RSS
piątek, 31 maja 2013

   Wydawać by się mogło, że w zasadzie nie ma większego sensu pisać o potencjalnych przybyszach z kosmosu, ponieważ do tej pory twardych i namacalnych dowodów ich istnienia nikt nie posiada. Ale tylko z pozoru może wyglądać to na zajęcie jałowe i bezproduktywne. Bo to jest tak jak z wiarą: nikt nigdy nie widział nie tylko samego Boga, ale nawet biblijnego raju czy też piekła, co jednak nie przeszkadza ludziom wierzyć w istnienie tego, co właśnie wyżej wymieniłem. Więc nie jest to jedynie kwestia wiedzy – choćby i tajemnej, ile bardziej odczuć i zwykłych ludzkich pragnień. Po prostu ci, co chcą wierzyć – wierzą, i tyle. Innym zagadnieniem jest sprawa prawdziwości i możliwości udowodnienia istnienia tego, w co się wierzy. Podobnie rzecz się przedstawia właśnie z tzw. przybyszami z kosmosu. Niby ich nie ma, ale... podyskutować zawsze o tym można. Zatem…

   Ostatnio oglądałem program, z którego dowiedziałem się, że jakoby istnieją jakieś plany  odnoszące się do ewentualnej walki z kosmitami, gdyby tacy w końcu pojawili się w tej części wszechświata i zagrozili ziemi. Przyznam, że trochę mnie to skonsternowało, bo zupełnie sobie nie wyobrażam takiej walki. Ba – w ogóle nie wyobrażam sobie podjęcia jakiejkolwiek z nimi walki z szansami na sukces. No, ale pomarzyć zawsze można. Tym bardziej, że człowiek to, jak wiadomo, brzmi dumnie, więc z całą pewnością potęgą jesteśmy i basta! Nikt nam tutaj nie podskoczy!

    To, że dobre samopoczucie i przeświadczenie o swojej potędze to jedno, a realia to drugie – przekonywać chyba nikogo nie muszę. Osobiście uważam więc, że nasze buńczuczne zapowiedzi o jakichś tam planach na wypadek inwazji przybyszów z kosmosu, najzwyczajniej w świecie mnie śmieszą. Z dwóch powodów: pierwszy – to fakt posiadanej przez nich nad nami przewagi. Innymi słowy głupotą byłoby z ich strony udowadnianie tego, co oczywiste. Drugi z kolei powód, to konstatacja wynikająca już z samego faktu ich przybycia tutaj. Innymi słowy chodzi o to, że, jeżeli dotarli do ziemi z innej, na pewno odległej planety, tzn., że dysponują dużo lepszą techniką od nas, czyli znajdują się na znacznie wyższym etapie cywilizacyjnego rozwoju, co w tym przypadku byłoby równoznaczne z możliwością dosyć szybkiego zneutralizowania nas, tym samym również naszego wobec nich zagrożenia. Podejrzewam nawet, że zaczęliby od naszych satelitów, następnie przeszliby do odcięcia nam energii na ziemi, po czym, gdybyśmy zareagowali prymitywnie, czyli użyciem broni konwencjonalnej, zostaliby niejako zmuszeni do wdrożenia fazy trzeciej swojej operacji – eliminacji ludzkiego gatunku. Pytanie jednak, które musi się tutaj pojawić brzmi: po co mieliby to robić? Co by im dało udowadnianie czegoś, co byłoby już wiadome od momentu ich pojawienia się tutaj? Przyznam, że nie wiem. I mocno wątpię w taki hipotetyczny rozwój wydarzeń. Pokonanie nas bowiem nie przedstawiałoby dla nich żadnych trudności, więc satysfakcja z odniesionego zwycięstwa również byłaby marna, żeby nie powiedzieć groteskowa. Dlatego śmieszą mnie owe informacje czy zapowiedzi posiadania jakichś planów obronnych na wypadek przybycia tutaj kosmitów. Tak naprawdę nie mamy nic i niczym sensownym nie dysponujemy w razie ich ataku. Myślę, że naszą najlepszą i najskuteczniejszą bronią w takiej sytuacji może się okazać jedynie pokojowe nastawienie. I Tyle. Dzisiaj powinniśmy się raczej skupić na realnym zagrożeniu, jakim może się okazać uderzenie w ziemię jakiejś zabłąkanej w przestworzach asteroidy. Innymi słowy zagrożenie kosmiczne tak, ale na pewno nie pochodzące od kosmitów! Bo efekty takiego zderzenia z ziemią na pewno będą daleko bardziej tragiczne niż ewentualne spotkanie z owymi przybyszami. Co zresztą w ostatnim czasie, tak myślę, świetnie unaocznił wszystkim niedowiarkom, chociaż w niewielkim może zakresie, meteoryt, którego fragmenty spadły w okolicach Czelabińska w Rosji. Piszę świadomie „spadły”, bo gdyby doszło do silnego uderzenia meteorytu o większej masie, mielibyśmy do czynienia z dużo bardziej opłakanymi konsekwencjami tego zdarzenia. Na szczęście skończyło się jedynie na materialnych zniszczeniach. Na razie. Następny raz może się okazać już nie tak pomyślny.

     31.05.2013 r.

10:33, adelmelua
Link Komentarze (6) »
czwartek, 30 maja 2013

   Idioci bywają różni. Tak było, jest i zapewne będzie po wieki wieków. Są idioci tzw. pożyteczni – jak ponoć nazwał Lenin dziennikarzy i intelektualistów zachodnich, którzy wbrew doniesieniom ze Wschodu o masowych represjach i zbrodniach, jakie miały miejsce w tej części Europy, uparcie i ślepo bronili idei komunizmu i jej przedstawicieli. Są też idioci zwykli, tzn. pospolici, których spotkać nietrudno, bo nierzadko bywają naszymi sąsiadami czy też współpracownikami. (Osobiście mam takiego o poetycko brzmiącym imieniu – „bukowy łeb”.) Ale jest też trzecia grupa idiotów i ta jest najgorsza, bo najbardziej niebezpieczna, to idioci cwani. A niebezpieczni są dlatego, że właściwie takimi pozostają jedynie w naszych oczach, natomiast w ścisłym znaczeniu tego słowa idiotami nie są. Innymi słowy są kutymi i bitymi na cztery łapy cwaniakami! Dlatego tych należy się obawiać najbardziej, ponieważ są niezwykle przebiegli. A przebiegłość tę szczególnie wyraźnie widać u polityków. Pal licho, gdy działają sobie a muzom, gorzej, jeżeli ich działalność przekłada się bezpośrednio na nasze życie. Bo dotyka ona wtedy w sposób bezpośredni i nierzadko niezmiernie dotkliwy nas wszystkich, co z kolei może wyprowadzić z równowagi i w ogóle nerwowo rozstroić.

    Takimi właśnie idiotami, naturalnie jedynie w moim odczuciu, pozostają ci, którzy próbują na siłę uszczęśliwiać innych, czyli również i mnie. Określenie „na siłę” jest tutaj kluczowe, ponieważ w zasadzie mówi wszystko. Ci „uszczęśliwiacze” bowiem wiedzą lepiej nie tylko, czego świadomie potrzebuję, oni mają również pewność, że wiedzą czego mi potrzeba, gdy nawet sobie tego nie uświadamiam, bo o tym w ogóle nie myślę! Tak było np. z wprowadzeniem tylnymi drzwiami religii do szkół i przedszkoli, gdzie została już poprzez zasiedzenie, i tak jest również dzisiaj, gdy mówi się mnie i innym o zakazie handlu w niedzielę, bo dzień ten – według tych szczwanych lisów – należy odpowiednio czcić i szanować, czyli przede wszystkim najpierw spełnić swój obowiązek, tj. pójść do kościoła, oczywiście z rodziną, a następnie przykładnie odpoczywać na łonie rzeczonej wyżej rodziny. Chociaż tak po prawdzie odpoczynek jakiegoś poczciwca nikogo nie obchodzi, ważniejszy, ba – najważniejszy w tym miejscu jest obowiązek zameldowania się w tym dniu w kościółku i rzucenia odpowiedniego datku na tacę. Ot i całe dno tej głośnej akcji. Problem tylko w tym, że zamknięcie sklepów w tym dniu wszystkich nie zbawi i żadnego problemu nie załatwi, wręcz przeciwnie – gdyby to tego doszło wielu odczułoby konsekwencje takiej decyzji bardzo szybko na własnej skórze. Oczywiście w sposób negatywny, gdyby musieli pożegnać się z dotychczasową pracą, ponieważ okazałoby się, że normatyw miesięczny do przepracowania skrócił się na tyle, że do wykonania danego zadania wystarczy mniejsza ilość zatrudnionych pracowników. Zaskoczenie? Dla mnie żadne. Dla tych cwanych idiotów zresztą również. Bo rzecz tak naprawdę nie w ich trosce o dobro innych, oni interes ogółu mają głęboko w dupie! Rzecz przede wszystkim w interesie Kościoła i księży. To ich interes jest zagrożony, to oni muszą wyjść zwycięsko z tej konfrontacji. Cała reszta wokół tego zagadnienia to zwykła obłuda i hipokryzja bogobojnych, cwanych lisów.

     30.05.2013 r.

13:31, adelmelua
Link Komentarze (2) »
środa, 29 maja 2013

    Od pewnego czasu zewsząd słychać zawodzenie: społeczeństwo się starzeje, dzieci rodzi się coraz mniej, więc za kilka lat efekt tego będzie taki, że… nie będzie miał kto pracować na nasze emerytury, bo niż demograficzny! No po prostu straszność! I może nawet przyjąłbym tak katastroficzną wizję przyszłości, gdyby nie dwa zastrzeżenia. Pierwsze z nich jest następujące: na swoją emeryturę, o ile mnie pamięć nie myli – a jeszcze na szczęście mnie nie myli – zapracowałem sobie uczciwie sam i jeszcze zapracowuję, również w drugim jego filarze. Więc tutaj nikt – ani ZUS, ani FE, ani nasi potomkowie, ani też rząd żadnej łachy mi nie robi, że te pieniądze mi wypłaci, bo one najzwyczajniej w świecie będą mi się należały! I nikt dodatkowo na moją emeryturę pracować nie będzie musiał. A jeżeli rząd nie ma dzisiaj na to pieniędzy, to niech w końcu zrobi prawdziwe reformy tam, gdzie te pieniądze się znajdują. Albowiem obowiązkiem rządu i ZUS-u jest znalezienie tych pieniędzy.

  Drugim zastrzeżeniem jest – według mnie – przedwczesna panika dotycząca niżu demograficznego, który jakoby już zaczyna nas dotykać. Dlaczego  piszę, że to przedwczesna panika? Bo w nią po prostu nie wierzę. A nie wierzę z jednego prostego powodu: większość z nas – powtarzam: większość! – tych urodzonych już po wojnie, za dziesięć, góra piętnaście lat w sposób naturalny z tego świata odejdzie, więc rodzących się będzie i tak więcej niż umierających. Dlatego bicie dziś na alarm, że niż demograficzny, że za długo żyjemy, to zwykła panika, hucpa polityczna i mydlenie oczu. Bowiem ta katastroficzna wizja przyszłości ma tyle wspólnego z rzeczywistością, co obietnice sprzed czternastu lat o naszych emeryturach w Funduszach Emerytalnych. Tutaj również miały być wyjazdy zagraniczne, hamaki, słońce, fale morskie i w ogóle sielanka! Wystarczyło tylko wybrać jakiś Fundusz, a wszystko na wyciągnięcie ręki. Oczywiście po ukończeniu 65. lat! Dzisiaj okazuje się, że już 67 nie wystarcza. Zanim przejdziemy na emeryturę jest nadzieja, że będzie to lat 70! Ale oczywiście wszystko w naszym zasięgu. Jak woda na pustyni. Wystarczy tylko wyciągnąć rękę i… okazuje się, że oto znów padliśmy ofiarą mirażu. Wody, którą moglibyśmy ugasić pragnienie, nie ma, jest za to kolejna prawda objawiona nam przez polityków: musimy dłużej pracować, a dzieci wcześniej wysyłać do szkoły. To dzisiaj według nich ta właściwa i jedyna recepta, już nie na świetlaną przyszłość, ale najzwyczajniej w świecie jedynie znośną. Innymi słowy z jednej strony będziemy mieć na tyle za małą emeryturę, żeby dostatnio z niej żyć, z drugiej zaś na tyle za dużą, żeby umrzeć. Krótko mówiąc znajdziemy się między młotem, a kowadłem. Takie dolce vita inaczej;)

    Dlatego powiem dzisiaj tak: panowie politycy, jeżeli nie umiecie przeprowadzić reform, ale naprawdę niezbędnych, jeżeli nie macie wizji wyjścia z kryzysu, jeżeli nie macie całościowego pakietu zmian, nie populistycznych a rzetelnych, to zabierzcie się lepiej za pasanie krów! Dzisiaj gra na zwłokę i przeczekanie może jest i dobre, ale tylko wtedy, gdy jest się mocnym, a osłabienie dopadło nas tylko chwilowo. W normalnych warunkach taka gra to w konsekwencji porażka. Dzisiaj bowiem gra toczy się o nasze życie – życie dużo bardziej świadomego społeczeństwa! Przynajmniej tak to wygląda z mojego punktu widzenia.

    29.05.2013 r.

10:41, adelmelua
Link Komentarze (5) »
wtorek, 28 maja 2013

    W ostatnim czasie w kilku stacjach telewizyjnych obrodziło programami muzycznymi niczym grzybami po deszczu. Po „Szansie na sukces” czy „Idolu”, pojawiły się „X Factor”, „Must Be The Music”, „The Voice of Poland”, czy „Mam talent”, którego formuła jest znacznie szersza, ale w którym przedstawicieli świata muzycznego również pojawia się niemało. Zatem możliwości pokazania się i zaprezentowania szerszej publiczności swoich umiejętności wokalno-instrumentalnych w zasadzie nie brakuje. Jako że są to programy cykliczne, ukazujące się sezonowo, widać,  że cieszą się one dużą popularnością nie tylko wśród jej uczestników, ale również publiczności. I świetnie! Szkoda by było zmarnować choćby jeden talent, który jest wart zauważenia. Chociaż zapewne znalazłoby się tutaj wielu takich, którzy powiedzieliby: „Żadna strata. Świat do tej pory się nie zawalił z tego powodu, więc i teraz nic mu nie będzie. Są dużo ważniejsze sprawy, niż jakieś tam muzykowanie! W końcu: Śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej… – jak wyśpiewał w swoim opolskim hicie Jerzy Stuhr, więc, jak już ktoś bardzo pragnie sobie pośpiewać, to droga wolna – może to robić do woli w kuchni, w samochodzie, na dworze, wszędzie, ale niekoniecznie od razu przed kamerami!” Że to prawda właściwie tylko połowiczna, bo osób z takim poglądem, czyli niezainteresowanych jest mniej niż więcej – przekonywał nikogo nie będę, mnie w końcu chodzi o tę drugą część publiczności, która z przyjemnością takie programy ogląda. Dlatego po kolejnym z nich pojawiła się u mnie pewna refleksja, mianowicie: dlaczego do tej pory nie ma programu, w którym występowałyby tylko zespoły i wokaliści posiadający już swój własny repertuar, a nie zajmowali się jedynie z lepszym czy też gorszym skutkiem odtwarzaniem coverów? Dlaczego właśnie nie stworzyć takiego programu, w którym stawiano by nie tylko na wokal, ale również na to, co dany artysta ma do zaproponowania od siebie, przy nieraz niezbyt oszałamiającym głosie? Oczywiście, tacy muzycy pojawiają się również w dotychczasowych programach, jednak widzę też, jak wielu z nich przepada w konfrontacji ze świetnymi wokalistami, nierzadko przecież ograniczającymi się jedynie do odtwarzania tego, co już powstało. Dlatego chciałbym, żeby taki właśnie program powstał. W tym bowiem zakresie panuje najzwyczajniej w świecie posucha. I nie myślę, żebym w tym pragnieniu był bardzo odosobniony.

     28.05.2013 r.

05:46, adelmelua
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 27 maja 2013

    Może nie mamy zawodników na dwie wyrównane i dobrze grające reprezentacje piłkarskie, jednak na jedną, solidną, myślę, że jest ich aż nadto. Wymieniał nazwisk nie będę, ponieważ każdy, kto choć trochę interesuje się piłką nożną od dawna dobrze je zna. Powiem może tylko tyle, że trzech z nich gra w Borussi Dortmund, która przedwczoraj właśnie grała w finale Ligii Mistrzów, kilku znajduje się we Francji, jeszcze kilku w Niemczech, reszta w Turcji, Rosji, Francji czy Włoszech. Pytanie zatem, jakie w związku z tym musi się tutaj pojawić jest następujące: Dlaczego, mimo posiadania kilkunastu grających na przyzwoitym europejskim poziomie piłkarzy, nie doczekaliśmy się może nie wybitnej, ale solidnej reprezentacji?

    Zapewne na tak postawione pytanie odpowiedzi, diagnozujących stan polskiej piłki, padłoby wiele. Nie wiem, ile byłoby trafnych, albo bliskich trafienia celu, ja odpowiedź mam następującą: to, że jest tak, jak jest, to kwestia tego, kto jest trenerem. Samochód bowiem jedzie tak, jak prowadzi kierowca. W piłce nożnej nie jest inaczej – piłkarze grają tak, jak trener ich przygotuje i jaki nakreśli strategiczny plan gry. Proste. Tym bardziej klarowne, że futbol w ogóle nie jest dyscypliną jakoś szczególnie skomplikowaną. Pytanie zatem, drugie, jakie należy tutaj postawić, brzmi: Jakiego więc mamy trenera?

    I tutaj pojawia się problem. Bo przyznam, że do dzisiaj tego nie wiem. Znam go jedynie z nazwiska i imienia. Wiem, jak wygląda i… to wszystko. Jakim jest trenerem? – nie mam pojęcia. Niemniej kibicowałem mu, gdy zostawał selekcjonerem polskiej reprezentacji, obdarzając go dużym kredytem zaufania. Postąpiłem tak, jak zapewne postąpiło wielu Polaków, bo tak nakazuje przyzwoitość i zwykła uczciwość: żeby kogoś rozliczać z wykonania powierzonego mu zadania, należy najpierw dać mu szansę jego wykonania. W. Fornalik taką szansę od kibiców otrzymał. Czy ją wykorzystał?

   Na samym początku były nawet symptomy, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Reprezentacja zaczęła eliminacje do mistrzostw świata może bez szału, ale jednak obiecująco. Dlatego tym bardziej czułem satysfakcję z trafnego wyboru. Niestety, czas nie okazał się sprzymierzeńcem trenera i reprezentacji – ta bowiem z meczu na mecz grała coraz gorzej. Jej nijakość i słabość wykazały szczególnie mecze z Estonią, Urugwajem czy choćby Irlandią, a sromotnie przerżnięte spotkanie z Ukrainą tylko ten żałosny stan potwierdziło. Dlatego dzisiaj wiem jedno: reprezentacji prezentującej dobry solidny futbol, niestety, nie mamy. To znaczy ona oczywiście jest, ale od jakiegoś czasu jakby jej nie było. A teraz, gdy jeszcze, który zrezygnował z gry w niej do momentu, gdy trenerem będzie W. Fornalik, jeszcze bardziej jej nie ma. Innymi słowy o zakwalifikowaniu się na mistrzostwa świata możemy raczej zapomnieć. A to dlatego, że L. Obraniak był tej kadry zawodnikiem kluczowym. Z jego podań padało najwięcej bramek, a i on sam nierzadko rozstrzygał losy meczu, decydując się na jakiś piękny strzał z reguły zza pola karnego. Dlatego myślę, że bez niego może być tylko jeszcze gorzej. Krótko mówiąc: nie ma reprezentacji, bo nie ma w niej postępu i, podejrzewam, ponieważ nie ma w niej również odpowiedniej atmosfery. A ta, jak wiemy, niezbędna jest szczególnie w grach zespołowych. W innym przypadku o jakimkolwiek sukcesie można zapomnieć.

    Ja wiem, że W. Fornalik jest w dużo gorszej sytuacji niż F. Smuda. Nie ma tyle czasu co ten ostatni i w zasadzie musi ją budować z marszu, w trakcie rozgrywania meczów eliminacyjnych do mistrzostw świata. Ale czy L. Benhaker miał inne, lepsze warunki? Oczywiście że nie, dla niego były one nawet dużo gorsze! Ponieważ oprócz wsparcia kibiców miał przeciwko sobie wszystko, co było związane z zawodową piłką w Polsce, łącznie z tragicznym prezesem PZPN! Jednak te przeciwności nie stanęły na przeszkodzie w osiągnięciu przez niego sukcesu: jako pierwszy trener naszej reprezentacji zakwalifikował się do mistrzostw Europy. A dodatkowo zrobił to w cuglach, wygrywając eliminacje! Sukces oczywiście doceniono. Były więc podziękowania, uśmiechy, zadowolenie wszystkich. Potem nastąpiło jeszcze bardziej huczne, spektakularne i najzwyczajniej w świecie chamskie zrzucenie go ze stołka trenerskiego. Niespodzianka? Żadna. Kultury po prostakach z PZPN, zarządzanej wówczas przez G. Latę, spodziewać się raczej nie było można. Nastąpiła więc totalna obsuwa. Czy zatem L. Benhaker miał łatwiejsze zadanie niż dzisiaj W. Fornalik? Nie. Czy podołał zadaniu? Jak najbardziej. Czy obecny trener również da sobie radę, czy okaże się trenerem na miarę swojego holenderskiego poprzednika? Chciałbym. Jednak rozum, niestety, podpowiada mi, że może być jedynie gorzej. A sama wiara tutaj, jak wiemy, nie wystarczy. Ta bowiem grozi manowcami. Może się okazać przydatna na pospolite ruszenie, jakiś jednorazowy zryw, na maraton jednak to już stanowczo za mało. Dlatego o ile przy osobie L. Benhakera czułem się spokojny o grę reprezentacji i jej przyszłość, o tyle przy W. Fornaliku towarzyszy mi od jakiegoś czasu jedynie niepokój i pytanie: na co stać polskich piłkarzy? Czy potrafią się wspiąć na szczyty, czy pozostaje im tylko bieganie na nizinach, a nam przy okazji frustracja i rozczarowanie? Dzisiaj wiem jedno: że z meczu na mecz reprezentacja gra coraz gorzej. A to nie napawa optymizmem. Nawet wówczas, gdy jest się optymistą nie tylko  z wyboru, ale również z urodzenia!

       27.05.2013 r.

07:34, adelmelua
Link Komentarze (6) »
niedziela, 26 maja 2013

   Miejsce i czas akcji: południowo-wschodni Londyn, środowe popołudnie 21 maja. Ginie 25-letni mężczyzna. Żołnierz. Jego zabójcami są dwaj ciemnoskórzy młodzi ludzie. Kolor skóry jest tutaj jednak bez znaczenia, dużo bardziej istotna jest przynależność religijna – obaj są wyznawcami islamu. To też byłoby bez znaczenia, gdyby nie jedno „ale”. Otóż jeden z morderców, wychowywany od urodzenia w wierze chrześcijańskiej, w pewnym momencie przechodzi na islam i ulega radykalizacji.

   To, że okrucieństwo nie uznaje żadnych granic i nietykalności nikogo – to wiemy i w żaden sposób nie zaskakuje. Mnie w tym konkretnym przypadku intryguje co innego: tak ofiara, jak i jej oprawcy są rdzennymi Anglikami, a mimo to ci ostatni nimi się nie czują! Słowa, które jeden z nich wypowiada, dobitnie o tym świadczą. Mówią one o tym, że mentalnie należą oni do innego kręgu kulturowego i z całkiem inną częścią świata i wartościami się identyfikują. I to jest dla mnie najważniejsza i kluczowa tutaj sprawa. Bowiem to wydarzenie wykazuje w sposób szczególnie jaskrawy, że wszystkie kraje, w których znajduje się muzułmańska mniejszość ma bardzo poważny problem, ten problem, to islamski radykalizm! Tym bardziej niebezpieczny, że, jak się okazuje, nawet miejsce urodzenia nie jest żadnym gwarantem lojalności obywatela wobec swojego państwa i jego społeczeństwa. A jeżeli tak się dzieje, to znaczy, że nikt nigdzie nie może czuć się bezpieczny! I to jest najbardziej przerażające, bo żadnego środka zaradczego na to nie ma. Świat w tym momencie stał się jedną wielką i niekontrolowaną wieżą Babel, w której zaszły procesy najzwyczajniej w świecie nieodwracalne. Nie chcę przez to powiedzieć, że należy z tego powodu jakoś szczególnie bojkotować islam. Nie w tym rzecz. Ale z całą pewnością  należy wobec niego wykazać o wiele większą ostrożność. Bo to nie jest tak, jak głosi islam wszem i wobec, że jest religią jedynie miłości i pokoju. Ja dostrzegam w nim jednak sporą dawkę agresji i nie mniejszą nietolerancji.

     26.05.2013 r.

13:44, adelmelua
Link Komentarze (2) »
sobota, 25 maja 2013

    Zapewne w moim przypadku było tak, jak w większości chłopięcych przypadków: świat poza piłką mógł nie istnieć i – nie istniał! Ale tak było kiedyś, „kiedy byłem małym chłopcem…” Dzisiaj widzę nie tylko to, jak wówczas mój świat był mały, ale w ogóle jak bardzo był mikroskopijny, skoro nie można było go dostrzec spoza futbolówki. Może powinienem grać w klasy albo w gumę, może wtedy lepiej bym na tym wyszedł, przeżyłbym mniej rozczarowań – kto wie?

    Wraz z upływem czasu, co naturalne, moje postrzeganie otaczającego mnie świata zaczęło się zmieniać. Na piłkę kopaną siłą rzeczy również. A im więcej przybywało mi lat, tym bardziej się od niej oddalałem. Nawet jako kibic. W końcu dobrnąłem do takiego punktu, w którym futbol stał się dla mnie jedną z bardzo wielu równoważnych dyscyplin sportowych. Krótko mówiąc czas zrobił swoje. Sama piłka nożna również nie była bez winy, więc nic dziwnego, że efektem tego stał się mój wobec niej dystans. Dystans tym bardziej zrozumiały, że stadiony piłkarskie zaczęły przypominać – oczywiście nie wszystkie – areny kumulujące ogromne ilości negatywnej energii. Innymi słowy doszło do potwornej degeneracji tej dyscypliny sportu. Przyczyn takiego stanu zapewne można by wskazać wiele, jednak najistotniejszym bez wątpienia pozostają pseudokibice, czyli kibole. Zwykli chuligani, którzy w wyniku pobłażliwości prawa nadużywają wolności, z jakiej się cieszą. Dlatego dzisiaj nierzadko mamy na stadionach do czynienia z watahami starożytnych Hunów i Wandali.

    Od kiedy tylko pamiętam piłka nożna zawsze grała na ludzkich emocjach. Wiele zresztą zawodów sportowych potrafi podnieść ich poziom, a ludzi rozgrzać do czerwoności. Ale dawniej wszystko miało swoje miejsce – również przekleństwa i obelgi. Dzisiaj w wyniku działalności grupek prymitywnych kiboli coraz częściej stadiony przypominają obszary niekontrolowanych walk, gdzie nie tylko drugi człowiek jest wrogiem, ale również rzeczy martwe: jak ogrodzenie, krzesło, baner reklamowy czy oświetlenie boiskowe, słowem wszystko to, co można zniszczyć. Dlatego w tym miejscu musi się pojawić pytanie: co dalej? Czy jest na to jakiś środek zaradczy? Co zrobić, aby atmosfera na stadionach przypominała święto sportu i rozgrywającego się tam właśnie wydarzenia?

   Oczywiście że rozwiązania są – począwszy od tych łagodnych, związanych z aspektem finansowym, a skończywszy na najbardziej brutalnych, bo fizycznych. Można by również zawiesić na jakiś czas rozgrywki ligowe. Tylko to z kolei nie jest najlepsze wyjście, ponieważ tak naprawdę poszkodowanymi byliby nie prowokatorzy tego stanu, a sami piłkarze oraz prawdziwi kibice. Dlatego myślę, że kara finansowa tak, ale na tyle koszmarnie duża, żeby jednemu z drugim idiocie nie opłacało się wszczynać na stadionie burdy. To chyba na dzisiaj rozwiązanie najlepsze. Gdyby jednak ono nie pomogło, pozostaje zasądzenie kary więzienia. Myślę, ba – jestem pewien, że bardzo szybko takie środki przyniosłyby pożądany efekt.

       25.05.2013 r.

07:38, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 maja 2013

   Obejrzałem i wysłuchałem wczoraj rozmowy z Grzegorzem Schetyną. W jej trakcie padło pytanie, czy będzie kandydował na szefa PO. Oczywiście nie odpowiedział, tzn. wprost nie odpowiedział. Dziennikarz naciskał, marszałek sejmu jak mógł unikał jednoznacznej odpowiedzi-deklaracji. Powód? Myślę, że prozaiczny: jeszcze nie wie, czy w wyborach wystartuje Jarosław Gowin. A ta akurat wiedza w tym przypadku jest niezbędna i kluczowa do podjęcia decyzji o kandydowaniu. Dlaczego? Bo G. Schetyna jest nie tylko odpowiedzialnym politykiem, ale również przyjacielem premiera i wie, że zgłaszanie kolejnego kandydata w wyborach na szefa partii, to niepotrzebne i niebezpieczne rozproszenie głosów. Na to, gdy chce się kontynuacji dotychczasowej polityki, pozwolić sobie nie można. Inny wybór bowiem, to inne oblicze Platformy – o wiele bardziej konserwatywne. Czy tego by chciał marszałek sejmu? – mocno wątpię. Dlatego z deklaracją na szefa partii może nawet nie tyle zwleka, co w tym akurat momencie najzwyczajniej w świecie ją wyklucza. On jest i chce być lojalny wobec premiera, bo wie, że integracja wewnątrz partii jest priorytetem – tym większym, gdy w perspektywie widnieje dla niego realna szansa na zastąpienie kiedyś D. Tuska. W końcu nie przypadkowo od lat święci triumfy powiedzenie, że: „cierpliwi będą nagrodzeni”. Więc G. Schetyna jest cierpliwy, niezmiernie, i nie zrobi nic, co by dzisiaj zaszkodziło premierowi. Oczywiście, ich cele mogą się różnić jakimś niuansami, jednak droga jest wspólna. Ta droga to zakonserwowanie dotychczasowego status quo, to droga do utrzymania władzy.

      24.05.2013 r.

05:46, adelmelua
Link Komentarze (4) »
czwartek, 23 maja 2013

   Dzisiaj dla odmiany, zamiast tradycyjnego wpisu, list. Pierwszy z zaplanowanego szeregu, które do dzisiaj jednak nie powstały. Stwierdziłem bowiem w pewnym momencie, że na ich pojawienie się jest jeszcze czas. Zapewne zbyt optymistycznie podszedłem do tematu z tym czasem, niemniej pisanie ich postanowiłem odłożyć na później. Może nie byłem na nie gotowy, może nie było we mnie na tyle silnej woli, żeby temat kontynuować, a może najzwyczajniej w świecie nie chciało mi się drążyć tematu. Jakkolwiek było, podjąłem decyzję, żeby przedstawić go jednak dzisiaj w tym miejscu. Może jako argument dotyczący mojego wpisu dotyczącego rozmowy z kolegą z pracy. Może. A może patronował mi inny cel. A oto on:

Witaj, Tęsknotko---                                                                

   Widzisz – i znów piszę do Ciebie. To jest kolejny list który, w odróżnieniu do poprzednich, do Ciebie już jednak nie dotrze: fizycznego adresata brak. A poczta tam, gdzie obecnie się znajdujesz, nie dochodzi. Mimo to jednak piszę. Piszę, bo... Bo mam Cię we krwi jak narkotyk, którego nie sposób się pozbyć. Nie znam zresztą skutecznego sposobu na tego rodzaju detoks. I nie chcę znać! Dobrze mi z tym uzależnieniem. Bo usunąć Cię ze swojego krwiobiegu, znaczyłoby pozbawić się przeszłości – przeszłości z Tobą! Usunąć Cię ze swojego myślenia, z siebie. A ja nadal noszę Ciebie w sobie, nadal tkwisz w najgłębszych zakamarkach mojego ciała – delikatną pieszczotą, czułym spojrzeniem, niedopowiedzianym gestem, mądrym słowem, a także milczeniem. Ale jakże wiele mówiącym milczeniem! Tym wszystkim dla mnie jesteś. I będziesz. Bo... Bo byłaś! A byłaś tym wszystkim i wieloma jeszcze innymi rzeczami, których nie sposób tutaj wymienić. Byłaś wszystkim – wszystkim dla mnie! Stąd ten list. I następne, które nastąpią. Będę je pisał do Ciebie, nieprzerwanie, aż do chwili gdy... gdy znów się spotkamy i... i wtedy nic nie będzie ważne – bo ponownie będziemy należeć do siebie! Tylko. Jak dawniej. Dzisiaj jednak żegnaj, Kochanie, i do spotkania wkrótce. Twój – ja... 

     23.05.2013 r. 

10:45, adelmelua
Link Komentarze (9) »
środa, 22 maja 2013

   Jestem właśnie po wysłuchaniu koncertu zespołu Kapeli ze Wsi Warszawa i po raz kolejny przekonuję się nausznie, jak wyjątkowe mamy zespoły i jak wielobarwną tworzą one muzykę. Nie będę tutaj przytaczał ich nazw, bo lista byłaby niezmiernie długa, napiszę jedynie o czymś, co dla mnie od dawna pozostaje niezrozumiałe i jest nie do przyjęcia. Chodzi mianowicie o obecność tej muzyki w radiowym eterze, a właściwie jej nieobecność.

   Jak wiemy w ostatnich latach w telewizji wykluło się sporo programów muzycznych, w których pojawiło się sporo utalentowanych wokalistów (wokalistek oczywiście również), ale też profesjonalnie grających zespołów. Efekt tego jest taki, że wiemy o ich istnieniu i… to wszystko. Tutaj zaczynają się tzw. przysłowiowe schody. Okazuje się bowiem wtedy, że oprócz radiowej „Trójki”, która od zawsze promowała polskich wykonawców, tak naprawdę w innych stacjach radiowych panuje w odniesieniu do nich kompletna posucha i chcąc wysłuchać danego artystę przed wydaniem jego debiutanckiej płyty, skazani jesteśmy na grzebanie w internecie. I tyle. Nie chcę przez to powiedzieć, że tej muzyki nie ma w ogóle – Radio Plus na przykład gra ją, ale w zasadzie większość w nocy. Poza tym w tej katolickiej rozgłośni akurat nie wszystko może się znaleźć na antenie. Niemniej chwała im i tak za to, co robią, ponieważ na tle innych stacji są rodzynkiem. Jakieś Zetki, Eski czy inne RMF-y przede wszystkim tłuką byle jakie zachodnie gnioty o niczym, i to na dodatek na okrągło, jakby były zapętlone. Przyznam, że nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Jedyna sensowna odpowiedź, jaka się tutaj pojawia, to taka, że jak nie wiadomo o co chodzi, to najpewniej chodzi o pieniądze. Tylko wierzyć, że stacje radiowe są przekupywane przez np. menedżerów zachodnich wykonawców, żeby ich utwory były jak najczęściej w nich puszczane, to zakrawa na absurd. Ale czy niemożliwy? Nie wiem. Wiem tylko, że polskich artystów w stacjach radiowych traktuje się po macoszemu, niejako per noga. Są bo są, ale niekoniecznie musimy ich grać. No, chyba że zmusi nas do tego jakaś ustawa. Ale i to da się obejść, więc… nihil novi. Jest pięknie, bo interes dalej się kręci bez większych wstrząsów.

   Pal licho, gdyby po drodze nie było pewnych znaczących kosztów takiego stanu. Niestety, one są. Ponieważ owo targowisko odbywa się kosztem rodzimej kultury, a tym samym również nas samych. Bo my również pośrednio stajemy się ofiarami tak prowadzonej polityki kulturalnej – że nie wspomnę już o samych artystach, najbardziej zainteresowanych tym problemem! Zamiast bowiem pielęgnować to, co już mamy, a także inwestować środki finansowe, energię i czas w projekty rozwojowe polskiej sceny muzycznej, następuje jej lekceważenie i wyrzucanie poza nawias. Jakby była czymś gorszym od byle jakiego produktu z Zachodu. A przecież tak nie jest! Tyle tylko, że choćby przykłady zaprzeczające temu zjawisku powstawały jak grzyby po deszczu, to nie są one w stanie przekonać właścicieli stacji radiowych do zmiany swojej polityki repertuarowej. Bo... bo właśnie pieniądze! Szkoda. I żal. Ogromny. Bo takie zespoły, jak rzeczona na wstępie Kapela ze wsi Warszawa, czy Żywiołak, czy R.U.T.A., czy DagaDana, czy Lemon, czy Maja Kleszcz itd., itd., potrzebują wsparcia zarówno naszego, jak przede wszystkim mediów, po to, żeby istnieć i dawać nam radość cieszenia się tą właśnie nierzadko wyjątkową muzyką. Ale przecież tak naprawdę nie tylko tą, w ogóle muzyką. Polską!

     22.05.2013 r.

16:38, adelmelua
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl