RSS
czwartek, 31 marca 2016

W kontekście tego, co się wydarza w naszym kraju od końca października ubiegłego roku, proroczo brzmią słowa R. Sikorskiego, że watahę trzeba dorżnąć. Niestety, nie zrobiono tego w swoim czasie, więc teraz mamy tego efekty: płacimy za tzw. dobrą zmianę. I to cenę bardzo wysoką. Gorzej, że w nieodległej przyszłości przyjdzie nam zapłacić za nią jeszcze więcej! Pozostaje mieć jedynie nadzieję, że politycy opozycyjni dobrze zapamiętają tę lekcję i w przyszłości nie popełnią podobnie głupich błędów.

Od zawsze, tj. od początku przemian ustrojowych w Polsce, pozostawałem krytyczny wobec takich ugrupowań jak Prawo i Sprawiedliwość, czyli z reguły prawicowych, które w swojej działalności stosowały retorykę podpierania się jakimś bogiem i trąbieniem wszem i wobec o swoim oddaniu umiłowanej Ojczyźnie. Zawsze w odniesieniu do ludzi reprezentujących takie ugrupowania i wznoszonych przez nich haseł zachowywałem daleko posuniętą wstrzemięźliwość, tak jak zachowuję ją nadal wobec tych wszystkich, którzy okrzyknięci są przez katolicki Kościół świętymi, a to, co po nich pozostaje, uznaje się za relikwie – choćby to były przepocone trampki, czy usrane majtki! Wiem bowiem tylko tyle, że, jeżeli w ogóle coś może nas sprawdzić do spodu, jacy jesteśmy i na co nas stać, to bez względu na głośno obwieszczane wszem i wobec intencje, są to jedynie konkretne okoliczności i sytuacja, w jakiej się właśnie znajdujemy. Tylko one mogą powiedzieć zarówno nam, jak i innym, kim tak naprawdę jesteśmy i ile jesteśmy warci. Tylko konkretna sytuacja i wynikające stąd nasze czyny pozostają najlepszym miernikiem naszych intencji i zamierzeń. Nie słowa!

Ostatnio pan prezes, czyli, jak mówią jego sztabowcy, chłop do rany przyłóż, wystąpił z kolejną propozycją skierowaną do opozycji, żeby się spotkać i spróbować rozwiązać istniejący polityczny konflikt, który sam wymyślił i w który z premedytacją nas wmanewrował. Oczywiście, gdyby był uczciwy w tym, co robi, swoją propozycję skierowałby przede wszystkim do siebie i, co ważne, znalazłby pozytywne jej rozwiązanie. Ale że jest draniem, więc śmiało można przyjąć z dużym prawdopodobieństwem, że jest to kolejny wybieg obliczony na zyskanie na czasie i robieniu swojego, czyli wdrażaniu tej tzw. dobrej zmiany. Tak dobrej, że wielu milionom Polek i Polaków wychodzi ona już bokiem, a w nieodległej przyszłości, jestem tego pewien, wyjdzie jeszcze mocniej i jeszcze większej części społeczeństwa. Tylko jeszcze trochę cierpliwie poczekajmy, w końcu jest zapisane, że cierpliwi zostaną nagrodzeni. Więc będziemy  nie ma odwołania!

Ja, jako obywatel wiem, że mogę się mylić w swoich ocenach politycznych. Powodem jest choćby mocno ograniczona wiedza na temat tego, co się rozgrywa na szczytach władzy. Ci jednak, którzy są politykami, prawa do takiej pomyłki już nie mają. Nie mogą mieć! Dlatego to, czego w tym momencie nie wolno opozycji robić pod żadnym pozorem, to przede wszystkim nie dać się po raz kolejny wymanewrować! Nie wolno stwarzać żadnych pozorów współdziałania, bo ten człowiek wykorzysta to w sposób bezczelnie perfidny i nieodwołalny, jak przystało na porządnego faryzeusza. Tym bardziej, że on nie wie, tak naprawdę, na czym polega kompromis; jedyny, jaki uznawał i uznaje od zawsze, to przyjęcie przez innych jego koncepcji. A to, jak wiadomo, żadna płaszczyzna porozumienia. Zatem, kto chce się łudzić, że dzisiejsze rozmowy przyniosą coś nowego, droga wolna – może sam siebie okłamywać. Ja naiwniakiem przestałem być już dawno. Dlatego wiem, że zarówno te, jak i inne spotkania i rozmowy w przyszłości, nic nie dadzą! I będzie tak dopóty, dopóki na czele rządzącego dzisiaj w Polsce ugrupowania będzie stał on   autor i gwarant głębokiego podziału sceny politycznej, obniżenia rangi naszego kraju na arenie międzynarodowej, a także obniżenia autorytetu takich postaci, jak prezydent i premierka.

31.03.2016 r.

13:02, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 marca 2016

Parafrazując Ericha M. Remarque’a można by powiedzieć: Na wschodzie bez zmian. Znaczy to tyle, że strach goni strach. Prym w tym zastraszaniu wiodą szczególnie politycy i różnego rodzaju fachowcy. Ci, których ja mam tutaj na myśli, to tzw. ekonomiczni specjaliści, którzy są wręcz doskonali w straszeniu nas widmem ubogich emerytur, jeżeli nie będziemy dłużej pracować. Strach ten właśnie przeniósł się tam, gdzie do tej pory go nie było, czyli w ławy rządowe.

Pomijam tutaj fakt niepodważalny, o którym bezdyskusyjnie mówi medycyna, iż starość, jej efekty wyraźnie zaczynają się objawiać w wieku 65 lat(!), chcę powiedzieć o czymś innym – o warunku podstawowym, bo gwarantującym nam korzystanie z wypracowywanego przez całe nasze życie funduszu, czyli osiągnięciu przez nas wieku emerytalnego. Bo to wcale nic pewnego, że w ogóle go osiągniemy i od tego momentu  będziemy żyli jeszcze długo, błogo i szczęśliwie, ciesząc się z przywilejów tego stanu. My, to nie Niemcy, Szwedzi czy Norwegowie, żebyśmy mogli sobie pozwolić na totalny relaks i podróże po świecie. Nas za wszelką cenę chce się przestraszyć i przymusić do jeszcze większego wysiłku w imię… No właśnie, w imię czego – dobra ojczyzny? Interesu zamożnych? Cwaniactwa rządzących? Jakby na to nie spojrzeć jedno dla mnie jest pewne: zbyt wczesne według ww. fachowców zakończenie przez nas pracy produkcyjnej, zbyt późne pójście dzieci do szkoły, to katastrofa dla finansów państwa. Prawdopodobnie co najmniej na wzór biblijnego Armagedonu! (Swoją drogą ciekawe, dlaczego niektóre służby nie odczuwają jakoś specjalnie tych obostrzeń, które nam zagrażają, hm?)

Jeżeli jest tak, jak wieszczą owe pieprzone Kasandry i przeklęci hipokryci, to ja w takim razie mam do nich kilka pytań:

– Czy słusznym są przywileje innych grup zawodowych, bezlitośnie drenujące budżet państwa, a tym samym nasze kieszenie?

– Czy słusznym jest utrzymywanie od dziesiątek lat czegoś tak pokracznego jak KRUS, co, jak wiadomo, zubaża budżet państwa o gigantyczne wręcz pieniądze?

– Dlaczego rokrocznie wydajemy miliard trzysta milionów na lekcje katechezy w szkołach, nie mówiąc już o wielomiliardowych dotacjach na jakieś poronione inwestycje kościelne typu Świątynia jakiejś tam Opatrzności?

– Dlaczego przez dwa cholernie długie dziesięciolecia działała przestępcza Komisja Państwowa, która w sposób niejednokrotnie pokrętny pozbawiła dużego majątku poszczególne miasta, na rzecz właśnie Kościoła katolickiego?

– Dlaczego system zdrowotny od dwudziestu pięciu lat kuleje, kumulując ogromne kwoty finansowe tylko dlatego, że politycy ciągle przy nim majstrują, za co nikt karnie do tej pory nie odpowiedział?

– Dlaczego nie ma do tej pory sensownego programu żywieniowego, choćby tylko dla dzieci, co pozwoliłoby nie tylko uniknąć im w przyszłości wielu chorób, ale również zaoszczędzić Państwu, czyli nam, na ich permanentnym leczeniu?

– Dlaczego wprowadza się niedopracowany program 500+, podczas gdy wiadomo, iż budżetu na to nie stać, przy czym ze stuprocentową pewnością można przewidzieć, że ten wariant nie podniesie w żaden sposób dzietności polskiego społeczeństwa?

– Dlaczego Zakłady Pracy Chronionej dostają gigantyczne dotacje, podczas gdy zatrudnieni w nich ludzie są oszukiwani, nie otrzymując nawet na umowie o pracę najniższej kwoty, jaką rokrocznie ustala rząd? Zresztą nie tylko oni, bo ogólnie taka jest praktyka. Nawet Ministerstwo Sprawiedliwości uprawia taką politykę(!), o czym już tutaj wcześniej pisałem.

– Dlaczego przez lata rządzący pozwalali oszukiwać i okradać najsłabiej zarabiających, a tym samym przyzwalali na oszukiwanie fiskusa?

– Dlaczego z dwudziestu sześciu tysięcy obcych podmiotów gospodarczych zarejestrowanych w Polsce, połowa z nich nie odprowadza podatku CIT, nie wykazując żadnych zysków?

– Dlaczego pozwolono na działalność parabanków, takich jak Amber Gold, gdzie ewidentnie dochodziło do szwindli, choćby w ustaleniu płac jej szefa i jego małżonki, które były wystawione na najniższą krajową kwotę!? (Tak zwane Skoki zresztą również tutaj wiele złego zrobiły.)

To oczywiście nie wszystkie kwiatki z tego koszmarnego ogródka, tyle, że ich kolejne wymienianie ani niczego nie zmieni, ani niczego nie da, oprócz dodatkowej frustracji wynikającej z naszej bezsilności. A jesteśmy bezsilni dlatego, ponieważ rządzący tym krajem od dwudziestu sześciu lat tak naprawdę mają zarówno nas, jak i nasze problemy, w pięciu literach – liczy się bowiem jedynie kupowanie głosów wyborców i utrzymanie w ten sposób władzy. Bo władza, to nie tylko poczucie siły i bycia kimś lepszym od reszty gawiedzi, to również niezły afrodyzjak i gwarancja płynących z tego tytułu apanaży. Apanaży królów życia! Cała reszta natomiast, to jedynie mydlenie oczu nam wszystkim, czyli naiwniakom, którzy karmieni codziennymi kłamstwami co i rusz łudzą się zmianami na lepsze. A potem mija pięć, dziesięć, dwadzieścia lat i okazuje się, że tak naprawdę zmieniło się tylko tyle, że jesteśmy dużo starsi, że przeleciało nam to życie jak z bicza trzasnął i jeżeli ktoś tutaj jest wygrany i może być zadowolony, to jedynie właśnie owi królowie życia, którzy, jak się powszechnie mówi, załapali się na podział łupów. My – pospólstwo jesteśmy jedynie od mrówczej pracy, oczywiście tej wydłużonej! A polepszyć nam się może tylko w jednym przypadku: gdy umrzemy. Wówczas rzeczywiście, jeżeli przyjąć reinkarnację za pewnik, może nam się poszczęścić i kolejne wcielenie może zaliczyć znacznie lepszy żywot od tego tu i teraz. Tyle, że takie rozwiązanie to nic pewnego. Sama wiara bowiem w transcendentalne życie niczego jeszcze nie załatwia. Co najwyżej bezszkodowo coś tam obiecuje. Ale, jak wiadomo, w takich sytuacjach na dwoje babka wróżyła – albo będzie żyła, albo będzie gniła. I tyle.

A tak w ogóle, to idę sobie rzygnąć. Póki mam jeszcze czym. W końcu opłakana emerytura zbliża się w moim kierunku nieubłaganie coraz szybciej.

29.03.2016 r.

06:49, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 marca 2016

To, że islam dzisiaj jest agresywny, wojujący, to rzecz, powiedziałbym zwykła, niemal tak naturalna jak oddychanie. W końcu licząca sobie tysiące lat żydowska Tora również ocieka krwią, a Nowy Testament – podstawa religii chrześcijańskiej nie jest wolny od przemocy i niewinnie przelanej krwi. Więcej  jego owoc, to przez długie stulecia, począwszy jeszcze od czasów starożytnych, poprzez wieki średnie, w których mieliśmy wyprawy krzyżowe, aż po czasy nowożytne – ze świętą Inkwizycją i stosami płonących tzw. czarownic i heretyków na czele, hektolitry przelewanej krwi niezliczonych tysięcy ofiar. Dlaczego więc z islamem miałoby być inaczej? W zasadzie nie ma się czemu dziwić, że jako najmłodsza z monoteistycznych religii swoją historię łaknącą krwi ma właśnie teraz.

Michel de Nostradame w swoich centuriach napisał, że trzecia wojna światowa będzie trwała dwadzieścia siedem lat. Jeżeli zgodzić się z tą jego prognozą-przepowiednią, to można przyjąć z dużym prawdopodobieństwem, że niniejsza toczy się już od lat piętnastu, czyli od zburzenia dwóch wież w Nowym Yorku. Innymi słowy rzecz ujmując pozostało nam w takim razie jeszcze dwanaście lat zmagań z islamskim upiorem. Dwanaście lat, które, tak naprawdę, nie wiadomo do czego ostatecznie nas doprowadzą, bo koniec owej walki wcale nie musi być dla nas zwycięski. Chociaż, z drugiej strony, jako niepoprawny optymista innego jej rezultatu nie przyjmuję do wiadomości.

Cokolwiek jednak przyszłość nam upichci pytanie podstawowe, jakie powinno się tutaj pojawić, brzmi: Co leży u źródła konfliktu: islam – reszta świata? Myślę, że odpowiedź jest dziecinnie łatwa: oczywiście, religia. Zatem, co z tego wynika? Według mnie jedna zasadnicza rzecz. I tutaj dochodzę do sedna mojej propozycji, o której wspomniałem w piątkowym wpisie: otóż uważam, że aby osiągnąć sukces w walce z islamem należy tę religię zdelegalizować! Najpierw w Europie, a potem na całym świecie. Ale nie tylko ją – należy tak postąpić z wszystkimi religiami, i to bez wyjątku! Bo one do kupy razem wzięte, to zatruty owoc z tzw. drzewa poznania. Owoc, który w żaden sposób nie wart jest wszystkich swoich ofiar, zarówno tych złożonych w przeszłości, składanych w teraźniejszości, jak i tych, które zostaną jeszcze poświęcone w bliższej czy też dalszej przyszłości na stosie chorych wierzeń i bzdurnych oczekiwań. Dotychczasowe bowiem religie, to jedynie gwarancja pogłębiania się różnic między ludźmi, różnic zbudowanych na nietolerancji, wzajemnej niechęci i nieufności, co w konsekwencji przynosi jedynie nigdy nie kończące się konflikty.

Ale że człowiek skonstruowany jest w taki sposób, że musi posiadać w obszarze ducha jakiś system wierzeń odnoszący się do transcendencji, proponuję więc w miejsce wszystkich zlikwidowanych, bardziej lub mniej szalonych religii, jeden uniwersalny wszechświatowy system wierzeń. Bez jakiegoś wymyślonego boga, którego skroił człowiek na wzór i podobieństwo swoje. Proponuję coś, co wykracza poza nasze dotychczasowe opłotkowe myślenie w tej materii, coś, co będzie adekwatne do naszych oczekiwań – człowieka XXI wieku. Człowiek współczesny bowiem nie może, więcej – nie powinien wierzyć w pierdoły wymyślone przed tysiącami lat, które w żaden sposób nie przystają do naszych czasów i dużo większej świadomości w tym zakresie, a także w odniesieniu do naszej wiedzy, mentalności i oczekiwań. Współczesny człowiek potrzebuje nowej idei, pozbawionej krwi, bezsensownego cierpienia na jakimś tam krzyżu za miliony, czy też śmierci w imię jakiegoś fanatycznego boga. Dzisiaj w obszarze religijnym, jeżeli w ogóle może coś się bronić w jakiś sensowny sposób, to jedynie jako idea – idea doskonałej Boskości utożsamiana zarówno z pierwiastkiem męskim, jak i żeńskim. Idea, wyzwalająca człowieka od głupawych rytuałów i szalonych czynów. Tylko tak postrzegana Boskość jest do przyjęcia przez człowieka przyszłych wieków. Wszystko inne będzie jedynie marnym substytutem proponowanym przez cwaniaków, którzy od długich tysiącleci, poprzez nieuprawnioną uzurpację, uważają siebie za jedynych pośredników pomiędzy nami – zwyklakami, a nim, jakoby ich kumplem!

Co do mnie dziękuję im wszystkim za takie pośrednictwo. Szczególnie tym, którzy w przeszłości nie odżegnywali się od zadawania cierpienia niewinnym ludziom; tym, którzy krzywdzili i krzywdzą dzieci; czy też tym, którzy kupczyli i kupczą nadal tym wszystkim, co może przynieść zysk i wygodne życie.

Ament. Jak zwykle i niezmiennie – w paździerzu. Bo taki paździerz, jaka religia.

27.03.2016 r.

10:06, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 marca 2016

Oczywiście nie wiem, co czeka w najbliższych dniach moje pisanki, dochodzę jednak do wniosku, że bez względu na wszystko powinienem je sobie jednak poświęcić. W końcu w tym kraju od dwudziestu siedmiu lat święci się prawie wszystko, więc i moje wydmuszki nie powinny być tutaj wyjątkiem, bo i ja nie jestem jakąś pieprzoną samoistną wyspą. Poza tym, jak mówi stare polskie przysłowie, przezorny zawsze ubezpieczony! W końcu licho nie śpi! A ja, tak się składa, boję się licha. Brrrr!....;)

Zatem zawijam kiecę i lecę. Ze święconkami. Aha  bym zapomniał:

– Kochanie, powiedz szczególnie dzisiaj tylko jedno słowo – o jajkach, naturalnie, a doświadczysz cudu: staną się one ciałem – twoim, które za miłość naszą będą… zjedzone! Przez ciebie, oczywiście.

Ament. W paździerzu.

26.03.2016 r.

09:50, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 marca 2016

Zaczynając prowadzić niniejsze zapiski, napisałem na ich wstępie o czymś, co dla wielu było w zasadzie jasne, klarowne, a tym samym pewne i nieuniknione. Pierwszy zapis brzmiał zatem następująco:

http://dagome.blox.pl/2012/05/Konfrontacja-kultur.html

Potem były jeszcze:

http://dagome.blox.pl/2014/11/Demokracja-8211-do-poprawki.html

http://dagome.blox.pl/2015/08/Na-Zachodzie-bez-zmian.html

http://dagome.blox.pl/2015/11/Wzrasta-we-mnie-agresja.html

http://dagome.blox.pl/2015/11/Nasza-przyszlosc.html

I kilka innych (16.04.2013 r., 19.05.2013 r., 06.02.2014 r., 09.09.2015 r.), których nie będę tutaj przytaczał, bo ich dublowanie i tak nic nie da, tyle jednak wystarczy, żeby udowodnić, że to, co się w ostatnim czasie wydarzyło w Turcji, Francji, czy w Belgii było nie tylko do przewidzenia, było, co istotne, i tego jestem pewien, również do uniknięcia! Tyle że, jak zwykle, w imię poprawności politycznej, a także z powodu zwykłego lenistwa, zaniechania i niekompetencji po raz kolejny pokpiono w sposób niewyobrażalny sprawę naszego bezpieczeństwa. Za co, oczywiście, przyszło zapłacić cenę najwyższą, bo życiem niewinnych ludzi.

Czy ostatnie tragiczne wydarzenia czegoś w końcu Europę nauczą? Mam nadzieję, bo czas ku temu najwyższy. Czas najwyższy zdać sobie w końcu sprawę z faktu że, czy tego chcemy czy nie,  znajdujemy się w fazie wojny. Niewypowiedzianej co prawda oficjalnie, podjazdowej, czy też, jakby powiedzieli fachowcy, hybrydowej, jakiejkolwiek jednak użylibyśmy tutaj nazwy na jej określenie, jedno jest pewne: to wojna koszmarna, bo nieprzewidywalna. Dlatego uważam, że należy zastosować adekwatne środki w odniesieniu do jej zagrożenia. Bez wdawania się w zbędne czcze dyskusje, czy tak można, powinniśmy i czy w ogóle wypada.

Oczywiście, terroryzm w różnych swoich postaciach jest stary jak świat. Tyle, że dzisiaj jest on o tyle straszny, niebezpieczniejszy od tego z wieków ubiegłych, że nie dotyczy poszczególnych pojedynczych osób, a odnosi się do szerszej przypadkowej zbiorowości ludzi. Bo terroryści atakują wszędzie. I wszystkich. Dlatego właśnie należy być niezwykle skutecznym w walce z nimi. I bezwzględnym. A żeby takim być należy inwigilować, prześladować, permanentnie ścigać, następnie dopaść i natychmiast zneutralizować.

Politycy, socjologowie, publicyści – wszyscy po omacku szukają rozwiązania problemu. A to poprzez propozycje ograniczenia swobód obywatelskich; a to poprzez zniesienie wolnych granic i przywrócenie na nich czasowej kontroli; a to poprzez zwiększenie możliwości kontroli obywateli (podsłuchy, wydłużone zatrzymania). Nie wiem, czy tymi metodami jesteśmy w stanie osiągnąć zamierzony cel. Może trochę go ograniczyć, sam problem jednak, jestem tego pewien, trwać będzie nadal. Bo zwalczanie objawów, to jeszcze nie likwidacja źródła. A źródłem była, jest i pozostaje przede wszystkim religia! Szalona, nietolerancyjna, oderwana od wartości demokratycznych, nie uznająca wolności jednostki; traktująca kobietę jak niewolnicę i nałożnicę. Tutaj jest pies pogrzebany!

Oczywiście, można by poczekać, licząc, że upływ czasu spowoduje naturalne wyhamowanie agresji islamskiej. Tyle tylko, że to nic pewnego. To bowiem, co było doświadczeniem żydowsko-chrześcijańskim wcale nie musi się sprawdzić w wydaniu arabskim. Poza tym, tak naprawdę, nie mamy czasu. Agresja posrańców islamskich jest zbyt niebezpieczna. Dlatego… dlatego, gdyby w tym obszarze cokolwiek i kiedykolwiek zależało ode mnie, zrobiłbym bez wahania jedną podstawową rzecz, mianowicie…

Ale o tym następnym razem.

25.03.2016 r.

07:39, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 marca 2016

Dzisiaj część druga prologu – i ostatnia. Tak dla refleksji.

                                        xxx

      Wiosna, lato, jesień, zima. Jeszcze raz: wiosna, lato, jesień, zima. I jeszcze raz. I tak nieprzerwanie od początku, przez miliony lat, aż, po opuszczeniu planety – ludzie nazywają ją Keppler-22b, jej mieszkańcy natomiast, aimejczycy, zwą ją Aimeiz Repus – stałem się! Najpierw w krainie Kusz, potem w Sumerze, następnie w Egipcie, a potem jeszcze w kilku innych miejscach i czasie, aż w końcu dokonało się moje istnienie w Kielcach. W niewielkim mieście południowo-wschodniej Polski, w centrum Europy. Przyszedłem na świat w miejscu, w którym życie w postaci tetrapoda, podobnie jak w wielu innych miejscach, wyszło z wody w momencie, gdy Ziemia nadawała się w końcu po kilku miliardach lat przemian do zamieszkania.

                                                    xxx

      Moi dziadkowie cudem przeżyli wojnę, w której większość rodziny dostała się do tego miejsca, w którym obecnie się znajduję, za pośrednictwem krematoryjnego komina lub w wyniku rozstrzelania. Oni mieli szczęście: przeżyli. Ale przeżyli płacąc za to bardzo wysoką cenę: utratą wiary w Boga. Od tego momentu nie interesowała ich żadna synagoga i wspólne modlitwy. Chyba że miałaby to być specyficzna modlitwa złożona z pretensji i obelg pod adresem Najwyższego za śmierć prawie sześciu milionów Żydów. Jednak trudno taką uznać za Kel male rachamim czy Iizkor – modlitwę pamięci za zmarłych. Więc się nie modlili. Wojna uczyniła z nich ateistów. I wtedy, co może wydać się zaskakujące dla wielu, dopiero wtedy dotarli do sedna istnienia, do istoty rzeczy – do swojego Boga! Zostając ateistami uświadomili sobie, że bóg pojmowany i postrzegany przez człowieka jako jego Stwórca na wzór i podobieństwo swoje, a także wywyższony ponad jakichś wymyślonych przez człowieka bożków innych religii i wyznań, popychający ludzi do zbrodni i wojen, to bóg niebywale ułomny i ogromnie niedoskonały, wręcz nieludzki! Taki bóg ich rozczarowywał swoją niedoskonałością. Dlatego poszukiwali innego, takiego, którego nie da się zamknąć w żadnej świątyni ani w schematach religijnych. Uznali ostatecznie, że jeżeli On jest, to z całą pewnością jest przeciwieństwem tego wszystkiego, co człowiek wymyślił na Jego temat. I dzięki takiemu myśleniu znaleźli w sobie siłę by trwać dalej, co w konsekwencji stworzyło szansę na pojawienie się na Ziemi mnie pod postacią Krzysztofa Goldberga.

                                                    xxx

      Jak niektórym wiadomo na świat przyszedłem 14. lipca 19… roku o godzinie 18. minut 40. W Kielcach. Odszedłem natomiast ze świata żywych w połowie grudnia 20… roku. Odeszło jednak jedynie moje ciało. Dusza, jako że jest wieczna, rozproszyła się, czekając na kolejne wcielenie. Tym razem już ostatnie – dziewiąte. Potem czekać mnie będzie już tylko wieczność. We Wszechświecie. Rozproszenie się w Czasie i Kosmicznej Energii, w Boskości! Zanim jednak to nastąpi, dusza przebywa tutaj – poza ziemskim czasem, przestrzenią i materią, dzięki czemu pozostaję dla was nieuchwytny żadnym świadomym zmysłem. Mógłbym być, co prawda, w pewien sposób wyczuwalny poprzez waszą podświadomość, ale ta wiedza, póki co, jest w was uśpiona. Zamknięta w kręgu doczesności, tak jak zamknięta jest również we mnie w momencie, gdy przebywam wśród was. Kiedy żyję. Wiedza poprzednich wcieleń jest wówczas nieosiągalna. Nić łącząca je ze świadomością jest odcięta niczym pępowina. Niemniej teraz, gdy przebywam tutaj, nieobecny dla was ciałem, trwam jednak nadal. Pozamaterialny, a tym samym doskonały. Doskonały, bo nieśmiertelny! I nie myślcie – wy, którzy macie gęby pełne pustych frazesów o Bogu i jedynej prawdzie, jakiej tylko wy dostąpiliście – że bluźnię. Jestem wieczny, albowiem rozproszony tkwię właśnie w Niej – w Boskości. Rozproszony w Czasie i Energii, czekam na kolejne, ostatnie już swoje wcielenie. Dopóki ono nie nastąpi, będę opowiadał wam niniejszą historię. I będę ją opowiadał do momentu, aż zostanę obdarowany właśnie nowym życiem. Wówczas ją zakończę, aby… aby ponownie spotkać się z wami w świecie materii, w świecie człowieka. Po raz ostatni.

                                          xxx

     Od chwili pojawienia się człowieka na ziemi historia ludzkości, to historia zmian klimatycznych. Aby przetrwać człowiek musiał się do tych zmian przystosować. I zrobił to. Ale zanim pojawił się na ziemi, podobnie jak w innych miejscach wszechświata pojawiła się podobna do niego myśląca istota, musiał jakiś czas odczekać, aż planeta się uspokoi, ostygnie, przestanie być bombardowana meteorami i planetoidami, a także innymi większymi czy też mniejszymi ciałami niebieskimi krążącymi w kosmosie. Dopiero po tej szalonej introdukcji, gdy ziemia ostatecznie się ukształtowała, mogło pojawić się na niej życie. I pojawiło się. Jak już wcześniej wspomniałem – zrodziło się ono w wodzie, skąd wyszło na ląd. W wielu miejscach jednocześnie. To jednak, tak naprawdę, nie ma w tej opowieści żadnego znaczenia. Ważne, że kiedyś w końcu to nastąpiło, że stworzyły się na tyle przyjazne warunki, że mogło się ono zrodzić. I trwać.

                                                    xxx

      Zatem, myślę, że nadszedł najwyższy czas zacząć od początku, czyli od momentu, w którym pojawił się pierwszy człowiek. Chociaż nie, zacznę od chwili, kiedy pojawiłem się ja – jako pierwsze wcielenie swojej duszy na Ziemi.

        23.03.2016 r.

09:05, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 marca 2016

To, jaki jest lud pisowski – widzi każdy: z uporem maniaka próbują w sposób bezczelny zmieniać znaczenie znanych nam od dawna słów, a także zdarzeń. I robią to w taki sposób, że aż ciśnienie skacze i szlag człowieka trafia, nawet niezmiernie spokojnego. Innymi słowy chodzi o to, że lud ten, o sekciarskiej mentalności, bez względu na warunki, tak wewnętrzne jak i zewnętrzne, najzwyczajniej w świecie idzie w zaparte wbrew otaczającej ich rzeczywistości, niczym Piotr, który trzykrotnie wyrzekł się swojego Mistrza zanim zapiał kogut.

Jako że mam dosyć oglądania i słuchania obecnie rządzących tym krajem, więc naturalną rzeczą jest chęć ucieczki od rzeczywistości. A że jedną z najlepszych formą odklejenia się od niej jest literatura, zarówno ta swoja, jak i obca, więc dzisiaj proponuję wszystkim kawałek tej pierwszej. Będzie to początek czegoś, o czym myślę od dawna, a co w zamiarze ma być wielkie, ba – wręcz epokowe! Chociaż niewykluczone, że tylko dla mnie takie będzie. Jaki bowiem człowiek, taka też i epoka.

                                       Prolog

Na początku stało się to, co stać się musiało, czyli dokonało się w zasadzie nieuniknione. I to bez względu na to, czy ów początek zapowiadał wszystko to, co stało się potem, czy też nie. A na początku, jak powszechnie wiadomo, był… było… Mówią różnie. Ja myślę, że… że na początku… nie było żadnego początku! Panowała doskonała symetria, więcej – supersymetria, która w pewnym momencie została złamana. Na moment. Po to, aby we wszechświecie mogło pojawić się życie. Czyli, aby mogło zaistnieć więcej materii niż antymaterii. A potem... potem znów wszystko wróciło do normy, czyli do symetrii doskonałej i wielu jej form. Taki był początek przed jakimkolwiek istnieniem, gdziekolwiek we wszechświecie, prawie czternaście miliardów lat temu. Wtedy, kiedy wszystko się gotowało w tyglu ustawicznych zmian, kiedy stygło, przygotowując nie tylko Ziemię, ale również i inne planety do życia. Bo to, co związane z naszą matką – Ziemią, to oczywiście nie wszystko, co związane z wszechświatem. Ten jest od niej znacznie starszy. Przy nim Ona, to zwyczajnie kosmiczny osesek!

Jakkolwiek jednak na to nie spojrzeć, jeżeli w ogóle na początku coś przy tym było, to był to jedynie… dźwięk. Wszechwładny, obezwładniający, czysty, doskonały dźwięk!

                                              xxx

Czas mijał, miliardy lat odchodziły w przeszłość, aż w końcu na Ziemi pojawił się człowiek – pan wszystkich stworzeń tu i teraz! Istota górująca nad wszystkim, co żyje, której materiał genetyczny zbudowany jest z 46. par chromosomów – w połowie męskich (Y) oraz w połowie żeńskich (X), co decyduje o jego tożsamości płciowej. Za mnie one również zdecydowały: urodziłem się mężczyzną.

Jednak nie zawsze tak było. Wcześniej zdarzało mi się być również kobietą. W ósmym wcieleniu pojawiłem się jako mężczyzna. W rodzinie polskich Żydów, jako Krzysztof Goldberg. Potem… Potem przeżyłem swoje życie i… nie zapisując jego tablicy do końca, postanowiłem przedwcześnie odejść ze świata żywych.

Czy była to decyzja właściwa? To bez znaczenia. W końcu w każde, choćby najdłuższe życie, wpisana jest śmierć. Za to z całą pewnością pozytywem takiej decyzji było uniknięcie innego przykrego doświadczenia, jakie jest udziałem każdego człowieka, mianowicie starości – stanu, który doskonale zobojętnia nas właśnie na życie poprzez nasze zniedołężnienie. Zniedołężnienie bowiem, to nic innego jak przekleństwo starości; starość z kolei, to przekleństwo życia; na szczęście na końcu tej ścieżki znajduje się śmierć, która jest wybawieniem od wszystkich przekleństw.

Ja, poprzez swoją decyzję, uniknąłem starości, a tym samym również związanego z nim rozczarowania. W zasadzie w tamtym czasie stała się ona moim wybawieniem i jednocześnie drogą, którą dotarłem po raz kolejny tutaj – do tego miejsca, znajdującego się poza jakimkolwiek rozumieniem, poza jakimkolwiek ludzkim zmysłem, dostrzegalną przestrzenią i czasem. Albowiem w tym miejscu, mimo że on jest, istnieje, to nie podlega się jego wpływowi. W tym miejscu czas jest zupełnie czymś innym niż na Ziemi, czy też innych planetach, gdzie zegary się spieszą, spóźniają, czy nawet w ogóle stają w miejscu. W tym miejscu, w którym przebywam obecnie jako niematerialna doskonałość, objawia się on najpełniej. Mnie i tym, którzy umarli, objawił się wraz z naszą śmiercią. Wam objawi się, kiedy koło waszego istnienia domknie się ostatecznie. Każdego z osobna. A kiedyś wszystkich razem.

                                               xxx

      Kiedyś, kiedy jeszcze przebywałem wśród was, niejednokrotnie zastanawiałem się, czy gdybym się nie urodził, gdyby moje istnienie się nie zmaterializowało w postaci miliardów komórek, istniałbym wiecznie. Gdzieś poza ziemskim czasem i przestrzenią, poza wszelkim ruchem. Tak myślałem, gdy żyłem. Będąc tutaj nie muszę się już nad tym zastanawiać. Wiem, że odpowiedź brzmi twierdząco: istniałbym! Tak jak istnieję w chwili obecnej. Pojawić się jednak musiałem, bo takie było moje przeznaczenie. Taka była i jest kolej rzeczy. Moje życie musiało się wypełnić, tak jak życie moich rodziców, a wcześniej moich dziadków czy pradziadków. I wypełniło się. Odcisnąłem pieczęć swojego życia pośród was. I wtedy odszedłem, wybierając drogę odejścia. Ale nie odszedłem wszystek – została po mnie energia. Rozproszona pośród was. I z wami. W nieprzerwanej wędrówce od tysięcy lat. Do tego właśnie miejsca.

         21.03.2016 r.

09:05, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 marca 2016

1. Wczoraj usłyszałem z ust p. K. Morawieckiego, jak mu się marzy, żeby jego syn stanął na czele rządzącej dzisiaj partii, gdyby oczywiście J. Kaczyński miał, że się tak wyrażę, abdykować. Nie wiem, póki co, ile w tej plotce jest prawdy i kiedy miałaby nastąpić owa rezygnacja z zajmowanego stanowiska przez pana prezesa, a ile jest to jedynie sondowanie przez niego terenu, gdyby rzeczywiście przyszło mu zostawić swoje ukochane dziecko. Jakkolwiek jednak będzie jedno, przynajmniej dla mnie, wydaje się w tym momencie pewne: jak to dobrze, że K. Morawiecki nie był Lechem Wałęsą. Gdyby bowiem ów naiwniak miał nas poprowadzić do zwycięstwa nad komuną, dzisiaj zapewne jedlibyśmy brukiew i trawę, psiakrew! A jest to tym bardziej prawdopodobne, gdy tylko przypomnę sobie jego dziwaczne słowa o wyższości działań politycznych rządzącej dzisiaj partii nad prawem w imię, naturalnie, tzw. dobra narodu. I straszne to, i głupie, i niezmiernie krótkowzroczne.

Ale to jeszcze nie wszystko w powyższym kontekście. W tym miesiącu napisałem sztukę o dwóch głównych aktorach naszej sceny politycznej – Donku i Jarcysiu (zainteresowanych odsyłam tutaj: http://kiler.blox.pl/2016/03/Niezmiennie-az-po-grob.html). I tak się złożyło, że znacznie wybiegłem w niej w przyszłość, w której to przyszłości okazuje się, iż PiS nie istnieje, ponieważ jakimś genialnym ruchem pan prezes swoje ukochane dziecko pogrzebał! Nie precyzuję, jak to zrobił, niemniej do tego właśnie doprowadził.

Czy w rzeczywistości tak się stanie i doprowadzi do tego wybór młodego Morawieckiego na szefa PiS-u? – nie mam pojęcia. Niemniej, gdyby ten właśnie ruch miał niejako zagwarantować rozpad ww. ugrupowania, to jestem jak najbardziej za! I będę takiemu właśnie rozwiązaniu, jak najzagorzalej kibicował – nawet za dziesięciu! Ba – co tam dziesięciu, jedenastu! I dwunastu! I piętnastu! I tak dalej, i tak dalej.

2. Po wielu długich latach od momentu katastrofy smoleńskiej dotarło do mnie w końcu, że Mr Maciora ma rację: Komisja powinna powstać i działać. Tyle, że z jedną mała różnicą: powinna to być komisja lekarska, która zbadać powinna co innego. A właściwie, kogo innego. Jestem pewien, że coś by znaleźli, prawda, Mr Maciora? I to coś bardzo interesującego!J

3. Rzecz tyleż dziwna, co zastanawiająca: Ewy Tylman nadal nie odnaleziono. Ktoś jest, idzie ze znajomym przez miasto, rejestrują go kamery miejskiego monitoringu i… nagle znika. Jak kamień w wodę!

Oczywiście, chłopak, z którym owej feralnej nocy E. Tylman była , kłamie – to wiedzą wszyscy. Pytanie brzmi: Dlaczego to robi? Jakkolwiek jest ja jakoś dziwnie wewnętrznie jestem przekonany, że ona się nie utopiła. Przynajmniej nie utonęła tam, gdzie się jej szuka. Więcej – myślę, że nawet nie doszła do żadnej Warty!

Co się stało? Dlaczego? Kto przyczynił się do jej zniknięcia? Gdzie i po co? Te pytania pozostają bez odpowiedzi, tak jak bez odpowiedzi pozostaje dla mnie dziwaczna postawa młodego chłopaka, który decydując się na milczenie w tej sprawie, niejako podpisuje na siebie wyrok skazujący. Dlaczego ukrywa prawdę o tamtej nocy? Jaki ma w tym cel, żeby odpowiadać za zbrodnię, której być może nie popełnił? Dziwne. Chociaż, z drugiej strony, nie można wykluczyć, że jej jednak dokonał. Tyle tylko, że jeżeli tak się rzeczywiście stało, to z całą pewnością  nie tam, gdzie oczy wszystkich są skierowane, czyli na Wartę. Jestem tego pewien!

P.S.

Dopisek z dzisiaj 20.03.2016 r.

Kolejna samolotowa tragedia: W Rostowie nad Donem doszło wczoraj do katastrofy podczas lądowania. Fatalne warunki atmosferyczne, dwie godziny krążenia samolotu nad płytą lotniska i błąd ludzki doprowadziły do tego samego, co stało się udziałem polskiego samolotu pod Smoleńskiem sześć lat temu: sześćdziesiąt dwie osoby znajdujące się na pokładzie maszyny poniosły śmierć na miejscu.

Nie chcę kpić, bo śmierć ludzi nigdy nie jest do tego dobrym tematem, ale jedno w tym kontekście aż ciśnie się na usta żeby powiedzieć. Więc mówię:

– Maciora, masz kolejne pole do popisu – jesteś tam potrzebny, jak obszył! Przy twoich zdolnościach do tworzenia aberracyjnych spiskowych teorii z całą pewnością uda ci się znaleźć dowody na: jakiś wybuch czegoś tam, obecność jakiegoś gazu, istnienie jakiejś brzozy, dokonanie aktu jakiegoś terroryzmu i tak dalej, i tak dalej. Najgorsze w tym będzie jednak to, że nie znajdziesz w tym zdarzeniu tego, co było właściwą przyczyną tak niniejszego nieszczęścia, jak i tego sprzed sześciu lat: nie zauważysz zwykłego ludzkiego błędu.

19.03.2016 r.

11:13, adelmelua
Link Komentarze (3) »
piątek, 18 marca 2016

Udawać bowiem, że można się dogadać z idiotami – chociaż niewątpliwie każdy kretyn swój rozum ma, w końcu Forest Gump też go miał! – stosując zasady savoir-vivre’u, to najzwyczajniej w świecie lipa. Politycy PiS-u i jego lud, czyli wyznawcy smoleńskiej sekty, to najzwyczajniej w świecie zwykli kretyni. Kretyni, którym, mimo ewidentnie niedemokratycznych działań ww. partii w żaden sposób nie przeszkadzają kajdany u nóg. Więcej – oni ich pragną! Bo lubią, jak się za nich myśli, dba o wszystko, wyręcza w podstawowych sprawach, jak choćby głosowanie w wyborach. Idioci bowiem od takich „zmartwień” chcą być po prostu zwolnieni! Dlatego prawie  40% sondowanych osób nadal, mimo ewidentnie niedemokratycznych działań tego rządu, chce głosować na partię pana prezesa.

Ale to nie jest tak, że taki stan bierze się z niczego. To ma całkiem solidne podstawy, a jest nią bardzo słaba kondycja umysłowa naszego społeczeństwa, gdzie prawie 60% z nas nie sięgnęło w ubiegłym roku po książkę w ogóle! I nie jest to zjawisko okresowe, a permanentne, bo nie inaczej było w latach poprzednich. Aż przykro o tym myśleć, mówić, i pisać.

Ale z drugiej strony po co mają po nią sięgać, skoro większość społeczeństwa ma problem z czytaniem jakiegokolwiek tekstu ze zrozumieniem, albo z właściwą interpretacją usłyszanych wiadomości. Idiociejemy i nie ma co wznosić larum i dziwić się, że w wyborach parlamentarnych dokonujemy takich a nie innych wyborów, które zagwarantować nam mogą jedynie kajdany u nóg i kaganiec na pysku.

Dlatego nie dziwmy się potem, że gdy jakaś Maciora występuje w TV i pieprzy od rzeczy, kierując nas prostą drogą w koszmar jakiegoś bliżej jeszcze nieokreślonego konfliktu z groźnym sąsiadem, jest akceptowany i nie wywołuje ogólnonarodowego sprzeciwu. W końcu aż 40% naszego społeczeństwa, zapewne spośród tych 60% nie sięgających po słowo pisane w ogóle, spokojnie mówi:

– Tak, jesteśmy kretynami. Ale też nikomu nie damy się wyleczyć, bo tak jest nam dobrze! I tak nam dopomóż pan bucek! I nasz honur! I nasza pokręcona synczyzna! A nawet zwariowana córczyzna! Hej ho, hej ho, do pracy by się szło!...

18.03.2016 r.

10:49, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 marca 2016

To był wyjątkowy rok, podczas którego straciłem wszystko: najpierw pracę, następnie dom, majątek (tutaj jednak bez zbytniej przesady), a na końcu również Annę – kobietę mojego życia! Przynajmniej tamtego życia, tj. tamtego czasu. Odeszła, jak zwykle bywa w niemal wszystkich tego typu prozaicznych bajkach, z najbliższym przyjacielem. Piszę – najbliższym, bo przecież nie najlepszym! Ten ostatni w końcu takiego numeru zapewne by nie wykręcił.

Zatem, jak wspomniałem, odeszła z najbliższym przyjacielem, więc w zasadzie mogłem być spokojny, że nic jej nie będzie. Ściślej rzecz ujmując chodziło o to, że jego osoba, czego bym w tym momencie nie powiedział o nim negatywnego, była również, paradoksalnie, przy całym moim nieszczęściu, jednocześnie niejako pewnym gwarantem, że jej dotychczasowy wysoki standard życia nie obniży się, a tym samym ona sama nie ucierpi. A stałoby się tak niechybnie w momencie, gdyby tylko związała się z kimś, kto nie śmierdzi groszem. Zamartwiałbym się wtedy na poważnie, czy nie brakuje jej na kosmetyczkę, solarium, czy fitness. Na szczęście, tak jak napisałem wyżej, to był mój najbliższy przyjaciel, a ten już bardzo dobrze wiedział, jak odpowiednio się nią zaopiekować. Dlatego byłem o nią spokojny. Więcej – nadal jestem! W końcu od czego ma się przyjaciół, powiedziałbym nawet – prawdziwych przyjaciół! Takich, których poznaje się w biedzie, prawda?

A to, że przez bardzo długi czas mówiła, że: kocha, lubi, szanuje – to zupełnie nieważne, błahostka, w końcu któregoś dnia znudziło jej się to puste gadanie po próżnicy i wtedy okazało się, że – już nie chce, nie dba i w ogóle to tylko żartuje. I że tak naprawdę, to żartowała już od dawna, więc jej odejście było jedynie kwestią czasu.

Czy było mi do śmiechu z jej żartów? Nie bardzo. Nawet bardzo nie bardzo! Ale cóż, mówi się – trudno i żyje się dalej. Może też dalej kocha, ale to już inna historia, bo o inną miłosną opowieść może chodzić. Dzisiaj, teraz… teraz mogę jedynie powtórzyć za Andrzejem Grabowskim: Ja wam mówię jest dobrze, jest dobrze, jest dobrze, ale nie najgorzej jest…

Krótko mówiąc powoli dochodzę do siebie i staję na nogi. Tak jak Polska, według rządzących, która właśnie podniosła się klęczek. Gorzej, że w następnym kroku wyrżnęła psykiem w trotuar. Ale – jest dobrze, jest dobrze, jest dobrze, ale nie najgorzej jest

16.03.2016 r.

09:37, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl