RSS
wtorek, 30 kwietnia 2013

     To, co mamy najcenniejszego, to bez wątpienia swoje imię, czyli własną twarz. Pracujemy w końcu na nią całe swoje życie, więc źle się dzieje, gdy w jednym momencie ją tracimy w wyniku podjęcia jakiejś niefortunnej decyzji. Oczywiście decyzje mogą odnosić się do różnych osób i dotyczyć różnorodnych spraw, mnie interesują jednak szczególnie te dotyczące osób powszechnie znanych.

    Kiedyś Krzysztof Majchrzak zarzekał się, że w reklamie to on może by i wystąpił, ale ci, którzy do niego w tej sprawie dzwonią, natychmiast wymiękają po usłyszeniu kwoty, jakiej żąda pan Krzysztof. Krótko mówiąc cena jest zaporowa! W ten sposób ma spokój z reklamodawcami. Dlaczego? Bo twarz można sprzedać tylko raz. A jeżeli tak, to trzeba to zrobić dobrze. Ba, nawet bardzo dobrze! Tak mniej więcej mówił aktor. Spodziewam się więc, że K. Majchrzak tak właśnie zrobił. I odpowiednio zarobił. Tym bardziej, że zagrał w reklamie na własnych warunkach. Co prawda w byle jakiej reklamie, niemniej liczy się efekt końcowy: pieniądze zainkasowane, więc życie może toczyć się dalej. Na pewno dużo lżej. Czy było to słuszne posunięcie? Cóż... Jak to czasami się mówi: „nie mój cyrk, nie moje małpy”. Od siebie dodam może jeszcze to, że tym bardziej nie moja twarz.

   Dlaczego o tym piszę? Bo rzecz zrobiła się niezmiernie powszechna. Szczególnie pośród reklam bankowych. Gdzie się nie obrócisz z miejsca atakuje nas znana twarz. Z reguły jest to twarz jakiegoś aktora. Dla oddania sprawiedliwości – aktora nie tylko polskiego. A że kto jak kto, ale banki muszą dobrze płacić, więc znanych twarzy w reklamach bankowych przybywa. Zapewne proporcjonalnie do zysków banku.

   W jednej z ostatnich reklam, dotyczącej jednak nie banku a instytucji pożyczkowej, nie widać, a jedynie słychać głosy znanych aktorów. Co to za firma, czy uczciwa? Jak długo jest na rynku zachodnim? – nie wiem. Mam nadzieję, że aktorzy, reklamujący swoim głosem tę firmą, prześwietlili ją i są pewni produktu, który próbują sprzedać milionom Polaków. Jeżeli jednak tego nie zrobili wówczas… Cóż, wtedy pozostać może tylko niesmak, rozczarowanie i frustracja wielu Polaków. Czy zatem, mimo że wiadomo iż pieniądze nie śmierdzą, warto swoją twarzą firmować projekt nieuczciwy? Czy warto, tak jak to się dzieje ostatnio w reklamie firmy pożyczkowej, gdzie słychać głosy znanych aktorów, angażować swój autorytet, swoją markę, którą jest własne nazwisko, w projekt, który może okryć kogoś znanego niesławą - choćby i za naprawdę duże pieniądze? Czy naprawdę wszystko i przez wszystkich jest na sprzedaż, a pozostaje tylko jedna kwestia do rozstrzygnięcia – ceny?

     30.04.2013 r.

05:53, adelmelua
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 29 kwietnia 2013

   Nie brakuje zwolenników poglądu, że w Torze zawarta jest przepowiednia zapisana jakoby jakimś kodem, odnosząca się do naszej przyszłości. Z reguły przyszłości niezbyt kolorowej. Dlaczego takiej? Przyznam – nie wiem. Mogę jedynie podejrzewać, że cokolwiek byśmy nie zrobili, to i tak mamy przechlapane! Tylko znowu pojawia się pytanie: dlaczego? I znów zniechęcająca odpowiedź: nie wiadomo. Ale, jeżeli miałbym zgadywać, to powiedziałbym, że to jakaś zemsta. Tylko za co i kogo? Oto jest pytanie! Jakkolwiek brzmi odpowiedź jedno wydaje się pewne – przynajmniej dla mnie: opcji optymistycznej dla ludzkości, według takiego rozumowania oczywiście, nie przewidziano. Wychodzi zatem na to, że nasze starania o lepsze jutro są całkowicie zbyteczne i psu na budę. Zostaliśmy bowiem odgórnie i tak już skazani. Wyrok zapadł! Pieprzył już o tym nawet św. Janek w swoim Objawieniu. Ale do rzeczy.

   Żeby zorientować się, co w trawie piszczy, czyli, o jaki kod tutaj chodzi, należało poczekać do naszych czasów i zdobyczy techniki, bowiem kombinowanie na piechotę nie za bardzo wychodziło i było niezwykle męczące. Izaak Newton mógłby coś nam na ten temat powiedzieć, bo poświęcił na to połowę swojego życia. Na szczęście z odsieczą przyszedł komputer i odpowiednie łebskie programy, które ów kod miały złamać. Krótko mówiąc chodziło o odczytanie tego, co zostało nam niejako z góry upichcone. Czy zostało jednak odczytane? Oczywiście, w takim samym zakresie, jak zostały odczytane centurie Nostradamusa. Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku, próbuje się udowodnić jakąś tezę post factum. Przyznam, że takim prorokiem czy wróżbitą, to i ja mogę być. I to nawet z większym powodzeniem, bo wiem, o co biega w numerologii, a tarotem zajmuję się od dziesięciu lat. To jednak, co obie rzeczy różni, to źródło ich powstania. Tora bowiem zrodzić się miała – ponoć – za pośrednictwem i z ingerencji samego Boga, centurie zaś są jedynie od początku do końca tworem człowieka. Na dodatek tak zapisane, że jest problem z ich właściwym odczytaniem przed wydarzeniem, którego zapis dotyczy. Czyli ta pierwsza, mniemam, powstawała  na zasadzie: Bóg mówi – człowiek spisuje, w przypadku drugim od początku do końca za wszystkim stoi człowiek.

  Nie wiem, ile zeszło komuś na spisywaniu Tory, podejrzewam jednak, że był to proces niezwykle żmudny, więc zapewne zatrudniona została do tego zadania porządna stenotypistka. Co najmniej taka na miarę Anny, którą zatrudnił F. Dostojewski, gdy musiał wywiązać się w terminie z umowy na dostarczenie książki do wydawnictwa. Na szczęście Anna podołała zadaniu wyśmienicie, za co, podejrzewam że w nagrodę, została jego żoną. Co otrzymał, czy też otrzymali stenotypiści od Biblii za życia? – przyznam, nie mam bladego pojęcia. To zresztą nieważne, istotne, że Tora powstała i dzisiaj jest niezłą łamigłówką dla niektórych jej wielbicieli.

   Osobiście zgadzam się z tymi, którzy  uważają, że Biblia powstała pod natchnieniem Boga. A to dlatego że, tak jak wspominałem już kiedyś, przyjmując za pewnik istnienie Boga, czy też pewnej formy Boskości, wszystko, co tworzymy, powstaje pod tym wpływem. Dlatego bardzo prawdopodobne jest nawet to, że gdyby niniejszy tekst został poddany komputerowemu programowi odnajdującemu ukryte kody, to i tutaj mielibyśmy z nim do czynienia! Dlaczego? Odpowiedź jest niezwykle prosta: ponieważ nasze myśli, które zapisujemy w jakimś logicznym ciągu są niejako pewnego rodzaju odzwierciedleniem panującego porządku w mikrokosmosie, którym jest nasz mózg. Mózg z kolei jest odbiciem kosmosu w skali makro. Zatem nasze myśli układają się w pewną harmonijną całość, czego końcowym efektem jest doskonałość naszego dzieła. Innymi słowy chodzi o to, że wszystko znajduje swoje należne miejsce. Jak we wszechświecie miriady niebieskich ciał.

  Zapewne wiele osób takim rozumowaniem i argumentacją będzie zaskoczonych i tym samym z nią się nie zgodzi. Ich prawo. Ja jednak będę obstawał przy swoim. Z jednego, za to podstawowego powodu: jeżeli przyjmiemy za pewnik, że jesteśmy „produktami” jakiejś Boskiej Siły i Jej wielkiego planu, to wszystko, co tworzymy, powstaje pod tej Siły natchnieniem. A tym samym, posiadając ów pierwiastek boskości w sobie, chcąc nie chcąc, dążymy w swojej twórczości do doskonałości. Dlatego uważam, że nasze myśli ułożone w jakiś czytelny chronologiczny ciąg zdań, przybierając formę opowiadania, powieści, czy choćby eseju, są w konsekwencji emanacją tej tkwiącej w nas boskiej cząstki, tożsamej z doskonałą harmonią. Stąd wynika mój pogląd, że w każdej porządnie napisanej przez człowieka książce może być ukryty jakiś tam kod. I tyle. I tyle miałbym do powiedzenia w zakresie tajemniczego kodu zawartego w Torze, centuriach Nostradamusa, czy Objawieniu św. Jana. Amen.

      29.04.2013 r.

10:26, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 kwietnia 2013

  Niestety, człowiek rodzi się głupi i, mimo zdobywanej z mozołem wiedzy, głupi również umiera. Różnica pomiędzy jednym a drugim polega na tym, że w przypadku ostatnim człowiek zdaje sobie sprawę ze swojej głupoty, co w niczym, tak naprawdę, nie pomaga. Wręcz przeciwnie – może jedynie przygnębić jeszcze bardziej. Bo nie dosyć, że zaczyna coś rozumieć – jak mu się wydaje – to już musi pożegnać się z życiem. Oczywiście nie wszyscy potrafią cokolwiek zrozumieć na końcu swojej życiowej drogi, jednak jest ich na tyle dużo, że warto tak właśnie napisać.

  We wczorajszym wpisie, w sposób, co zrozumiałe ze względu na miejsce, skrótowy, próbowałem dowieść, że za to, jacy jesteśmy dzisiaj jako naród, w dużym stopniu odpowiada ustrój, w jakim przyszło nam żyć przez prawie pół wieku. Rosjanie zmagali się z nim niemal 30 lat dłużej, więc aż strach myśleć, jakie spustoszenie moralne musiał on w nich uczynić! Dlaczego tak się stało? Tez zapewne jest wiele. Podstawowa wydaje mi się taka, że ustrój ten zrobił jeden za to podstawowy błąd: wystąpił przeciwko ludzkiej naturze. Tym samym okazał się nierealny do wprowadzenia w świecie rzeczywistym. Na papierze wyglądał niezwykle uwodzicielsko, niczym obietnica „królestwa niebieskiego” na ziemi, jednak już w świecie realnym skutkował jedynie cierpieniem milionów niewinnych ludzi. Czy zatem jest on w ogóle kiedykolwiek do osiągnięcia w świecie realnym? Myślę, że tak. Ale w innej rzeczywistości i z innym człowiekiem. Dzisiaj na komunizm mogłoby sobie pozwolić jedynie bardzo bogate społeczeństwo, które, nudząc się, szukałoby innych recept na uatrakcyjnienie swojej egzystencji. Tyle tylko, że po co cokolwiek zmieniać w świetnie funkcjonującym urządzeniu? Chyba tylko po to, żeby ten mechanizm spieprzyć.

  Jak powszechnie wiadomo komunizm zrobił swoje, próbując nas moralnie spustoszyć - to nie ulega żadnej wątpliwości.  W wielu przypadkach osiągnął, niestety, sukces. Owocuje to dzisiaj tym, o czym wczoraj wspominałem, ale również naszymi  wyborami na co dzień, jak i od święta. Czyli w czasie wyborów do parlamentu. Później mamy efekty w postaci działalności takich ugrupowań jak PiS i jego szeryfa, którzy na sfrustrowaniu i niechęci wielu zawiedzionych budują swoją pozycję. Więc nic dziwnego, że mamy potem - lub mieliśmy - takich parlamentarzystów, jak agent Tomek, śp. A. Lepper, R. Beger, St. Łyżwiński, czy D. Hojarska, a także wielu innych, nie mniej malowniczych od wymienionych wyżej, jak jakiś cudak, który zapragnął ujrzenia Chrystusa i jego cudów. Prawdopodobnie dlatego, że na tamte się nie załapał, biedaczek. Najgorsze, że ten parlamentarzysta to nie odosobniony przypadek. Podobnych kretynów jest znacznie więcej! Czasami zdarza mi się słyszeć porównywalne brednie, tyle, że pochodzące z diametralnie innego podwórka, a mające w swoim myśleniu założenia teorii spiskowej. Przykład: organizowane przez państwo losowanie totolotka. Wcale niemała grupa ludzi uważa, wierząc w to święcie, że państwo jest nieuczciwe, bo na pewno fałszuje owe losowania! Nie dochodzi do durnia jednego z drugim, że kombinacji jest na tyle dużo, że grający zawsze jest przegrany – poza pewnymi wyjątkami, ponieważ tylko ten, który trzyma bank, czyli organizator, jest zawsze wygrany. Tak jest wszędzie w każdej normalnej grze! Tylko czy idiota, wierzący w teorie spiskowe, jest w stanie przyjąć to do swojej świadomości i pogodzić się z tym? Właśnie. Tak jak wielu nie jest w stanie widzieć w tragedii smoleńskiej zwykłej katastrofy komunikacyjnej, tak i tutaj mamy do czynienia z podobnym myśleniem. No bo jak to możliwe, żeby tak „niezwykły” i „wybitny” prezydent zginął w tak pospolitym wypadku? To przecież niemożliwe! To musiała być śmierć nietypowa, wręcz męczeńska! Więc mamy to, co mamy: tworzenie mitów zabudowanych na kłamstwie, co skutkuje jedynie podziałem społeczeństwa. Czyli lipa(:

     28.04.2013 r.

14:39, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 kwietnia 2013

    Jest zapewne wiele powodów tego, jacy my – Polacy jesteśmy dzisiaj. Wymieniać można by ich tutaj bez liku. Myślę jednak, że jednym z nich, oczywiście nie najważniejszym, są zabory. Ale mimo że nie jest to najistotniejszy powód, co prawda, to jednak na tyle ważny, żeby o nim tutaj wspomnieć. A to dlatego, że każdy z nich (zaborców) odcisnął swoje piętno na naszej mentalności. Tak różne zresztą, jak odmienni od siebie byli zaborcy. Później, po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku, obywatele pochodzący z różnych ziem wchodzących od tego momentu  w skład jednego wspólnego państwa, zaczęli się na nowo ze sobą zaznajamiać i obdzielać nawzajem swoją innością. Niestety, ten czas wspólnego budowania na nowo naszej państwowości, tworzenia się klas społecznych, trwał niezwykle krótko – do wojny.

  O ile pod zaborami nasza inteligencja była i mogła się rozwijać z większymi czy też mniejszymi problemami, zaznaczając swój wkład w rozwój wielu dyscyplin naukowych, o tyle wojna dokonała w tej materii niespotykanego dotąd na żadną skalę spustoszenia. Niemcy hitlerowskie do spółki ze Związkiem Radzieckim dokonali tak głębokiego zubożenia akurat tej klasy, że odtworzenie się jej zajęło wiele lat powojennych i trwa do dzisiaj. Gorzej, że to jej odradzanie się przypadło na lata ustroju, który jest tutaj kluczowym winowajcą dzisiejszego stanu mentalnego Polaków. Kluczowym dlatego, że trwał parę pokoleń, w wyniku czego miał wystarczająco dużo czasu, aby dogłębnie w nas się weżreć i zadomowić. I zrobił to! Wszedł w nas, stając się w pewnym momencie niejako naszą spuścizną. Nauczył nas niespotykanego dotąd na taką skalę cwaniactwa, kombinowania, a najgorsze, że w tym wszystkim również zatracenia w sobie empatii. Oczywiście, nie ze wszystkimi tak postąpił, jednak uczynił to w na tyle szerokim zakresie, żeby było widoczne i odczuwalne nawet dzisiaj. Stąd, myślę, mnogość dzisiejszych przekrętów, afer i w ogóle amoralnych zachowań, dotyczących przecież nie tylko ludzi, ale również naszych mniejszych braci, czyli zwierząt; stąd wynikają nasze paskudne zachowania  wobec siebie w różnego rodzaju miejscach związanych ze służbą zdrowia, ale i nie tylko; stąd wynika nasz niewytłumaczalny rasizm, czy głupi wręcz, bo wyssany niejako z mlekiem matki, antysemityzm. Wszystko to jest naszym chromym dziedzictwem po najlepszym z ustrojów – komunizmie!

   O ile jednak, kiedy byliśmy podzieleni w wyniku zaborów, poniekąd więc w naturalny sposób, a potem na skutek narzuconego nam odgórnie ustroju na: my (naród) – oni (rządzący z namaszczenia ZSRR), o tyle dzisiaj zostaliśmy zróżnicowani w wyniku cynicznej działalności Jarosława Kaczyńskiego i jego sztabowców. Niestety, właśnie dzięki temu naszemu choremu dziedzictwu zadanie w tej mierze miał niezwykle ułatwione – ziarno padło bowiem na bardzo podatny grunt. Tym gruntem okazało się zarówno niezadowolenie i zagubienie milionów zwykłych, obywateli, nierzadko skrzywdzonych zmianami, jakie się w Polsce dokonały po 1989 roku, jak również kontestujących wszystko dookoła frustratów. To, co wydarzyło się tutaj złego, to to, że J. Kaczyński i jego sztabowcy perfidnie owo niezadowolenie i rozczarowanie wykorzystali i, co gorsze, wykorzystują nadal! Metodycznie i cynicznie dokonują podziału na lepszych i gorszych Polaków, niektórym nawet odmawiając bycia nimi! To jest perfidne i niewybaczalne! Bo w tym tkwi niezwykle głęboki mentalny nasz podział i trzeba wielu lat – odejścia starszego pokolenia, żeby życie, proste, uczciwe wróciło na właściwe tory. Żeby naród mógł ujrzeć we właściwych barwach tego typu działalność. Podział jednak, jakiego dokonał, jest dzisiaj faktem. I o ten podział mam do niego największy żal i pretensje. Ten podział jest niewybaczalny. Ja w każdym razie tego skonfliktowania naszego życia społecznego mu nie wybaczam!

     27.04.2013 r.

11:06, adelmelua
Link Komentarze (2) »
piątek, 26 kwietnia 2013

   My – naród, jesteśmy beż wątpienia szczęściarzami! Może znowu nie tak beztroskimi, ale zawsze. Możemy spokojnie spać, wypoczywać na wczasach, czy relaksować się do woli w swoich posiadłościach blokowych, bo mamy takich trzech, co o nas myślą w dzień i w nocy. Ten swoisty triumwirat, to oczywiście: rząd, pracodawcy oraz związki zawodowe. Ten pierwszy bez wątpienia o nas myśli niejako z urzędu: ma taki obowiązek. W końcu pośrednio został wybrany przez nas w demokratycznych wyborach, więc na pewno zrobi wszystko, żeby żyło nam się i łatwiej, i wygodniej, za co my na pewno zrewanżujemy się przy następnych wyborach. Drudzy również działają tak, żeby żyło nam się lepiej, lżej. I ma to oczywiście swoje bezpośrednie odzwierciedlenie już w naszych zarobkach. Tak dobrych, że zastanawiam się, w co zainwestować ten nadmiar szmalu. Po krótkim namyśle stwierdzam, że poszaleję jednak i kupię sobie kilogram lodów. W sobotę, żeby delektować się przez cały weekend. A potem ureguluję w końcu zaległą opłatę czynszową. I będzie pięknie! Trzeci gracz na tej naszej scenie – związki zawodowe, nie tylko występują w naszym imieniu, ale, co istotne, walczą również o nasze prawa, i tym samym również starają się o poprawę naszego bytu. Tak to mniej więcej wygląda z mojego oglądu: trzy siły, prawie trójca święta naszej sceny zawodowej, a ich główny powód działania, to nasze dobro! Więc choćby z tytułu tych zamiarów powinno już być lepiej! Czy jest? Oczywiście że jest lepiej! Tak lepiej, że lepiej nie mówić. A jest tak dlatego, ponieważ nasz triumwirat nie może się ze sobą dogadać. Dlaczego? Bo ci pierwsi, zainteresowani w zasadzie samymi cięciami, mydlą nam ustawicznie oczy kiepską kondycją budżetu; drudzy z kolei, jako nasi pracodawcy, tak się nami przejmują, że – nawiążę do tego, o czym już wspominałem kiedyś – nie gwarantują minimalnej pensji 1600 zł w podstawie brutto, ponieważ tę kwotę pracownik może osiągnąć z dodatkiem nocnym, czy też inną dopłatą – choćby w formie „premii” wyrabianą na umowę-zlecenie w zależnej od matki spółce-córce. Więc po co płacić naiwniakowi (pracownikowi) tyle, ile – niby – gwarantuje rząd. Pracownik i tak przecież osiągnie to, co mu rząd gwarantuje. Ostatni, trzeci element tego układu, to nasza reprezentacja – związki zawodowe, które w zasadzie wszystko to, co wywalczą, uzyskają dla nas wszystkich. Więc choćby dlatego powinniśmy im kibicować. Bez względu na sympatie do poszczególnych jej działaczy, którzy nierzadko, niestety, kierują się politycznymi sentymentami.

   Przedwczoraj słyszałem wypowiedź jednego z przedstawicieli pracodawców, który mówił, że najniższa pensja nie może być podwyższona – o co występują związki zawodowe – ponieważ od tego „odprowadzane są wszystkie daniny na rzecz skarbu państwa”. Daniny! Cóż za słownictwo i troska o budżet państwa, w którym się żyje. Wprost porażające! Myślę, że panowie z rządu powinni terminować u różnej maści przedsiębiorców, wówczas, jestem pewien, bardzo szybko budżet kraju wyglądałby kwitnąco, panie wicepremierze J. Rostowski! I mimo, że nie jestem zwolennikiem żadnych związków – ani pana P. Dudy, ani J. Guza, to nie pozostaje mi nic innego, jak im jednak kibicować. Bo kłamstw i mydlenia oczu zarówno przez rządzących, jak i pracodawców, mam naprawdę serdecznie dosyć.

     26.04.2013 r.

05:48, adelmelua
Link Komentarze (6) »
czwartek, 25 kwietnia 2013

   10 kwiecień 2010 rok. Katastrofa lotnicza pod Smoleńskiem. Ginie w niej 96 obywateli polskich – w tym para prezydencka Lech i Maria Kaczyńscy oraz ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski. W samolocie znajdowali się ludzie, którzy mieli tam być, ale byli tam również tacy, którzy w ostatniej chwili zastąpili innych. Można więc powiedzieć, że tym ostatnim w ten oto trochę zaskakujący sposób Opatrzność darowała życie, a oni narodzili się niejako na nowo po raz drugi. Ci pierwsi, niestety, tyle szczęścia nie mieli. Jednym z takich szczęściarzy był również pierwszy bojownik PiS Antoni Macierewicz. Ten przyjechał na miejsce tragedii pociągiem. Najszybciej również stamtąd uciekł. Czy coś z tego wynika? Czy coś to mówi? A jakże, to całe mnóstwo informacji! Jedni powiedzą: wrażliwy człowiek – nie chciał być przy tym najgorszym. To przerastało jego siły! Biedaczek. Będą jednak i tacy, którzy z takim postawieniem sprawy w ogóle się nie zgodzą. Dla nich A. Macierewicz będzie dowodem winy! Bo przeżył! Żyje i posiada taką wiedzę o zamachu, jakiej nikt z żyjących nie posiada! A kto taką wiedzę może posiadać? Oczywiście, tylko zamachowiec! Czy naprawdę potrzeba więcej dowodów czyjejś winy? Powiem więcej – ja również, gdybym był na jego miejscu, podobnie bym się zachowywał jak on teraz. Krzyczałbym najgłośniej, jakbym tylko mógł. Ile tylko bozia dałaby pary w płucach! To logiczne. A robiłbym tak z dwóch powodów: pierwszy - żeby zagłuszyć własne wyrzuty sumienia, drugi – żeby zrzucić odpowiedzialność z siebie na innych. Co bym krzyczał? To również proste. Oczywiście to, co wykrzykuje dzisiaj Antoni M.: „Zamach! Zbrodnia! To niesłychana zdrada! Ukarać sprawców! Pod sąd ich! Natychmiast!” Czy, zachowując się w  ten sposób, krzycząc takie hasła, byłbym postrzegany jako sprawca zamachu? Nigdy! Takie bowiem usytuowanie swojej osoby w kontekście wypadku od razu ustawiłoby mnie poza kręgiem wszystkich podejrzanych. Dla wyznawców byłbym czysty. Co najmniej jak żona Cezara. Stąd i on jest czysty! Prawie że święty – św. Antoni M. Tyle tylko, że jak tak się nad tym dłużej zastanowić, pozbierać parę faktów do kupy, to rzeczy mogą wyglądać zupełnie inaczej, niż nam się wydaje. A. Macierewicz tak nam namotał, takich głupstw naopowiadał, z takim zaangażowaniem i żarem w oczach, że musieliśmy to przyjąć i uwierzyć. Teraz widzę, że to był błąd! Bo, jak się okazuje, on również powinien być w kręgu podejrzanych. I to znacznie mocniej i głębiej. Gdyby jeszcze dzisiaj, trzy lata od wypadku przebadać jego ubranie, jestem pewien, że również znaleźlibyśmy na nim jakieś ślady środków wybuchowych. I co, mielibyśmy dowód jego winy? Według logiki dowodowej samego A. Macierewicza oczywiście że tak!

  Jak ostatecznie zakończy się ta cała hucpa polityczna z tym koszmarnym wypadkiem smoleńskim w tle? Nie wiem. Myślę, że spór będzie trwał w najlepsze przez długie lata i zapewne dla wielu nigdy nie zostanie rozstrzygnięty. Tak jak śmierć gen. Wł. Sikorskiego. (Chociaż akurat tutaj były totalnie inne okoliczności.) Jedno wszak jest pewne: w ten sposób zafundowaliśmy potomnym babranie się z problemem. Taki podarunek od współczesnych dla przyszłych pokoleń, żeby im się nie nudziło i nie mieli czasami zbyt łatwego i beztroskiego życia:)

    25.04.2013 r.

09:47, adelmelua
Link Komentarze (2) »
środa, 24 kwietnia 2013

   Wspominałem kiedyś, że obecny cywilizacyjny rozwój w zakresie techniki przerasta nasze mentalne do tego przygotowanie. Innymi słowy na taki skok cywilizacyjny nie jesteśmy najzwyczajniej w świecie gotowi! Bo to już nie rozwój linearny, dający nam czas na zmiany w sobie, a bardziej skokowy, który zostawia człowieka daleko w tyle z jego psychicznymi problemami i całym nieprzystosowaniem. A zostawia nas tym dalej i głębiej, im ów rozwój w swojej progresji następuje w sposób nieumiarkowany. Mniej więcej tak o tym pisałem, a przynajmniej chciałem, żeby tak brzmiało. Dzisiaj, oczywiście, nadal tak uważam, jednak dzisiaj chciałbym pójść trochę dalej i skreślić parę zdań na temat niebezpieczeństw, jakie widzę w tym, jak się okazuje, naturalnym rozwarstwieniu.

   Otóż konsekwencje takiego rozchwiania pomiędzy tym, co w nas, a tym, co nas atakuje z zewnątrz, będą wcześniej czy później coraz bardziej widoczne: w gabinetach lekarskich, szpitalach, różnego rodzaju ośrodkach leczniczych, w rozpadających się częściej niż dotychczas związkach (tak jakby dzisiaj ich rozpad należał to do rzeczy rzadkich), w nieradzeniu sobie z otaczającą nas, a coraz mocniej naciskającą rzeczywistością, w której będzie dominować presja współzawodnictwa – coraz lepiej, lepiej i lepiej! I szybciej! I lepiej! Tempa tego wyścigu wytrzyma niewielu. Oczywiście, słabsze jednostki, nie dające się łatwo przystosować, będą płacić za te zmiany cenę najwyższą. Nie chcę tutaj straszyć jakąś apokalipsą na miarę Objawienia św. Jana, niemniej myślę, że tak może jednak wyglądać przyszłość. Czym to będzie skutkować? Odpowiedź jest niezwykle prosta: społecznymi niepokojami. W końcu tych niezadowolonych, nie nadążających za zmianami będzie znacznie więcej, niż tych przystosowanych i akceptujących zastane warunki. Dlatego pozostanie rozwiązanie ostateczne: ulica. Jak nałożą się na to jeszcze jakieś wariackie, radykalne nurty religijne znające jedynie język dialogu „żywych bomb”, kryzys ekonomiczny i związane z tym np. narastające bezrobocie, poza tym gdzieniegdzie dojdzie do naturalnej katastrofy typu – trzęsienie ziemi, powód, tornado, czy zwiększona aktywność wulkanów – że o kalderze Yellowstone nie wspomnę, wówczas ludzkość będzie dzielić jedynie mały kroczek od czegoś, co znamy dzisiaj jedynie z powieści czy filmów katastroficznych. A nie daj Boże, żeby zabrakło jeszcze powszechnie wody – wędrówka ludów i związane z tym niepokoje murowane!  I co, jest dreszczyk? Szkoda tylko, że to wszystko jest możliwe, niestety. Dochodzimy bowiem w swojej wędrówce do ściany.

   Ale jako że z natury jestem optymistą, więc na koniec taka oto rozmowa nawiązująca do powyższego wpisu.

   On I: Pieprzysz, starty, aż się słuchać tego nie chce. Krótko mówiąc głupstwo rozum zjadło i wodą popiło.

   On II: Ty tak myślisz. Ja uważam, że mam rację.

   On I: Nie wierzę, że w to wierzysz.

   On II: Oczywiście!

   On I: Ha! Już wiem. Jak zwykle chcesz mnie sprowokować. Sprawdzić. Ale tak naprawdę walisz głupa.

   On II: Ma na imię Jolka.

   On I: Słucham?

   On II: Jolka. Znasz ją.

   On I: O czym ty…

   On II: Chcę powiedzieć, że nie walę głupa, tylko Jolkę. I nie udawaj, że nie wiedziałeś.

    A może to faktycznie tylko strachy na lachy i moja wybujała i chora wyobraźnia? Oby:)

      24.04.2013 r.

12:24, adelmelua
Link Komentarze (3) »
wtorek, 23 kwietnia 2013

   Wicepremier J. Piechociński został zaskoczony, ponieważ nie został wcześniej wtajemniczony w decyzję premiera o odwołaniu min. M. Budzanowskiego, zanim poinformowano o tym opinię publiczną. Ponoć tak postawiona sprawa wskazuje niechybnie na miejsce PSL w koalicji rządowej – według oczywiście opozycji. Pewnie coś w tym jest na rzeczy. Już zwlekanie premiera z odwołaniem E. Kierzkowskiej na wniosek wicepremiera było ogromnym nietaktem wobec niego i wskazaniem miejsca w szeregu. Na szczęście to nie moje zmartwienie, a ludowców. I nawet nie bardzo jest mi ich żal, bo to chłopy twarde, z niejednego pieca chleb jedli, więc i taki policzek wytrzymają. W końcu polityka, to nie manewry miłosne, co akurat PSL świetnie rozumie. Zresztą, z takiego pragmatycznego nastawienia do życia wynika ich stan posiadania dzisiaj. A to znaczy, że tak właśnie pojmowana polityka jest niezwykle skuteczna. Gorzej, że skuteczna dla partii, nie oznacza tego samego dla Polski. Jest raczej, niestety, jej psuciem. Ale to mało interesujący truizm i tak naprawdę pisanie po próżnicy. Bo to, jak wiadomo, tajemnica poliszynela. Wszyscy wiemy, jak jest, tylko niewiele możemy z tym zrobić. Szkoda tylko i żal, że z szumnych zapowiedzi Platformy pozostał dzisiaj jedynie pusty balon, którym jest powszechne rozczarowanie.

   Na pewno jest tak, że PSL jest za słabe, aby wygrać jakiekolwiek wybory i sprawować rządy samodzielnie i niezależnie od jakiejkolwiek koalicji. A że politycy są oczywiście do bólu pragmatyczni, więc nic dziwnego, że niejedno są w stanie wytrzymać, byle trwać u władzy. Bo to nie tylko realny wpływ na scenę polityczną, ale również gwarancja utrzymania dotychczasowego stanu posiadania. Czyli nie tylko ministerstwa, ale, co istotne, ogrom posad w tych ministerstwach, spółkach, czy państwowych instytucjach. Więc J. Piechociński siedzi cicho. Gra bowiem toczy się o dużą stawkę. Chociaż z praw fizyki wiadomo, że każdy materiał ma swoją wytrzymałość. J. Piechociński i jego PSL również. Co się jeszcze musi wydarzyć, żeby owa wytrzymałość osiągnęła punkt krytyczny? – pewna niewiadoma. Niemniej osiągnięcie tego punktu jest całkiem realne i myślę, że wcale nie tak znowu podległe. Ryzyko o tyle spore dla PSL, że nie wygrywając wyborów, znowu będą zmuszeni wejść w kolejną koalicję. Czy lepszą? – nie wiem. Na pewno inną. Najciekawsze, że mogą to zrobić właściwie z każdym ugrupowaniem. Z nikim bowiem nie są skłóceni, w myśl powiedzenia, że „pokorne ciele dwie matki ssie”. Więc… Tak, bez wątpienia w tym tkwi ich siła! Stan posiadania zostanie utrzymany. A może nawet nieznacznie poszerzony. Wszystko zależne od rozkładu sił w nowym parlamencie. Jedyne trzęsienie ziemi, jakie może im grozić, to niewejście do parlamentu. Tylko czy to realne?

  Jakkolwiek będzie na linii PO – PSL, o wiele bardziej intrygująca jest dla mnie akcja polityczna pod nazwą Europa+, której patronuje były prezydent A. Kwaśniewski, a do której akces zgłosili: A. Celiński, R. Kalisz, M. Siwiec, P. Piskorski, M. Borowski, a także oczywiście J. Palikot. SLD L. Millera, jak zwykle, zdystansowało się od tego pomysłu i, w ten oto spektakularny sposób, przy udziale wodza stacza się po równi pochyłej w przeciętność. To, że nie odegra żadnej znaczącej roli w naszej polityce w najbliższych latach, to pewne. Zastanawiam się tylko, co jeszcze musi się wydarzyć, żeby ta smutna prawda dotarła do innych działaczy tej partii. Jak będzie z Europą +? - nie wiem. Mam nadzieję jednak, że trochę na tej naszej skostniałej scenie politycznej zmieni. Oczywiście na lepsze. Może stanie się tak, jak pisałem kiedyś: że tak naprawdę w przyszłym parlamencie będą trzy siły – PO, PiS oraz szeroko rozumiana lewica, czyli ów projekt Europy + w koalicji z SLD. Przyznaję, że taki układ sił w parlamencie widziałbym najchętniej po najbliższych wyborach. I mam nadzieję, że nie jest to tylko moje myślenie życzeniowe i odosobnione.

    23.04.2013 r.

11:50, adelmelua
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 kwietnia 2013

  Żeby łatwiej udowodnić jakąś tezę, najlepiej skonfrontować ją z czymś mocno i zdecydowanie przeciwstawnym. Tak bowiem zderzone ze sobą dwie propozycje podkreślają i uzasadniają zajęte przez siebie pozycje. Poza tym stosując taką technikę dowodzenia swoich racji łatwiej jest chyba udowodnić swoją koncepcję rozumowania. Nie wiem, czy w tym przypadku będzie podobnie, postaram się jednak swój punkt widzenia w miarę możliwości uzasadnić jasno i czytelnie.

   Tak jak judaizm został przeciwstawiony chrześcijaństwu, Niemcy – rasa panów i nadludzi! – zostali skonfrontowani z innymi narodami – podludźmi, tak samo czy też podobnie stało się w relacji: kobieta – mężczyzna. Oczywiście na inną skalę i czego innego ta różnica dotyczy, niemniej powyższa konfrontacja stała się faktem. Można by powiedzieć, że niniejsze zderzenie było nieuniknione, jako potwierdzenie powiedzenia, że mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Venus, jako uzasadnienie swojej odrębności. Innymi słowy chodzi o to, że kobieta utożsamiana jest i być powinna z miłością, mężczyzna bardziej z bogiem wojny, a tym samym zdobywaniem, a także niszczeniem. Z tego też podziału, myślę, wynikają wszelkie różnice pomiędzy obu płciami. Naturalnie w szerszym ujęciu tematu tak naprawdę uzupełniamy się, jednak różnice są niepodważalne. I tak na przykład kobiety są bardziej emocjonalne, opiekuńcze, pacyfistyczne, podczas gdy mężczyźni w swojej większości pozostają nadal wojownikami, wyrachowanymi myśliwymi. Dlaczego o tym piszę? Z jednego powodu: zdrady.

   Zdrady bywają oczywiście różne. Mnie chodzi o tę podstawową – fizyczną, albo kobiety, albo mężczyzny. Pomijam jej powody, to tutaj w tym momencie jest mniej istotne. Znacznie dla mnie ważniejszy jest sam moment zdrady! Ściślej okoliczności, które się stwarzają jako korzystne dla takiego zachowania.

   Jak wiadomo mężczyźni, mając w genach zakodowany podbój, chęć zdobywania i dominacji, niejako zawsze są gotowi do ruszenia na „polowanie”. Tą łowną zwierzyną w tym przypadku jest oczywiście kobieta, z którą mężczyzna-myśliwy pragnie zdradzić swoją stałą partnerkę (jeżeli taką ma). I nic mu w tym momencie przeszkadzać nie będzie – ani jego małżeństwo, ani jej związek, ani dzieci tak tu, jak i tam, po prostu nic! On jest gotowy i chce tylko jednego: upolować zwierzynę! Zgoła diametralnie inaczej przedstawia się sprawa z kobietą. A dzieje się tak choćby z jednego za to podstawowego powodu, mianowicie emocjonalności kobiety! Naturalnie, są kobiety również wyrachowane w tej kwestii podobnie jak mężczyźni i tych kobiet akurat takie dylematy mogą nie dotykać, większość jednak owa emocjonalność dotyczy i ewentualne konsekwencje tej emocjonalności również. A to znaczy, że droga do zdrady przebiega całkiem inaczej u kobiety niż u mężczyzny. Dyktowana jest innymi względami i inne warunki muszą być spełnione, żeby do niej doszło. O ile u mężczyzny dominującą rolę odgrywa przede wszystkim uroda partnerki, czy jej seksowność, o tyle powodem u kobiety może być równie dobrze jakiś chwilowy czy też dłuższy kryzys, jak i poszukiwanie czegoś, czego w jej dotychczasowym związku już nie ma, albo też nigdy nie było, ale co dopiero teraz, wraz z upływającym czasem i jednoczesnym dojrzewaniem, kobieta sobie uzmysławia. Problem w tym, że w takim pojmowaniu sprawy tkwi spore niebezpieczeństwo dla wszystkich znajdujących się w tym układzie, mianowicie kobieta szybciej i dużo łatwiej może się od swojego nowego partnera uzależnić. Pod pojęciem „uzależnić” rozumiem, że może się po prostu zakochać. Właśnie ze względu na tę emocjonalną część swojej natury i trudność w oddzieleniu seksu od uczucia. Gdy tak się stanie, wówczas… Cóż, wtedy z reguły robi się nieciekawie, bo dobrego wyjścia z tej sytuacji najzwyczajniej w świecie nie ma dla nikogo. Ale o tym przy innej okazji.

     22.04.2013 r.

05:41, adelmelua
Link Komentarze (18) »
niedziela, 21 kwietnia 2013

   Wczoraj mieliśmy rocznicę urodzin A. Hitlera. Przedwczoraj obchodziliśmy 70. rocznicę powstania w getcie warszawskim.  To, że wyznaczono akurat na ten dzień likwidację getta, co było jednoznaczne z uśmierceniem jego mieszkańców, dzisiaj chyba nikogo nie dziwi: to miał być prezent urodzinowy dla wodza III Rzeszy. W tym konkretnym przypadku prezentem miała być śmierć tysięcy ludzi. I była. Tyle że nie bez ofiar ze strony samych oprawców, ku ich zaskoczeniu. Dlatego z prezentu nic nie wyszło. Tym bardziej, że powstanie w getcie trwało prawie miesiąc. Jakkolwiek o tym myśleć jedno wydaje się pewne: trudno sobie wyobrazić bardziej koszmarny prezent. Ale Niemców – rasę panów i nadludzi zawsze cechowało dziwne poczucie taktu. To zapewne konsekwencja specyficznej kindersztuby.

  My Polacy od dawna wiedzieliśmy, do czego zdolni mogą być Niemcy. W tę wiedzę wyposażyło nas przeszło tysiącletnie sąsiedztwo. To jednak, co zrobili z innymi narodami podczas II wojny światowej, przeszło wszelkie wyobrażenia. Programy, które realizowali z doskonałą precyzją mogły się zrodzić jedynie w głowach chorych ludzi. Najgorsze, że świat widząc, co się święci i z kim ma do czynienia, chorobę tę akceptował, próbując ją leczyć ustępstwami. Czyli tak naprawdę oddawaniem pola chorobie. Na zasadzie głaskania lwa. Tyle, że bezkarnie tego robić się nie da. Szczególnie wtedy, kiedy lew jest głodny. Bowiem uczucie głodu wcześniej czy później jednak powróci. I to ze zdwojoną siła. Podczas II wojny światowej lew chronicznie był głodny. Stąd próby jego zaspokojenia poprzez kolejne podboje i morderstwa. A że dobrze jest zawsze znaleźć jakiegoś kozła ofiarnego naszych porażek czy nieszczęść, więc takiego kozła znaleziono w narodzie żydowskim. Stąd holocaust tego narodu, a martyrologia innych. To triumf nienawiści w czystej postaci. Dlaczego? Na pewno nie jest to kwestia religii. Może szybciej posiadanego bogactwa. Ale to może być pretekst jedynie w początkowej fazie kształtowania się programu. Później, im głębiej w las, tym trudniej znaleźć i wskazać sensowną przyczynę. A może… może przyczyną było to, że oba narody nosiły miano narodów „wybranych”? Żydzi przez Boga, Niemcy – uznani przez siebie samych za rasę panów, w opozycji do reszty narodów. Dwa „wybrane” narody! Niemcy – rasa panów, aryjczyków, i Żydzi – rasa podludzi w oczach tych pierwszych! Różnica pomiędzy nimi była jednak zasadnicza: ci pierwsi nakierowani na podbój i fizyczną eksterminację innych, podczas gdy drudzy nastawieni na pokojowe współistnienie, w czym religia odgrywała niemałą rolę. Nie wiem, może w tym rozumowaniu tkwi jakieś ziarnko prawdy. A może jest tylko szukaniem w ciemnościach, po omacku drogi wyjścia z tego, co niezwykle trudno zrozumieć. Jakakolwiek jednak jest odpowiedź na bestialstwo hitlerowskie, jedno jest pewne, ale tym samym również przygnębiające: niestety, obie wojny światowe niczego nas nie nauczyły. A najgorsze przy tym, że nie nauczyły nas szacunku dla życia ogólnie pojętego.

P.S.

   Kilka dni temu pisałem o tym, co wpływa na kształtowanie się człowieka. Gdyby ktoś nie wierzył, czy też miał wątpliwości, co do wpływu planet w jakimś zakresie, niech sobie posprawdza daty urodzin poszczególnych osób. Ja podam kilka dat, które pamiętam, a które, wydaje mi się, wiele mogą mówić. I tak urodziny w kwietniu, ale blisko przełomu dwóch znaków zodiaku - barana i byka, mają: 15 – Kim Ir Sen, 18 – B. Bierut, 20 – A. Hitler, 22 – W. Lenin, 23 – J. Cyrankiewicz, 26 - R. Hess, 28 – S. Husajn, itd., itd. Oczywiście, w tych dniach przychodzili na świat, przychodzą i przychodzić będą również ludzie pokojowo nastawieni i wybitnie zdolni, jak np. Leonardo da Vinci (15 kwiecień), niemniej, wydaje mi się, że coś jest na rzeczy i myślenie o tym w ten sposób nie jest to znowu takie bezpodstawne.

     21.04.2013 r.

08:29, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl