RSS
wtorek, 28 kwietnia 2015

   Przedwczoraj napisałem tekst – rozmowę, którą miałem zamieścić wczoraj. Niestety, z powodu braku czasu nie byłem w stanie tego zrobić. Dzisiaj już taki pewny nie jestem, czy powinienem ją w ogóle tutaj zamieszczać, ale jako że wcześniejsze rozmowy tego typu pojawiły się tutaj, więc myślę, że nie pozostaje mi nic innego, jak ją jednak przytoczyć. Zatem:

   Dzisiaj kolejna część rozmówek z domu spokojnej starości, ba – więcej niż spokojnej, bardzo spokojnej, tak spokojnej, że zdaje się, aż nieżywej!

    Dlaczego takie rozmowy? Ponieważ one wszystkie, zarówno te, które już powstały, a także te, które dopiero powstaną, złożą się na sztukę teatralną o ludziach starych, samotnych, czekających na sakramentalny koniec w takim właśnie miejscu.

Stefan: Cholera! Ale leje.

Władek: Kto leje?

Stefan: Nie wiem. Ale paskudnie. Strasznie leje. Jak byłem mały…

Jurek: Dlatego nie poszedłem.

Władek: Gdzie?

Jurek: Na pogrzeb. W taką pogodę aż strach!

Stefan: Przeziębić się łatwo. Jak byłem mały…

Władek: Pogrzeb?

Jurek: Nie po-grzeb, tylko pogrzeb!

Władek: Przecież mówię.

Jurek: Nie jestem głuchy. Powiedziałeś po-grzeb, a ja mówię, że nie poszedłbym na pogrzeb.

Władek: Ale jaki?

Stefan: Właśnie. Mówisz tylko o pogrzebie – zwariować można. Idź sobie na niego i nie zawracaj nam… tej, no…

Władek: Głowy.

Stefan: Nie – nie, ale też na gie. Gitary! Nie zawracaj gitary.

Władek: Więc jaki to pogrzeb?

Jurek: Taki zwykły.

Władek: Czyj?

Jurek: Umarłego. Nie pamiętam nazwiska…

Stefan: Dawno nie widziałem Basi.

Władek: Ja bym nie podszedł.

Jurek: Gdzie?

Władek: No, na pogrzeb.

Jurek: A jakbyś musiał?

Władek: Nie ma takiej możliwości.

Jurek: A na swój?

Władek: Na swój tym bardziej. Szkoda nóg, ja już się nachodziłem w swoim życiu. Jeżeli chcą, żebym na nim był, to muszą mnie zawieźć.

Stefan: Właśnie. Olać pogrzeb!

Jurek: Zwariowaliście? Przyjdą, wezmą i zawiozą.

Stefan: Można się schować. Mamy tutaj trochę kryjówek, nie, Władek?

Władek: A wiesz, Stefciu, że to jest myśl!

Jurek: Pieprzycie, że aż się nie chce was słuchać!

Podnosi się z krzesła.

Idę.

Władek: Gdzie? Na pogrzeb?

Stefan: Ja bym na twoim miejscu nie szedł. Strasznie leje. W taką pogodę, to tylko wziąć i…

Jurek: Umierać.

Władek: Nie gadaj głupotów! W taką pogodę, to tylko wziąć i siedzieć w domu. Jak my tutaj.

Stefan: Właśnie.

Zalega cisza, podczas której każdy z nich zajęty jest sobą.

                                   Po dłuższej chwili.

Władek: Kto?

Jurek: Co – kto?

Władek: Kto zawiezie? Tak powiedziałeś przecież – że wezmą i zawiozą.

Jurek: Nie wiem, nie znam ich. Są tacy, co zawożą. Zawsze tacy są. Wszędzie takich pełno.

Stefan: Dawno nie widziałem Basi. Co się z nią dzieje?

Władek: Może ona…

Stefan: Co – ona?

Władek: Może ją wzięli i zawieźli?

Stefan: W taką pogodę?

Władek: Oni nie patrzą na pogodę. Biorą i zawożą, jak powiedział Jurek.

Stefan: Sukinsyny! Że też tacy się rodzą.

Władek: Jeszcze gorsi się rodzą. Znałem kilku takich.

Stefan: Znałeś?

Władek: Pewnie. Na przykład… Przypomnijcie mi…

Jurek: Ja nie znałem. Zresztą, mieszkałem na innym podwórku.

Stefan: Tak, ty na pewno musiałeś mieszkać na innym podwórku.

Władek: Jakoś nie mogę sobie przypomnieć – nic a nic.

Jurek: Ni w ząb.

Władek: Jaki ząb? Zęby cię bolą? Wyrwij. Zobacz (wyjmuje sztuczną szczękę), ja wyrwałem i mam spokój.

Jurek: Spokój, to ja będę miał w grobie.

Stefan: Więc idziesz.

Jurek: Gdzie?

Stefan: No, na pogrzeb przecież, a gdzie niby?

Władek: W taką pogodę, to nawet na własny by mnie nie zaciągnęli wołami.

Jurek: Nie będą się ciebie pytali – mówiłem wam już chyba: przyjdą, wezmą i zawiozą.

Stefan: Tylko żeby pogoda była. Nie taka jak dzisiaj.

Jurek: Oj, to prawda. W taką pogodę, to tylko wziąć i umierać.

Władek: Nie wygaduj głupotów, dobra? Lepiej zagrajmy.

Stefan: Właśnie. Taką pogodę to najlepiej przeczekać.

Władek: W domino?

Jurek: Coś ty dzisiaj taki jakby… Przecież że nie w hokeja!

Władek: W hokeja nie lubię grać, wolę domino.

Stefan wstaje, podchodzi do łóżka, jakiś czas grzebie pod poduszką.

Stefan: Nie ma. Ciekawe, gdzie to może być?

Jurek: Czego szukasz?

Stefan: Hokeja. Chciałeś przecież zagrać.

Jurek: W domino. W domino chciałem zagrać!

Stefan: To świetnie się składa, bo hokeja to nie mam, ale jakieś domino się znajdzie. O, na pewno jest! Świetnie pamiętam, że zostawiłem… Widziałem je…

Jurek: Kiedy?

Stefan: No, ostatnio…

Władek: Poszukaj dokładnie.

Stefan: Nie poganiaj mnie! Przecież to robię.

Jurek: Jest!

Stefan: Gdzie było?

Jurek: Na stole.

Władek: Trzeba było najpierw poszukać na stole, Stefan.

Stefan: Na stole, to każdy głupi znajdzie. To nie szukanie.

Jurek: Najważniejsze, że się znalazło.

Władek: (ze śmiechem) Oj Stefan, Stefan, ty chyba zawsze wszystko musisz zaczynać od dupy strony.

Jurek: (ze śmiechem) Lubiłem od tej strony zaczynać.

Stefan: (ze śmiechem) Oj, tak – tak, ja też tak podejść lubiłem jak partyzant, znienacka. Oj, lubiłem!

Władek: Nic dziwnego. Miłość przecież jest jak sraczka – pojawia się znienacka!

Jurek: Dobra, dobra, zaczynajmy. (Rozsypuje kostki domina na stole.) Jedna – Stefan, jedna – Władek, jedna – ja. Jedna – Stefan…

Władek: Nie baw się! Dawaj po dwie.

Stefan: Po trzy będzie lepiej.

Jurek: Mnie jest obojętne, może być i po trzy, jak chcecie.

    Wkrótce zaczęli grać, a potem… potem było jak zwykle w tym miejscu – znów spotkanie w swoim gronie i… dzień, jak co dzień.

       28.04.2015 r.

06:54, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 kwietnia 2015

    Nie wiem, czy to dziwne czy nie, z całą jednak pewnością zastanawiające, że u nas religia służy do podziału sceny politycznej na dwa obozy. Jakby nie tyle wiara, która jest odrębną i intymną sprawą każdego z nas, ile zewnętrzna przynależność do Kościoła katolickiego politycznie nas określała. Tak jakby prawicowy polityk, bez względu na to czy jest osobą wierzącą czy też nie, trwał w jakimś odgórnie ustalonym mariażu z Kościołem, podczas gdy polityk lewicowy niejako z urzędu pozbawiony był tego – dla mnie jednak mocno wątpliwego – „przywileju”. Przyznam, że dziwny i pokrętny to podział, podział mocno naciągany i zafałszowujący naszą rzeczywistość, a przez to niezmiernie daleko odbiegający od istoty rzeczy, którą jest, według mnie, następująca prawda: lewica zawsze ze swoimi hasłami i programem politycznym była blisko człowieka i jego najistotniejszych potrzeb, zbieżna z tym, o czym przed dwoma tysiącami lat mówił gość o imieniu Jezus, zwany przez wielu Chrystusem; prawica zaś, oprócz tego, że umieszczała na swoich proporcach jakiegoś boga, honor i ojczyznę, czy inne głośne i nośne hasła, tak naprawdę drugiego człowieka i jego potrzeby miała w głębokim poważaniu, ograniczając je jedynie do tej właśnie wyżej wspomnianej trójcy. A działo się tak i dzieje z jednego prostego powodu: ci pierwsi, to przede wszystkim zakłamanie, świętoszkowatość na pokaz, w odpowiednich okolicznościach nierzadko bezwzględność, dwulicowość, nietolerancja, czy w końcu obskurantyzm umysłowy; lewica natomiast, to zaspokajanie potrzeb jednostki na wielu płaszczyznach naszego życia – w tym zarówno potrzeb intelektualnych, jak i duchowych np. w obszarze kultury, to opieka państwa i jednostkowa wolność każdego z nas, nie tylko ta fizyczna, ale również światopoglądowa, mentalna, seksualna.

    Czy to, co napisałem wyżej, jest prawdą? Chrzanić to! Każdy może z tym dyskutować, bo przecież… komunizm, czy też junty wojskowe – jedno i drugie siebie warte. Osobiście nie mam zamiaru nikogo przekonywać do swoich racji na siłę. Wiem swoje i to mi wystarczy. A wiem tyle, że taki podział sceny politycznej jaki występuje u nas, jest chory i nieprawdziwy, nie oddający tak naprawdę istoty naszego życia. Należy bowiem oddać co cesarskie cesarzowi, co boskie… Właśnie, komu?

    Myślę, że tutaj jest pies pogrzebany! Jest bowiem tak, że bóg, jakiego próbują mi wmawiać tradycyjne religie – bez względu na to, czy jest to religia chrześcijańska, judaistyczna, islamska, czy jakakolwiek inna – to bzdet na kaprawych nóżkach, który do niczego nie jest mi potrzebny. A najmniej do szczęścia. Taki bóg bowiem, to – jak pokazuje historia ludzkości – nietolerancja, nienawiść, uprzedzenia, wojny religijne w imię narzucenia innym swojego wyznania, jako tego jedynego i najlepszego, bo głoszącego prawdę objawioną. Objawioną, bo przecież każda religia i bóg każdej z nich jest jedyny, doskonały i najważniejszy!

    – Tak mi dopomóż bóg – oczywiście aż po grób! I amen. I Allahu akbar! I tak dalej, i tak dalej.

    A tak naprawdę, to wszelkie idee społeczne, filozoficzne, religijne są o kant dupy rozbić w konfrontacji z naszym zwykłym, codziennym życiem. Ament. W paździerzu. Sorry, oczywiście, w pacierzu. Z paździerza to jest ten, do którego miliardy…

         26.04.2015 r.

11:49, adelmelua
Link Komentarze (2) »
piątek, 24 kwietnia 2015

    Fakty: grubo ponad dwa miliony, z reguły młodych ludzi, wyjechało z Polski za tzw. chlebem. Woleli rzeczywistą Irlandię na Wyspach Brytyjskich, niż tą nierealną a obiecywaną buńczucznie przez byłego premiera D. Tuska tu na miejscu. Krótko mówiąc mamy dzisiaj do czynienia z taką niezapisaną polską „księgą wyjścia” rodaków – z tą różnicą, że nie do, a z ojczyzny. Powód? Oczywisty – brak pracy w kraju, a jak już takowa jest, to tak opłacana i na takich warunkach, że… że nadal pozostaje jednak wyjazd. Więc, póki co, ów exodus trwa nadal i wychodzi na to, że jest bez końca, bo zmiany tu, na miejscu, nie tylko że przebiegają w emeryckim tempie, ale, co gorsza, nie zawsze idą we właściwym kierunku.

    Mamy właśnie kampanię prezydencką – nijaką i bezbarwną, jak większość kandydatów. Z tego oceanu bezbarwności od czasu do czasu coś tam do mnie jednak dociera. Wczoraj na przykład trafiła do mnie wypowiedź obecnego prezydenta B. Komorowskiego, który powiedział znamienne słowa – że wzrost gospodarczy oparty na niskich płacach Polaków już się skończył i należy teraz poszukać nowych bodźców dla gospodarki, żeby mogła się dalej rozwijać. Podkreślam: nie powiedział tego po pijaku, rzucił to na trzeźwo, przytomnie! Brzmi to, chyba nie tylko dla mnie, jednak strasznie. Bo wychodzi na to, że niskie płace to była do bólu świadoma polityka rządzących i tyle. Zresztą, tak naprawdę nadal taka jest. W końcu nie od dziś wiadomo, że najlepiej wozić się na tych, których jest najwięcej, czyli na poczciwych frajerach.

    Oczywiście jest więcej, znacznie więcej przyczyn tego, że w najbliższych wyborach nie zagłosuję na obecnego prezydenta. Najważniejsza, to podpisana przez niego ustawa dotycząca podwyższenia wieku emerytalnego – nie zawetował jej, a tym samym nie rozpoczął naprawdę prawdziwej(!), nie pozorowanej dyskusji na ten temat. Szkoda. Bo tego nie tylko zapomnieć nie mogę, ale wybaczyć jakoś też nie potrafię.

    Na koniec jeszcze jedna sprawa – odnosząca się tak w ogóle do rządzących polityków: kwota wolna od podatku. Ta, obowiązująca nas – szaraczków, to upokarzające 3 tysiące zł. Tak jakby już za cztery, pięć czy sześć tysięcy można było żyć jak panisko, więc podatek od tak zawrotnych sum odprowadzić należy! Ale że Polska to przecież kraj bezbrzeżnej sprawiedliwości, w końcu to kolebka mitycznej już dzisiaj Solidarności, więc posłów również ona (kwota wolna) obowiązuje. Tyle, że jest trochę wyższa, tzn. ściślej  – dziewięciokrotnie. Takie skromne 27 tysięcy!

    Napiszę krótko – jeżeli miałem jeszcze jakieś obiekcje co do wyborów prezydenckich, to dzisiaj, zarówno dzięki politykom PO i PSL, jak i samemu prezydentowi, z całą pewnością takowych już nie posiadam. Dzisiaj dzięki nim wiem, czego nie wolno mi zrobić – mimo szacunku dla głowy państwa z całą pewnością nie mogę oddać swojego głosu  na obecnego prezydenta. Tyle.

    – Sorry, Winnetou! Ale brata poszukam w innym szczepie;)

 

            24.04.2015 r.

05:56, adelmelua
Link Komentarze (4) »
środa, 22 kwietnia 2015

   Nie obchodzi mnie, czy autorka to, co opisuje, chociaż w jakiejś części przeżyła, doświadczyła, istotne dla mnie jest to, co zrobi z tematem. Ważny bowiem w opowiadanej historii jest nie fakt, czy ona jest prawdziwa i wydarzyła się naprawdę, ale to, czy jako czytelnik jestem w stanie w nią uwierzyć, czy mimo zawartej w niej fikcji wierzę w jej prawdziwość.

    Toksymia Małgorzaty Rejmer jest taką właśnie historią, której wierzę; wierzę w każde jej zdanie, każde pojedyncze słowo, które w niej pada. To książka, która mówi nie tylko o tym, o czym przed momentem, ona informuje mnie również o świetnym słuchu literackim autorki, jej spostrzegawczości, nieprzeciętnej wrażliwości, co ostatecznie skutkuje tym, że zwraca ona uwagę na z pozoru nieistotne, błahe szczególiki naszego życia, dostrzega i wyławia z naszej rzeczywistości to, obok czego większość z nas przechodzi obojętnie. Bo tak naprawdę to nie tyle wielkie i głośne, atakujące nas w życiu swoim ogromem jest najważniejsze, dużo istotniejsze nierzadko okazują się rzeczy małe, z pozoru nijakie. Takie codzienne drobiazgi pospolitych ludzi. I takie właśnie szczególiki z naszego życia M. Rejmer potrafi wyłuskać, więcej – ona na ich obecność jest wręcz wyczulona! Dlatego pochyla się nad każdym z opisywanych przez siebie bohaterów z czułością – ale nie z czułostkowością, bez zbytniej afektacji i użalania się nad nimi, i robi to z ogromnym wyczuciem i empatią, próbując ten ich szary, niespecjalnie interesujący los ciepło opisać. A że potrafi to robić, więc  nic dziwnego, że powstało coś tak fascynującego jak właśnie Toksymia – prawda o życiu pojedynczego zwyklaka żyjącego w naszym sąsiedztwie tu i teraz; prawda niezmiernie prozaiczna, banalna, ale która właśnie poprzez sposób narracji M. Rejmer staje się w jakiś sposób wyjątkowa, ogromnie frapująca i wciągająca. Powiem krótko – Toksymia, to kawał dobrej literatury, intrygującej i inspirującej, i mimo bardzo młodego wieku autorki cholernie dojrzałej. Na taką literaturę nie żal zarówno czasu, jak i dobrych słów. Taka literatura po prostu uwodzi i zwyczajnie obezwładnia.

     

          22.04.2015 r.

10:24, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 kwietnia 2015

    Smoleńsk: temat znany od pięciu lat, więc się go międli i międli. Aż zęby od tego międlenia bolą – nawet te sztuczne. A sprawa wydaje się prosta, więcej – jest prosta! I od początku taka właśnie była – przynajmniej dla mnie. I Davida Lyncha. Dlaczego dla niego również? Oczywiście wiem, ale nie powiem. Albo powiem: wszystko przez to, że miejsce katastrofy prezydenckiego samolotu znajduje się zbyt blisko Miasteczka Twin Peaks. Gdyby nie to parszywe sąsiedztwo już dawno byśmy wiedzieli, co tam się stało! Bo co się wydarzyło to wiemy, gorzej z tym, co tam się stało. A stało się dużo, za dużo jak na mój gust i moje potrzeby. I najgorsze, że nadal się staje. W głowach. Zresztą, tak naprawdę to przede wszystkim w wielu głowach. Jakich? Dużo o tym pisać, ale ja się tego nie podejmuję – potrzebni są tutaj inni specjaliści. Jedno jest pewne: Smoleńsk to temat rzeka – taka Amazonka bez końca. Dlatego myślę, że jeżeli naprawdę zależy nam, jeżeli z łapką na serduchu chcemy dowiedzieć się, co tam się wydarzyło pięć lat temu, to musimy się jednak zgłosić do niego – do Davida Lyncha. Ten z całą pewnością temat nam przybliży i wszystko pięknie wyjaśni. Jak wyjaśnił sprawę Miasteczka Twin Peaks. W innym przypadku widzę ciemność. Ciemność widzę! Bez końca, niestety.

       21.04.2015 r.

11:20, adelmelua
Link Komentarze (5) »
niedziela, 19 kwietnia 2015

    Wojna, jak wszyscy wiemy, skończyła się siedemdziesiąt lat temu, czyli dawno. Jeżeli rozpatrywać to w kontekście pojedynczego ludzkiego życia, śmiało można powiedzieć, że to szmat czasu, na który przypada żywot ponad dwóch pokoleń, o których z całą pewnością możemy powiedzieć jedno – że zawsze różniły się one między sobą w większym, czy też mniejszym zakresie. Różnice bowiem pomiędzy nimi, to niejako ich znak rozpoznawczy. Chociaż prawdą jest i to, że występują również pomiędzy nimi pewne podobieństwa. Wynika to zapewne stąd, że od przeszłości po prostu odciąć się nie da w taki sposób, w jaki oddziela się kromkę od chleba.

    Jakby się głębiej nad tym zastanowić, to z całą pewnością podobieństw pomiędzy różnymi pokoleniami, pomimo sporych rozpiętości czasowych pomiędzy nimi, znalazłoby się sporo. Mnie ostatnio zastanowiło, czy istnieją one, a jeżeli tak, to jakie, pomiędzy pokoleniem dzisiejszych 20-, czy też 50-latków, a tym powojennym, i wyszło mi, że mimo oczywistych różnic, wynikających szczególnie z diametralnie odmiennych doświadczeń życiowych, istnieje dla nich jeden wspólny mianownik, jest nim, niestety, poniżenie i upokorzenie. Zarówno pierwsi bowiem, jak i drudzy doświadczyli podobnie upadlających uczuć. O ile jednak poniżenie i upokorzenie pokolenia powojennego wynikało z niekorzystnego dla Polski układu politycznego, o tyle dzisiaj wynika ono bardziej z podziału społeczeństwa i wyrzucenia ogromnej rzeszy ludzi poza nawias i główny nurt życia; o ile pokolenie powojenne żyło w takiej a nie innej konieczności historycznej, co skutkowało narzuceniem mu siłą nowego ustroju społecznego i nakazania mu nie tylko jego akceptacji, ale również okazania z tego tytułu radości, o tyle wspomniane wyżej pokolenia czasów współczesnych pozbawiane są godności poprzez tzw. wolność rynkową, gdzie uparcie wmawia się wszystkim, że jest tak jak jest, ponieważ innej drogi nie było i, naturalnie, nie ma nadal! Tylko ta bowiem droga jest jedyna i słuszna, tak jak jeszcze do niedawna była do przyjęcia tylko jedna partia i kierunek przez nią wyznaczony. To, że ten trakt paradoksalnie tworzy po drodze miliony bezrobotnych, że ci, którzy mają pracę, tak naprawdę pozostają niewolnikami zatrudnionymi bez żadnych praw na tzw. „umowach śmieciowych”, to nie znaczy nic, ponieważ – nie ma innej drogi! Alternatywa nie istnieje, to konieczność dziejowa, tak jak koniecznością było utworzenie OFE, które tak naprawdę stały się w majestacie prawa zwykłym przekrętem; tak jak koniecznością było wprowadzenie nam wydłużonego wieku emerytalnego, i tak jak koniecznością jest posłanie do szkół 6-latków. To oczywiście wszystko mus, ponieważ – nie ma innej drogi!

    Temu wszystkiemu kibicują oczywiście media, które poprzez nierzadko niedouczonych i niekompetentnych dziennikarzy starają się nam wciskać kit w myśl powiedzenia, pewnego już dzisiaj klasyka cwaniactwa, Jacka Kurskiego: Ciemny lud kupi wszystko. Innymi słowy chodzi o to, że jesteśmy perfidnie i z premedytacją wykorzystywani przez królów życia, a najgorsze, że żadnego światełka w tej czarnej dupie, w jakiej znalazła się większość z nas, niestety, nie widać. No, chyba że rządzący nagle zaczną się liczyć z naszymi potrzebami, wówczas rzeczywiście wyjście się pokaże. Jeżeli to jednak nie nastąpi, jestem pewien, że wcześniej czy później dojdzie w końcu do powszechnego buntu. Czy będzie to dobre wyjście z sytuacji kryzysowej? Wątpię. Nigdy bowiem nie jest dobrze, gdy leje się krew i panuje powszechny bałagan. Niemniej, jakkolwiek jednak jest czy też będzie w najbliższej przyszłości, dzisiaj muszę sobie zakrzyknąć z tego miejsca:

     – Niewolnicy wszystkich krajów łączcie się! Najwyższy czas na zmiany!

          19.04.2015 r.

08:46, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 kwietnia 2015

    Wreszcie „sukces”: wnieśliśmy do UE swój wkład w postaci działalności naszego pokracznego wymiaru sprawiedliwości, czyli tak naprawdę niesprawiedliwości! Najgorsze, że za tę działalność musiało zapłacić niewinne dziecko swoim życiem. Bowiem człowiek, który został już kiedyś wydalony z Francji, a u nas niedawno skazany prawomocnym wyrokiem na więzienie, mimo zasądzonej kary przebywał nielegalnie we Francji, gdzie dokonał mordu na 9-letniej dziewczynce. Nieszczęśliwy przypadek? Oczywiście że nie! To nieszczęsna karykatura sprawiedliwości z jaką my mamy do czynienia od dawna na co dzień w Polsce, Francuzi natomiast mieli tego pecha, że dzięki naszemu pośrednictwu zetknęli się z nią właśnie teraz, niejako w formie nieszczęśliwego rykoszetu.

    Oczywiście, niezwykle okrutny to wkład dokonany przez nas do jednoczącej się Europy i z całą pewnością nie o to chodziło tym wszystkim państwom, które dopuściły nas do wspólnego europejskiego stołu. Nie jest jednak tak, że tym morderstwem obciążam nas wszystkich, którzy tutaj żyjemy. Jeżeli już, to obciążam nim tych, dzięki którym żyjemy w takiej rzeczywistości w jakiej istniejemy tu i teraz, i na dodatek nic, albo bardzo niewiele możemy z tym zrobić.

     Jako że to, co napisałem wyżej, wiąże się z sumieniem, więc na koniec fraszka nawiązująca właśnie do tej części naszego jestestwa.

                                       Czyste sumienie

                                  Czy ci są jak łza czyści,

                                  Których nieprzerwanie czyści?



           17.04.2015 r.

11:21, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 kwietnia 2015

    Demokracja, jak wszyscy wiemy, to piękny ustrój – i nawet nie dlatego, że każdemu jełopowi gwarantuje swobodę wypowiedzi, lecz dlatego, że nic lepszego dotąd nie wymyślono. A jeżeli nawet wymyślono, to człowiek i tak to genialnie po ludzku spartolił, albowiem niedoskonałość swoich poczynań mamy niejako wpisaną w swoją naturę. Czego by jednak nie powiedzieć zarówno negatywnego, jak i pozytywnego na temat demokracji, jedno wydaje się pewne: ustrój ten jest szczególnie bliski nam – Polakom, albowiem my jesteśmy wręcz wolni do bólu, czego najlepszym przykładem jest nasza historia i utrata państwa, co świetnie oddaje choćby takie powiedzenie, jak: szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie. Wydaje się, że niczego więcej na temat naszego warcholstwa nie trzeba pisać – w tym powiedzeniu, a także w postawie wielu obywateli tego kraju na co dzień również dzisiaj zawiera się w zasadzie wszystko. Kwintesencją takiej właśnie postawy, polegającej na braku szacunku do funkcjonariuszy państwowych, a tym samym do państwa, były w ostatnim czasie dwa zdarzenia, polegające na przepychankach jakichś mężczyzn ze stróżami prawa, którzy tak naprawdę mieli głęboko w d. polecenia tych ostatnich. Dlatego ci pierwsi bezkarnie się z nimi siłowali, wiedząc jednocześnie, że niewiele owi funkcjonariusze państwowi mogą im tak naprawdę zrobić.

    Wkrótce będziemy mieli wyborczy finał wyborów prezydenckich. Póki co niemal wszystkie liczące się u nas media przedstawiają obraz kandydatów w taki sposób, jakby innego wyboru poza A. Dudą a obecnym prezydentem B. Komorowskim po prostu nie było. Nawet p. Magda Ogórek, wyciągnięta niczym króliczek z kapelusza Hugh Hefnera przez politycznego wygę L. Millera, niczego nie była tutaj w stanie zmienić. Ten zgrany bowiem polityk lewej strony sceny politycznej nie zauważył zmiany czasów i działa tak, jakby od lat nic się nie zmieniło w rzeczywistości naszego kraju. Tyle, że tym razem ów satyr się przeliczył: może i zakulisowe rozgrywki partyjne są dobre i w nich L. Miller nadal świetnie się sprawdza, dzisiaj trzeba jednak czegoś więcej niż tylko partykularnych zdolności i wiary w swoją nieomylność. Dzisiaj, aby lewica odniosła sukces, potrzeba dalekosiężnego spojrzenia ponad podziałami i zrobienia znacznie więcej, niż tylko wykoszenia zarówno rzeczywistych, jak i wyimaginowanych oponentów w swojej partii. Jeżeli tej prostej prawdy nie zrozumie zarówno L. Miller jak i jego pomagierzy na lewicy, to prawda będzie taka, że on i jego koledzy mogą zapomnieć o jakimkolwiek politycznym sukcesie w najbliższych latach.

   Kto zatem wygra najbliższe prezydenckie wybory? Cóż, przy założeniu, że 30% społeczeństwa rzeczywiście dopuszcza zaistnienie jakiegoś bzdurnego zamachu smoleńskiego, muszę przyznać, że niemal każdy wynik powinien mrozić krew w żyłach. Na szczęście jest nadzieja, że z tych ww. 30% do wyborów pójdzie mniej niż jedna trzecia. Gdy tak się stanie jedno będzie pewne: z całą pewnością przez najbliższe lata nie będzie tak, jakbym chciał, niemniej będzie przynajmniej bezpiecznie i przewidywalnie. Chociaż tak naprawdę to niezwykle mało dla tego kraju, jedynie niezbędne minimum, gwarantujące pozostanie na powierzchni normalności. Szkoda. I żal szansy, bo czas nam, niestety, ucieka bezpowrotnie.

          16.04.2015 r

06:07, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 kwietnia 2015

   W ostatnim czasie, tj. przed chorobą, która odebrała mi wiele sił, a także po niej, obejrzałem kilka intrygujących i niezmiernie ciekawych polskich filmów: Jestem Bogiem – o Paktofonice i jej liderze Magiku, Mój rower P. Trzaskalskiego, Yumę P. Mularuka o początkach lat 90-tych i próbach dorobienia się przez niektórych ludzi na złodziejskich wyjazdach do Niemiec, a także po raz kolejny Dom zły W. Smarzowskiego. Można powiedzieć, że nie ma się czego wstydzić: wszystkie wyżej wymienione tytuły, to filmy wartościowe i z całą pewnością znajdą swoje trwałe miejsce w naszej kinematografii. Diametralnie inaczej przedstawia się tutaj jednak sprawa z książkami.

    Podstawowe pytanie brzmi: Dlaczego akurat ci autorzy i autorki? Odpowiedź jest niezwykle prosta: Ponieważ, oprócz K. Vonneguta i jego Armagedonu w retrospektywie, pozostali należą do nurtu polskiej literatury okrzykniętego jej nadzieją. Czy słusznie? – to już inna sprawa. Jakkolwiek jednak jest ja postanowiłem zmierzyć się z tą wychwalaną literaturą i dokonać jej oceny według własnych kryteriów.

    Na pierwszy strzał poszły Listy Marka Hłaski w opracowaniu T. Stankiewicz Podhoreckiej. Pisał jednak o nich będę, ponieważ to bardziej rzecz uzupełniająca obraz M. Hłaski poprzez wiadomości, jakie zawarł autor w listach do bliskich sobie ludzi, niż szczególnego lotu literatura, którą warto polecać. Kto lubi prozę M. Hłaski z pewnością wcześniej czy później po tę pozycję sięgnie. Dla mnie to po prostu rzecz wspomnieniowa i przeczytana niejako z obowiązku, ponieważ zawarte w nich informacje uzupełniły mi nie tylko jego obraz jako człowieka, ale również, co istotne, przekazały takie wiadomości o jego życiu, których w literaturze nie zawarł, a jakie są mi niezbędne do słuchowiska radiowego, które napisałem już jakiś czas temu – słuchowiska, poświęconemu właśnie jego osobie i dwóm fikcyjnym, choć bardzo prawdopodobnym rozmowom, jakie mógł przeprowadzić w ostatnim dniu swojego życia. Dzisiaj, dzięki właśnie owym listom, wiem trochę więcej, dlatego ich zawartość nie pozostanie bez wpływu na pewne fragmenty słuchowiska, które wiem, że będę musiał nieznacznie zmienić.

    Dwie następne pozycje, które postanowiłem czytać równolegle, to Zimne wybrzeża Sz. Twardocha oraz  Miasto Ł Tomasza Piątka. Niestety, mimo najlepszych chęci nie byłem w stanie ostatniej pozycji strawić. Bo o ile powieść Sz. Twardocha, mimo niezbyt dla mnie interesującego tematu (Spitsbergen roku 1957), miała w sobie, w odróżnieniu od książki  T. Piątka, przynajmniej jakąś aurę, tajemnicę, która w pewien sposób wciągała i intrygowała, o tyle Miasto Ł nie tylko że jakiejkolwiek tajemnicy była wręcz pozbawiona, ale, co gorsza, okazała się dla mnie po prostu zwykłym gniotem, przez który, jak już wspomniałem wyżej, niestety, nie dałem rady przebrnąć.

    Obecnie czytam Nocne zwierzęta Patrycji Pustkowiak i od razu muszę zanotować jedno spostrzeżenie: niestety, książka mnie rozczarowuje! Dlaczego? Po prostu nie wierzę autorce w opowiadaną przez nią historię. A nie wierząc jej, tym samym odrzucam tę opowieść jako prawdziwą. Szkoda. Bo nie ma chyba nic bardziej dla autora ujmującego, jak właśnie zarzucenie mu kłamstwa i pisania przez tegoż nieprawdy. Traci na tym bowiem nie tylko sam autor, ale również czytelnik, który najzwyczajniej w świecie nie lubi być oszukiwany. No, chyba że od początku wiadomo, że autor pisze w sposób umowny, w konwencji dopuszczającej mrugnięcie okiem, wówczas sprawa jest jasna. W tym jednak przypadku odnoszę wrażenie graniczące z pewnością, że mowy o takiej konwencji nie ma i być nie może. Po prostu autorka właściwie w partacki sposób próbuje mnie oszukać jako czytelnika i tyle.

    Przykład: Kiedy M. Hłasko pisał swoją słynną Pętlę, to ja mu wierzyłem w każde słowo, w każdy przecinek czy średnik zwarty w jego opowieści, tam po prostu, mimo alkoholizmu głównego bohatera, życie wręcz kipiało, było gęste i bulgotało niczym gotująca się woda pod pokrywką; u P. Pustkowiak, mimo że opisuje historię kobiety również opanowanej przez nałóg, tego wszystkiego najzwyczajniej w świecie brakuje. Jest za to nadmiar egotyzmu, przejawiającego się w paplaniu o swoich niepokojach, spostrzeżeniach, fobiach. Krótko mówiąc chodzi o to, że o ile literatura M. Hłaski była przesiąknięta bolesną egzystencjalną prawdą, o tyle literatura P. Pustkowiak tej prawdy jest najzwyczajniej w świecie pozbawiona; bardziej polega ona na tym, jak to sobie autorka wyobraża że mogłoby być, gdyby historia opowiadana przez nią bezpośrednio ją dotyczyła. Ale to nic dziwnego, dzisiaj na taką literaturę w zasadzie panuje moda – więcej w niej naszych wyobrażeń na temat życia i jak mogłoby być, niż nas prawdziwych i tego, jak rzeczywiście jest.

       15.04.2015 r.

10:17, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 kwietnia 2015

    Kolega pisze książkę. W zasadzie nieistotne, jak długo, czy potrafi i czy w ogóle powinien ją pisać. Ważne, że podjął się tego zadania i to, co z tego wynikło. A stało się pewnego dnia tak, że dotarł do sekwencji, w której chciał wykorzystać przypowieść z Nowego Testamentu. Zaczepił więc na ulicy księdza i zapytał, czy ten mógłby mu powiedzieć, w którym miejscu w Biblii jest przypowieść o setniku i jego prośbie, żeby Chrystus uzdrowił sługę tegoż. Co odpowiedział ksiądz? Powiedział że nie pamięta i żeby mój kolega wyguglował sobie ten temat. Dziwne? Zastanawiające? Zaskakujące? Dla mnie wcale, dla kolegi – ogromne, bo to osoba głęboko wierząca i wychodząca z założenia, że pytał kogoś, kto powinien się na tym znać, bo to niejako jego chleb powszedni.

    – Cóż ci mogę powiedzieć – powiedziałem. – Jedynie chyba to, że jesteś straszny naiwniak.

    Jakiś czas potem, dokładnie wczoraj, gdy się z nim ponownie spotkałem, powiedział mi, że miał jeszcze jeden problem z książką, bo chodziło mu o to, kiedy padają słowa i przez kogo są wypowiedziane na temat tego, że z niczym przychodzimy na świat i z niczym z niego odchodzimy. Mówił, że wiąże mu się to ze św. Augustynem, pewności jednak nie miał, więc któregoś dnia zaczepił zakonnicę i spróbował zadać jej pytanie właśnie o to. I co? Nie dokończył go nawet, bo ta bez słowa obróciła się na pięcie i najzwyczajniej w świecie uciekła.

    Jak już wyżej wspomniałem mój kolega jest głęboko wierzącym człowiekiem, więc te dwa zdarzenia wstrząsnęły nim ogromnie. Nie wiem, jak przebiegać będzie w nim ewolucja wiary i postrzegania księży i zakonnic w przyszłości, dzisiaj wiem jedno –  oba wydarzenia zmieniły w nim to coś na tyle, że stał się zaprzysięgłym wrogiem klechów i pingwinów – jak nazwał księży i zakonnice. Odparłem mu na to, że dziwię się jego zaskoczeniu i oburzeniu, bo przecież już dawno twierdziłem, że Kościół katolicki to świetnie prosperujący bussines pod nazwą Krzyż! I w zasadzie nic się tutaj nie zmieniło od tysięcy lat, kiedy to Chrystus wystąpił przeciwko żydowskiemu kościołowi i jego hierarchii, którzy z tego właśnie miejsca uczynili miejsce targu i zarobkowania. Dzisiaj, co najciekawsze, gdyby dane mu było ponownie przyjść do ludzi, spotkałby się z tym samym kupczeniem, z tą jedynie różnicą, że byłby to jego Kościół i hierarchowie mający jego osobę na sztandarach religijnych. I wtedy, jestem tego pewien, naprawdę stałby się cud – ten cud polegałby na tym, że tym razem Chrystus sam przybiłby się do krzyża. Z rozpaczy. Deprawacja bowiem jego nauki przerosła szczyty hipokryzji! Amen.

       12.04.2015 r.

06:08, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl