RSS
poniedziałek, 31 marca 2014

   Właśnie, czym ona jest? Na pewno jest czymś innym w wieku dziecięcym, kiedy pozostaje niejako w stanie dziewiczym, nie obciążona jeszcze żadnym życiowym doświadczeniem, a zgoła zupełnie czym innym w wieku dorosłym, gdy jest ona podbudowana zarówno naszymi sukcesami, jak i porażkami, wzlotami, ale też upadkami. Czymkolwiek ona jednak jest w naszym życiu, w jego różnych okresach, z całą pewnością jest czymś niezwykle pozytywnym, informując nas nierzadko o grożącym nam niebezpieczeństwie, pomagając nam wybrać lepsze wyjście z sytuacji – nie tylko sytuacji zagrożenia, ale w ogóle z każdej sytuacji, podpowiadając nam, co jest dla nas dobre lub złe, gorsze czy lepsze. A mówi nam to wszystko oczywiście w sposób niejasny, nie wprost, ale właściwy tylko sobie. I mówi do każdego z nas, co prawda, podobnie, lecz jej odbiór odbywa się zawsze na zróżnicowanym, bo indywidualnym poziomie. Poziomie, który zależny jest od wielu czynników: i od naszej wrażliwości, i wiedzy, i inteligencji, i rozwoju duchowego. A im powyższe czynniki pozostają na wyższym poziomie rozwoju, tym i odczytanie przekazu od intuicji doskonalsze, właściwsze, trafniejsze!

   Najpełniej i najlepiej korzystamy z niej – tak myślę – w okresie naszego dorastania. Możemy nie mieć wówczas wyobraźni dotyczącej ewentualnych przeszkód, które mogą wyrosnąć na naszej drodze, możemy nie znać konsekwencji naszych czynów, jednak intuicję naturalną mamy jak nigdy potem. Bo potem jest tak, że dorastamy, a każdy dzień przybliżający nas do dorosłości, bardziej lub mniej świadomie zabija naszą wyobraźnię, stępiając w ten sposób również naszą intuicję. I dzieje się tak latami. Aż do momentu, gdy coś takiego jak intuicja przestaje właściwie w ogóle istnieć, albo istnieje w nas jedynie w zakresie szczątkowym, a nasze wybory oparte na niej, okazują się wówczas nietrafione, błędne, po prostu złe. Stąd, myślę, biorą się nasze nieszczęścia, których nierzadko moglibyśmy uniknąć, gdybyśmy tylko na czas wsłuchali się w siebie, posłuchali właśnie swojego wewnętrznego głosu ostrzegawczego – własnej intuicji. W ogóle byłoby dużo lepiej z nami, gdybyśmy spróbowali jak najdłużej ochronić w sobie dziecko.

   Zatem, czym tak naprawdę jest intuicja? Myślę, że jest ona niczym innym, jak kodem. Kodem pamięci naszych poprzednich wcieleń. Dowodu oczywiście na to nie mam żadnego, ale jestem pewien, że gdybyśmy tylko mogli dobrać się w sposób świadomy do pokładów naszej podświadomości, wówczas dowiedzielibyśmy się dużo więcej na nasz temat, na temat historii ludzkości. Gdybyśmy przekroczyli tę granicę, myślę, że wówczas bylibyśmy dużo dalej w swoim rozwoju po każdym względem – tak emocjonalnym i mentalnym, jak i zdrowotnym, naukowym, czy jakimkolwiek innym. A wyższy poziom każdego z tych czynników, to przede wszystkim szansa na innego, lepszego, bo o wiele bardziej świadomego człowieka. Świadomego zarówno siebie, jak i swojego miejsca w każdym tu i teraz, niezależnie od czasów, w jakich przychodzi nam żyć.

        31.03.2014 r.

14:15, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 marca 2014

   Nigdy wcześniej nie robiłem tego tutaj, tzn. nie próbowałem odgrzewać tzw. starych kotletów, zamieszczając po raz drugi ten sam tekst. Jednak po ostatnich informacjach dotyczących możliwości zawierania związków małżeńskich przez osoby homoseksualne, postanowiłem wpis z 07.07.2012 r. powtórzyć. Tekst ten, to moja opinia na temat filmu „Trzy” Toma Tykwera, a jednocześnie głos w ww. sprawie.

   Obejrzałem wczoraj film zatytułowany „Trzy” Toma Tykwera – reżysera od innego genialnego filmu „Biegnij, Lola, biegnij”. Czy ten jest równie doskonały? Nie wiem. Dzisiaj nie wiem. Potrzebuję czasu, żeby ten film we mnie trochę okrzepł, uleżał się. To, co dzisiaj jest dla mnie pewne, to fakt, że z całą pewnością zmusza on do refleksji, polegającej na zadaniu sobie kilku bardzo ważnych pytań: Czy nasza płciowość jest, mimo naszych naturalnych wyborów seksualnych, do końca i ostatecznie zdeterminowana? Czy na pewno istnieje, powinien istnieć prosty podział na osoby hetero i homoseksualne? Czy biseksualność nie jest czasami wpisana silniej w naszą naturę niż nam się wydaje? Może jest tak, że to warunki w jakich się znajdujemy decydują również w niemałym stopniu za nas? Może gdyby nie obowiązujące normy społeczne, które zostają nam niejako odgórnie narzucone przez panującą obyczajowość większości, wówczas częściej decydowalibyśmy się na inne wybory zachowań seksualnych? Może mentalna presja środowiska bezpardonowo i bezdyskusyjnie zamyka w nas nasze pragnienia, wymuszając na nas tzw. „normalne” zachowanie – normalne, czyli oczekiwane, bo dotyczące właśnie znakomitej większości?

    Jeżeli przyjmiemy, że odpowiedzi na wyżej postawione pytania powinny brzmieć twierdząco, wówczas, tak myślę, pojawi się pewien problem. Mianowicie okaże się, że to, co kiedyś było normą nie zawsze jest tym samym dzisiaj. To, co dzisiaj nią jest, nie wiadomo, czy za jakiś dłuższy odcinek czasowy będzie tym samym również w przyszłości. Dzieje się tak dlatego, ponieważ życie jest zmienne, podlega ustawicznej ewolucji. A teraz, na naszych oczach tak bardzo ona (ewolucja) przyspieszyła, że nie wiadomo, tak naprawdę, co nas czeka za 30 czy 50 lat. Bo to, że wówczas będą obowiązywać inne normy, że mogą cechować nas inne zachowania, to wydaje się niemal pewne. Czy lepsze? Nie mam pojęcia. Wiem za to jedno: jeżeli uczynią one człowieka wolnym, a przez to bardziej zbliżonym do natury, tym samym szczęśliwszym, to jak najbardziej opowiadam się za takim właśnie rozwojem.

    Dlatego uważam, że ten film pojawił się w odpowiednim momencie – mimo że ma już kilka lat. Ale ważne, że w ogóle jest. I że zmusza właśnie do niezbędnej na ten temat refleksji.

         30.03.2014 r.

12:57, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 marca 2014

    Kiedyś byliśmy ludźmi z marmuru i żelaza, dzisiaj… dzisiaj jesteśmy jedynie z cukru i lodu: wątli, nieodporni, słabi.

    Jest co najmniej kilka powodów, żeby być głupcem, ale jeden zasadniczy: głupota nigdy się nie starzeje. Więc jeżeli ktoś pragnie zachować młodość do późnego wieku, powinien pozostawać głupi przez całe swoje życie. To jedyna i realna szansa bycia wiecznie młodym! Oczywiście, wiecznie, nie znaczy na zawsze, wiecznie w naszym, ludzkim przypadku oznacza – prze całe nasze pojedyncze życie. Albowiem nasza wieczność, to wieczność niezwykle mocno ograniczona w czasie.

   Miłość – czy ona istnieje? Truizm. Oczywiście że tak! Tyle tylko, że taka miłość istnieje w szerszym kontekście, w wymiarze ogólnospołecznym. Miłość intymna, między dwojgiem ludzi, jedynie bywa.

   Bacon, Pascal i wiele innych wielkich umysłów twierdziło, że to nadmiar nauki zbliża do Boga. Jeżeli to prawda, to jedynie częściowa. Myślę bowiem, że wiara w Niego tkwi zarówno w naszym atawistycznym strachu, jak i w naszym biologicznym wieku – naszej starości, która zresztą ten strach potęguje.

    Czy obok bezsensu życia istnieje również jego sens? Chyba jednak nie. Gdyby bowiem było inaczej, to wszystko nie mogłoby przecież być aż tak bardzo bezsensowne! A może właśnie w owym bezsensie tkwi jego sens? Jakkolwiek jednak na to nie spojrzeć niezmiernie przygnębiająca jest ta bezzasadność i bezcelowość naszego bytu.

      

          29.03.2014 r.

10:53, adelmelua
Link Komentarze (2) »
piątek, 28 marca 2014

   Największym zagrożeniem dla Rosji była, jest i pozostanie również w przyszłości sama Rosja – jej poczucie wyższości i chora wiara w swoją mocarstwowość. Poza tym wsjo w pariadkie, znaczit: jej szaleństwo jest kontrolowane i ma służyć obywatelom. Dlatego tak wielu Rosjan skupiło się wokół W. Putina w chwili agresji na Krym. Zareagowali tak, jakby groziła im co najmniej kolejna wojna Ojczyźniana. Im – nie Ukrainie!

   Czy można było przewidzieć taki scenariusz wydarzeń? Myślę, że spece od polityki powinni przewidzieć. Od tego są i za to im się płaci wcale niemałe pieniądze. Niestety, nie po raz pierwszy wykazali się niewyobrażalnym wprost brakiem realizmu i właściwej oceny rzeczywistości. Więc mamy dzisiaj tego efekt w postaci gangsterskiej działalności politycznego bandziora, który, gdy posypały mu się plany stworzenia wielkiej Rosji na wzór dawnego ZSRR, postanowił poszerzyć granice swojego państwa w sposób bandycki.

   Dlaczego tak? Mniej istotne. Ważne, że to, co sobie zaplanował rosyjski watażka polityczny, uczynił. To, że przy okazji wyznaczył w ten sposób nowy, bardzo niebezpieczny kierunek załatwiania spornych kwestii międzynarodowych, to już nieistotne, liczy się efekt końcowy. A ten, jak wiemy, jest niezwykle wyraźny: „Znowu daliśmy łupnia głupiemu Zachodowi! Znowu jesteśmy skuteczniejsi od nich!”.

   Krytyka międzynarodowa? Niezadowolenie opinii światowej? A kogo to może obchodzić? W końcu nieliczenie się ze światową opinią, to nasz konik, w tym się przecież od lat w sposób szczególny specjalizujemy!

   Tyle tylko, że to bardzo krótkowzroczna polityka, zapewne doraźnego sukcesu, jednak w dalszej perspektywie bardzo niebezpieczna, bo budząca uśpione upiory. W różnych, zapalnych częściach świata. Teraz wiadomo, że jeżeli w przyszłości jakiś polityczny bandyta zapragnie przyłączyć do macierzy jakiś kawałek ziemi należący do innego państwa, to… zrobi to! Tak po prostu. Bo będzie wiedział, że nic się nie wydarzy, że pozostanie bezkarny, ponieważ świat w takich sytuacjach pozostaje niemy, wykazując w ten sposób swoją  porażającą wprost bezradność. Wystarczy, że agresor swoją akcję przeprowadzi zdecydowanie i z użyciem odpowiednich sił. Tyle. Gdy tak postąpi w zasadzie sprawę będzie miał wygraną.

   Dlatego, aby w przyszłości uniknąć podobnej sytuacji, jaka ostatnio miała miejsce na Krymie, politycy muszą mieć opracowany plan działania na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. Podobny scenariusz zdarzeń nie może się powtórzyć! Jeżeli dzisiaj politycy świata zachodniego nie wyciągną z tej lekcji odpowiednich wniosków, to nie zdziwmy się, gdy nadejdzie dzień, w którym jakiś kolejny drań i świr, jeszcze większy bandzior polityczny od poprzedniego, nie cofnie się przed najgorszym – przed użyciem broni nuklearnej! Szaleństwo bowiem może mieć swoje granice w jakimś strzeżonym miejscu odosobnienia, w świecie wolnym, demokratycznym, niestety, takich granic nie ma.

           28.03.2014 r.

05:53, adelmelua
Link Komentarze (3) »
czwartek, 27 marca 2014

   Myśl pierwsza: A może jest tak, że to, co postrzegamy wokół, co widzimy na co dzień, to, w czym uczestniczymy i czym żyjemy, to nie wszystko? Może jest jeszcze jakiś inny świat, równoległy do naszego, jednak niedostrzegalny, bo niewidzialny, nienamacalny, rozwijający się niejako w innym czasie, w niedostępnym dla nas wymiarze?

  Czy jest jakaś szansa, choćby i najmniejsza, aby się tego dowiedzieć? Czy istnieje jakiekolwiek prawdopodobieństwo, żeby przekroczyć to, co niewidoczne – pod warunkiem, oczywiście, że to „coś” w ogóle istnieje – tą niewidzialną dla naszej fizyczności granicę? Czy gdybyśmy mieli możliwość poruszania się z prędkością światła, to czy dane by nam było wtedy poznanie nieodgadnionego? Rozwiązanie nierozwiązywalnego? Czy otrzymalibyśmy odpowiedzi na nurtujące nas pytania? Czy wówczas bylibyśmy w stanie wejść zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość, by następnie powrócić do teraźniejszości i to bez żadnych negatywnych skutków takiej podróży? Czy gdyby rzeczywiście udało nam się pewnego dnia przekroczyć prędkość światła, gdybyśmy dzięki temu mogli odbywać odległe kosmiczne podróże, to czy wtedy udałoby nam się „dogonić” Boga, „pochwycić” Go, zrobić Mu jakieś zdjęcie, choćby i najpodlejszej jakości?

    Jak to z tym jest, Ojcze Dyrektorze? Jak to z tym jest, panie i panowie, zasiadający po jego prawicy?:)

   Myśl druga: Samolot malezyjskich linii lotniczych zlokalizowany. Ściślej to, co po nim pozostało i unosi się teraz na powierzchni oceanu. Ponoć po nim. Kiedy już jednak będzie wiadomo z całą pewnością że to jego szczątki, uważam, że wówczas powinna zostać powołana komisja do zbadania przyczyn wypadku. I jeżeli ci, którzy stracili w tym feralnym locie bliskich naprawdę będą chcieli wyjaśnienia sprawy, ustalenia przyczyn katastrofy, to powinni w takiej komisji mieć ludzi stąd, od nas, najlepszych ludzi od katastrof, fachowców Antoniego świątobliwego! Tylko bowiem tacy ludzie gwarantują rozwikłanie zagadki tego wypadku. To bowiem najlepsi z najlepszych, prawdziwi znawcy tematu! Ze świecą takich drugich szukać. Najlepiej, oczywiście, gromniczną – w niej i płomień większy, i jaśniejszy, i prawdziwszy, bo prowadzący do prawdy! Tylko oni są najlepszym gwarantem wyjaśnienia niewyjaśnionego! Albowiem oni ponad wszelką wątpliwość najostrzej widzą, najwięcej wiedzą, najlepiej słyszą!

       27.03.2014 r.

08:02, adelmelua
Link Komentarze (3) »
środa, 26 marca 2014

    Politycy są różni, jak my wszyscy, więc to żadna nowość. Ale że zajmują się tym, czym się zajmują z własnej woli, a jednocześnie również z naszego wyborczego przyzwolenia, to stawiamy przed nimi pewne wymagania. I to jest, tak myślę, logiczne, zrozumiałe i uczciwe. Nieuczciwe natomiast już z ich strony jest to, że mimo szumnych zapowiedzi, przyrzeczeń, owych wymagań potem nie spełniają. Jak to wszystko się kończy? – wiadomo: kolejnymi wyborami i… sytuacja się powtarza. Jak sprawdzony gag w slapstickowym filmie. Dlaczego tak się dzieje? Nie wnikam. Interesuje mnie bowiem tutaj jedna kwestia, mianowicie: Co to za politycy, którzy nie są w stanie przewidzieć nie tylko posunięć przeciwnika, ale, co gorsza, również swoich? Ile są warci? Czy można takim ludziom ufać? Czy w ogóle powinniśmy takim ludziom zaufać?

   Oczywiście, można się mylić w ocenie czy to ludzi, czy też sytuacji politycznej – ludzka rzecz: błądzić. Ale o ile my – społeczeństwo możemy się mylić w swoich indywidualnych wyborach, bo to skutkuje w sposób ograniczony, jedynie w naszym mikroświecie, o tyle oni już takich pomyłek nie tylko że nie powinni, oni najzwyczajniej w świecie popełniać ich nie mogą! Bowiem ich ewentualne pomyłki rzutują na los milionów ludzi! Obywateli danego państwa, czy też państw, jak to się dzieje np. w przypadku organizmu politycznego, jakim jest Unia Europejska. Dlatego w związku z tym wymagam od nich zarówno większej wiedzy, jak i kompetencji, dobrych rozwiązań, a także właściwych decyzji. Tego od nich oczekuję!

    Czy te oczekiwania dotyczą jedynie polityków naszego podwórka? Oczywiście, nie. Niestety, nie po raz pierwszy w historii zdarza się taka oto sytuacja, że jakiś gangster polityczny rozrabia, komuś grozi, dokonuje agresji, a świat przygląda się temu szokująco bezradnie, nie wiedząc, co zrobić, jak się zachować, jak zareagować, jakie środki przedsięwziąć. I dopiero wówczas, gdy mleko się rozleje, kiedy właściwie jest już odrobinę za późno świat na gwałt szuka właściwego rozwiązania i wyjścia z niezbyt komfortowej sytuacji. Zamiast zadziałać stanowczo i zdecydowanie na czas, nieskuteczni do bólu politycy, jakby wcześniej byli ubezwłasnowolnieni, szukają kompromisu, bo… przecież interesy! Handel! Wymiana: eksport – import! Biznes! Wartości, idee, lojalność to pojęcia nieaktualne, zajmują wówczas swoje miejsce w jakimś cichym kąciku, zbierając na sobie kurz, podczas gdy polityczne gierki zaczynają grać pierwsze skrzypce, a słowna ekwilibrystyka wprost zadziwia swoją cyniczną barwnością. I to jest dopiero przejaw korupcji, to są jej szczyty!

    Dlaczego tak się dzieje? Oto jest pytanie! Kluczowe. Odpowiedź jednak, co może się wydać nieco zaskakujące, jest niezwykle prosta: dzieje się tak, ponieważ politycy zachodni – tak jak to miało miejsce choćby w przypadku Krymu – nie wiedzą, co mają robić w sytuacji zbrojnego zaskoczenia, są bezradni i zupełnie nieprzygotowani, podobnie jak norweska policja w przypadku Breivika. A nie wiedzą tego, bo nie mają wizji! Co z kolei skutkuje brakiem rezerwowego planu na wypadek jakiegoś międzynarodowego kryzysu militarnego. Żadnej strategii! Żadnych zaradczych kroków, gdyby któregoś pięknego dnia jakiemuś szaleńcowi, stojącemu na czele jakiegoś państwa, przyszła nagle do głowy szatańska myśl pobawienia się w wojnę. Ale w wojnę prawdziwą, przy użyciu najnowocześniejszego sprzętu do masowego zabijania!

   Dlatego takim politykom mówię – nie! Dziękuję panom – tak w Polsce, jak i w Unii Europejskiej. Lepiej idźcie na ryby, powędkujcie, pograjcie w szachy, pomyjcie talerze, a po tym wszystkim – jak mówił Marszałek J. Piłsudski: idźcie wyprowadzić kury co by się wyszczały, a politykę zostawcie innym. Bo to zbyt poważna sprawa, żeby można ją było składać w nieodpowiedzialne ręce. Tutaj bowiem gra toczy się o wysoką stawkę: o nasze życie. Nasze – obywateli Europy! I, oczywiście, świata.

       26.03.2014 r.

13:27, adelmelua
Link Komentarze (2) »
wtorek, 25 marca 2014

    Jaka ona była kiedyś, a jaka jest dzisiaj? Nadal taka sama, czy jednak zmieniła się? A jeżeli tak, to jak bardzo? Czy sprostała wyzwaniom czasów, naszym zdolnościom i oczekiwaniom? Czy wyznaczyła nowe tory pisarstwa, czy też może poszła na łatwiznę i zaczęła sprzyjać gustom czytelników, stając się w ten sposób niezbyt wyszukaną maszynką do zarabiania pieniędzy przez sprytnych i niezwykle wprawnych w swoim fachu mistrzów pióra?

   Oczywiście, literatura, tak jak i my, na przestrzeni wieków zmieniała się. Musiała. W końcu ewolucja w naszym życiu, to rzecz naturalna, więc upływ czasu, jego presja, rozwój człowieka i nauki, zmiana świadomości, spowodowały naturalne procesy, które niejako wymusiły tym samym zmiany również i w jej obszarze.

  Napisałem kiedyś, że literatura, każdy przejaw jej inności, tym samym wyjątkowości, powinna jak najbardziej istnieć – i to nie podlega żadnej dyskusji. Ale inna nie znaczy dziwna, na siłę odrębna i nieprzystępna. Taka bowiem literatura niesie ze sobą ryzyko niezrozumienia, a tym samym odrzucenia i ograniczenia w odbiorze swojego przekazu. Odrębna znaczy osobna i szczególna, poprzez swoją wyjątkowość narracji, budowy, poruszanego tematu. To jej podstawa, jej prawdziwy kręgosłup!

   Oczywiście, takiej literatury nie powinno się powielać, nie wolno jej naśladować, albowiem takim zachowaniem jej istnienie, indywidualny byt jest mocno zagrożony, a wymiar poważnie zubożony. Właśnie poprzez ową powtarzalność. Bo powtarzalność, to powszedniość, a ta z kolei nie jest niczym innym, jak zaprzeczeniem swojej wyjątkowości, czy nawet w ogóle genialności.

   Na szczęście zawsze znajdą się tacy pisarze, którzy pójdą pod prąd wszelkim literackim modom i jej aktualnym nurtom. Zawsze, mimo że tacy pisarze ryzykują najwięcej, oni byli, są i będą. Dzieje się tak zapewne dlatego, ponieważ potrzeba inności, nowatorstwa, pragnienie bycia pierwszym na ziemi niczyjej jest cechą immanentnie związaną z człowieczeństwem. Jest tak naprawdę podstawową cechą pchającą nas od zarania dziejów do przodu w naszej ludzkiej wędrówce. Zawsze bowiem pragnie się być tym pierwszym, który zapełni niezapisaną tablicę, zawsze pragnie się pokonać kolejną granicę i wyznaczyć tym samym nowy, w tym przypadku literacki horyzont.

   Dlatego świetnie, że tacy pisarze są, chwała im! Bo dzięki takim właśnie pasjonatom pióra coś nowego, interesującego dzieje się w obszarze literackim, dzięki takim ludziom literatura ustawicznie ewoluuje, a my – czytelnicy razem z nią.

        25.03.2014 r.

09:44, adelmelua
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 24 marca 2014

    Ona: Mówił wam już ktoś, po co jesteśmy? To znaczy my – kobiety, po co jesteśmy? Bo to, kim jesteśmy, to wiadomo, prawda? No. Jesteśmy oczywiście najtańszą siłą roboczą. Takie domowe muły pociągowe. Co oczywiście nie znaczy, że nie kury. Kury też jesteśmy. Ale znacznie mniej niż muły. I ciągniemy ten cały kram zwany domostwem, bo to w końcu obowiązek kobiety. Obowiązek takiego udomowionego przed wiekami zwierzątka. Udomowionego przez człowieka, to znaczy mężczyznę. Koguciki, cholera! Bo kobieta to przecież nie człowiek. Oczywiście, to też stworzenie Boże, ale najlepiej, jakby stało w oborze. Tam, gdzie w końcu jest miejsce dla muła. Tylko że gdybyśmy jednak tam stały, to kto by nas zastąpił w obowiązku zajmowania się domostwem? Oto jest pytanie na miarę samobójczego: być albo nie być! Dlatego mniemam, że byłby z tym pewien problem.

    Mój przyjaciel mówi, że aby sprawdzić, czy kobieta to człowiek, należy na ulicy krzyknąć: „Człowieku!”. Ponoć żadna z nas się nie odwróci.  Nie wiem – nie sprawdzałam. Może ma rację. Dlatego powtarzam: bycie mułami domowymi, to nasz święty i zasrany obowiązek! Gdyby któraś z was miała jeszcze jakieś wątpliwości. Wątpliwości bowiem tutaj nie są wskazane. I mówię to dla waszego dobra. Im szybciej to pojmiecie, tym lepiej. Jakieś miłości, noszenie na rękach i takie tam podobne pierdoły, naturalnie, są, ale bardzo szybko się kończą. Zaraz po tym przychodzi szara codzienność i czekająca na nas rola, właśnie rola tych wspomnianych przeze mnie mułów pociągowych. Pamiętajcie o tym!

    No, ale się rozgadałam! A nie powiedziałam wam w końcu najważniejszego: czym my, tak naprawdę, nie jesteśmy. Otóż nie jesteśmy… No właśnie, dokładnie to ja wam właściwie nie powiem, czym nie jesteśmy, powiem wam za to, że jesteśmy na pewno dla jednego – dla wygody. Dla wygody mężczyzn, naturalnie, bo nie dla własnej przecież. Bo niby jaka to wygoda dla kobiety być kobietą? Co innego być nią dla wygody mężczyzny!

   Oczywiście, na samym początku, jak już wcześniej wspomniałam, gdy on – ten nasz adorator, ten przyszły wielbiciel naszych wszelkich domowych cnót i talentów, patrzy na nas jeszcze przez te swoje różowe okularki, to nic mu w nas jakoś nie przeszkadza. Jesteśmy wtedy jedyne, kochane – a jakże, dobrze słyszycie – kochane!, doskonałe, wyjątkowe i niepowtarzalne. No, po prostu sama słodycz! Tyle że zaraz, bardzo szybko, optyka diametralnie mu się zmienia. Jakby te różowe okularki, przez które dotychczas patrzył, rozpieprzyły się w drobiazgi. Można powiedzieć, że wówczas wraca mu właściwa ostrość widzenia. I wtedy wiadomo już, do czego to domowe zwierzątko, ten pieprzony muł jest mu potrzebny.

   Mężczyzna: Obiad jest?! (Pauza.) No, to ile mam jeszcze czekać? Chcesz, żebym tutaj  z głodu skonał, czy żebym zakwitł? Aha, i jak już będziesz szła z kuchni, to nie zapomnij o gazecie. Zostawiłem ją w przedpokoju!

   Rozkoszny, prawda? Ale to jeszcze nie wszystko.

  Mężczyzna: Szlag by to! Gdzie odłożyłaś tego cholernego pilota od tego cholernego telewizora?!

   Do tego dochodzi oczywiście jeszcze pranie, sprzątanie, dziecko i cała reszta tych pieprzonych obowiązków. No, ale jak już urodziłaś dziecko, głupolu, to i wychowuj je sobie, nie? To akurat jest proste i logiczne. W końcu to twój zasrany obowiązek! (Dosłownie zasrany!) Do tego przez całe życie byłaś przygotowywana, nieprawdaż? Myślicie że to wszystko? Skucha! Teraz najlepsze – gwóźdź programu zwanym małżeństwo: gdy pewnego dnia nasz właściciel powie:

   Ale zupka to ci dzisiaj nie wyszła. Jakaś podła taka. Ech, mamusia to dopiero gotowała. Palce lizać, paznokcie ogryzać!

   Jak mu powiesz: „Co, nie smakuje ci? Sam sobie gotuj w takim razie”, to patrzy na ciebie zdziwiony, jakby widział cię po raz pierwszy w życiu, jełop, po czym bezradnie mówi:

   Ja? Zgłupiałaś? Przecież to wy, baby, gotujecie. Ja nie umiem.

   I nie pomyśli przy tym kretyn jeden z drugim, że mógłby się przecież nauczyć. Dla takiego geniusza przecież to w końcu nic trudnego. Po prostu pstryknięcie palcami i już jest mistrzem patelni. Mistrz patelni – złote usta. Ach!... (Po chwili.) Przepraszam, trochę się rozmarzyłam i odpłynęłam. Zresztą, w tym momencie, powiem wam, zaczyna się jakby nowy rozdział w naszym życiu. Rozdział, który można by zatytułować : „Czas rozstań”. No tak, bo od tego momentu – od tej niesmakującej mu zupki, zaczynają się pojawiać kolejne jego grymasy. A to koszula źle uprasowana, a to dziecko nagle zaczyna mu przeszkadzać, aż to w końcu, że wyglądamy koszmarnie jak… Chciałam powiedzieć, że już właściwie nie wyglądamy dla niego tak atrakcyjnie jak dawniej. Zrobił się z nas niby taki beznadziejny kołtun domowy, podczas gdy on kwitnie, zaczyna przeżywać tak zwaną drugą młodość. My, jak zużyte zabawki jesteśmy odstawiane na półkę z nieużywanymi rzeczami.

   Uważacie, że to sprawiedliwe? Nie, kochane, to  cholernie niesprawiedliwe, a nawet wręcz bezczelne! Sam nas doprowadził do takiego stanu, do tego miejsca, w którym przestałyśmy mu się podobać, a teraz ma jeszcze o to pretensje. To się nazywa dopiero mieć tupet! Jak kiedyś się zbuntowałam i przestałam sprzątać i prać i nie miał żadnej czystej koszuli, to wiecie, co powiedział? Spytał:

    „Tobie to w ogóle nie przeszkadza?”

   Udałam głupią – w końcu za taką i tak mnie uważa, więc wychodzi na to, że nawet specjalnie chyba nie musiałam udawać i powiedziałam, że nie rozumiem i zapytałam, o co mu chodzi. Odparł:

   „No, ten cały syf w domu. To ci nie przeszkadza? Żona, zaznaczam dobra żona jest chyba po to, żeby tego syfu nie było, nie? A ty co? Wychodzi na to, że masz to centralnie w dupie! O co ci, kobieto, chodzi? Co, nie dostajesz pieniędzy? Nie dbam o ciebie, dom, dzieci? A może ty jakaś chora jesteś, co? Może ty weź i się zacznij leczyć. Leczyć  się zacznij, póki nie jest jeszcze za późno, kobieto”.

  Takie mniej więcej podziękowanie czeka was, muły domowe, za wasze oddanie i lata usługiwania. I właściwie podziękujcie Opatrzności, bo nie jest jeszcze tak źle. Zawsze przecież może być gorzej. Na przykład kiedyś w jakiejś bliższej czy też dalszej przyszłości, kobieta może być tak zaprogramowanym przez mężczyznę robotem, z którym nie będzie w ogóle rozmawiał. Naciśnie tylko przycisk, a my, jak te posłuszne maszynki przyniesiemy obiad, podamy kapcie, pilota od telewizora, pościelimy łóżko i jeszcze zrobimy to wszystko, co trzeba w tym łóżku, żeby pan i władca był zadowolony, czyli praktycznie niewiele to się zmieni od sytuacji obecnej, z tą tylko różnicą, że wszystko będzie się odbywało bez zbytecznych słów, w całkowitej ciszy i zrozumieniu obu stron. Po co  zresztą tracić czas i energię na bezproduktywne gadanie do, czy też z głupią babą, nie?

   Słychać otwieranie drzwi i w następnej chwili ich głośne zamknięcie.

   On: Kochanie! Już jestem.

   Ona: No, to zmykam. I tak już jestem spóźniona z obiadem. Pa! Do następnego.

         24.03.2014 r.

05:56, adelmelua
Link Komentarze (3) »
niedziela, 23 marca 2014

    Życie, nasze, pojedyncze, nie jest zbyt długie – to pewnik. I w zasadzie truizm. Ale nie to jest istotne w tym przypadku, ważne jest co innego, mianowicie – co i jakie czynniki mają właśnie na nie wpływ. Co decyduje, że jest tak a nie inaczej, że postępujemy w taki a nie inny sposób, dlaczego dokonujemy takich a nie innych wyborów?

    Oczywiście, wydaje się, że na wszystko w naszym życiu jest miejsce – zarówno na działanie przypadku, przeznaczenia, jak i świadomego działania, czyli w konsekwencji naszego wolnego wyboru. Który z powyższych czynników jest dominujący? – nie wiem i chyba nikt tego nie jest w stanie rozstrzygnąć w sposób definitywny i niepodważalny. Każdy bowiem z tych trzech czynników może istnieć w każdym z nich tak razem, jak i z osobna, w każdym z nich można doszukiwać się wpływu pozostałych. Który z nich jednak jest bardziej znaczący, determinujący nasze życie, niestety, ale to pozostaje w zasadzie w sferze nie kończących się dywagacji i różnego rodzaju hipotez.

    Aby przybliżyć się nieco do odpowiedzi na wyżej postawione pytania, postanowiłem dokonać pewnego podziału. Otóż ludzie dzielą się – rzecz jasna w bardzo dużym uproszczeniu – na bardziej niezależnych, jak i zależnych od kogoś-czegoś, różnego rodzaju okoliczności. Co do tych ostatnich, to widzę to tak: jeżeli ktoś jest zależny od miejsca pracy, w którym musi się stawić o wyznaczonej godzinie, jeżeli dzień w dzień musi wykonać te same obowiązki, jeżeli codziennie musi wydać te same dyspozycje takim jak on, ale strojącym jeszcze niżej w jakiejś hierarchii wówczas, co naturalne, jego zakres decydowania o sobie jest poważnie ograniczony, w wyniku czego, co oczywiste, w jego życiu większą rolę odgrywa pewnego rodzaju dosyć specyficznie pojmowane przeznaczenie, niż np. wolna wola. Tym samym z kolei i zasięg przypadku jest tutaj również w dosyć poważnym stopniu ograniczony.

   Zgoła inaczej przedstawia się sprawa z osobnikami zaliczonymi do pierwszej grupy – z przedstawicielami wolnych zawodów, ludźmi niezależnymi, na tyle majętnymi, że mogącymi z tego tytułu pozwolić sobie na dużo więcej niż pozostała większość. Ci, co zrozumiałe i logiczne, w o wiele szerszym stopniu decydują o tym, co, jak, kiedy i z kim będą cokolwiek robili. Ich wolna wola bowiem i wynikające stąd decyzje będą świadczyły nie tylko o kształtowaniu swojego życia w dużo większym zakresie od przedstawicieli grupy drugiej, ale też, że owe decyzje tych pierwszych będą miały realne przełożenie na życie pozostałych osobników. W ten sposób wolna wola jednych stanie się niejako przeznaczeniem innych, gdzie przypadek również znajdzie swoje miejsce, ale już jednak w innym, znacznie węższym zakresie.

   Oczywiście w ten sposób można bez końca, a i tak pomimo dobrych chęci i wielu prób rozwikłania tej zagadki, będziemy ustawicznie dreptać w miejscu.O czym to świadczy? Właściwie o jednym: na tak postawione pytania niezwykle trudno znaleźć jakąkolwiek wiążącą odpowiedź. Dlatego zakończę ten temat w tym miejscu, nagle i trochę niespodziewanie – wiem, ale w taką pogodę grzechem byłoby siedzenie przed komputerem i zmaganie się z niewiadomym i nieskończonym. Zatem: przyjemnego spaceru życzę:))

        23.03.2014 r.

09:15, adelmelua
Link Komentarze (3) »
piątek, 21 marca 2014

   Oczywiście, pierwszy dzień wiosny, to dzień wagarów. A jako że do szkoły już nie biegam, więc i możliwości pójścia na wagary mam mocno ograniczone. Dlatego postanowiłem zrobić sobie dzisiaj dzień wagarowicza tutaj. Z muzyką.

  Początkowo miałem pomieścić w tym miejscu Cztery Pory Roku A. Vivaldiego. Ale to w zasadzie banał, więc szybko z tego pomysłu zrezygnowałem. Po krótkim zastanowieniu zdecydowałem się ostatecznie na muzykę niosącą lekkość, powiew ciepła, przyjemność istnienia. Zatem:

    A to na dokładkę: coś sprzed wielu lat, co prawda, ale to "coś", co nie zestarzało się nawet o sekundę.    

         21.03.2014 r.

15:26, adelmelua
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl