RSS
piątek, 31 marca 2017

Zapewne nie tylko mnie polityka mierzi coraz bardziej – i to nie tylko w polskim wykonaniu. Zauważam, że inni również są nią porządnie poirytowani – i to niezależnie od wieku. Oczywiście, najlepiej byłoby się od niej odciąć, definitywnie, tyle że akurat tego zrobić się nie da, ponieważ poprzez swoją właściwość jest ona obecna w naszym życiu na każdym kroku. Wciska się do naszych domów niczym nieokrzesany natręt, siejąc niepewność, niepokój i podenerwowanie. Dlatego żeby nie poddać się jej całkowicie, a tym samym nie dać się jej zwariować, niewątpliwie należy coś z nią zrobić, coś, co nas w jakiś sposób przed jej negatywnym wpływem ochroni.

Oczywiście, nie istnieje jakaś jedna uniwersalna, skuteczna metoda odcięcia się od niej – jest ona bowiem zbyt agresywna i powszechnie obecna w naszym życiu, niemniej można, tak myślę, chociaż w jakimś ograniczonym zakresie przed jej wpływem jakoś się zaimpregnować. Na przykład zgodzić się na pewnego rodzaju fizyczny niebyt. Niebyt tu i teraz, który nas z całą pewnością w jakiś sposób ochroni przed szaleństwem rządzących. Nie bywać, nie słuchać, nie oglądać tego wszystkiego, co nam serwują państwowe media. Poprzez ucieczkę w swój mały intymny świat, w którym odnajdziemy siebie i potrzebny nam spokój, udać się na wewnętrzną emigrację.

Pytanie zasadnicze, jakie się w tym miejscu pojawia, brzmi, jak to zrobić? Odpowiedź, myślę, nie jest to znowu taka trudna – przede wszystkim należy nie dać się zagonić do kąta, nie dać się zaszczuć! Ale również nie ulec presji wzajemnego szczucia na siebie! Odrzucić retorykę rządzących, preferowaną przez nich niechęć do obcych, ksenofobię, nacjonalizm, pogardę dla inaczej myślących, podziały i segregację. Nie przyjmować ich optyki  życia – optyki ułomnej, skarlałej, chorej. To wszystko należy uczynić z bezwzględną determinacją! Jeżeli bowiem tego nie zrobimy tu i teraz, czekać nas będzie szybsze lub wolniejsze popadanie w obłęd, w coś na kształt narodowej schizy. Piszę narodowej, bo teraz wszystko jest takie właśnie – narodowe!

Jeżeli chodzi o mnie i moją ucieczką przed proponowaną mi rzeczywistością, to jest nią świat literatury. Czy jest to słuszne i najlepsze wyjście? – nie mam pojęcia. Nie wiem również, jak długo można w ten sposób ratować się przed agresją świata zewnętrznego, przed jego destrukcyjną zachłannością. Jestem jednak głęboko przekonany, że tak trzeba, że tak muszę! Dla własnego dobra. Poza tym wierzę, iż jest to jedynie stan przejściowy, który należy różnymi sposobami przetrwać. Wcześniej bowiem, niż później, ten smutny czas dobiegnie końca. I wtedy nastąpi odpowiedni moment na zmiany. Wtedy właśnie trzeba będzie się wykazać gotowością wyjścia na ulice, by gremialnie zaprotestować, pokazać rządzącym, że nie wszystko im wolno, że nie damy się stłamsić, zniewolić i ubezwłasnowolnić! Wtedy przyjdzie czas porzucenia swojej samotni i krzyknięcia na głos z całych sił hasła, które nie tylko podziała jak terapia, ale również zmiecie nieudaczników z naszej politycznej sceny:

Złości nie tłumię, gdy jestem w tłumie! Kupą, mości panowie, kupą w nich i na nich!

31.03.2017 r.

14:49, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 marca 2017

Trzeba być kompletnym durniem, żeby myśleć, iż historię da się zakłamać – tym bardziej, że już życie różnego rodzaju autokratów świadczy o czymś zupełnie przeciwstawnym. Niestety, do wielu jełopów ta oczywista prawda nadal jednak nie dociera, więc kolejni krótkowzroczni idioci popełniają ów błąd, uważając, że akurat im ten manewr z nią się uda, tzn. oni na pewno z łatwością historię zakłamią! I co? Jak zwykle: z czasem, i to znacznie szybciej niż później, przychodzi rozczarowanie i smutna konstatacja, że niniejsza konfrontacja z nią jest jednak przegrana! Zgodnie zresztą z logiką działania czasu.

W zasadzie od samego początku swojego istnienia Prawo i Sprawiedliwość próbuje nieudolnie naszą rzeczywistość właśnie zakłamywać. Dopóki jednak przedstawiciele tego ugrupowania nie rządzili, niewiele od nich zależało, nie było to aż tak widoczne, dotkliwie odczuwalne i zwyczajnie groźne. Wszystko zmieniło się z chwilą sięgnięcia przez nich po władzę. To, co do tej pory było jedynie politycznym folklorem, czy też niegroźnym dziwactwem, bo kontrolowanym, stało się, niestety, naszym przekleństwem. Tym bardziej niebezpiecznym, że niejako skumulowanym w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności: na skutek niedostania się do parlamentu partii lewicowych, Prawo i Sprawiedliwość sięgnęło po władzę nieograniczoną! W tych warunkach oznaczało to, ni mniej ni więcej, jak tylko rządy autorskie, pozbawione jakiegokolwiek zewnętrznego nacisku w postaci choćby przymusowego koalicjanta. W konsekwencji u rządzących pojawiła się nie tylko buta i arogancja w stosunku do opozycji, ale też możliwość przeforsowania przez parlament każdej, nawet najgłupszej i szkodliwej zachcianki.

Można więc powiedzieć, iż w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności – nieszczęśliwego dla wielu z nas – PiS dysponuje dzisiaj władzą absolutną i niekontrolowaną w żaden sposób. A że, jak powszechnie wiadomo, każda władza deprawuje, a władza pozbawiona jakiejkolwiek kontroli, czyli niejako absolutna, deprawuje w sposób niestety absolutny, mamy więc tym samym właśnie z taką formą rządów do czynienia.

Jak to wszystko się skończy? Od dawna piszę, że katastrofą, zarówno dla rządzących, jak i dla nas. O ile jednak katastrofa tych pierwszych jest oczekiwana, o tyle tych drugich, czyli nas, już niekoniecznie. Niemniej katastrofa dotknie wszystkich. Więcej – ona już nas dotyka! A to poprzez wzrost cen i inflację, czy zwiększenie dziury budżetowej, a to poprzez wydłużanie się kolejek do lekarzy specjalistów, słabość armii, brak walki ze smogiem, bezmyślne wycinanie drzew, antyreformę szkolnictwa itd., itp. Ale to dobrze – nie ma bowiem tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ludzie bowiem, szczególnie zwolennicy PiS-u, muszą na własnej skórze odczuć efekty tzw. dobrej zmiany. Muszą doświadczyć efektów rządzenia swoich politycznych faworytów. Tylko taka lekcja może nas czegoś nauczyć i nie pójść na marne; tylko dzięki niej możemy uniknąć w przyszłości tego typu niemiłych niespodzianek, gdzie kurs polityczny państwa wyznaczają obsesje, kompleksy, niechęć i zawiść pojedynczego człowieka; tylko wyciągniecie odpowiednich wniosków i zabezpieczenie naszej młodej demokracji przed ludźmi pełnymi ideologicznego myślenia  może być gwarantem, iż podobna historia już nam się nie przytrafi.

Nie wiem, czy Prawo i Sprawiedliwość skończy swoje rządy zgodnie z wyznaczonym terminarzem wyborczym, czyli za dwa i pół roku, czy może jednak wcześniej. Oczywiście, chciałbym realizacji tej drugiej opcji i mam nadzieje, że tak się stanie. Każdy bowiem dzień, tydzień czy miesiąc ich rządów dłużej, to realne straty dla Polski i Polaków. Wszystkiego – począwszy od wizerunku na arenie międzynarodowej, utraty zaufania sojuszników, a skończywszy na stratach politycznych, społecznych i gospodarczych na własnym podwórku. Chciałbym ich odejścia tym bardziej, że Polski nie stać na to, aby rządzili nią frustraci i nieprzejednani ideolodzy jedynej, właściwej racji! Ci, którzy myślą inaczej, a pełnią dzisiaj najwyższe funkcje w państwie i zapomnieli, że mają tylko jednego przełożonego – naród, wcześniej niż później zapłacą za swoją niesubordynację. I to począwszy od p.o. premierki i prezydenta, poprzez ministrów, a skończywszy na posłach, senatorach czy prokuratorach. Tak przynajmniej powinno się stać!

29.03.2017 r.

14:24, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 marca 2017

Bartosz Kownacki, wiceminister obrony narodowej, powiedział ostatnio, broniąc swojego plenipotenta, szaleńca od kwestii Smoleńskiej, że śmigłowce bojowe w ogóle nie mają znaczenia. A jeżeli już w ogóle jakieś mają, to nawet nie drugorzędne, a dziesięciorzędne! Głupoty te wypowiedział oczywiście w odpowiedzi na pytania dziennikarzy w kwestii braku zakupu przez naszą armię śmigłowców bojowych.

To nic, że wojskowi są odmiennego zdania i twierdzą, że współczesne armie bez wsparcia helikopterów bojowych nie maja racji bytu – pajace z ministerstwa wiedzą lepiej! Zresztą, ci wojskowi też są niepotrzebni. Dlatego w efekcie mamy już dzisiaj niezmiernie odchudzoną armię o 250 pułkowników i trzydziestu generałów! Po co nam oni, skoro w końcu obronią nas dzieciaki z tzw. Ochrony Terytorialnej?  To nic, że w większości to niedojdy, ofermy i woda na młyn wroga, ważne, że się pomodlimy a ten od krzyża nas obroni. Innymi słowy już nie tylko fortepian sięgnął bruku, wylądowało na nim nasze bezpieczeństwo i powaga państwa!

To, co dla mnie jest pewne w tej sytuacji, to jedna niepodważalna kwestia: po odejściu od władzy ludzi, którzy rządzą dzisiaj Polską, należy bezzwłocznie postawić jednych przed sądem, innych przed Trybunałem Stanu – i skazać za działanie na szkodę państwa, czyli naszą! Jeżeli tego nie zrobią ich następcy, to znaczy, że nic się nie zmieni i nadal będzie ciche polityczne przyzwolenie na szkodliwe działanie na rzecz Polski.

27.03.2017 r.

16:02, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 marca 2017

Kumpel I: Coś taki markotny?

Kumpel II: A, szkoda gadać.

Kumpel I: Mów. Może ci ulży, jak wyrzucisz z siebie tego robaka.

Kumpel II: Kaśka puściła mnie kantem.

Kumpel I: I tym się martwisz? W końcu, tak naprawdę, można się było tego spodziewać.

Kumpel II: Jak to można było?

Kumpel I: Tak mi się powiedziało, nieważne.

Kumpel II: Nie – nie, powiedz. Jak to można się było spodziewać? Wiesz coś, czego ja nie wiem?

                                    Chwila cisz.

No mów!

Kumpel I: Nic nie wiem. Po prostu: baby to chuje. (ze śmiechem) Oczywiście oprócz naszych matek.

Kumpel II: Ja poważnie mówię, a ty się brechtasz. Bawi cię to?

Kumpel I: Bardziej niż bawi, ty mnie martwisz. Masz prostą sprawę, a umartwiasz się jak jakiś pieprzony pątnik. Powiedzieć ci, co powinieneś zrobić?

Kumpel II: No, słucham, mądralo.

Kumpel I: Odkuj się. Puściła cię Kaska, to teraz ty puść się z jakąś fajną laską. Zobaczysz – zaraz ci przejdzie cała chandra.

Kumpel II: Gdyby to było takie łatwe, może i bym to zrobił.

Kumpel I: A co w tym trudnego?

Kumpel II: Wszystko! Nie potrafię tak po prostu, bez uczucia, iść z kimś obcym do łóżka. To zbyt intymna sprawa.

Kumpel I: Pieprzysz! Akurat w tym nie ma nic trudnego. To jest tak proste, jak fallus w pięknym wzwodzie. Poza tym będzie ci obca tylko do pewnego momentu  właśnie do chwili pójścia do łóżka. Od tego momentu stanie ci się już bliska. Nawet bardzo!

Kumpel II: Nic z tego. Na trzeźwo to niewykonalne – przynajmniej w moim przypadku. Mam za duże obiekcje natury moralnej. Nie dałbym rady.

Kumpel I: To się napij i do dzieła!

Kumpel II: Po wódce znowu jestem zbyt łatwy.

Kumpel I: I oto właśnie chodzi – bądź łatwy!  Zobaczysz – nie ma nic przyjemniejszego, jak poddać się jakiejś fajnej dupencji. Zaopiekuje się tobą, wysłucha, przytuli, zrozumie, a przynajmniej uda że rozumie i wszyscy będą zadowoleni. Pamiętasz Rezerwat? (śpiewnie) Zaopiekuj się mną mocno tak! Mówię ci – będzie dobrze.

Kumpel II: No… nie wiem…

Kumpel I: Nie bądź siurek i nie szczaj pod siebie, okej? Weź przykład z naszego Antosia prawie Banderasa – szaleństwo to jego znak rozpoznawczy. Zaszalej! W końcu też ci się coś od życia należy.

Kumpel II: Rzeczywiście?

Kumpel I: Pewka! Posłuchaj praktyka. Więcej entuzjazmu! Pić i pieprzyć, nie żałować – bida musi pofolgować!

25.03. 2017 r.

09:42, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 marca 2017

W zasadzie od zawsze, czyli od samego początku swojego istnienia, homo sapiens toczył wojny. O ile jednak dawniej były one jednoznacznie zdefiniowane w sposób przede wszystkim militarny, początkowo o przetrwanie, a potem o panowanie nad innymi, o tyle dzisiaj sytuacja jest o wiele bardziej złożona; dzisiaj prowadzimy swoje wojenki na wielu polach – kulturowym, ekonomicznym, społecznym, politycznym i wielu jeszcze innych, bardziej lub mniej istotnych; dzisiaj walczymy o równe prawa dla kobiet, dla osób niepełnosprawnych, ciemnoskórych, przedstawicieli LGBT, dzieci, czy wreszcie zwierząt – itd., itp. Życie bowiem, pomimo niewątpliwego rozwoju cywilizacyjnego, niestety, nie jest idealne, nadal jest cholernie niesprawiedliwe, wykluczając z głównego nurtu wiele grup społecznych; nadal tworzy bariery i segreguje ludzi; nadal wykorzystuje słabszych i pogardza biedniejszymi.

To, że powinno być inaczej, sprawiedliwiej, pozostaje poza wszelką dyskusją; w końcu wszyscy, tak naprawdę, tworzymy jedną wielką człowieczą rodzinę, w której nieistotne jest czyjeś wyznanie, kolor skóry, światopogląd, czy przekonania religijne albo preferencje seksualne – przynajmniej nie powinno być istotne. Żaden bóg nie może być tutaj wykorzystywany w celu udowodnienia, iż czyjaś religia jest bardziej słuszna, prawdziwsza, jest ponad inne!; że tylko my posiedliśmy patent na prawdę i nieomylność. Albowiem nie ma rasy lepszej i zdolniejszej nad inne, a tym samym nie ma też żadnego wybranego narodu, który winien się cieszyć przychylnością tego, którego nazwaliśmy Stwórcą. Zrobiliśmy to bowiem jedynie dla uporządkowania naszego ludzkiego świata tu i teraz, a także dla nadziei tam i kiedyś. A tak naprawdę wszyscy jesteśmy równi wobec płomienia życia i ostatecznego. Jeżeli ktoś twierdzi inaczej, to znaczy, że perfidnie łże i chce odwiecznych podziałów! Tak jak to robi od wielu lat w sposób wręcz obrzydliwy katolicki Kościół w Polsce do spółki z godnymi pogardy prawicowymi politykami.

Pisać jednak o polityce w tym momencie nie będę. Bo o czym – o kretynach z ugrupowania Kukiz’15 i ich beznadziejnym szefie, którzy udając zatroskanych losem Polski niczym katarynki ustawicznie pieprzą o odpowiedzialności i powadze sejmu, a tak naprawdę nic, albo niewiele robią, żeby stać się mądrą i skuteczną opozycją? A może pisać o bydlakach z PiS-u i panu Kłamczyńskim, ich przywódcy z samobójczymi inklinacjami? O ich pogardzie dla innych, pysze, zadufaniu, arogancji i bucie? A może o telewizji publicznej, która jest obrzydliwie wręcz propagandowa, tak prymitywnie, że TVP z czasów komuny to majstersztyk i kwintesencja dobrego smaku przy nich? Pewnie mógłbym o tym pisać, tyle tylko, że musiałbym użyć zbyt wielu niecenzuralnych słów, więc lepiej sobie odpuścić i pomilczeć. Bo tak naprawdę to, co jest istotne w tym momencie, to fakt, czy zdajemy sobie z tego, o czym napisałem wyżej, sprawę? Albo inaczej: Czy chcemy sobie zdać z tego sprawę!? W tym bowiem, tak naprawdę, tkwi problem i zagrożenie dla nas.

23.03.2017 r.

08:59, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 marca 2017

1.Pewien polityczny wypłosz, o wyglądzie porządnie wyciśniętej ścierki, powiedział ostatnio, że teoretyczny premier, teoretycznie rządzącej do niedawna partii, zapowiedział złożenie w sejmie wniosku o teoretyczne wotum nieufności dla obecnego rządu. Zapomniał tylko przy tym dodać, biedak, że sam jest politykiem równie niezmiernie teoretycznym.

2.Z tego samego podwórka: Wicepremier M. Morawiecki rzucił ostatnio, że dzisiejsi władcy Polski będą rządzili do 2031 roku. Na te słowa zareagował pierwszy człowieczak w Polsce, prezes Kłamczyński, który dorzucił do tej wypowiedzi swoje trzy grosiki, mówiąc, że pan wicepremier jest defetystą, ponieważ oni będą rządzili znacznie dłużej!

Czy można coś jeszcze do tego dodać? Myślę, że nic, albo bardzo niewiele. Może tylko to, że w ten sposób dowiedziałem się, iż prezesiak przygotowuje się na wiek matuzalemowy!

Jakkolwiek będzie obie powyższe wypowiedzi, jak i wiele innych tego typu a nie przytoczonych tutaj, pokazują ewidentnie, jak bardzo ci ludzie rozjechali się z rzeczywistością. Jakby w którymś momencie panowie opuścili naszą przaśną rzeczywistość i odjechali w kosmos, a teraz dryfują sobie gdzieś w przestworzach, majacząc sny o potędze.

Cóż, wolno im, w końcu – wolność Tomku w swoim domku! Ale że zderzenie z rzeczywistością bywa nierzadko niezmiernie bolesne, więc i tutaj zapewne nie obejdzie się bez egzystencjalnego bólu. Czego im zresztą z całego serca życzę!

3.W naszym kraju przebywał ostatnio syna Pablo Escobara, nieżyjącego już narkotykowego króla. Powiedział on w jednym z wywiadów, że codziennie dostaje setki listów od dzieci, które chciałyby być takie, jak jego ojciec. Przyznam, że nie zdziwiłem się. W końcu i u nas jest człowiek, który do tego stopnia zapatrzony jest w tego narkotykowego barona, że na jego cześć utworzył nawet państwo – San Escobar!

Syn Pablo Escobara, w odróżnieniu od naszego ministra spraw zagranicznych, nie jest dumny z tego, co robił jego ojciec, ponieważ ma świadomość, ile zła i krzywdy wyrządził on swojemu krajowi. Waszczu jest innego zdania – ten, wychodzi na to, jest nim wręcz zachwycony! Oczywiście ów zachwyt nie jest w sposób jawny wyartykułowany, niemniej fascynacja widoczna jest w słowach naszego ministra – choćby po nadaniu temu ostatniemu przydomka Święty. Od teraz dla wszystkich jest on – San Escobar! Od którego zresztą wzięło nazwę nowe państwo.

Brawo, Waszczu, prawdziwy urwis z ciebie!

21.03.2017 r.

10:02, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 marca 2017

Zawsze uważałem, że pisanie książek, jak i ich czytanie, powinno być niejako kompatybilne, to znaczy zarówno autorowi podczas pisania, jak i odbiorcy w trakcie czytania, powinno towarzyszyć uczucie przyjemności z obcowania z opowiadaną historią, czy też historiami. To jest, według mnie, podstawowy, niepisany wymóg literatury. Nie zawsze się udaje spełnić ten warunek, co oczywiste, ale niewątpliwie próbować trzeba.

W ostatnim czasie zacząłem lekturę kilku książek naraz. I tak przeczytałem Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie Herty Muller – laureatki nagrody Nobla z 2009 roku; jestem w trakcie czytania Piany dni Borisa Viana, a także Dzieci umarłych Elfride Jelinek, kolejnej laureatki nobla, tym razem z roku 2004. O dwóch ostatnich napiszę, mam nadzieję, kiedy indziej, dzisiaj chciałbym poświecić parę słów tej pierwszej.

Gdy zacząłem czytać Człowieka… H. Muller, przyznaję, męczyłem się z nią niemożebnie, myślałem nawet, że nie dam rady dotrzeć do jej końca, mimo że to książeczka objętościowo niewielka, ledwie nieco ponad stustronicowa.

Oczywiście, od strony czysto literackiej nie mam jej nic do zarzucenia, należy ona bowiem do książek nietuzinkowych, intrygujących w swojej narracyjnej strukturze. Tyle tylko, że intrygująca, czy też nawet eksperymentatorska nie oznacza jeszcze, że jest na tyle dobra, żeby zachwycała czytelnika. Mnie, niestety, nie zachwyciła, nie złapała od samego początku za gardło i nie trzymała w uścisku do samego końca, do swojej ostatniej strony. Dlatego pytanie, jakie się tutaj się pojawia, brzmi: Dlaczego  tego nie zrobiła?

Książka traktuje o naszym bestialskim zwyrodnieniu i co w związku z tym człowiek potrafi wyrządzić bliźniemu i że nie ma takiej potworności, jakiej by nie uczynił. Można powiedzieć – nic odkrywczego, niejako norma! Tyle tylko, że pomimo opisu bardzo bolesnych przeżyć, pomimo bólu i udręki egzystencji pozostaje ona, w moim subiektywnym odczuciu, za bardzo zdystansowana, powiedziałbym nawet, że bezcielesna, mimo przecież występujących w niej wielu bohaterów. Innymi słowy chodzi o to, że pomimo opisu koszmarnych wręcz zdarzeń z jej stronic bije nieznośny wręcz chłód! Jakby bezuczuciowość była, według autorki, najwłaściwszym językiem przekazania porażającej prawdy ludzkiej egzystencji.

Nie wiem, może się mylę, może tak właśnie trzeba pisać o potwornych rzeczach, jakie człowiek robi drugiemu człowiekowi? Może inaczej do opisywania tego typu historii nie powinno się podchodzić? Pewien jednak jestem jednego: mikropowieść H. Muller, mimo podjętej tematyki ludzkiego okrucieństwa, nie poruszyła mnie. Jedyny fragment w tej mikropowieści, który zrobił na mnie wrażenie, to gehenna radzieckiego łagru, jaki przeszła żona Windischa, Katharina, jednego z głównych bohaterów tej mikropowieści, w rozdziale zatytułowanym Zupa z trawy. Tutaj i tylko tutaj, właśnie przy użyciu owej lapidarnej formy, H. Muller udało się w pewnym zakresie mną wstrząsnąć. Tyle tylko że fragment, to jeszcze nie całość, więc i moja satysfakcja z lektury tej książki nie mogła być tym samym pełna.

17.03.2017 r.

11:43, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 marca 2017

Kolejne szaleństwo spowodowane przez muzułmańskich „braci” w Europie. Tym razem w Holandii, gdzie odmówiono wjazdu polityczce tureckiej, która chciała uczestniczyć w agitce w sprawie referendum organizowanego przez Turcję w celu zmiany systemu politycznego i oddania tym samym pełni władzy prezydentowi R. T. Erdoganowi. Innymi słowy chodzi o to, żeby ów autokrata cieszył się pełnią władzy w majestacie prawa i mógł rządzić tak, jak to robi jego rosyjski sąsiad, czyli praktycznie bezterminowo.

Zawsze uważałem, że ludzie, którzy przyjechali do jakiegoś kraju, z różnych powodów w nich osiedli i korzystają z przychylności danego państwa i jego mieszkańców, powinni respektować obowiązujące tam prawa i przestrzegać istniejące obowiązki. Turcy, którzy osiedli w Holandii, nie są tutaj samoistną wyspą  ich również obowiązuje lojalność w odniesieniu do nowej ojczyzny. Oni jednak, zamiast lojalności i oddania, wszczynają burdy uliczne tylko dlatego, że nie zgadzają się z decyzją władz holenderskich – skądinąd jak najbardziej słuszną! Zamiast lojalnie wspierać rządzących i ich stanowisko w polityce zachowania bezstronności politycznej dotyczącej wyborów, mających miejsce w innym państwie, wychodzą na ulice i robią zadymę, bo im takie stanowisko nie odpowiada. Absurd w czystej postaci!

Naturalnie, mam świadomość że imigranci, szczególnie ci w pierwszym pokoleniu, odczuwają nostalgię za krajem swojego pochodzenia, tęsknią za rodziną, znajomymi, za krajobrazem i zapachami swojej ojczyzny – rozumiem to. Tyle tylko, że jeżeli zdecydowało się na imigrację, to również powinno się ponosić konsekwencje swojego wyboru, czyli należy przede wszystkim zachować lojalność wobec tego państwa, które obrało się za cel swojej imigracji i z którego dobrodziejstw się korzysta!

Niestety, przybysze,  szczególnie ci o innej mentalności i wyznaniu religijnym, jeżeli są lojalni, to jedynie w odniesieniu do państwa swojego pochodzenia. Oni nie identyfikują się z krajem swojego pobytu, są mu organicznie obcy. Więcej – są mu nawet wrodzy, ponieważ to państwo ośmiela się wystąpić krytycznie w odniesieniu do ich dawnej ojczyzny! Lojalność? To mrzonka! Oni jedynie korzystają z praw i dobrobytu danych im przez państwo, w którym w danym momencie przebywają. Otwartość i gościnność, demokratyczne, humanitarne zdobycze są przez nich jedynie perfidnie i z premedytacją wykorzystywane do walki z tymi, z których gościnności korzystają! Oni nie wiedzą, co to wdzięczność. W ich pojęciu dobroć to naiwność, którą należy wykorzystać. To wszystko.

Tylko że taka postawa jest bardzo niebezpieczna. Oczywiście, ona jest doraźnie korzystna dla tych ludzi tu i teraz, jednak w dłuższej perspektywie czasowej musi przynieść fatalne skutki. Przede wszystkim zaowocuje wzrostem nastrojów nacjonalistycznych, populistycznych, antyimigracyjnych, a wtedy, wraz z ich wzrostem, można się spodziewać tylko jednego: wygrywania wyborów w wielu krajach w Europie przez partie nacjonalistyczne, a tym samym zaostrzenia restrykcyjnej polityki europejskiej w odniesieniu do obcych! Czy naprawdę o to chodzi tym wszystkim idiotom spod znaku półksiężyca? Czy konsolidacja Europy przeciwko sobie i w ogóle przeciwko obcym, to ich plan? A jeżeli tak, to na co  na totalną konfrontację?

15.03.2017 r.

09:28, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 marca 2017

O ile jeszcze do niedawna liczono się z naszym zdaniem, szanowano nas i nasze dokonania po obaleniu komuny; o ile traktowano nas po partnersku i rozmawiano z nami jak równy z równym, ponieważ  byliśmy, to znaczy Polska, przewidywalni, o tyle dzisiaj, przy hucpie, jaką Prawo i Sprawiedliwość stworzyło przy wyborze szefa Rady Europejskiej, wszystko się zmieniło, a cała rodzina państw europejskich postanowiła przywołać nas do porządku. Na razie miało miejsce jedynie lekkie skarcenie – taki niezbyt siarczysty plaskacz w pysk i wskazanie nam swojego miejsca w szeregu, jednak w przyszłości, jestem tego pewien, już takiej pobłażliwości nie będzie. W przyszłości konsekwencje takiego nieodpowiedzialnego zachowania będą znacznie surowsze.

Oczywiście, na takie dictum ze strony UE możemy się burzyć, złorzeczyć, tupać nóżkami z bezsilności, ale niczego to nie zmieni – tak bowiem karze się kogoś, kto staje się nieprzewidywalny, a tym samym niezmiernie groźny dla pozostałych partnerów.

Dzisiaj zostaliśmy jedynie przywołani do porządku i wygonieni na korytarz Unii Europejskiej. Jeżeli jednak nadal będziemy się zachowywać jak szaleńcy bez dostępu do środków uspokajających, wówczas dojdą oczywiście kolejne reperkusje. A wtedy… wtedy, obawiam się, pozostanie nam tylko to, co mamy na naszym krajowym podwórku. A mamy przede wszystkim: kuriozalnego Prezesa kuriozalnej partii; kuriozalną kobietę na stanowisku osoby pełniącej obowiązki premierki; kuriozalnego ministra spraw zagranicznych i nie mniej kuriozalnego szefa MSWiA; jeszcze bardziej kuriozalnego ministra obrony narodowej i kuriozalną ministerką edukacji narodowej; nie mniej kuriozalnego ministra środowiska i – i tak dalej, i tak dalej, słowem – żyjemy w kuriozalnym państwie zarządzanym przez kuriozalnych człowieczaków, którzy są przekonani o swojej nieomylności i genialności swojego wodza! Stąd też zapewne głębokie w nich przekonanie, że polityka kija i marchewki zapewni im dziesiątki lat rządzenia i dlatego mogą powiedzieć każde głupstwo i zrobić każde świństwo czy draństwo. Naród bowiem, tzn. ściślej – część narodu, ta propisowska, i tak im wszystko wybaczy i rozgrzeszy.

Nie wiem, być może i by tak było, jak sobie jeden Dyzio z drugim marzą i oczekują, tyle tylko, że taki plan jest najzwyczajniej w świecie nierealizowalny! Z jednego prostego powodu: kuriozalni ludzie i ich kuriozalna polityka musi ostatecznie przynieść kuriozalny efekt w postaci totalnej i spektakularnej klapy.

Może gdyby chłopcy i dziewczęta z PiS-u posiadali więcej ważkich argumentów, byli bardziej lotni i dysponowali większą wyobraźnią polityczną; może gdyby wsłuchiwali się uważniej w głos całego społeczeństwa a nie tylko swoich wyborców, może wówczas osiągnęliby jakiś sukces. Tylko że tego nie robią, ponieważ są butni, bezczelni, zakłamani i głęboko przeświadczeni o swojej nieomylności. Krótko mówiąc brak jakichkolwiek atutów, aby osiągnąć sukces w dłuższej perspektywie czasowej. Dlatego wszystko, co mogą zapowiadać i próbować nieudolnie realizować, pozostanie na zawsze jedynie w świecie tzw. pobożnych życzeń, zarówno ich, jak i tego ich sparciałego Prezesa o mentalności Dyzmy.

11.03.2017 r.

09:42, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 marca 2017

Jak wspominałem kiedyś w tym miejscu w ostatnim czasie fatalnie się czułem. Przeziębienie dało mi porządnie w kość, a ostatni weekend był momentem przesilenia. Na szczęście, mimo gorszego samopoczucia ostatecznie nie zdechłem i w niedzielę coś tam tutaj skrobnąłem. Niestety, nie ustrzegłem się przy tym kilku błędów. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie mój stan i fakt, że najzwyczajniej w świecie nie miałem do tego, co robiłem, najlepszej głowy, która wyraźnie odmawiała mi w tym czasie posłuszeństwa. Powiedziałbym że mnie bolała, tyle tylko, że mój kolega zawsze w takich sytuacjach powtarza: Co ciebie boli, głowa? Ciebie to zwyczajnie łeb napierdala! Głowa to boli pana hrabiego. Muszę dodawać? Oczywiście, hrabia to on.

Dzisiaj jest już ze mną znacznie lepiej, więc i powodów, żeby odpowiedzialność za słabość tekstu zrzucić na jakieś zewnętrzne warunki, w zasadzie nie ma. Tym bardziej że znowu chce się śmigać piórem tak, żeby iskry szły! Zatem, kowboju, do dzieła!

W ostatnim czasie przeczytałem parę książek, obejrzałem kilka ciekawych filmów, a także interesujących programów telewizyjnych. Takiego jednak teatru, jakim raczy mnie od dawna Prawo i Sprawiedliwość, nie spotkałem nigdzie. To, co ci szaleńcy i łachudry wyczyniają od momentu przejęcia władzy w naszym kraju, zwyczajnie przechodzi ludzkie pojęcie i bije na łeb na szyję wszystkie niepolityczne wydarzenia razem wzięte!

To, że się błaźnią na naszym krajowym podwórku swoimi głupimi decyzjami, to niejako norma, do której zdążyłem się już niejako w pewien sposób przyzwyczaić, czy też bardziej z nimi oswoić, mimo oczywistego braku akceptacji przeze mnie takich działań. Z jednej bowiem strony wymyślili sobie pseudo-reformę szkolnictwa, która cofa nas w czasie do ubiegłego stulecia, czy też militarne rozbrojenie kraju, odsyłając na emeryturę generałów i pułkowników, a zastępując ich chłopcami biegającymi po lasach i bawiącymi się w wojnę; z drugiej zaś strony postawili na czele ministerstwa ochrony środowiska wioskowego cwaniaka, który postanowił dać zielone światło wielu swoim kumplom na masową wycinkę drzew, żeby prawdopodobnie owi chłopcy z tzw. Ochrony Terytorialnej mieli większą przestrzeń do biegania, a także, żeby najpewniej w ten sposób skuteczniej walczyć z niszczącym nas smogiem. I tak dotarliśmy do tych, które miały nieszczęście urodzić tych wszystkich genialnych polityków, którzy w podzięce za życie postanowili założyć na twarze kobiet kagańce, a na ich szyje obroże, żeby broń boże za daleko nie odchodziły i nie stały się za bardzo samodzielne!

Takich perełek wybitnej działalności ww. kretynów, zdrajców i generalnie cwaniaków jest, naturalnie, znacznie więcej, nie ma jednak potrzeby wypisywania ich tutaj wszystkich. Rzecz jest powszechnie znana, bo to nasze podwórko. Niestety, gorzej, że nasze podwórko im nie wystarczyło, zapragnęli swoje genialne recepty rodem ze średniowiecza propagować na arenie międzynarodowej, czego najjaskrawszym przykładem jest wybór szefa Rady Europejskiej.

Dla wszystkich zainteresowanych państw naturalnym kandydatem na szefa RE był dotychczasowy jej przewodniczący Donald Tusk. Tylko nie dla polskiego rządu. Ci, zgodnie z uprzedzeniami, fobiami i nienawiścią jakie ich wódz odczuwa właśnie w stosunku do byłego polskiego premiera, postanowili poprzeć pewnego polskiego patałacha, do niedawna kolegę partyjnego D. Tuska, który w pewnym momencie poczuł się przez niego niedoceniony. Krótko mówiąc ambicje jednego (J. Saryusz-Wolski) a nienawiść drugiego (J. Kłamczyński) poszły w parze pod rękę i dały taki efekt, z jakim mamy właśnie dzisiaj do czynienia: blamaż Polski na arenie międzynarodowej.

Oczywiście, kretyni nie przyznają się do błędu i do działania, tak naprawdę, na szkodę państwa polskiego. Raczej po raz kolejny wyartykułują złotymi ustami ministra spraw zagranicznych Waszcza taki oto tekst:

– Oczywiście że to nieważne do której bramki strzelamy, istotne, żeby w ogóle oddać strzał i żeby padały gole. W końcu to jest istota naszej gry, tego wymaga porządne widowisko! A my chcemy grać widowiskowo. Więc strzelamy dużo i celnie również do swojej bramki. Robimy tak, ponieważ taką mamy strategię – strategię wyznaczoną nam przez naszego genialnego wodza Jarosława Kłamczyńskiego, który powiedział, że gdy nie ma szans w ogóle na bramki, należy zrobić wszystko, żeby takie padły, nawet samobójcze. Prawda że genialne? Takie proste, a jakże genialne! Aż dziwne, że nikt do tej pory na to nie wpadł. Dlatego my zawsze strzelamy i można powiedzieć, że każdy mecz właśnie dzięki temu mamy pod kontrolą. Samobój – to gol przyszłości. Dlatego nadal będziemy je strzelać!

Aha, i jeszcze jedno: inni lubią sobie o tym zapomnieć, dlatego musimy im zawsze o tym przypominać: Najważniejsze między Bugiem a Nysą – my są!

09.03.2017 r.

10:41, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl