RSS
czwartek, 29 maja 2014

    Od dawna zastanawiam się nad tym, czy jest coś – tak w naszym, pojedynczym życiu, jak i w życiu masowym, nas wszystkich – co determinuje pewne zdarzenia na tyle silnie, że ich konsekwencje poznajemy i odczuwamy natychmiastowo, albo też dopiero w bliższej czy też dalszej przyszłości. I dochodzę do wniosku, że tak jak w życiu osobistym wiele zależy od naszych indywidualnych wyborów, pewnej przypadkowości, tak również w życiu społeczeństw niemało do powiedzenia ma zwykły przypadek, niekonsekwencja, zaniechanie czy też w ogóle brak reakcji rządzących itd., itp., co jest o tyle złe, że może skutkować negatywnymi konsekwencjami już nie tylko indywidualnie, ale, co gorsza, dla większej społeczności.

    Jak wiadomo każdy skutek ma swoją przyczynę. Po prostu „nic” nie bierze się z „niczego”. Podobnie było z naszym pojawieniem się na tym jednym z piękniejszych miejsc we wszechświecie: ziemi. Innymi słowy chodzi o to, że zanim dochodzi do finalnej odsłony jakiegoś ogólnego zdarzenia, coś do niego w sposób logiczny prowadzi. I nieważne, czy jest to bardziej przypadek czy też przeznaczenie, istotne, że jakieś zdarzenie się staje, dokonuje w jakimś określonym czasie i miejscu, co następnie przenosi się na skutki przez nas odczuwalne.

   Taki przykład: Rok 1995, wybory prezydenckie. Studio telewizyjne, gdzie ma się odbyć debata pomiędzy urzędującym jeszcze prezydentem L. Wałęsą, a ubiegającym się o ten urząd A. Kwaśniewskim. Kwestia kluczowa na wstępie tego spotkania, to słowa, jakie L. Wałęsa rzucił do A. Kwaśniewskiego, gdy ten – spóźniony o godzinę, podchodzi do tego pierwszego, chcąc się przywitać; L. Wałęsa poirytowany cwaniactwem swojego rywala rzuca – że podać, to on może mu nogę na przywitanie. I stało się: wybory wygrał A. Kwaśniewski!

   Nie wiem, na ile pomógł mu w tym zwycięstwie ów numer w studio i sprowokowanie L. Wałęsy do irytacji. Wiem, że nie było to bez znaczenia. Dzisiaj to już historia i jako taka przeszła do lamusa. Mnie jednak interesuje co innego. Intryguje mnie mianowicie, co by było, gdyby tamte wybory wygrał jednak L. Wałęsa.

    Myślę, że sprawa jest prosta: L. Wałęsa urzęduje do 2000 roku. Kolejne wybory wygrywa A. Kwaśniewski i, jestem pewien, że urząd ten sprawowałby, tak jak to miało miejsce w minionym czasie, przez dwie kadencje. Gdyby tak się stało, logicznym jest, że wówczas Lech Kaczyński mógłby zostać prezydentem najwcześniej dopiero właśnie w roku 2010. Co to znaczy? Tylko tyle, że nie byłoby 96 ofiar bezmyślnego lotu do Smoleńska. I tyle. I aż tyle! 96 istnień ludzkich byłoby nadal między nami!

    Konkluzja nasuwa mi się następująca: Jak niewiele trzeba, żeby zmienić bieg historii: jakieś negatywne zachowanie, jakieś niepotrzebne słowa i mamy to, co otrzymaliśmy w przypadku debaty: L. Wałęsa – A. Kwaśniewski. A przecież historia tutaj naprawdę mogła potoczyć się zupełnie inaczej. Zadecydował właściwie szczegół – z pozoru głupi, nieważny, po latach jednak nabiera – według mnie – o wiele mocniejszego znaczenia.

        29.05.2014 r.

19:56, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 maja 2014

    Są dwie odpowiedzi na to, co się stało z frekwencją w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego. Pierwsza: ludziom jest dobrze, są szczęśliwi i nie chcą żadnych zmian – co jest raczej myśleniem bajkowym, więc takie rozwiązanie odrzucam; druga natomiast jest taka, że ludzie są zmęczeni działalnością wielu naszych polityków, tym, co i jak mówią, iż postanowili pokazać wyborom swoje cztery litery. I ta odpowiedź wydaje mi się bliższa prawdy.

     Czy dobrze się stało? Uważam że źle, tyle tylko, że każdy miał do tego swoje niezbywalne prawo – tym bardziej, że przyczyn do takiej właśnie postawy jest naprawdę niemało. Pomijając ogromne bezrobocie, kiepskie płace, nadal nie ustaloną najniższą gwarantowaną stawkę godzinowa, umowy tzw. śmieciowe, mamy jeszcze cały szereg innych przyczyn – łącznie z zatrudnianymi np. emerytami mundurowymi, którzy – według mnie – są przeszkodą do zatrudniania ludzi młodych na normalną umowę o pracę.

     Osobiście jestem pewien, że następne wybory – samorządowe, będą miały nie tylko dużo lepszą frekwencję, ale również zupełnie inaczej ukształtują naszą scenę polityczną. To jednak dopiero przed nami. Dzisiaj… dzisiaj mamy to, co mamy, czyli: J. Kaczyński, mimo że przegrał, czuje się zwycięzcą, premier D. Tusk natomiast, pomimo wygranej może się czuć przegranym. Wszystko zależne jest od punktu widzenia i samopoczucia obu panów. Jakkolwiek jednak wygląda to z ich perspektywy, jedno jest pewne: trochę, albo więcej niż trochę przegrała demokracja. Ale że mamy świetny kawałek muzyczny, który wykorzystują nierzadko kibice piłkarscy, więc za nimi zaintonuję: „Nic się nie stało! Polacy nic się nie stało! Nic się nie stało! Polacy nic się nie stało!”:)

    

        Prawda, że od razu robi się cieplej i raźniej na duszy?:))

        28.05.2014 r.

14:54, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 maja 2014

    Nie wierzę w żadne spiskowe teorie dziejów i tym podobne brednie – jest bowiem jedynie wspólnota większych, mniejszych czy też bardzo dużych grup interesów i tyle. Grup tak lokalnych, ogólnokrajowych, jak również międzynarodowych. W tym zawiera się wszystko. Że tego typu wspólnoty przypominają swoim funkcjonowaniem grupy gangsterskie, a na dodatek dotyczą tzw. przykładnych obywateli, to już inna sprawa i od nas – szarych myszek, zupełnie niezależna. Już dawno temu zresztą zauważyli to Niemcy, ukuwając przysłowie: „Mali złodzieje kończą na szubienicy, wielcy cieszą się szacunkiem”. Tyle że istnienie takiego świata to jedno, drugim jest ustawiczne zadziwienie nim i wynikające stąd nasze pytania.

    To, że Państwo i to wcale nierzadko, robi nas, delikatnie rzecz ujmując, w konia – to nic odkrywczego, a tym bardziej zabawnego. Nieraz już pisałem tutaj o Jego samowoli, czy wręcz bandytyzmie. Tak było z OFE przed piętnastoma laty, gdy opozycyjne głosy do tego projektu były bagatelizowane, tym samym wytłumiane; tak też się stało niedawno z podwyższeniem wieku emerytalnego, nie pytając społeczeństwa o zdanie – a przede wszystkim nie zapytano o to geriatrów, którzy mieliby w tej akurat materii do powiedzenia najwięcej; tak też jest w gorącej jeszcze sprawie posłania 6-latków do nieprzygotowanych do tego szkół, i nie jestem pewien, czy również jej kadr. To jednak, co mnie od dłuższego już czasu zastanawia, ale też nieco irytuje, to dziwne liczenie wejść na bloga.

    Mama gdzieś miejsce na blogu – piszę po to, bo chcę się podzielić z innymi z moim oglądem świata. Wejścia na bloga i związana z tym statystyka, to rzecz wtórna. Jednak, jeżeli już taka statystyka jest prowadzona, to chciałbym, aby była rzetelna. Czy jednak rzeczywiście taka jest?

    Otóż mając ok. dwóch tysięcy wejść, pałętałem się w poczytności blogów pomiędzy 800, a 1000-cznym miejscem; gdy tych wejść było prawie cztery tysiące awansowałem o dwieście miejsc – i to wydało mi się logiczne; gorzej zaczęło się dziać, gdy przybyło mi 1400 wejść i przekroczyłem 5200; wówczas mój blog spadł(!) w rankingu o ok. sto miejsc; tydzień później zaliczyłem spadek do 2700, ale moje miejsce nieznacznie się zmieniło, bo jedynie o 25 miejsc na niekorzyść. I teraz bingo: w przedostatnim tygodniu, gdy tych wejść było aż 5400, moje miejsce poszło w dół! Natomiast w ostatnim tygodniu, gdy uzyskałem zaskakująco dobry wynik, bo prawie jedenaście tysięcy, wylądowałem na miejscu ciut lepszym od ostatniego notowania, ale gorszym w chwili, gdy tych wejść miałem „tylko” niecałe cztery tysiące. Pytanie: Czego to dowodzi?

   Oczywiście – takie liczenie może oznaczać dwie rzeczy, pierwsza to taka, że wszystkim relatywnie tych wejść przybywa w danym momencie – co jednak wykluczam, bo to mało prawdopodobne, chociaż oczywiście realne; drugie wyjście, bardziej przemawiające do wyobraźni, ale jednocześnie również o wiele bardziej przygnębiające – następuje delikatna kontrola blogów. Nie wiem, czy tak się dzieje, niemniej…

   Jakiś czas temu w gazecie.pl zamieściłem list dotyczący „Korony” Kielce. List został opublikowany i, chyba mniej więcej po godzinie, zablokowany a następnie zdjęty ze strony. Domyślam się, że na skutek interwencji kogoś z kieleckiego ratusza, albowiem to właśnie miasto jest właścicielem ww. klubu sportowego, a wówczas, tak się składało, zabiegało o strategicznego sponsora, o którego zresztą stara się bezowocnie do dzisiaj. Dziwne? W żaden sposób: Już E. Snowden ujawnił jak ów świat wielkiej polityki działa. Nasz świat – maluczkich – w końcu nie jest od niego oderwany, więc – tak się zastanawiam – czy nie jest czasem tak, że aby nasz świat temu pierwszemu nie zagroził, musi być czasami pod „miękką", ale „ustawiczną" kontrolą? Jak myślicie moi bracia i siostry internetowi? A może ktoś z Was zna odpowiedź, która jest diablo prosta, tylko ja szukam po omacku wiercąc dziurę w całym, hm?

        27.05.2014 r.

05:54, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 maja 2014

   Europejskie wybory parlamentarne za nami. Czym się zakończyły – powszechnie wiadomo. Z mojego punktu widzenia bardzo wątpliwą wygraną partii rozsądnych i znanych, proeuropejskich i przewidywalnych, z punktu widzenia jednak kogoś innego, to wygrana partii skrajnie radykalnych, antydemokratycznych, a tym samym bardzo niebezpiecznych.

   Demokracja, jak wiadomo, ma to do siebie, że człowiek może, ale nie musi. I tak właśnie zareagowała większość naszych obywateli – wypięła się na świat polityki. Gorzej, że dokonując takiego ruchu wypięła się tym samym na Unię Europejską. Oczywiście, ta większość miała takie prawo. Tyle że oddanie głosu w wyborach, to nie tylko nasza dobra wola, to również przywilej(!) ludzi wolnych. Problem w tym, że gdy nie ma się tego typu świadomości trudno wymagać zrozumienia i zaangażowania. Więc siłą rzeczy obu postaw zabrakło. Czym taka absencja może się zakończyć, jaskrawo pokazuje przykład z lat trzydziestych ubiegłego wieku, kiedy do władzy doszedł Hitler i zrobił to w sposób całkowicie legalny, wykorzystując słabość Republiki Weimarskiej. Dzisiaj podobną słabość wykazują struktury demokracji. Czym to się może skończyć dla UE? – do końca nie wiadomo, jednak zagrożenie jest niezwykle duże. I im szybciej sobie to uzmysłowimy, tym lepiej dla nas i Europy.

   Nie będę się tutaj wdawał w długie i głębokie dywagacje, dlaczego stało się tak, jak się stało. Nie będę lamentował: „O, Boże! Jak to możliwe?! To koniec świata!”. Stało się i już. Dzisiaj należy wyciągnąć wnioski z tej historii i naprawić to, co jest złe i niefunkcjonalne. Dzisiaj akceptuję wybór większości spośród zdecydowanej mniejszości – w końcu nic innego tak na dobrą sprawę mi nie pozostało – i próbuję znaleźć w tej sytuacji jakieś pozytywy.

   Do wyborów poszło nas jedynie niecałe 24% uprawnionych obywateli. Czyli ten tzw. żelazny i świadomy politycznie elektorat. Duża jego część myśli inaczej niż ja, więc, co zrozumiałe, również końcowy wynik musiał być odległy od oczekiwanego przeze mnie. Pretensji jednak nie mam żadnych – tak zadecydowała demokracja. Dlatego, jeżeli już w ogóle może być jakaś mowa o żalu, to może on być jedynie w odniesieniu do tych, którzy wybrali wczoraj spacer, lody i opalanie, niż spełnienie obowiązku obywatelskiego.

   Stało się – mleko się rozlało, a teraz zobaczymy, jak będzie kisło. Bo że będzie kisło jestem pewien. Skrajna prawica już o to się postara. Ale to dobrze. Bo ten najbliższy rok działalności w Parlamencie Europejskim wyautuje takich egzotycznych ludzi jak J. Korwin-Mikke i podobnych jemu polityków w wyborach do naszego parlamentu. Jestem pewien, że dzisiejszy triumf zamieni się w nieodległej przyszłości w ich klęskę i eksperyment pod nazwą „skrajna prawica” zakończy się z większym czy też mniejszym hukiem. I to jest właśnie jedyny dla mnie pozytyw minionych wyborów.

       26.05.2014 r.

10:32, adelmelua
Link Komentarze (4) »
niedziela, 25 maja 2014

   Marek Hłasko, w jednej ze swoich książek napisał: „Świat, to gromada zwierząt wałęsających się po gównie. Człowieka łatwo jest określić, wymierzyć w dół – bydlę w nieskończoność. Wszystko zrobi, wszystkiemu uwierzy, wszystko splugawi. Odwaga, ta najprawdziwsza, to sprawa znalezienia dla człowieka górnej granicy, tej ostatecznej – na ile można mu zaufać i czego potrafi dokonać”.

    Nie wiem, czy M. Hłasko napisał prawdę, czy może zanadto sprawę przejaskrawił. Wiem, że od dłuższego już czasu zastanawiam się nad tym, czy właściwym i zasadnym jest postawa permanentnej wiary w człowieka. Taka chorobliwa wręcz postawa nieuleczalnego optymisty. I nie chodzi mi tutaj o ufanie człowiekowi – pojedynczemu, jednemu z nas, rzecz idzie właśnie o wiarę w człowieka jako ludzkiej masy, w nas wszystkich!

    Niestety, im dłużej żyję, im więcej widzę i doświadczam, tym bardziej tracę wiarę w nas – w potęgę naszego rozumu, w naszą wewnętrzną siłę, w inteligencję, poczucie sprawiedliwości i tkwiącą w nas dobroć. Oczywiście, są chwile, kiedy się łączymy, działamy wspólnie w jakiejś sprawie, na przykład w chwilach wspólnego zagrożenia, w obliczu jakiejś katastrofy; wówczas rodzi się w nas niejako bezwarunkowa solidarność ponad wszelkimi podziałami i chęć niesienia sobie wzajemnej pomocy. Gorzej się dzieje gdy zagrożenie mija, gdy tylko stajemy mocniej na nogach, kiedy czujemy się pewniej, wówczas na powrót wraca stare, a my zapominamy o wspólnie przeżytej traumie i znów jesteśmy sobą: małostkowi, zawistni, chytrzy, bezwzględni i okrutni.

   Tego typu myśli dopadają mnie szczególnie najmocniej w sytuacjach, gdy widzę do czego doprowadzić może – i doprowadza! – pragnienie władzy oraz jej niszczące mechanizmy; pragnienie dominacji nad innymi, przewodzenia im, chorobliwe wręcz pragnienie rządzenia, a także posiadania! I wtedy zastanawiam się, czy jest coś, co może człowieka przed najgorszym rzeczami powstrzymać i czy w ogóle coś takiego jest, jeżeli nie zrobiła tego ani pierwsza, ani tym bardziej druga wojna światowa. Czy naprawdę jesteśmy skazani na zawsze na niszczącą moc naszej natury i nigdy nie spoczniemy w tym marszu wzajemnego zabijania siebie, aż nie pozostanie nikt – oprócz ostatniego człowieka, którego ostatnim żyjącym wrogiem będzie on sam?

        25.05.2014 r.

12:15, adelmelua
Link Komentarze (1) »
piątek, 23 maja 2014

   W. Putin poszedł na wojnę z Europą. I Stanami Zjednoczonymi. Rosja nie byłaby bowiem sobą, gdyby nie żyła w konfrontacji, w jakimś uścisku, wynikającym z wydumanego obcego zagrożenia, podczas gdy to ona sama takim zagrożeniem pozostaje dla innych. I nieważne, czy prawdą jest to, co ona mówi, czy nie, istotny jest pretekst, mający uwiarygodnić jej cyniczne poczynania w oczach świata.

    Ale ogromnie mylą się ci, którzy uważają, że Rosji nie można złamać i wskazać jej swojego, właściwego miejsca w szeregu państw. Wystarczy jedynie być solidarnym i nie rezygnować z nacisków polityczno-ekonomicznych. Gdy ten warunek zostanie spełniony jestem pewien, że tylko kwestią czasu będzie pojawienie się niezadowolenia u Rosjan z putinowskich rządów. Bo prawda jest taka, że to Rosja bardziej potrzebuje świata, niż świat Rosji. Im wcześnie tę prawdę zrozumie nasz wschodni sąsiad, tym szybciej ponownie zapanuje ład i porządek polityczny.

   Jeżeli jednak zabraknie zgody i determinacji, jeżeli państwa europejskie nie ograniczą, a następnie z czasem nie wycofają się z kupna od Rosji surowców, na sprzedaży których tak naprawdę ona stoi, wówczas, niestety, ale żadne słowa i manewry nie przyniosą spodziewanych efektów. A takie rozwiązanie będzie oznaczało jedno: zwycięstwo Putina i jednoczesną klęskę kolacji antyrosyjskiej czy też bardziej antyputinowskiej.

   Problem, jaki się dzisiaj pojawił nie jest nowy – on się jedynie dzisiaj unaocznił jak nigdy dotąd i wynika z jednej zasadniczej prawdy: Zachód nigdy nie rozumiał, nie rozumie i nigdy Rosji nie zrozumie! Dzieje się tak z jednego prostego powodu: świat zachodni nigdy nie był jej bezpośrednim sąsiadem. Dlatego jedyna możliwość, aby Zachód pojął jej postępowanie, zrozumiał jej antydemokratyczność, tkwi w tym, o czym pisał Marek Hłasko w swoich „Pięknych dwudziestoletnich”: że tanki na ulicach Paryża na pewno swoje by zrobiły, tworząc tak potrzebną płaszczyznę porozumienia.

  Nie mówię, żeby akurat tam rosyjskie czołgi się znalazły, wykluczyć jednak takiego rozwiązania w przyszłości definitywnie nie można. Tyle rzeczy musieliśmy przyjąć, które wydawały się nam niemożliwe, że ta nie jawi mi się znowu tak absurdalna i niewykonalna. Gorsze niewyobrażalne rzeczy się zdarzały! A Putin… Cóż, pomijając jego nieciekawe dzieciństwo, to w końcu kto jak kto, ale on miał świetne wzorce, miał z czego czerpać pełnymi garściami – jak przystało na rasowego pułkownika KGB! Więc na pewno wie, że nie może zawieść tak dzisiejszych zwolenników, jak i swoich wielkich protoplastów-samodzierżców!

    P.S.

   Rosja i Chiny podpisały 30-letnią umowę na dostawy gazu. Oczywiście w rewanżu za politykę amerykańsko-europejską w odniesieniu do tej pierwszej. Dwa mocarstwa w gospodarczym uścisku. Trzydzieści lat, to szmat czasu – wiele może się wydarzyć. Od zmiany przywódców w tych krajach po zmiany polityczne. Poza tym, co dzisiaj w sposób szczególny zbliża oba te państwa, oprócz konfliktu na linii: Rosja – Europa i Stany Zjednoczone? Właściwie jedno: pogarda dla ludzkiego życia. Czy to wystarczy dla mocnego, trwałego sojuszu obliczonego na lata? Osobiście bardzo mocno wątpię.

        23.05.2014 r.

06:13, adelmelua
Link Komentarze (1) »
czwartek, 22 maja 2014

    Za trzy dni wybory do Parlamentu Europejskiego. Przysługuje nam 51 miejsc. Ile osób z tej liczby będzie europejska w swoich poglądach? – nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że jednak zdecydowana większość. Tyle tylko, że to moje myślenie życzeniowe. Jak będzie, okaże się niebawem – właśnie za trzy dni.

   To, co może źle wróżyć tym, jak i każdym kolejnym wyborom, to sytuacja ekonomiczna każdego z nas; a że większość, tak się składa, nie jest zamożna, więc nietrudno przewidzieć, że radykalne ugrupowania będą miały – już mają! – niezwykle ułatwione zadanie z dotarciem do elektoratu ludzi sfrustrowanych, niedocenianych, źle opłacanych, a także, co istotne, bezrobotnych – szczególnie młodych bezrobotnych! – którzy przyjmą każde głupstwo wypowiadane przez jakiegoś skrajnego w swoich poglądach polityka za dobrą monetę, bo obiecującą jakąś zmianę. Że zmiana ta może być niekorzystna, to już mniej istotne, ważne, że usłyszą: obiecujemy wam zmiany!

    Czy można coś z tym zrobić? Oczywiście, zawsze można. Problem w tym, czy się chce coś zrobić. Zrobić coś w tej materii mogą bowiem tutaj nie tylko rządzący, ale przede wszystkim pracodawcy! Poprzez np. podniesienie poziomu życia swoich pracowników. Czego i tak wcześniej czy później muszą dokonać. Gdy nie zrozumieją tego w miarę wcześnie, gdy nie uświadomią sobie owych zagrożeń na czas tak rządzący, jak i przedsiębiorcy, niezadowolenie społeczne będzie narastać, czego prostą konsekwencją będzie (już jest) wzrost poparcia ugrupowań radykalnych, a gdy to nie przyniesie spodziewanych efektów pozostaną protesty uliczne. Czym oba te zjawiska mogą się zakończyć, myślę, że każdy z nas wie z historii.

   Jedni powiedzą: „I dobrze, takich nam trzeba – wyrazistych! Bo ci pieprzeni liberałowie, socjaliści, czy też przeklęci lewacy doprowadzili nas do ściany: jakieś związki homoseksualne, jakieś drag queen, jakieś parady gejów i lesbijek – to musi się skończyć! Raz i na zawsze! Choćby i za dużą cenę – cenę śmierci innych! Światu bowiem należy przywrócić porządek. Oczywiście, najlepiej boży!”. Bo trzeba wiedzieć, że ci wszyscy, którzy będą nam porządkowali świat, uważają się za kumpli tego, który nas  stworzył. Więc nic dziwnego, że nierzadko ich gęby są i będą pełne frazesów o Bogu, ojczyźnie i honorze oraz pogardy dla inaczej myślących. Ja na takich ludzi i takie ugrupowania reaguję pokrzywką. Dlatego siłą rzeczy należę do „tych drugich”, którzy mówią: „Wybory? Oczywiście, koniecznie! Świat bowiem, to różnorodność, odmienność, kolorowość! To tolerancja, szacunek, kompromis, a nie zapyziałość, nienawiść i organiczna wręcz niechęć do wszystkiego i wszystkich, którzy nie myślą podobnie!

         

             22.05.2014 r.

08:14, adelmelua
Link Komentarze (1) »
środa, 21 maja 2014

    1.Chętnie zacząłbym czytać takie pisma jak „Do Rzeczy”, pod jednym wszak warunkiem: że nie pisaliby tam dziennikarze „od rzeczy”! Chociaż z drugiej znów strony może oni piszą tak, ponieważ znajdują się „W Sieci”? Who knows?:)

    2.Jakiś czas temu pojawiła się u mnie pewna wątpliwość. Okazało się, że mimo iż głosuję na PO, PSL, SLD czy Twój Ruch, to tak naprawdę jestem zwolennikiem PiS-u! Jak? Dlaczego? To proste – ponieważ opowiadam się za: peace – not war!:)

   3.Współczesny „biblijny potop” nawiedził w ostatnich dniach Europę. Nie wiem, czy to preludium do naturalnego Armagedonu czy jeszcze nie – bo ostatnio co parę lat mamy taki „koniec świata” – niemniej ofiar i zniszczeń już jest niemało. Oczywiście to dramat. Nie do opisania i przekazania doświadczalnie. Możemy jedynie współczuć, wspomagać, rozumieć. Cokolwiek jednak zrobimy w takiej sytuacji mnie zawsze nachodzi pytanie: czy takie kataklizmy czegoś w ogóle człowieka uczą, czy są w stanie nauczyć? Ale nie chodzi mi o zwykła ludzką przezorność, rzecz zupełnie zgoła w czym innym: Czy ci, którzy doświadczyli tragedii a byli wcześniej rasistami, homofobami, antysemitami, nadal w obliczu przeżywanego nieszczęścia, pozostają nimi? Czy gdyby Żyd, Murzyn, gej itd. przyszedł im z pomocą, to czy taką pomoc definitywnie by odrzucili? Czy naprawdę różnice, jakie istnieją pomiędzy ludźmi, odmienność i inność mają jakieś znaczenie – i to nie tylko w obliczu nieszczęścia?

   4.Solidarna Polska ustami Z. Ziobry – drugiego cowboya RP (pierwszym jest oczywiście W.C.) ogłosiła, że mają listę pedofilów, jacy znajdują się w Polsce.

    Brawo! Zastanawiam się tylko, ilu na tej liście znajduje się księży, jak myślicie?

         21.05.2014 r.

21:53, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 maja 2014

  Pierwsze: Informacja dotycząca tego, co robił prezes Kaczyński na wałach przeciwpowodziowych. To proste: sprawdzał, czy D. Tuskowi się nie przelewa! Albo: pokazywał premierowi wała! A najpewniej obie te rzeczy wprowadzał w życie Wołodyjowski naszych czasów. Naturalnie Wołodyjowski inaczej!:)

    Drugie: Koniec świata! Spokojnie, nie u nas – na Wschodzie. Ale nie na tym Bliskim, czyli odległym, a bliższym – tym sąsiedzkim. Putin zarządził kolejny odwrót swoich wojsk znad granic z Ukrainą. Niestety, wojska okazują się diablo nieposłuszne i nic sobie ze słów swojego genialnego przywódcy narodu nie robią. Takie postępowanie to najzwyczajniej w świecie zgroza i, tak na dobrą sprawę, nie do przyjęcia. Dlatego, uważam, winni tego nieposłuszeństwa powinni za to zapłacić. Najlepiej własną głową! Ciekawe, czyja poleciałaby jako pierwsza – jak myślicie?:)

    Czy taka sytuacja dziwi? Mnie nie bardzo. Z prostego powodu: Rosja i jej mieszkańcy nie są normalnym krajem, tym samym ich prezydent również nie może za daleko odbiegać od normy. Dzieje się tak dlatego, iż niemożliwym jest zachowanie normalności w kraju, w którym miliony są alkoholikami, kolejne miliony doświadczyły łagrów i zwykłych (cokolwiek tam to znaczy) więzień, a dodatkowo jeszcze inne miliony są narkomanami, gdzie chorzy na AIDS umierają w dziesiątkach tysięcy rocznie! Czy w takich okolicznościach można mówić o zdrowym społeczeństwie i jego reprezentancie, jakim jest prezydent – prezydent, który nie wie, co to demokracja, ponieważ zna tylko język siły i nocnych przesłuchań?

    Spostrzeżenie ostatnie: Pomniki polskiego papieża. Jest ich już 600! Jesteśmy coraz lepsi w tym wyścigu z niektórymi krajami: nie słuchania słów żyjących, a jedynie stawiania im pomników! Dlatego skomentuję to jedynie słowami pewnego człowieka z ławki, którego zobaczyłem wczoraj w TV, a który o jednym z takich pomników „naszego” papieża powiedział:

   – Wie pan, nie potrafię tego wyjaśnić w tej chwili. Musiałbym podjąć pewną kwestię myślenia.:)

      20.05.2014 r.

08:48, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 maja 2014

   Słowo pierwsze: Wstyd mi: błądziłem! Chłopaków w dresach uważałem do tej pory za brutalnych osiłków i ulicznych zadymiarzy, a okazało się, że ci wrażliwi chłopcy z kapturami na swoich pięknych i mądrych głowach, to żadni tam gangsterzy, a współcześni mnisi! Z tą jedynie różnicą, że ci ostatni nie przebywają w swoich osobnych celkach w jakimś tam zakonie. Niestety. Ale że „co się odwlecze, to nie uciecze”, więc jest nadzieja, iż w końcu wcześniej czy później również i oni trafią tam, gdzie powinni i gdzie jest ich miejsce. Osobiście życzę im tego z całego serca. Naturalnie każdemu według zasług – żeby było sprawiedliwie:)

    P.S.

   Ha, teraz już wiem, z czego wzięła się obrona tych biednych chłopców przez Prawo i Sprawiedliwość. Jakież to szlachetne!:)

    Słowo drugie: Ks. Sylwek Zawadzki – ten od pomnika Chrystusa w Świebodzinie – zażyczył sobie, żeby po śmierci jego serce zostało pochowane u stóp króla żydowskiego, który – jak dobrze pójdzie – kiedyś zostanie królem Polski. Pycha tego księdza przeogromna! Nie wiem tylko kiedy większa: za życia, czy jednak po śmierci. Nieważne. Istotny sam pochówek owego serducha.

   Prywatni, anonimowi ludzie mogą mieć różne zdania na ten temat. Jakaś kobieta powiedziała, żeby zostawić i uszanować wolę klechy; jakiś mężczyzna podążył tym samym śladem, mówiąc, że to cały dorobek jego życia, wiec niech zostanie tam, gdzie jest. Pod tymi głosami podpisał się oczywiście inteligentny populista Leszek Miler.

   I świetnie! Dobra nasza! Ja jeszcze dzisiaj sporządzam testament, w którym nakażę pochować swoją rękę, albo nie – nogę! Albo nie – żołądek, bo ten mi zawsze dokuczał, wiec w końcu odseparuję go od siebie. Albo może najlepiej będzie, jak moją biedną, steraną życiem głowę pochowają w ogródku. Najlepiej piwnym, bo towarzyski był ze mnie gość, więc to zawsze milej będzie słyszeć głosy i rubaszne dowcipy. Mam tylko nadzieję, że w razie jakichś przeszkód ujmiecie się za mną. – To pisałem ja: adelmelua! Tymczasem:)

    Na koniec taka myśl mi przyszła do głowy. Myśl jest a propos powyższego wpisu i dotyczy ZUS-u:

    – ZUS(t) mi to wyjął! Teraz w zasadzie już mogę spokojnie czekać sobie na śmierć. Ament:)

          18.05.2014 r.

08:27, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl