RSS
czwartek, 19 kwietnia 2018

1.Ostatnio zastanawiałem się nad twierdzeniem, jakoby żadna praca nie hańbiła i doszedłem do wniosku, że jeżeli nawet powyższe słowa są prawdziwe, to z całą pewnością prawdą jest również i to, że wiele jest takich zajęć, które, tak naprawdę, nie przynoszą człowiekowi żadnej chwały. Czy zatem w tym kontekście powinno się brać każdą pracę która wpadnie nam w ręce, nawet wtedy, gdy jesteśmy bezrobotni i rozglądamy się w ogóle za jakimkolwiek zajęciem? Sprawa co najmniej dyskusyjna.

2.Internet, oprócz bez wątpienia ewidentnych mankamentów, to również genialny wynalazek, dzięki któremu w dużej mierze świat stał się globalną wioską. To również skarbnica przeogromnej, nieocenionej wiedzy, możliwości błyskawicznego komunikowania się niemal z każdym zakątkiem świata. Tym wszystkim on już jest, przed nami jednak, tak przynajmniej się wydaje, jeszcze jedna ważka rzecz z nim związana: tak jak za pomocą Twittera ze światem komunikuje się prezydent Stanów Zjednoczonych D. Trump, tak również zapewne dzięki temu elektronicznemu medium zostaniemy któregoś niepięknego dnia poinformowani o rozpoczęciu trzeciej wojny światowej. Co, koniec końców, będzie miało o tyle pozytywny efekt, że będziemy mieli trochę czasu na spakowanie manatków i spieprzanie gdzie pieprz rośnie, czyli do jakiego najbliższego bunkra.

Czy zrobimy to na tyle skutecznie żeby przetrwać, to już inne zagadnienie, ważne, że właśnie dzięki Internetowi będziemy mieli jakąś szansę na ucieczkę. Choćby i krótkotrwałą.

3.Wstaję wcześnie rano, myję zęby – jeszcze je mam, na szczęście – włączam telewizor i przygotowuję śniadanie. W TV nic nowego: na dzień dobry, jak zwykle, pieprzą znowu o Smoleńsku. W związku z tym nasuwa mi się refleksja: gdybym był już po śniadaniu zapewne bym sobie rzygnął, na szczęście jestem przed, więc na dobrą sprawę nie mam jeszcze czym tego zrobić. Dlatego wyłączam odbiornik telewizyjny i w ciszy zajmuję się śniadaniem. Gdy je kończę, zasiadam do jedzenia i ponownie daję szansę telewizji.

Tym razem informują mnie o pozbawieniu kilku posłów immunitetów. Chodzi o K. Gasiuk-Pihowicz i R. Petru, czyli pierwszoplanowych postaci partii Nowoczesna. W kolejce po jego utratę czeka już S. Neuman, były wiceminister zdrowia w rządzie PO-PSL.

W ogóle aby zlikwidować wszelką opozycję, proponuję partii rządzącej pozbawić wszystkich ważnych opozycyjnych posłów immunitetu. Albo tylko tych najważniejszych. Reszta zostanie tym ruchem tak skutecznie zastraszona, że w ogóle nie będzie zabierać głosu podczas głosowań w jedynie słusznych i właściwych sprawach. To nic że wyjdziemy na tym jak Zabłocki na mydle, ważne, że rządzący osiągną zamierzony cel. Naturalnie ku chwale ojczyzny i bohaterowi narodowemu Jarosławowi, co Polskę zbawia! Chociaż gdyby to ode mnie zależało, przemianowałbym naszą ukochaną ojczyznę na Piasekcję. Wszystko w niej takie sypkie, wątłe, niestabilne.

Jedno słowo ciśnie się na usta w związku z tym politycznym spektaklem: hucpa obrzydliwie cwanych i cynicznych typków! Tyle.

4. Na koniec rozmowa ojca z synem. Tak dla poprawienia humoru.

Ojciec: Szkoda, synu.

Syn: Czego?

Ojciec: Że nie wrodziłeś się we mnie.

Syn: A niby do kogo?

Ojciec: Oczywiście do matki. Jesteś taką samą cipą jak ona.

Syn: Jeżeli tak uważasz, to pretensje możesz mieć tylko do siebie.

Ojciec: Czyżby?

Syn: Pewnie. Gdybyś nie był tak bardzo zestresowany i miał pełny kamszot w ten dzień, kiedy mnie posiałeś, miałbyś syna jak się patrzy – z pełnego wytrysku. Ale że skapnęło ci z ptaka, to masz to, co masz, czyli – jak twierdzisz – cipę, nie syna.

Ojciec: A wiesz, całkiem niegłupie to twoje rozumowanie, synek. Może jeszcze będą z ciebie ludzie. Oby.

19.04.2018 r.

08:25, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 kwietnia 2018

Nie przepadam za literaturą fantasy, jednak serial Gra o tron oczarował mnie. Tak po prostu. I mimo że początkowo podchodziłem do tego filmu jak pies do jeża, bo nie do zaakceptowania był dla mnie fakt, że nikomu w tym filmie nie można było zaufać – zdrada czaiła się wszędzie; że przemocy było aż nadto, a krew lała się gęsto, to jednak wraz z upływem czasu serial wciągał mnie coraz bardziej, coraz skuteczniej, aż w końcu zwyczajnie mną zawładnął! Dlaczego? Oczywiście nie dlatego, że przez ekran przewija się sporo rozebranych pięknych kobiet – chociaż z pewnością przydaje to filmowi waloru estetycznego, przede wszystkim dlatego, że urzekł mnie on doskonałym wręcz naturalizmem scen i genialnymi zdjęciami, a także, co istotne, mądrymi dialogami. Pomijając oczywiście to, gdzie cała akcja ma miejsce i czego dotyczy.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ w serialu tym, nie biorąc pod uwagę różnego rodzaju gierek, nieuczciwości, nierzadko chorobliwego wręcz pragnienia władzy, od czasu do czasu pojawia się kwestia, która dotyczy w zasadzie każdego z nas, i to od zamierzchłych czasów aż do dzisiaj, a która odnosi się do transcendencji, to jest do naszych wierzeń. Dlatego gdy zacząłem się nad tym głębiej zastanawiać, wyszło mi, że autor książki na motywach której nakręcono ów serial, podszedł do zagadnienia w sposób niejako filozoficzny, tzn. w sposób niezwykle dojrzały i zapewne z dość dużym bagażem doświadczeń, o czym świadczyć może podejście do tematu nie tyle religii, ile w ogóle wiary i uznawania przez bohaterów tej opowieści wielobóstwa. A żeby być bardziej dokładnym, to w tym konkretnym przypadku chodzi o uznawanie zarówno bogów starych, jak i nowych, albowiem taka własnie kwestia pada w filmie wielokrotnie: przysięganie na bogów starych lub nowych. Albo też na jednych i drugich.

O czym nam to mówi? Myślę, że przede wszystkim o jednej podstawowej rzeczy, mianowicie, że w historii człowieka bogowie byli różni, w zależności od czasów i politycznych uwarunkowań, oczekiwanych w tym zakresie pragnień rządzących, a także ich relacji z kapłanami danego wyznania. Nie tyle bowiem pragnienia społeczeństw w niniejszej sferze były na początku najważniejsze, one dopiero z czasem stawały się istotne i zaczęły być realizowane; na początku najistotniejsze były cele i pragnienia sprawujących władzę oraz rządy przedstawicieli danego Kościoła. Słowem – chodziło o jedność tego, co boskie, sacrum, z tym, co świeckie – reprezentujące władzę, czyli koronę. Dlatego twierdzenie, jakoby jakiś konkretny Bóg stworzył nas na wzór i podobieństwo swoje można wsadzić między bajki dla grzecznych dzieci. Albo grzesznych dorosłych. Albowiem są one tak samo prawdziwe, jak istnienie smoków. Albo jak te oto słowa:

– Jam jest wszystkim! Ja i tylko ja stworzyłem człowieka bez żadnego wzoru i podobieństwa do kogokolwiek i czegokolwiek, a następnie zaraziłem go strachem. Po to, żeby się bał do końca dni swoich. Bo strach to zły doradca – zniewala. A mnie potrzebni są nie wolne od wszystkiego istoty, ale właśnie niewolnicy. Tylko oni. Tacy właśnie ludzie – niewolni!

Ale to nie początek naszej historii, zanim bowiem pojawił się pierwszy człowiek, miało miejsce takie oto wydarzenie. A było to mniej więcej 400 milionów lat temu.

A gdy w końcu wyszedł z wody na suchy ląd, on – Tetrapod, pierwszy tego imienia, rzekł:

– I stworzył mnie On na wzór i podobieństwo swoje, abym był i zasiedlał ziemię i czynił ją sobie poddaną. To znaczy podatną na służenie mi we wszystkich obszarach mojego istnienia.

Ament.

15.04.2018 r.

08:31, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 kwietnia 2018

– Ja, wielki zaklinacz rzeczywistości, chcę wam powiedzieć, muszę wam powiedzieć, że to ostatni nasz marsz – ostatni, bo nareszcie doszliśmy do celu – do prawdy. Jeszcze nie całej, co prawda, ale już jesteśmy bardzo blisko niej. Jak nigdy dotąd.

Osiągnęliśmy tak wysoki procent naszych celów, że możemy spokojnie i odpowiedzialnie powiedzieć – zwyciężyliśmy. A cele, które osiągnęliśmy, nas wyzwoliły. Bo nie ma prawdy bez wolności., a my jesteśmy już wolni. Dlatego właśnie mogę dzisiaj powiedzieć, że to był nasz ostatni marsz. Kończymy. Kończymy marsze, ale nie kończymy naszej walki, ona trwa dalej. Musi trwać! A my będziemy walczyć aż do samego końca – do zniszczenia naszych wrogów. Nie możemy nagle teraz osiąść na laurach, bo przeciwnicy, nasi zajadli wrogowie tylko czekają na nasze potknięcie, czyhają, żeby nas zaatakować. I wykończyć. Dlatego będziemy walczyć do ostatniego żołnierza. Tak właśnie – żołnierza. Bo my wszyscy jesteśmy przecież zwykłymi cywilnymi żołnierzami. Żołnierzami i żołnierkami, naturalnie, w służbie Rzeczypospolitej, naszej ukochanej ojczyzny!

Mniej więcej godzinę po tym przemówieniu doszło do spotkania Prezesa i jego sztabu.

Prezes: I jak, dobrze było? Podobało się?

Sztabowiec I: Bardzo, panie Prezesie. Piękna mowa!

 Sztabowiec II: Nic dodać, nic ująć.

Sztabowiec III: Tak, świetne wystąpienie. Jak zwykle zresztą, panie Prezesie. Tylko jednego nie potrafię zrozumieć: skoro tak nam dobrze idzie, to dlaczego to przerywać?

Prezes: Chodzi o marsze?

Sztabowiec III: Właśnie tak, o nie. Przecież mamy przeciwnika na łopatkach. Należałoby go teraz przydusić, żeby nawet nie zipnął i finał. Od tego momentu moglibyśmy robić, co tylko nam się żywnie spodoba.

Prezes: No tak, ale tak mi się wyrwało. Bo gdy tak tam stałem i gadałem, to nagle wpadła mi go głowy akurat taka stara piosenka, w której ktoś śpiewa – to chyba nasz ostatni taniec, czy coś podobnego – no i, przyznaję, trochę mnie poniosło.

Ona: Lombard.

Prezes: Słucham? Niby ja jestem lombard?

Ona: Ależ nie, oczywiście że nie, panie Prezesie. Mówię, że to Lombard śpiewał tę piosenkę.

Prezes: Ach tak. Lombard. No właśnie. Możliwe. Zresztą, tak między nami, to powiem wam, kochani, że jestem już tym serdecznie zmęczony. Wiecie – ciągłe to chodzenie w kółko co miesiąc, mróz nie mróz, deszcze czy zimno, trzeba było iść i maszerować w tym comiesięcznym pochodzie; poza tym to wchodzenie na drabinkę albo stołek, żeby mnie wszyscy widzieli; to przemawianie, muszę wam powiedzieć, trochę to wszystko już mnie męczyło. Dlatego postanowiłem na razie z nich zrezygnować. Tak tytułem próby. Potem zobaczymy co dalej. Na razie czas odpocząć. Oczywiście od marszów, nie od walki. Ta trwa nadal. Bo zwycięstwo musi być nasze i bezdyskusyjne. I, co ważne, miażdżące!

Sztabowiec I: Właśnie tak, panie Prezesie – zwyciężymy!  I to miażdżąco!

Wszyscy: Zwy-cię-żymy! Zwy-cię- żymy! Zwy-cię-żymy!...

11.04.2018 r.

15:46, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 kwietnia 2018

Dzisiaj trzecia i ostatnia część tryptyku K. Kieślowskiego Trzy kolory: Biały. To historia polskiego fryzjera, który wygrywając konkursy za granicą zatrzymuje się tam, gdzie się zakochał. A gdzie można najszybciej i najpiękniej się zakochać? Oczywiście we Francji! Więc Paryż. Tyle że Francja, Paryż dla zakochanych, okazuje się nie taki znowu łaskawy i piękny dla zakochanego głównego bohatera filmu. Obiekt jego gorącego i szczerego uczucia okazuje się bowiem kobietą tyleż piękną, co i okrutną: bezceremonialnie i bezdusznie przeprowadza sprawę rozwodową, wcześniej wyczyszcza mu konto i zostawia na ulicy. Dosłownie!

Główny bohater, którego gra Z. Zamachowski, szczęśliwym trafem – nie posiada bowiem paszportu – nietypową drogą, bo jako bagaż w dużej walizce, wraca jednak do Polski i dzięki korzystnemu splotowi okoliczności wzbogaca się. Tyle że nie daje mu to szczęścia: wciąż nie może zapomnieć o swojej miłości, zranionej duszy i związanym z tym upokorzeniu. Bo takowego przy okazji doznał. Dlatego postanawia, dzięki tyleż sprytnemu, co równie perfidnemu planowi, sprowadzić obiekt swoich uczuć do kraju.

Kobieta, która go skrzywdziła a którą on bez pamięci pokochał, po sprowadzeniu jej do Polski, zostaje oskarżona o jego śmierć, którą oczywiście wcześniej sfingował. Tym samym trafia do więzienia, co z czasem odbija się na jej zdrowiu psychicznym: wraz z upływem czasu coraz bardziej traci kontakt z rzeczywistością.

Pytanie, jakie się tutaj musi pojawić, brzmi: Czy dzięki temu główny bohater filmu osiąga to, czego tak usilnie pragnął? Czy daje mu to zadowolenie i szczęście? Oczywiście nie – efekt jego planu nie przynosi mu, bo nie może przynieść, ani ukojenia, ani tym bardziej satysfakcji. Z jednego wszakże może być prawdopodobnie zadowolony: obiekt jego uczuć jest blisko, ma go w zasadzie obok siebie, niejako na wyciągnięcie dłoni. Wie, że dzięki przekupionym strażnikom więziennym może w każdym momencie na nią patrzeć z więziennego podwórza, skąd widać ją poprzez więzienne kraty.

Zemsta jest okrutna: jego metrykalne nieistnienie i związana z tym fikcyjna śmierć w zamian za jej uwięzienie i utratę zmysłów. Diaboliczny plan z przerażającą na końcu karą. Jednak bez ukojenia duszy i oczekiwanej satysfakcji.

Szlag z taką miłością!

              07.04.2018 r.

10:55, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl