżetu i jego ograniczonych możliwościach, z czego wywodzą się potem owe genialne decyzje dotyczące nas, a które tak naprawdę mają na celu tylko jedno: uczynienie z nas zakładników (czyt.: niewolników) sytuacji ekonomicznej państwa. Naturalnie, nie jestem żadnym ekonomistą, więc każdy może mi zarzucić nieznajomość tematu. Ale też nie chcę pisać o ekonomi, a jedynie o tym, co zauważam, żyjąc tu i teraz i obserwując naszą rzeczywistość, a co potem skutkuje właśnie następującym myśleniem i wynikającymi z tego wnioskami.

    Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. władza ustawodawcza wydała wiele ustaw na tyle doskonałych, że funkcjonowały nie tylko w okresie międzywojennym, ale również w czasach tzw. komunizmu, a i jeszcze w ostatnim 25-leciu trafiały się tu i ówdzie jego pozostałości. Dzisiaj, po ćwierćwieczu przemian w suwerennej Polsce mamy nowe prawo.  Jakie ono jest – każdy widzi i odczuwa na co dzień. Z całą pewnością daleko mu do doskonałości – dziur w nim tyle, ile w naszych drogach, w wyniku czego stało się ono przede wszystkim biczem nierzadko na uczciwych, bezbronnych obywateli, rajem zaś dla cwaniaków i hochsztaplerów. Zarówno w pierwszym, jak i w przypadku drugim odpowiedzialni za ów stan prawny państwa byli i są posłowie – twórcy władzy ustawodawczej! O ile jednak ci przedwojenni stworzyli prawo twarde, logiczne, dla obywateli, o tyle drudzy stali się kreatorami ustaw prawnych, zapełnionych bublami, które skutkują bezbrzeżnymi możliwościami interpretacyjnymi. Efekt tego ostatecznie jest taki, że bardzo często z opresją spotyka się nie przestępca, a przeciętny uczciwy obywatel. Prawdziwą przyczyną takiego stanu jest oczywiście z jednej strony – cwaniactwo wcale niemałej grupy posłów, z drugiej zaś – głupota, nieuctwo i brak znajomości tematu, którym się zajmują. Krótko mówiąc prawo dzisiaj stanowią cwaniacy i niedouczone głąby! I tutaj jest pies pogrzebany, panowie posłowie – w waszych niekompetentnych decyzjach, które skutkują słabością państwa i opresją bezbronnych obywateli! Bo słabe państwo, to możliwość jego okradania, w świetle zresztą istniejącego prawa i zgodnie ze starym porzekadłem: najciemniej zawsze jest pod latarnią! Więc jeżeli można skorzystać z takiego zaproszenia, to nic dziwnego, że wielu z niego korzysta i okrada to biedne państwo, czyli tak naprawdę nas!

    Tylko kogo tu podać za tę przewałkę do sądu, hm?

         30.05.2015 r.

05:55, adelmelua
Link Komentarze (7) »
piątek, 29 maja 2015

     Wielu współczesnych proroków tu i teraz chętnie trąbi wszem i wobec o zjawiskach, które są niczym innym jak tylko naszym zagrożeniem, zapowiedzią apokalipsy czy też biblijnego wręcz Armagedonu. A to, że nie możemy obniżać wieku emerytalnego (tak naprawdę chodzi jedynie o powrót do poprzedniego stanu), ponieważ nasze emerytury będą bardzo niskie, czyli głodowe (dla jasności nasze takie będą, nie tych, którzy o tym mówią); a to, że wymieramy, bo więcej nas umiera niż się rodzi (w ubiegłym roku trend ten się odwrócił), dlatego musimy dłużej pracować, ponieważ niedługo nie będzie miał kto zasuwać na dzisiejsze emerytury, co się oczywiście wiąże z zagrożeniem pierwszym, czyli obniżeniem wieku emerytalnego; a to, że żyjemy dłużej, mimo że, paradoksalnie, wymieramy, jak wieszczą fachowcy, więc powinniśmy pracować dłużej – i tak dalej, i tak dalej, krótko mówiąc, jak dla mnie, gęby pełne komunałów i pustych frazesów w imię obrony swoich wygodnych pozycji. Czy rzeczywiście prawda tak właśnie wygląda?

     Śmiem wątpić, i to bardzo mocno! Może dlatego, że z urodzenia jestem Jarek-niedowiarek i w ogóle generalnie wszystkie tego typu proroctwa są dla mnie z reguły o kant dupy potłuc! Bo to jest tak, jak z prognozą pogody: na dwa-trzy dni meteorolodzy są w stanie ją przewidzieć, potem jednak zaczynają się już schody i ich nierzadko radosna wręcz twórczość, tzn. przewidywania na zasadzie – a nóż widelec?! Naturalnie, oparte są one na jakichś wyliczeniach, analizach, pewnych porównaniach, ale tak naprawdę dopóki czas nie minie, pogoda się sprawdzi lub nie, wszystko pozostaje jedynie w sferze przypuszczeń i domysłów wynikających właśnie z owej radosnej twórczości intelektu pogodynek i pogodynków. Dlatego powiem krótko, nie siląc się na jakieś wyszukane mądrości: Myślę, że życie i jego procesy są dlatego nieprzewidywalne, ponieważ wszystko podlega ustawicznej fluktuacji. O ile jednak jestem w stanie zgodzić się, że więcej nas umiera niż się rodzi (ale tylko tu, w kraju, nie wliczając naszych emigrantów, ponieważ wyjechali przede wszystkim ludzie w wieku produktywnym), o tyle właśnie dlatego nie mogę przystać na to, że żyjemy dłużej. Więcej – statystyczny Polak, czyli m.in. ja, żyje 72 lata, więc w sposób świadomy chce się mnie zrobić w ch. i co najwyżej pozwolić mi przebywać na ewentualnej emeryturze pięć lat. Tylko pięć lat! Przeszło czterdzieści lat pracy, by odpoczywać od niej i cieszyć się resztką życia jedynie przez pięć lat! Nie dosyć, że będę wówczas w zasadzie czekał przede wszystkim na śmierć, to na dodatek z perspektywą nie najlepszej, bo mocno wątpliwej opieki medycznej. Faktycznie – raj, tylko żyć nie umierać! Tyle, że taki raj, jaki kraj, a jaki kraj – każdy widzi. I odczuwa. Na własnej skórze. Krótko mówiąc nie ma powodów do radości, że o zabawie nie wspomnę(;

     Oczywiście, z państwowego, czyli rządowego, bezdusznego punktu widzenia wszystko jest w jak najlepszym porządku. Państwowy Zakład Ubezpieczeń Społecznych może święcić triumf – dzięki takiej polityce zostanie uratowany! W końcu ilu z nas dożyje tych magicznych 72 lat, hm? A jak już dożyje, to w jakim stanie? Z jaką opieką medyczną? Z jaką emeryturą? Ci, którzy tak dbają o nasze dobre samopoczucie i naszą świetlaną starość, po jednej tylko kadencji w sejmie czy senacie, nie wspominając już o europarlamencie, będą mieli dużo wyższe emerytury od naszych. Więc czy jest tutaj w ogóle jakaś płaszczyzna porozumienia? Może dla naiwnych. Tyle, że ja już dawno do nich się nie zaliczam. Zgodnie zresztą z okrzykiem, który za moich czasów wznosiło się w wojsku:

    – Ile zostało?!

    – Mało!

   Dlatego następnym razem podzielę się swoimi spostrzeżeniami na temat tego, co, albo raczej kto jest przyczyną, że nasze pieniądze są marnowane.

         29.05.2015 r.

08:33, adelmelua
Link Komentarze (2) »
czwartek, 28 maja 2015

     Dziewiątego września 1991 roku, po wyborach prezydenckich, napisałem:

   „Mamy nowego prezydenta – jest nim Lech Wałęsa! Potrzebny był nam taki właśnie przywódca na ten czas, w którym się znajdujemy. Po roku rządów szerokiej koalicji: PZPR–Solidarność–ZSL–SD, cierpliwość narodu w zasadzie na wyczerpaniu. Jeżeli w kraju panuje jeszcze spokój, to jest to spokój pozorny, oparty jedynie na autorytecie Lecha Wałęsy. Gdyby nie On, nic i nikt nie byłby w stanie uchronić kraju przed falą strajków. Dlatego niezwykle dobrze się stało, że właśnie On objął to stanowisko. Będzie to – jest! – nowy, kolejny bodziec wzniecający stare nadzieje na lepsze jutro, lepszą Polskę. Czy jednak taka kiedykolwiek zaistnieje? Czy potrafimy ją taką zbudować? Czy zdążymy?...

    Dzisiaj mogę jedynie dopisać: Cóż, budujemy. Z oporami, z mozołem, ale ciągle budujemy. Najgorzej, że byle jak i przy ustawicznych wrzaskach na siebie. Pytanie więc sprzed dwudziestu pięciu lat, jak widać, nadal pozostaje mocno aktualne, niestety.

 

           28.05.2015 r.

11:16, adelmelua
Link Komentarze (4) »
środa, 27 maja 2015

   Gdyby dzisiaj żył i tworzył Marek Hłasko z powodzeniem mógłby być autorem Tartaku Daniela Odii. Oczywiście, M. Hłasko  używał innego języka, odmiennego sposobu narracji, jednak podobnie jak D. Odija opisywał brud życia i zło wynikające z prymitywizmu człowieka.

   Świat, jaki sportretował D. Odija w swojej książce, to świat niezmiernie przygnębiający, odstręczający, paskudny; to świat, w którym, gdyby miało się wybór, nie chciałoby się żyć, o którego istnieniu nie chciałoby się wiedzieć, a jeżeli już by się wiedziało, to pragnęłoby się jak najszybciej zapomnieć. Dlatego, ponieważ ludzie zapełniający go tacy właśnie są – prymitywni, odpychający i brudni, nie tylko fizycznie, ale również mentalnie. Mimo że każdy z nich z resztkami czegoś dobrego w sobie, pragnący dla siebie czegoś lepszego, czystszego, nie zbrukanego perfidią i podłością otaczającej ich rzeczywistości. Niestety, im bliżej było końca książki, tym atmosfera stawała się coraz cięższa, gęstniejąca, zapowiadająca jakiś dramat, który tak naprawdę czuć było w zasadzie już od samego początku. Tyle że na początku nie było jeszcze wiadomo, co go wywoła, kto sprowokuje i kogo będzie dotyczył. A dotyczył, jak się okazało z czasem, wielu, bo wielu z bohaterów tej mikropowieści było przeraźliwie samotnych, a w tej swojej samotności przeraźliwie wręcz żałosnych.

    No dobrze, mógłby ktoś powiedzieć, wiemy, co jest w tej mikropowieści, ale czy czegoś w niej nie ma, czegoś ewidentnie brakuje? Czy czasem nie jest tak, że autor prześlizgnął się zbyt lekko po powierzchowności swoich bohaterów, nabrał do nich obrzydzenia i postanowił na tym zakończyć, jak najszybciej rozstać się z nimi, z ich światem? Cóż, gdyby takie pytanie rzeczywiście padło wówczas moja odpowiedź zabrzmiałaby następująco: Myślę, ba – jestem pewien, iż tak właśnie miało być, bo taki był zamiar autora. Tego świata było w sam raz tyle, ile trzeba. I był on na tyle intensywny, na ile ważny był dany człowiek i jego miejsce w niniejszej mikropowieści. Krótko mówiąc było akurat idealnie! I właśnie między innymi dlatego, tak myślę, Tartak jest książką, o której tak łatwo się nie zapomina. Tkwi w człowieku głęboko jak cierń, przypominając boleśnie o swoim istnieniu tu i teraz, i zawsze, i wszędzie. To książka, która nie może pozostawić i nie pozostawia czytelnika obojętnym. Mnie nie pozostawiła!

    P.S.

   Tak na marginesie: To, na co jeszcze chciałbym zwrócić uwagę czytającego, to nazwiska pojawiających się postaci zarówno w tej książce, jak i w innych pozycjach tego autora. Dla mnie to rzecz niezwykle charakterystyczna, wręcz symboliczna, która oczywiście nie jest ani przypadkowa, ani też bez znaczenia.

       27.05.2015 r.

10:06, adelmelua
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 25 maja 2015

    No, i mamy nowego prezydenta! Od szóstego sierpnia będzie nim Andrzej Duda. Stary, za swoją zachowawczą postawę, a także nierzadko beznadziejną politykę Platformy Obywatelskiej zapłacił cenę najwyższą – utratą stanowiska. Czy stało się dobrze czy źle, pokaże najbliższy czas. Ja, póki co, dramatu nie widzę. Jak napisałem wczoraj: poznacie ich po owocach. Chcę, więcej – pragnę!, żeby to były owoce piękne, dojrzałe, soczyste, więc życzę A. Dudzie jak najlepiej. Jedno jest pewne: za pięć lat nastąpi podsumowanie prac nowego dzisiaj prezydenta i ocena narodu. Dzisiaj ma on u mnie kredyt zaufania, wynikający z jego słów, że będzie prezydentem wszystkich Polaków! Że nie okaże się tą postacią, którą  widziałem w poniższej fraszce:

                         Obietnica

                      Andrzej Duda –

                 Lepszego życia ułuda?

    Czy spodziewałem się takiego wyniku? Skłamałbym, gdybym powiedział że nie. Pisałem już o tym w kilku miejscach, między innymi tutaj:

http://dagome.blox.pl/2015/05/Przyszlosc.html

http://dagome.blox.pl/2015/05/Polityczne-trzesienie-ziemi.html

Ponadto dzień przed głosowaniem rozmawiałem z kolegą, który ładnych parę lat temu wyjechał z rodziną na Wyspy Brytyjskie i który, mimo swojej dużej niechęci do PiS-u i prezesa J. Kaczyńskiego, oznajmił mi, że będzie głosował jednak na Andrzeja Dudę, ponieważ ma dosyć rządów B. Komorowskiego i Platformy. Ja też mam ich dosyć, czemu nie raz dawałem tutaj wyraz, tyle że on postanowił zadziałać trochę na zasadzie – odmrożę  sobie uszy na złość mamie. Więc jego głos miał być raczej formą protestu nie tyle za, co przeciw. Czy zrobił źle? Nie wiem. Może to ja się myliłem. Wiem za to, że ma do tego niezbywalne prawo. Zresztą, to i tak niczego nie zmieni w naszych relacjach. Bo polityka nie powinna dzielić ludzi. Nas z całą pewnością taka sytuacja nie poróżni!

    Pojawia się tutaj jednak pytanie: Dlaczego więc, jeżeli wiedziałem, co się może stać, pisałem ostatnio tak, jak pisałem, czyli nie wierzyłem, że A. Dudzie uda się pokonać obecnego prezydenta w rozgrywce o fotel prezydencki? To proste: próbowałem zaklinać rzeczywistość. Tyle, że okazało się to diablo nieskuteczne. I w zasadzie nie mogło być inaczej. Nawet mimo bardzo małej różnicy w głosach jaka dzieliła obu kandydatów. Stało się tak z jednego niezwykle prozaicznego powodu: A. Duda był o wiele skuteczniejszy w swojej narracji kampanijnej, ponieważ dużo więcej obiecywał niż B. Komorowski. Czy spełni jednak swoje obietnice? Zapewne niektóre tak. Pytanie podstawowe brzmi: które i ile? No, ale o tym przekonamy się w ciągu  najbliższych pięciu lat.

         25.05.2015 r.

09:19, adelmelua
Link Komentarze (14) »
niedziela, 24 maja 2015

     – Mówią nam, że mentalnie podobni jesteśmy do wyznawców jakiejś podejrzanej sekty; że nie docierają do nas żadne argumenty odsłaniające podstępną naturę naszego przywódcy; że bezgranicznie i niezachwianie ufamy mu, a ta ufność wynika z fanatycznego wręcz zacietrzewienia. Ale to nie tak, prawda wygląda zupełnie inaczej. My wszyscy trwamy przy nim przede wszystkim dlatego, iż wiemy, co znaczy lojalność i wierność! Co to oddanie i poświecenie sprawie! Wiemy, co znaczy wierność ideałom! Wiara, wiara i jeszcze raz niczym niezachwiana wiara, to nasze życiowe credo!

     Nie dajcie sobie wmówić, że nie mamy wyjścia i że mój rywal jest jedynym wyborem jaki mamy, bo tak nie jest! To nie jest jedyny wybór – macie mnie! Jestem tutaj, stoję dzisiaj przed wami gotowy do walki do ostatniego, że tak się wyrażę, żołnierza! I obiecuje wam, że gdy wygram, jeżeli tylko zostanę prezydentem, to wreszcie prawu oddam sprawiedliwość! Oddam to, co nasze i co nam się słusznie należy! Będę prezydentem wszystkich Piasecznian – i Piasecznianek również, czy to się komuś podoba czy nie!

     Ja powiem jedno… Ja powiem tak: Jak zostanę prezydentem, to ja… To ja!… To ja!!... że ho, ho, albo i więcej!!! Chwała Wielkiej Piasekcji!

    Tyle i jeszcze więcej w podobnym tonie kandydat na prezydenta ukochanej Pisaekcji. Ja, gdybym żył w takim państwie i miałbym mieć takiego prezydenta, powiedziałbym jedno: Panie kandydacie, duby smalone Pan pleciesz! Ale na szczęście nie ma kłopotu, bo Pan tak zostaniesz prezydentem, jak ja np. księdzem, albo prezesem jakiegoś ugrupowania. Jeżeli miałem jakieś obiekcje co do pana osoby, jeżeli postrzegałem Pana trochę przychylniej niż resztę pańskich kolegów i koleżanek – te dopiero są świetne! – to po kampanii wyborczej i debatach, które widziałem z Pana udziałem, zostałem pozbawiony wszelkich złudzeń. I za to ogromnie dziękuję Panu z całego z serducha! W końcu bowiem wyszło szydło z worka pani Beatki, dobrze zresztą znanej nam obu;)

    Zaprawdę powiadam wam – i powtórzę za jednym gościem sprzed dwóch tysięcy lat:Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia, albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. A więc: poznacie ich po ich owocach”.

    Amen.

        

          24.05.2015 r.

08:21, adelmelua
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 maja 2015

    Jakoś tak dziwnie się składa, że nasi wspaniali prorocy XXI wieku (czytaj: ekonomiści i politycy) są zaskakująco bezradni, gdy nagle ni stąd ni zowąd pojawia się jakiś kryzys i okazuje się, że jesteśmy w czarnej d., ponieważ owe współczesne genialne Kasandry nie były w stanie tego przewidzieć! Więcej – pozostają również dziwnie bezradni, gdy chodzi o naszych rodaków wyjeżdżających za granicę za pracą, której w ojczyźnie nie mieli i której zresztą nadal wielu nie ma; podobnie są dziwnie bezradni, gdy chodzi o stworzenie warunków, które byłyby na tyle interesujące dla naszych emigrantów, żeby skłoniły ich do powrotu do kraju; pozostają również bezradni, gdy chodzi o wskazanie innych źródeł finansowania budżetu niż tylko poprzez proste z reguły ściąganie ich od szaraczków, czyli od nas. Pytam więc: Jeżeli są tacy genialni, to dlaczego nie mają chociaż jednej głupiej recepty na poprawę sytuacji tu i teraz, ale nie jedynie kosztem obywateli, a dzięki swojemu geniuszowi? Dlaczego pozostają tak zaskakująco genialni jedynie w prorokowaniu wysokości naszych emerytur za 15, 20, czy 30 lat! Dlaczego pozostają tacy pewni w kreowaniu czarnych scenariuszy i wieszczeniu mnóstwa nieszczęść, które już nas, ponoć, dotykają: a to że żyjemy dłużej! (nikt jednak nie pyta, jak żyjemy); a to – paradoks – więcej nas umiera niż rodzi się dzieci; a to, że one powinny pójść do szkół w wieku sześciu lat, bo… Oczywiście że nie chodzi o ich szybszy rozwój, rzecz przede wszystkim w tym, aby jak najszybciej podjęli pracę i tyrali, tyrali, tyrali aż do śmierci! Oczywiście swojej śmierci. Bo królowie życia cieszyć się będą przecież i dłuższą i wygodniejszą egzystencją. I tak dalej, i tak dalej, ble – ble – ble, aż do wyrzygania!

      A potem dzieje się tak, że nadchodzą jakieś wybory i jeden polityk – z drugim, choćby i rywalem – obaj pospołu niejako z nożem na gardle, są w stanie ustawić się po wspólnej stronie barykady i opowiedzieć się za społeczeństwem, w imię społeczeństwa i dla społeczeństwa. Nagle obaj stają się cholernie empatyczni – obaj niezwykle dobrze rozumieją lud! Bo przecież oni są z niego i z nim. Od zawsze! Więc jak już o tym wszystkim wiemy, wszystko jest jasne i proste, wtedy pozostaje nam tylko jedno: zaklaskać brawo hipokryzji. Więc klaszczmy. I śpiewajmy:

           22.05.2015 r.

05:52, adelmelua
Link Komentarze (6) »
środa, 20 maja 2015

    Jesteśmy po pierwszej debacie obu kandydatów na prezydenta, a dzień przed drugą, która – ponoć – definitywnie rozstrzygnie, kto zostanie nim ostatecznie. Jedni mówią:

   – To chyba oczywiste, że debatę wygrał nasz kandydat. Wszyscy to widzieli – oponent polityczny nie istniał, został niemalże ukrzyżowany! Kolejna debata tylko to potwierdzi, przekonacie się o tym na własne oczy!

    Drudzy z kolei pieją z zachwytu nad swoim pretendentem do tronu prezydenckiego, który, według nich, od początku miał przewagę i zagonił rywala w kozi róg, tym samym wyszedł z tej konfrontacji zwycięsko. Dlatego, prawdę mówiąc, jest tylko jeden poważny kandydat na to stanowisko i jest nim ich człowiek. Bezdyskusyjny  zwycięzca, również w aspekcie moralnym! Tyle obie strony. A jak jest w rzeczywistości?

    Naturalnie, obie strony mają rację. Z prostej przyczyny: debata prowadzona była w dwóch telewizjach, więc dla mnie, czy dla wielu innych to przecież logiczne, że mogło być dwóch wygranych. I było: w jednej z nich został nim kandydat X, w drugiej natomiast wygranym był kandydat Y! Zapewne gdyby był jeszcze jeden osobnik ubiegający się o fotel prezydencki, wygranym mógłby zostać właśnie on – osobnik Z! Jako że jednak mamy tylko dwóch kandydatów, więc wygranym mógł zostać tylko jeden z nich. Pytanie kluczowe – który?

    Jestem zdania, że aby nie krzywdzić żadnego z nich, powinniśmy wybrać... obu! Jak od dawna wiadomo od przybytku głowa nie boli. W końcu co dwie głowy, to nie jedna, więc… dlaczego nie? I tak np. jeden mógłby rządzić do południa, a drugi po południu; albo – jeden dawałby się nam we znaki w dzień, a drugi dawałby nam popalić w nocy; albo jeszcze inaczej: jeden rządziłby przez pierwszy tydzień, czy też miesiąc, potem byłaby zmiana i drugi przez ten sam okres sprawowałby swoją funkcję. Myślę, że w ten prosty sposób i wilk byłby syty i owca cała, a naród zadowolony. Więcej – taki wybór mógłby okazać się nie tylko niezwykle sprawiedliwy, ale też całkiem prawdopodobne, że i diablo rozwojowy. Kto wie? Zatem Polsko – alleluja i do przodu!;)

         20.05.2015 r.

14:55, adelmelua
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 18 maja 2015

    Kilka dni temu zabrałem się za dwie książki polskich autorów – za Dzidzię Sylwii Chutnik i Niech to nie będzie sen Daniela Odii. Niestety, Dzidzia niepomiernie mnie rozczarowała, więc już po ok. 40-stu stronicach przerwałem ten niezbyt pasjonujący z nią romans i sięgnąłem po książkę Daniela Odii. I tutaj, ku mojej uciesze, nastąpiła przyjemna niespodzianka: powieść okazała się strzałem w dziesiątkę, wynagradzając mi tym samym rozczarowanie książką pierwszą.

    O czym jest powieść Daniela Odii? Najkrócej rzecz ujmując można powiedzieć, że o przemijaniu i wynikającej z tego faktu tęsknocie za czymś, co bezpowrotnie odeszło – za ludźmi, sytuacjami, zapachami, smakami; to książka o kruchości życia w ogóle, ale też o jego sile i trwałości; to książka poruszająca i mądra, mądra jednak nie tą napuszoną mądrością głoszoną ex katedra, ale zwykłą, życiową, dnia codziennego; to książka o ulotności życia każdego z nas, jego szablonowości, czego symbolem jest nawet nazwisko i imię głównego bohatera – Adam Nowak, jak również i jego małżonki, której na imię Ewa. Ich nazwisko oraz imiona, to w zasadzie pewnego rodzaju symbol, a jednocześnie również wyjątkowość, bo to w końcu imiona pierwszych ludzi na ziemi (przynajmniej tak podaje biblijna mitologia); imiona tak pospolite do bólu, że bardziej pospolite już być nie mogą. Myślę, że w ten właśnie sposób oboje pozostają kwintesencją powielanego od wieków wzorca: jest ona, jest on, są  dzieci (podobnie jak w ww. mitologii również dwóch synów), potem jest zdrada, rozwód, samotność, czy jeszcze gorzej – osamotnienie, i wynikające stąd odseparowanie się od innych oraz następująca nierzadko w takich warunkach bezwarunkowa podróż w głąb siebie, do swojego wnętrza, do świata wspomnień, które uświadamiają nam niezwykle boleśnie w takich sytuacjach jedną niezwykle ważną i prawdziwą rzecz – właśnie owo przemijanie; uzmysławiają nam, że tak naprawdę nic nie trwa wiecznie i że wcześniej czy później wszystko odchodzi.

    Niestety, tak już mam podczas lektury dobrej książki, że nie mogę się pozbyć pewnego rodzaju dychotomii uczuć: z jednej strony chcę wiedzieć, co się wydarzy dalej, jak rozwiną się i potoczą dalsze losy głównego bohatera, z drugiej jednak odczuwam niepokój, że oto wkrótce dobrnę do końca historii i uczta duchowa ku mojej rozpaczy ostatecznie się skończy! Na szczęście to drugie uczucie zwycięża, uświadamia mi ono bowiem, że jeżeli tylko kiedykolwiek poczuję taką potrzebę, to będę mógł sięgnąć po daną książkę po raz drugi, i trzeci, i kolejny, i że tak naprawdę to obcowanie z daną historią i pisarzem nigdy się dla mnie nie skończy, będzie trwać i trwać, mimo znajomości jej zakończenia. Dzieje się tak, ponieważ książki dobre mają to do siebie, że chce się do nich wracać co jakiś czas i czytać je na nowo, od nowa, po nowemu. I ta świadomość jest dobra, bo niezwykle kojąca.

    Czytałem więc dalej Niech to nie będzie sen, a robiłem to z tym większą przyjemnością i satysfakcją, że nierzadko w osobie głównego bohatera odnajdywałem siebie. Mężczyznę w sile wieku, który miał wszelkie dane aby odnieść sukces i znaleźć swoje miejsce na ziemi, spełnić się – może nawet być szczęśliwym – ale któremu z jakiegoś powodu jednak się nie udało. Okazało się bowiem w którymś momencie, że gdy dotychczasowe życie Adama zawaliło się, to na nowe nie miał żadnego pomysłu, żadnego dającego nadzieję wariantu, żadnego materiału, z którego można by jakąkolwiek nową przyszłość zacząć budować. Wszystko legło w gruzach. A jak doszła jeszcze do tego bolesna świadomość utraty rodziców w międzyczasie, czy też wcześniejsza samobójcza śmierć starszego brata, to wtedy dotarło do niego bardzo wyraźnie, że jednak przegrał, zgubił coś po drodze, zagubił się, coś bezpowrotnie utracił. I zapewne dlatego czytało mi się tę książkę tak dobrze, bo nie tyle nawet współczułem gł. bohaterowi, ile razem z nim współodczuwałem, podobnie jak on czułem gorycz i rozpacz, które go trawiły, wypalając dziurę w trzewiach nie do załatania.

    Niech to nie będzie sen, to po prostu kawał dobrej literatury, zbudowanej z dobrych zdań, opisujących prawdziwą historię. Skąd wiem, że prawdziwą? To proste: ponieważ w nią uwierzyłem!

         18.05.2015 r.

08:15, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl