RSS
środa, 30 kwietnia 2014

    Pomyślałem sobie, że dzisiejszy wpis powinienem się rozpocząć od słów: Po raz ostatni! Aby „dramatyczne" wyznanie zabrzmiało wiarygodnie. Dla wprowadzenia jednak elementu równoważącego, druga część zdania powinno brzmieć: W tym miesiącu, naturalnie! I zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku, będą to słowa prawdziwe.

    Życie, to ustawiczne spoglądanie w tył i w przód.  Tu i teraz się dzieje, więc życie w takim akurat momencie jest zbyt szybkie i za krótkie, aby mogło być życiem „prawdziwym”. Prawdziwe życie bowiem, to właśnie patrzenie zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość. To jest nasze, własne, osobiste! Przeszłość bowiem, to nasze doświadczenie, przyszłość natomiast – to nasza nadzieja.

   Podobno pogoda w dniu mojego przyjścia na świat była wyśmienita. Nie wiem – nie sprawdzałem, jednak nie mam też najmniejszych choćby podstaw, żeby nie wierzyć mojej mamie – tym bardziej, że dzień ten przypadł niemal na sam środek lata: 14 lipca. Tak zatem – słonecznie, wyglądał świat, gdy pojawiłem się na nim ja. Gdyby tego dnia słońca nie było jednak w ogóle, to i tak ono by zaświeciło: dla moich rodziców, naturalnie. W końcu byłem „owocem miłości”!

    Dzisiaj, w dniu, w którym piszę niniejsze słowa, również jest słonecznie. A że dzień ten jest dla mnie, jak już wcześniej wspominałem, właściwie pewnego rodzaju „śmiercią” – mam nadzieję, że jednak taką planowaną i rozłożoną w czasie – więc świetnie się składa, że należy on do pogodnych, bo to zawsze lepiej rozstawać się w takim dniu, niż w pochmurnym, chłodnym, nieprzyjemnym. W ogóle uważam, że jeżeli dzień naszego przyjścia na świat należy do tych radosnych, a dzięki temu również co dla niektórych najjaśniejszych – mimo nieraz paskudnego siąpienia za oknem – to również i dzień rozstania i pożegnania powinien należeć do podobnych. W końcu jak odchodzić, to z fasonem i z uśmiechem na twarzy! Pogoda bowiem to niezmiernie istotna sprawa, również w chwili naszego odejścia – skądkolwiek i dokądkolwiek. Zatem – wychodzę! A ściślej:

    – Idę w cały świat! Ot co! No! To… do kiedyś. Kiedyś jeszcze w tym tygodniu, naturalnie:)

       30.04.2014 r.

08:47, adelmelua
Link Komentarze (2) »
wtorek, 29 kwietnia 2014

    Śmierć bywa różna. Dla mnie, za życia, śmiercią jest moje milczenie. Między innymi tutaj. Dzień, dwa dni milczenia, to jak dwa dni powolnego odchodzenia. I godzenia się z decyzją: kończę codziennie pisanie bloga. Naturalnie nie zamykam go definitywnie, jednak nie będę już tak systematyczny, jak dotychczas. W końcu śmierć – choćby i niepełna, ma swoje prawa! Więc umrę sobie jedynie częściowo i rozłożę to moje konanie w czasie.

    O powodzie, dlaczego tak się stanie, pisałem już: czuję, że dotarłem do ściany, której ani nie potrafię zburzyć, ani przesunąć choćby o milimetr. Dlatego postanowiłem udzielić sobie urlopu, powiedzmy wypoczynkowo-rehabilitacyjnego. A że taki urlop niczego i z niczego nie wyklucza, więc tym samym moje pisanie również nie osiągnęło swojego ostatecznego końca. Dlatego umieram nie wszystek. Co jakiś czas bowiem będę się tutaj pojawiał z jakimś tekstem. Oczywiście, jak będę miał o czym pisać. W tym momencie wiem, że czas najwyższy odpocząć. Jestem pewien, że Wam również należy się taki odpoczynek od mojego „towarzystwa”. Zatem – do jutra, do przedostatniego wpisu.

    Gdybym jednak miał odejść fizycznie – w końcu licho nie śpi! – wówczas moje zejście ze sceny życia mogłoby wyglądać następująco:

                                   Rozmowa za pięć dwunasta"

   – Ktoś ty?

   – Nie poznajesz? Śmierć.

   – Śmierć...?! Czyja?

   – Jak to czyja? Wszystkich!

   – Wszystkich... Nie znam!

   – To poznasz.

   – Ale... Znajomych sam sobie wybieram!

   – Mnie się nie wybiera. To ja wybieram.

   – Idź sobie stąd! Nic tu po tobie.

   – Rozumiem, nie przygotowałeś się jeszcze.

   – Nie przygotowałeś...?

   – No, na przyjęcie mnie.

   – Ciebie?

   – Uhm. Czas najwyższy.

   – Powiedziałaś, że jesteś wszystkich.

   – To prawda.

   – Więc idź sobie do wszystkich – najlepiej diabłów! Nie jesteś tu potrzebna.

   – Nie mogę – teraz twoja kolej. Nie pamiętasz?

   – O czym? O co ci chodzi?

   – Byłam już u ciebie. Jakieś trzy lata temu. Miałeś wtedy pierwszy zawał...

   – I co z tego!?

   – Nie denerwuj się tak. Złość piękności szkodzi.

   – To idź stąd!

   – Odejdę, kiedy uznam, że już czas. I nie sama.

   – Daj mi spokój. Wynoś się!

   – Dobrze, już dobrze. Nie unoś się.

   – Boże mój...

   – No – no, uważaj na słowa.

   – Jeszcze tu jesteś...

   – Jak widzisz. Jestem wierna. Do końca.

   – Daruj sobie. Dzisiaj nie musisz.

   – Mylisz się. Zresztą nie tylko ty. Ale wracając do tego zawału. Pamiętasz, prosiłeś mnie...

   – Właśnie! Wiem o co prosiłem. Nie dotrzymałaś słowa.

   – Ja? Niemożliwe. Zawsze dotrzymuję.

   – Nie dotrzymałaś! Miałaś zniknąć z mojego życia.

   – Tak się stało...

   – Nie! Łżesz! Od  trzech lat byłaś  zawsze  przy mnie. Codziennie. Wszędzie czułem twój oddech – oddech pożądania.

   – Przeczulony jesteś. Jak niemal wszyscy ludzie. Lepiej przygotuj się. Mamy bardzo mało czasu.

   – Przygotować...

   – Tak, najdroższy. Komu w drogę, temu czas.

   – Jaką drogę?

   – Ostatnią. Nie udawaj.

   – Nie. Idź sama! Ja zostaję. Jestem zmęczony.

   – Nie mogę, powinieneś to wiedzieć. Nigdy nie wracam sama.

   – Ja z tobą nie pójdę. Słyszysz?! Nie należę do ciebie! Nie należę!...

   – Należysz, należysz. Jestem tobą. Jestem twoją śmiercią.

   – Nie! Nie jesteś mną. Wyglądasz okropnie!

   – Wyglądam tak jak ty. Sam zapracowałeś na ten wygląd swoim życiem. Przypomnij sobie – nie oszczędzałeś się. Alkohol, papieroski, panienki, zabawy po nocach, więc jeżeli masz jakieś pretensje, to możesz je mieć tylko do siebie.

   – Kłamiesz! Cała jesteś jednym wielkim kłamstwem.

   – I znów skucha. Jestem prawdą – najprawdziwszą prawdą twojego życia. Jakie życie – taka śmierć. W twoim przypadku nie mogę wyglądać inaczej. I w ogóle przestań się głupio zachowywać. Dorosły człowiek, a, doprawdy, jak dziecko…

   – Nie! Nie zbliżaj się. Nie chcę!...

   – Ciszej, głupi. Nie bój się. U mnie też jest przyjemnie. Nie gorzej niż tutaj. Zobaczysz...

   – Nie… Proszę…

   Chciał jeszcze coś powiedzieć, krzyknąć, ale już nie zdążył – ostatnie słowo siadło mu na gardle, dusząc go swoim ciężarem. Pomieszczeniem, oprócz ciemności, zawładnęła teraz śmiertelna cisza. 

         29.04.2014 r.



06:01, adelmelua
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 28 kwietnia 2014

   Oczywiście, wszyscy znamy z historii pierwszy tajny  triumwirat zawarty pomiędzy Juliuszem Cezarem, Markiem Krassusem i Pompejuszem. Dzisiaj nieistotne, dlaczego i po co on powstał, ważne, że zaistniał i tym samym dał mi pretekst do odwołania się do niego. Różnica jednak pomiędzy tamtym, historycznym, a „moim” jest kolosalna. Bo o ile tamten dotyczył jednak porozumienia trzech osób w konkretnej sprawie, o tyle ten, o którym chcę wspomnieć, odnosi się jedynie do pewnego podobieństwa nazwisk i pseudonimów. Te nazwiska to: Lenin, Stalin, Putin. Oczywiście, gdzie tam temu ostatniemu do dwóch pierwszych – choćby w okrucieństwie swoich czynów, jednak podobieństwo zawsze pozostaje podobieństwem, a oprawca oprawcą!

   My, na szczęście, takich przywódców w swojej historii nie mieliśmy – narodowy charakter Polaków nie pozwala. Nie znaczy to jednak, że oprawca nie występuje u nas w ogóle. On był i, jak najbardziej, jest nadal i wcale źle się nie miewa, wręcz przeciwnie – kwitnie w najlepsze. Naszym oprawcą bowiem pozostaje, niestety, Państwo! Państwo, które poprzez swoich urzędników i swoje struktury, czyli przez wielu z nas – ludzi, ale także sądy i policję, prokuraturę i skarbówki itd., itp., pozostaje nieprzystępne, traktujące obywatela z urzędu per noga, jako zagrożenie i potencjalnego bandytę; Państwo, które pragnie decydować o każdym obywatelu dogłębnie i na każdym kroku; Państwo, które pozostaje w stosunku do niego nieufne, a tym samym na wielu płaszczyznach opresyjne; Państwo, które zamiast wspierać, próbować wyrównywać szanse wszystkim swoim obywatelom, zawodzi na całej linii. Niestety, takiemu Państwu bliżej do wampira, który musi wyssać ze swoich obywateli krew, niż do państwa opiekuńczego – takiego choćby na wzór państw skandynawskich. Nasze Państwo bowiem jest wtedy silne – przynajmniej tak myślą, jak się zdaje, politycy – gdy swoich obywateli totalnie ubezwłasnowolni!

  Nie będę pisał, gdzie mam takie państwo i jego urzędników. Źle zaczęty bowiem poniedziałek, to podobne  rokowania na cały tydzień. A ja nie chcę się wkurw… Dlatego powiem na koniec krótko: Takie państwo niech na mnie nie liczy: nigdy bowiem nie stanę się stróżem brata swego. Amen.

   P.S.

   Myślicie że podobieństwo ww. nazwisk jest przypadkowe i nic nie znaczy?

       28.04.2014 r.

13:37, adelmelua
Link Dodaj komentarz »

   Dzisiaj, tak jak wczoraj, będą dwa teksty: teraz pierwszy, ten dotyczący teatru – w końcu dzisiaj „teatralny poniedziałek”, więc rozumie się samo przez się, drugi natomiast trochę później.

   Pod datą 30.04.1993r. zapisałem: O godz. 18 wybrałem się do teatru na kolejną sztukę B. Schaeffera Tutam. Łudziłem się, że moja opinia o jego dramaturgii może co nieco się zmieni. I, jak zwykle, spotkało mnie kolejne rozczarowanie. Jak zwykle, niestety. Albowiem naprawdę chciałbym móc odbierać go inaczej – łagodniej, przyjaźniej, korzystniej.

   To, czego nie mogę odmówić B. Schaefferowi, to z całą pewnością dużej lekkości i błyskotliwości jego sztuk, całościowo jednak pozostają one zbyt płytkie, mętne, miałkie i powierzchowne. Okej, dobrze że są, ale tak na dobrą sprawę równie dobrze mogłoby ich nie być – żadna strata. Stąd chyba w programach jego spektakli, wydawanych u nas, znajdują się z reguły nie spostrzeżenia odbiorców jego przedstawień, ale właśnie jego – on je zna, on wie, o co w nich chodzi, on wskazuje – co, jak i dlaczego, on – twórca, wie najlepiej! I, prawdę mówiąc, nie jestem ani zdziwiony, ani jakoś specjalnie zaskoczony takim obrotem sprawy. Wręcz przeciwnie – uważam to za świetny pomysł. Nikt inny bowiem nie zna przecież tak dobrze swojego gniotu, jak właśnie gniototwórca. Jedynie on jest w stanie, pośród ogólnego „chaosu dzieła”, dotrzeć do jego „sedna”, jego „tajemnicy” – tajemnicy pełnej antytajemnic! Wszystko bowiem, to wręcz beznadziejna jawność! Tutam B. Schaeffera, to nie żaden staw pełen rzadkich bystro mknących rybek w rzece, lecz bajoro po brzegi wypełnione skrzekiem skrzeczących żab.

    Niestety, wcale nierzadko dzieje się u nas tak, że nie tylko zwykli zjadacze chleba popadają w niepotrzebne skrajności, ale, co gorsza, również ludzie kultury. W tym przypadku czynią to reżyserzy, ciągnący nieomal za uszy na scenę, na siłę, sztuki B. Schaeffera. Pół biedy, jeżeli robią to świadomie, z premedytacją, z koncepcji swojej drogi teatralnej, takiej a nie innej jego wizji. Gorzej jednak dzieje się wówczas, gdy ulegają oni pojawiającym się krótkotrwałym modom. Wówczas takie podejście do teatralnej materii nie wróży nic dobrego dla obu stron – tak widza, jak i reżysera. Pierwszy łapie się w końcu, że jest oszukiwany, twórczość natomiast tego drugiego właściwie kończy się zanim na dobre się rozpocznie i staje on pokornie w szeregu tych wszystkich ludzi teatru, którzy od dawna pozostają bez twarzy i głosu, a ogólnie panująca koniunktura wyznacza jego artystyczny szlak, kreśląc przed nim cele i działania. Tyle.

         28.04.2014 r.

09:53, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 kwietnia 2014

   Przy moim krnąbrnym charakterze i nieuznawaniu jakichkolwiek autorytetów, pozostaję również jednocześnie pełen szacunku i poważania w stosunku do osób, których myśli, słowa, potęga intelektualna każą mi pochylić się przed nimi kornie, a nie tylko z pozycji maluczkiego, złośliwego, niewiele rozumiejącego i postrzegającego zawistnika, obsobaczyć ich, zrugać doszczętnie, spostponować.

    Naturalnie niezmiernie daleki jestem tutaj od czołobitności i piania peanów na cześć takich właśnie ludzi, chodzi jedynie o uznanie ich nieprzeciętności umysłowej – wyjątkowości przejawiającej się w ich działaniu, w każdym ich czynie. Nierzadko bowiem dzieje się tak, że osoby małe i nikczemnej postury, zakompleksione i zasklepione w kokonie swojej prymitywnej osobowości, nie dorastając tym niepospolitym, uzurpują sobie prawo do łajania i besztania tych, którzy stoją wyżej intelektualnie od nich, a których oni próbują oceniać, uczyć i drwić, mając w zasadzie za nic potęgę ich rozumu.

   Czy Karol Wojtyła należał do takich ludzi? Wiele wskazuje że tak. Osobiście człowieka lubiłem i szanowałem. Dzisiaj jednak z całą pewnością nie przyłączę się do ogólnego szaleństwa katolickiego i tak jak zawsze będę robił swoje. Zresztą, myślę, że sam papież, gdyby mógł, zapewne żachnąłby się na te wszystkie cuda-wianki związane z jego osobą, a także cuda, które tak lekko mu się dzisiaj przypisuje. Cóż, jak wiemy historia ludzkości to przecież nie tylko szczyty, to również niziny, to nie tylko geniusz, ale również szaleństwo, więc czy jest się, tak naprawdę, czemu dziwić? Ja się nie dziwię.

    A że prawda jest inna i że JPII był takim samym cudotwórcą jak ja, jak ty, i ty, i ty, i jeszcze ty, drogi anonimie, kogo to obchodzi? Nikogo. Albo bardzo niewielu. W końcu chodzi o spektakl. Teatr! Jasełkowy, co prawda, ale zawsze. Więc…



        27.04.2014 r.

10:19, adelmelua
Link Komentarze (2) »

   Mógłbym napisać tak: siedzę przed komputerem, myślę i piszę, a w nosie drażni, jak cholera! Świdruje i świdruje. Próbuję rozgonić kichnięcie, ale natura jest silniejsza: kicham i… Cholera! i klawiatura do wymiany. Cóż, stało się. Dlatego, zanim nie kupię nowej, jestem zmuszony zarzucić systematyczne prowadzenie niniejszego bloga. Rzecz w tym, że tak mógłbym napisać, gdyby powyższy wariant był prawdziwy. Jednak nie jest, więc spróbuję inaczej.

   Wariant drugi mógłby brzmieć tak: W wyniku wariackiego wprost tempa życia, jakiemu ulegamy, cierpimy chyba niemal wszyscy na brak czasu. Dlatego jednym z niewielu miejsc, gdzie możemy się spotkać w spokoju, bez presji że „coś musimy”, bo w innym przypadku z „czymś” nie zdążymy, „gdzieś” się spóźnimy, pozostaje… cmentarz. Nie znaczy to oczywiście, że akurat tam się wybieram – nie w tym rzecz. Póki co nie zamierzam jeszcze rozstawać się z życiem – żadne takie „gupoty” w mojej biednej główce jeszcze się nie zalęgły na szczęście. Niemniej, jako że życie jest niezmiernie kruche a, jak wiadomo, licho nie śpi, więc i ja mam tego świadomość. Zatem śmierć oczywiście pod żadnym pozorem, przynajmniej jeszcze nie, cmentarz jednak już jak najbardziej tak.

  Może to dziwnie zabrzmi, ale ilekroć wracam właśnie z cmentarza, tylekroć jestem „podbudowany pozytywną energią”. Oczywiście, brzmi to kontrastowo do miejsca o którym mowa, wręcz upiornie i paradoksalnie, jednak tak właśnie się dzieje w moim przypadku. Powodem takiego odczuwania jest banalna konstatacja, iż tak naprawdę wszyscy są sobie równi. I jeżeli nawet jeszcze nie są tacy tu i teraz, to z całą pewnością będą. W dalszej czy też bliższej przyszłości. A cmentarz, tak się składa, tę subtelną prawdę niezwykle mocno uświadamia. Szkoda tylko, że tak rzadko i nie wszystkim – choćby i późno.

   I tutaj doszedłem do wariantu trzeciego, tego właściwego. Dlaczego o tym piszę? Z prostego powodu: z końcem tego miesiąca będę pojawiał się tutaj rzadziej. No, chyba że tematów pojawi się sporo, wówczas niejako będę przymuszony wewnętrznym imperatywem do dokonania częstszych wpisów. Na dzisiaj jednak wiem, że moja zmniejszająca się aktywność jest nieuchronna.

   Na szczęście – dla mnie „na szczęście” naturalnie – nie jest to odchodzenie definitywne, fizyczne, a jedynie blogowe, czyli literackie. Więc, tak naprawdę, nie wszystek umrę: non omnis moriar! – jak powiedział swego czasu Horacy.

    Decyzja o ograniczeniu mojej aktywności blogowej wynikła z poczucia dotarcia do ściany, której ani nie potrafię zburzyć, ani przesunąć choćby o milimetr – przynajmniej dzisiaj tak to wygląda. Jak będzie jutro – nie wiem. W tym momencie jednak postanowiłem udzielić sobie urlopu, powiedzmy wypoczynkowo-rehabilitacyjnego. Czuję bowiem i wiem, że czas odpocząć. Jestem pewien, że Wam również należy się taki odpoczynek od mojego intensywnego „towarzystwa”. Ale że taki urlop niczego nie likwiduje i z niczego nie wyklucza, więc i moje pisanie również tutaj, nie myślę, żeby definitywnie osiągnęło swój koniec. Dlatego, jak wspomniałem wyżej, „umieram nie wszystek”. I – do jutra:)

          27.04.2014 r.

09:10, adelmelua
Link Komentarze (1) »
sobota, 26 kwietnia 2014

    Przytaczanie czegoś, co się napisało wiele lat temu, zawsze niesie ze sobą pewne ryzyko. Z jednej strony bowiem nie wiadomo, czy nasze słowa wytrzymały próbę czasu, z drugiej natomiast nie wiadomo, czy dzisiaj nasz punkt widzenia jest taki sam jak przed laty, czy może jednak uległ on przeobrażeniu i obecnie widzimy daną sytuację w całkiem innych barwach i okolicznościach. Ja, mimo powyższych wątpliwości, postanowiłem jednak tekst na temat sztuki B. Schaeffera tutaj przytoczyć.

    Pod datą 13.02.1993 rok zapisałem: Całkiem niedawno na polskich scenach miała miejsce krótkotrwała moda na B. Schaeffera. Ja nie tyle tej modzie uległem, ile bardziej byłem jednym ze świadków pochodu sztuk tego dramaturga przez polskie sceny. Byłem świadkiem – widzem, który obejrzał dwie jego sztuki w teatrze im. St. Żeromskiego w Kielcach: Tutam i Seans, jedną natomiast w telewizji – Scenariusz dla trzech aktorów.

    Światowa prapremiera Seansu miała miejsce pod sam koniec ubiegłego roku, co prawda, ja jednak wybrałem się na ów spektakl dopiero teraz, gdy sztuka niejako „swoje odczekała”. Bez względu jednak na czas „oczekiwania” dla mnie będzie to okres zawsze zbyt krótki i… I na tym w zasadzie mógłbym z powodzeniem zakończyć. Tyle, że byłaby to jednak z jednej strony zbyt duża łatwizna i ogromne uproszczenie, z drugiej znów, tak myślę, również niemała wręcz niesprawiedliwość, wynikająca z braku uzasadnienia swojej opinii. Dlatego, mimo iż leżącego się nie bije – tym bardziej nie kopie, ponoć – swoje uzasadnienie tutaj przytoczę.

   Otóż, tak jak dyr. B. Augustyniaka pożegnałem ze smutkiem i niepokojem o przyszłość kieleckiej sceny, tak jak z ulgą i nieskrywaną wręcz radością żegnałem jego następcę W. Boratyńskiego, tak P. Szczerskiego oczekiwałem z dużymi nadziejami – nadziejami, niestety, jak dotąd, nie do końca spełnionymi. Ale niespełnionymi nie z winy zespołu aktorskiego, jego gry, samej reżyserii czy też scenografii w poszczególnych sztukach, jest to wina przede wszystkim doboru repertuaru!

    Okazuje się bowiem, że w Seansie B. Schaeffera nie ma nic, ot – pusta wydmuszka! Nie ma w niej nic oprócz gry słów, słownej żonglerki prowadzącej tak naprawdę donikąd. Obecny jest jedynie chaos – nie bałagan, ale właśnie chaos, który niczego nie proponuje, do niczego nie zmierza, niczemu nie sprzyja – za wyjątkiem zapewne koncepcji autora. A najgorsze, że brakuje w tym wszystkim rzeczy kluczowej: porozumienia! Porozumienia między bohaterami przedstawienia, porozumienia, którego człowiek potrzebuje tak naprawdę najbardziej! Bez niego bowiem nasza egzystencja wydaje się beznadziejnie bezcelowa, ciężka, niepotrzebna, najzwyczajniej w świecie jałowa.

    Oczywiście, na siłę można stworzyć taką ideologię, przypisać ją do wszystkiego – nawet i do tego, co zresztą B. Schaeffer umiejętnie robi, próbując dowodzić, w oparciu o ów chaos, złożoność świata, jego enigmatyczność, podwójne dno przedstawienia, ble, ble, ble – i tak aż do wyrzygania. Dla mnie jednak, to nie tylko spore nadużycie, ale po prostu zwykła wiara Autora w tak zwane pobożne życzenia.

   Czegokolwiek jednak bym nie powiedział o Autorze, dwie rzeczy, muszę przyznać, robi doskonale. Pierwsza to ta, że wyśmienicie zjednuje sobie publiczność, robiąc do niej  przysłowiowe oko. I mimo że mówi: „Masa zawsze jest głupia i nieodpowiedzialna”, to jednak nie kto inny jak owe „głupie masy” idą na Jego sztuki, te same masy śmieją się, klaszczą z uciechy w raczki, akceptując w ten sposób Jego punkt widzenia i Jego propozycję teatralną.

    Drugą rzeczą, którą należy dostrzec to ta, że Jego sztuki są bardzo dobrym materiałem dla aktora, twórczego aktora! Nie tylko aktora inteligentnego, ale również, może nawet przede wszystkim, aktora wysportowanego, wręcz akrobatycznego! Tutaj, na tym polu pozostaje On nie do pobicia. Jest wręcz wyśmienity! Niestety, rzecz polega na tym, że pomiędzy dobrym materiałem do gry, a istotą gry, istotą materii teatru, różnica jest taka mniej więcej, jak pomiędzy uderzeniem zamierzonym, markowanym, a zaistniałym naprawdę i odczuwalnym. Nie trzeba chyba tłumaczyć nikomu, które jest skuteczniejsze.

  Poza tym sztuka dla sztuki, jej niejako czysta zewnętrzna forma nie zawsze jest interesująca, jeżeli nie jest mocno podbudowana choćby zamysłem oraz ujmującą grą aktorską. Gdy tego nie ma sama forma pozostaje nierzadko płytka, powierzchowna, nie wciągająca w żaden sposób w swój świat. A na samej inteligencji i błyskotliwości intelektualnej – choćby i nieprzeciętnej! – dobrego czy też wybitnego teatru zbudować się nie da. Bo to tak, jak gdyby była co prawda głowa, ale już bez całej reszty organizmu.

   Nie znaczy to oczywiście, że czystej formy w teatrze w ogóle być nie powinno, wręcz przeciwnie! Na pewno jednak nie jako podstawa, a jedynie odskocznia, pewne urozmaicenie i złapanie niejako oddechu. Taką drogą nigdzie raczej dojść nie można. Jedynie zejść na manowce. Dlatego, jeżeli miałbym już w ogóle komukolwiek coś radzić, to: Naturalnie, iść, koniecznie! Szczególnie niechaj idą na spektakl ci, którzy szukają ciepłego i spokojnego miejsca na drzemkę. Na widowni jest dużo miejsca, każdy się wyśpi. Jest tylko jeden feler: cena biletu. Drzemka na dworcu wypada jednak siłą rzeczy dużo taniej. Na dodatek podają tam jeszcze herbatę!:)

   Zresztą, być może się mylę, być może to On ma rację i Jego wizja teatru zwycięży w ostatecznej rozgrywce o istotę sztuki. Nie wiem. Na dzisiaj jednak tak ją odbieram, a nie znam żadnego sędziego, który potrafiłby owo zagadnienie rozstrzygnąć autorytatywnie i niepodważalnie, oprócz, oczywiście, jednego: czasu. Ale on działa w tego rodzaju przypadkach niezwykle powoli. Pocieszające, że robi to jednak skutecznie. Więc na pytanie, kto posiada w tym przypadku rację odpowiedź jest dzisiaj jedna: niewątpliwie wykaże to czas. Za jakiś czas, naturalnie.

         26.04.2014 r.

09:15, adelmelua
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 kwietnia 2014

  Pytanie wydaje się proste: Czy wszyscy z nas posiadają swój wewnętrzny świat? I odpowiedź, jaka się od razu nasuwa również jest niezwykle prosta: Naturalnie! Każdy człowiek z całą pewnością taki świat posiada. W końcu jest istotą ludzką, ma świadomość, wrażliwość a nie tylko zwierzęcy instynkt. Ale czy rzeczywiście tak jest? Czy światy nasze, wewnętrzne, są takie same, podobne, czy może jednak oddalone od siebie jak Proxima Centauri od Ziemi? I czy w ogóle one są zawsze i w każdym ludzkim przypadku?

   Myślę, ba – jestem pewien(!), że nasze wewnętrzne światy różnią się od siebie i to dość znacznie. To, co decyduje o tym zróżnicowaniu, to przede wszystkim nasza wrażliwość, która warunkuje poziom tzw. uczuć wyższych.  Im większa bowiem wrażliwość, tym i ów świat wewnętrzny wydaje się bogatszy, empatyczny. I na odwrót: im wrażliwość skarlała, stępiona, tym samym świat uczuć wyższych uboższy, poważnie ograniczony, a nierzadko nawet nieistniejący w ogóle.

    Zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku, mamy oczywiście do czynienia z pewnego rodzaju ułomnością, mogąca skutkować w przyszłości, niestety, tylko źle. Źle zarówno dla osoby pozbawionej tego świata, jak również dla tych, którzy znajdą się w najbliższym otoczeniu takiej osoby. Dlatego generalizowanie i mówienie o świecie wewnętrznym jako cesze immanentnie związanej z człowieczeństwem jest – tak myślę – sporym nadużyciem. Współczucie, współodczuwanie, litość, empatia, jako płaszczyzna porozumienia, jako możliwość znalezienia wspólnego języka z ludźmi pozbawionymi wrażliwości wydaje się nie istnieć. Tacy ludzie bowiem w tym obszarze własnego człowieczeństwa pozostają najzwyczajniej w świecie inwalidami i trzeba by ogromu pracy, moralnego wysiłku, aby ów świat w takim człowieku stworzyć od podstaw. Jeżeli w jakimś momencie ich życia nie zrobi się tego, nie spróbuje ktoś zmienić zaistniałej sytuacji, wówczas pozostaną oni do końca dni swoich w zakresie kontaktów międzyludzkich dysfunkcyjni.

   Powodów takiej sytuacji może być sporo, najistotniejszym jednak wydaje się kwestia dzieciństwa. Wzrastania  i rozwijania się w normalnym, bezpiecznym środowisku. Gdy takich warunków brakuje, gdy młody człowiek narażony jest jedynie na negatywne oddziaływanie środowiska, na korzystanie ze złych wzorców, wówczas w dwójnasób narażony jest on na ową niepełnosprawność mentalną, którą cechuje chłód emocjonalny, brak współodczuwania, totalny brak jakichkolwiek cech empatycznych.

   Konsekwencją tego może być np. głębokie przeświadczenie takich ludzi o niezasłużonej krzywdzie, jaka ich w życiu spotkała. To z kolei może rodzić frustrację, która z każdym dniem, miesiącem, rokiem będzie się rozwijać, aż w końcu przybierze ostatecznie postać agresji. I pół biedy – chociaż to zawsze źle, że ona występuje – jeżeli będzie ona skierowana w stronę osobnika dorosłego, dojrzałego – ten bowiem zawsze ma szansę obrony; znacznie gorzej, gdy jej ofiarą padnie dziecko – bezbronne i niewinne. Tutaj, niestety, ten mały człowiek jakichkolwiek szans skutecznej obrony jest pozbawiony.

        25.04.2014 r.

05:48, adelmelua
Link Komentarze (2) »
czwartek, 24 kwietnia 2014

Karolina: Kiedy to się pojawia? Oczywiście przeważnie w ciągu dnia. Ale i w nocy też się zdarza. Najpierw jest taki nerwowy  rwany oddech. Krótki. Wtedy coś zaczyna się w człowieku kotłować, walczyć we mnie. Ale i ze mną też. Nie mogę sobie wówczas znaleźć miejsca. Zaczynam płakać. Ale łzy nie pomagają, nie przynoszą ulgi. W końcu dociera do mnie, że muszę coś zrobić. Więc szukam czegoś na tyle ostrego, żeby jednym mocnym pociągnięciem przeciąć ten nieznośny niepokój. I gdy znajduję, robię to i… ulga. Czuję, jak spływa na mnie coś niewymownie błogiego i obezwładniającego. W końcu uwalniam się od tego stanu nieopanowanej emocji. Gdy pojawia się krew wszystko odchodzi. Nic nie jest ważne. Czuję tylko ból i ciepło krwi, a w głowie wytwarza się jakby jakaś przestrzeń, bez wspomnień i znaczeń. Ale mimo tego bólu czuję zadowolenie i dziwny spokój, ulgę i błogą przyjemność. Doznaję czegoś na kształt – powiedziałabym – ziemskiego raju, który naznacza mnie po każdej takiej wizycie kolejnym sznytem, kolejną świeżą blizną. A mam je wszędzie: na rękach, nogach, brzuchu, podbrzuszu, nawet – o, tutaj, na biodrach. Zapewne wydaje wam się to dziwne? Okropne? Nie akceptowalne? Być może tak jest. Ale jak się nienawidzi siebie, swojego ciała, to każda autoagresja jest wytłumaczalna i jak najbardziej akceptowalna. Wszystko jest zrozumiałe. Przez takich jak ja, naturalnie. Przez takich…

(...)Od zawsze, od kiedy tylko pamiętam, wszystko miałam – musiałam! – mieć najlepsze. A że to była taka transakcja wiązana – coś za coś, więc i ja musiałam być też najlepsza. Angielski? – Proszę bardzo. Tenis? – Oczywiście. Do tego przydałaby się przecież jakaś muzyka. Więc jakiś instrument. Gitara? Nie, to takie plebejskie. Najlepiej skrzypce – to taki ładny i dostojny instrument przecież, nieprawdaż? Ale gdybyś chciała jednak nagle go zmienić, to nic z tego. Już nie można. Za późno. Bo jak się coś zaczyna, to należy kontynuować. Do finalnego zakończenia! Nie wolno, ot tak sobie, rzucać czegoś tylko dlatego, że coś przestało nas nagle kręcić. W ten sposób, poprzez zbyt częste zmiany, do niczego się nie dochodzi. Wykazuje się tym jedynie emocjonalną chwiejność charakteru. Dlatego przede wszystkim należy być konsekwentnym! Jak tatuś. 

(...)Któregoś dnia bawiliśmy się w knajpie: ja, moja siostra cioteczna, jej brat i jej chłopak. Opijaliśmy moją osiemnastkę. I naprawdę było świetnie. Po jakimś czasie do naszego stolika przysiadło się trzech starszych facetów z dziewczyną. Impreza się rozkręcała w miarę wypijanego piwa, a ja w pewnym momencie przestałam się kontrolować. Moja kuzynka z chłopakami chcieli już iść, ale ja się uparłam że zostaję i żeby się o mnie nie martwili. Żadne ich prośby i namowy nie skutkowały. Więc w końcu zostawili mnie i poszli. Naiwnie myślałam, że przecież nic złego nie może mi się stać. Jestem dorosła, jesteśmy w lokalu, w miejscu publicznym, więc… Jednego nie przewidziałam. W pewnym momencie jeden z tych trzech mężczyzn zaproponował, żeby się przenieść do jego mieszkania. Na miejscu dotarło do mnie, w co się wpieprzyłam i że za chwilę stanie się coś, przed czym zawsze mnie ostrzegano, a co do tego momentu znałam tylko z gazet czy telewizji. Na wycofanie się było jednak stanowczo za późno. A że panicznie bałam się bólu i tego, żeby nic mi nie zrobili, co by było widoczne na zewnątrz, więc się nie sprzeciwiałam. Nie tylko wykonywałam co chcieli, ale byłam też w pewien sposób aktywna. Alkohol zresztą w tym mi pomógł. Tak samo zresztą, jak i ta dziewczyna z nimi. Ona też w tym uczestniczyła. Gdy wróciłam do domu, weszłam do wanny i siedziałam w niej – wydawało mi się – całą wieczność. Nie chciałam z niej wyjść. Myślałam, że w ten sposób zmyję z siebie to, co mnie spotkało. Cały ten brud. Czułam się zbrukana, potwornie nieczysta. Trzęsłam się jak jakaś osika. A potem… potem o tym nie pamiętałam. Wyparłam z pamięci. Myślałam, że na zawsze. Ale to było tylko złudzenie. Bo to zawsze było we mnie. Tkwiło niczym cierń. Tyle że pod skórą. Tuż pod jej powierzchnią. Niewidoczne dla nikogo. Dopiero jednak na ostatniej terapii psycholożka uświadomiła mi to i związek pomiędzy tym, co się wtedy stało, a moją autoagresją. Uświadomiła mi, że to jeden z tych najważniejszych elementów, który popchnął mnie do samookaleczeń. I gdy tak teraz o tym myślę, to mam w zasadzie pewność, że tak było. Wówczas jednak nie widziałam, czy też nie chciałam widzieć żadnego związku z tym, co sobie robiłam. Wtedy myślałam tylko o jednym – o śmierci. Bo życie było dla mnie tylko i wyłącznie koszmarną walką z bólem.

    P.S.

    Pełny tekst monodramu znajduje się pod adresem: http://kiler.blox.pl/2013/03/Kolejny-monodram.html 

     24.04.2014 r.

09:17, adelmelua
Link Komentarze (2) »

   Chcemy, żeby społeczeństwo było zdrowe, albowiem społeczeństwo to nie kto inny, jak właśnie my! Ale społeczeństwo w kontekście przyszłości, to przede wszystkim dzieci. Zawsze i wszędzie. Dlatego, aby starość przed nami była pomyślna, a przyszłość jasna, powinniśmy w pierwszej kolejności zadbać właśnie o nie! Albowiem zdrowe społeczeństwo, to szansa na odniesienie sukcesu, szansa na społeczeństwo szczęśliwe, zdrowe, bogate. Ale bogate nie tylko samym stanem posiadania materialnego, przede wszystkim bogate możliwością zaspokajania swoich potrzeb na wszystkich poziomach własnej egzystencji.

    Takie będą rzeczpospolite, jakie ich młodzieży chowanie – nieraz dało się słyszeć w dawniejszych czasach. Ale żeby rzeczpospolite były właśnie bogate, prężne, silne, najpierw dzieci muszą być zdrowe, pełne wigoru i radości życia. Niestety, w tym zakresie najlepiej u nas nie jest.

    Nie będę tutaj wnikał, dlaczego, kto i ile jest winien – rodzice bardziej, czy może szkoła, państwo, czy również Kościół dołożył swoje trzy grosze, wszystkie bowiem instytucje wydają się pospołu winne, na co nakłada się dodatkowo jeszcze obecny czas – czas bezrefleksyjnej konsumpcji, rywalizacji na śmierć i życie, czas powierzchownego traktowania ludzi, problemów, wszystkiego.

   Od kilku lat ciągnie się sprawa jakiejś siostry Bernadetty, która w prowadzonym przez siostry zakonne domu dziecka, urządziła przebywającym tam wychowankom istne piekło. Zapewne w imię miłości do boga. Jej boga – prywatnego, pełnego nienawiści, niechęci i agresji w stosunku do małego człowieka.

   Niedawno przeczytałem o dzieciakach w jednej z klas gimnazjalnych, gdzie na 26 osób 20 systematycznie dokonuje samookaleczeń. Przeczytałem i przeraziłem się. Bo wiem, że nie bierze się to z niczego, z powietrza, że za ten stan odpowiadamy my – dorośli!

   Nie chodzi oto, że nie wiedziałem o takich zdarzeniach, bo oczywiście miałem świadomość występowania tego typu zachowań. Zawsze przemoc towarzyszyła człowiekowi – w moim dzieciństwie również mogłem ją zauważyć. To, co mną wstrząsnęło, to skala tego zjawiska. Dlatego na wstępie napisałem o zdrowiu – w tym przypadku zdrowiu psychicznym bardzo młodych ludzi, o które musimy zadbać, jeżeli chcemy w końcu żyć w normalnym kraju.

     P.S.

   Kiedyś napisałem monodram dla 21-letniej kobiety (cały znajduje się na moim drugim blogu), ale że jest a propos tematu, więc postanowiłem krótki jego fragment przytoczyć w drugim wpisie.

   Na koniec podaje linka do mojego tekstu sprzed dwóch lat, który w całości również poświęcony był dzieciom: http://dagome.blox.pl/2012/05/Oszczednosci-a-niz-demograficzny.html 

       24.04.2014 r.

09:03, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl