RSS
niedziela, 31 marca 2013

    No i stało się – dym poszedł, duch święty nie wskazał na mnie, więc od połowy marca mamy papieża Franciszka. Ale ktokolwiek by nim nie został, ja chciałbym kiedyś usłyszeć błogosławieństwo nowego papieża na kształt mniej więcej czegoś takiego:

    „Kościół nasz – ten zinstytucjonalizowany trwa od 1700 lat, od czasu soboru zwołanego przez Konstantyna Wielkiego w 325 roku w Nicei. To Kościół wyznawców Pana naszego Jezusa Chrystusa. Kościół, który, niestety, trwając tyle lat nie ustrzegł się błędów i naturalnych wypaczeń. Ale czy naturalnych, znaczy wytłumaczalnych, a tym samym wybaczalnych, bo ludzkich? Otóż nie, to zbyt łatwe! Tutaj, my wszyscy, zarówno hierarchowie i kapłani tegoż Kościoła, jak i zwykli Jego wyznawcy, musimy uczciwie uderzyć się w piersi, a następnie przeprosić za wszystko, co Kościół uczynił złego w swojej długiej historii. Dzisiaj musimy kornie przeprosić: za wszystkie krucjaty krzyżowe do grobu Chrystusowego, które przyniosły tylko niepotrzebną śmierć tysięcy niewinnych ofiar; za wszystkie wyprawy mające na celu nawracanie tak zwanych pogan na jedyną prawdziwą wiarę – wiarę chrześcijańską; za zbrodniczą działalność Świętej Inkwizycji i tysiące swoich ofiar; musimy przeprosić za występek i przemoc, pychę i blichtr, który nie przystoi Kościołowi ubogich i potrzebujących; za mieszanie się w sprawy polityczne państw i że nierzadko tak naprawdę służyliśmy diabłu a nie Bogu. Dzisiaj za to wszystko i wiele jeszcze innych rzeczy przepraszamy i jednocześnie pokornie prosimy o wybaczenie. Na swoje usprawiedliwienie możemy jedynie powiedzieć, że wszyscy, jako ludzie, okazaliśmy się niezmiernie słabi. Nadal tacy jesteśmy, bo taka jest nasza ludzka natura przez co nadal pozostajemy narażeni na czyhające wszędzie ukryte zło. Krótko mówiąc zawsze jesteśmy narażeni na działalność Szatana! Dzisiaj przepraszamy za to wszystko, o czym powiedziałem wyżej, a co było w rzeczy samej czystym złem. Dzisiaj, jeżeli chcemy prawdziwie się oczyścić i wejść na drogę cnoty i prawdy, musimy wrócić do swoich korzeni, do nauczania i wspomagania biednych, chorych, potrzebujących! Dzisiaj musimy wrócić do głoszenia słowa Bożego poprzez dobry uczynek. Amen”.

    Czy doczekam się kiedykolwiek takiego błogosławieństwa?

     31.03.2013 r.

08:20, adelmelua
Link Komentarze (2) »
sobota, 30 marca 2013

   Wróciłem! Zgodnie zresztą z obietnicą. Moja nieobecność była tak krótka, że nawet chyba niezauważalna. Ale to akurat nic dziwnego: tak mam ze swoim życiem od zawsze, więc dlaczego miałoby być teraz inaczej z moją nieobecnością, choćby i miała być ona związana z... Nieważne. Istotne, że wróciłem! A wróciłem, bo musiałem. Za bardzo byłem „przybity”, tzn. najoględniej mówiąc nie czułem się zbyt komfortowo w tym miejscu, gdzie przyszło mi przebywać.

   Więc, jak już wróciłem, pierwsze, co mnie przeraziło, to chłód, śnieg dookoła i w ogóle sceneria zimowa. Oczywiście, może i ona jest jak najbardziej bajkowa, tylko że nie na tę porę roku. Nie na wiosnę! Stąd wynikło moje pewnego rodzaju rozczarowanie. Ale po chwili, co ciekawe, pojawiło się również małe zadowolenie. Z jednego prostego powodu: uświadomiłem sobie, że zbliżający się śmigus-dyngus zatrzyma wielu idiotów w domu, którzy nie będą latać z wiadrami pełnymi wody za swoimi ofiarami w imię jakiejś szalonej tradycji ich oblania. Tym samym zaoszczędzimy wiele pitnej wody, która w innym przypadku zostałaby bezmyślnie wylana na chodniki.

   Oczywiście lany poniedziałek to nie jedyny kretyński wymysł z tzw. tradycyjnych zachowań. Innym jest „tłusty czwartek”, który jest jeszcze bardziej społecznie szkodliwy i bezsensowny niż śmigus-dyngus. Nie wiem, z czego biorą się tak szalone tradycje (choć Wikipedia wyjaśnia oczywiście, skąd i kiedy), wiem za to, że są to zachowania głupie i niezmiernie szkodliwe ze względu na nasze zdrowie. Szczególnie teraz, gdy pożywienie faszerowane jest przeróżnymi tłuszczami trans tak dotkliwie i skutecznie, że aż puchnie, rujnując tym samym nasze organizmy. Dlatego tym wszystkim, którzy w ten czas świąt lubią sobie zasiąść przy suto zastawionym stole, życzę przede wszystkim zdrowego jadła, ale też umiarkowania w jego spożywaniu:)))

     30.03.2013 r.

10:09, adelmelua
Link Komentarze (2) »
piątek, 29 marca 2013

   Dzisiejszy tekst, to bardziej informacja, więc będzie bardzo krótki. Z jednego powodu: ukrzyżowania. A że już wszyscy czekają na mnie – głównego aktora imprezy – na czele z Luckiem Piłatem, tzn. z Lucjanem, więc nie mogę ich zawieść i spóźnić się. Innymi słowy na dzisiaj tyle. Ale wkrótce się odezwę. Przyrzekam! Zwykle robię to trzeciego dnia, jak oznajmia nasze pisemko i, oczywiście pod warunkiem, że kumple mnie puszczą. W końcu tradycja do czegoś zobowiązuje: trzy dni, więc do trzech razy sztuka! Przynajmniej raz dziennie. Potem znowu się spotkamy. Jak Opatrzność da, naturalnie. Zatem do… usłyszenia? Do zobaczenia? Diabła tam! Do następnego:)

      29.03.2013 r.

05:52, adelmelua
Link Komentarze (4) »
czwartek, 28 marca 2013

    Jako że zbliżają się święta, więc powinienem tutaj zamieścić tekst na temat niejako dyżurny. Ale że świąt nie obchodzę, są mi one bowiem, oględnie rzecz ujmując, niezwykle obojętne, napiszę o czymś innym, zostawiając słowo o bogach i związanymi z nimi mitami, na niedzielę. Dzisiaj słowo o Brazylii i czymś, co pośrednio, ale jednak, ma związek tak z naszym życiem, jak i śmiercią. Innymi słowy z naszą fizycznością i światem, gdzie owa fizyczność już nie obowiązuje.

    Rzecz dotyczy Brazylii i, jak podały dzisiaj wiadomości, szpitala, w którym dochodziło do masowego wręcz „pomagania” chorym w przeniesieniu się na łono Abrahama. Ten specyficzny zakład śmierci funkcjonować musiał chyba dosyć długo, bowiem oblicza się, że życie straciło tam około 300 osób! To, trzeba przyznać, przy naszej aferze z pavulonem, afera gigant! Chociaż, tak naprawdę, każdy tego typu przypadek – choćby w mikroskali, tj. w kontekście pojedynczego człowieka, musi przerażać i szokować, wiec nasza afera również oddziaływała na społeczeństwo podobnie jak przypadek brazylijski. To, co je różni, to – ponoć – podłoże: w naszym przypadku chodziło o prozę życia, czyli pieniądze, podczas gdy w Brazylii – jak się wypowiedziała pani doktor – o zwolnienie łóżek dla następnych chorych i pomoc w „rozpoczęciu” innego życia. Przyznać muszę, że to wyrywające mnie z butów tłumaczenie i szczególny przejaw miłosierdzia wobec bliźniego, szczególnie w okresie świat bożonarodzeniowych! Oczywiście, to zapewne przypadek że padło na Brazylię i panią doktor, która pomyliła stetoskop i skalpel z kosą, czyli atrybutami właściwymi dla pewnej niezbyt wykwintnej damy z zupełnie innego świata. To mogło się zdarzyć wszędzie – no, może nie całkiem wszędzie, niemniej w wielu miejscach. U nas również. Dlatego pozostaje mieć jedynie nadzieję, że tak miłosiernych lekarzy, czy pielęgniarek jest zdecydowana mniejszość i że my nigdy do takiego szpitala nie trafimy. Gdybyśmy bowiem trafili, to zamiast tzw. ostatniej deski ratunku, czekałby na nas gwóźdź. Też zapewne ostatni. I wiadomo do czego.

    Jeżeli zatem, póki co, mogę wybierać, to wolę nijakie życie na plaży w Mielnie, Kołobrzegu czy Władysławowie, niż śmierć w Copacabanie.

     28.03.2013 r.

16:17, adelmelua
Link Komentarze (2) »
środa, 27 marca 2013

    Było to wiele lat temu - około 35. Wysłaliśmy – my, to znaczy w szerszym znaczeniu ziemianie, a ściślej mówiąc Amerykanie, w przestrzeń międzyplanetarną statek kosmiczny Voyager 2. W sierpniu 1989 roku dotarł on do ostatniej już planety w naszej galaktyce – przynajmniej nam dotąd znanej – do Neptuna. Następnie przesłał nam stamtąd trochę zdjęć i poleciał w nieznaną sobie i nam przyszłość. Naturalnie jego zakres prac był znacznie szerszy, ale nie czas i miejsce na ich opisywanie. Chodzi o coś zupełnie innego. Urządzenia miały jeszcze na nim pracować przez około dwadzieścia pięć lat, czyli właśnie zbliża się koniec ich działalności i jednocześnie misji. Jak to się zakończyło - przyznam, nie wiem. Żadnych informacji na ten temat nie posiadam. Mam jednak nadzieję, że w tym czasie dotarły do nas wyjątkowe i interesujące zdjęcia, albo jeszcze dotrą. Jeżeli już nie samego Boga, to może chociaż innej cywilizacji. Pozaziemskiej naturalnie. Jeżeli tak się nie stało do tej pory, to najkrócej rzecz ujmując - lipa. Dlatego dzisiaj powiem tak: Voyagerze - obyś nigdy nie zaznał spokoju i… i trafił do piekła, gdzie dokonasz swojego nędznego żywota w jego płomieniach - jeżeli jest tam faktycznie gorąco i, pod warunkiem naturalnie, że ono w ogóle istnieje. Koniec taki potraktuj jako karę za związane z tobą rozczarowanie. Moje rozczarowanie!

   Czy można coś w tej sytuacji zrobić? Niewiele. Jak zwykle pozostaje nam nadal odwieczna wiara, nadzieja i niekończące się domysły. Kolejność zresztą tych terminów obojętna. Amen.

     27.03.2013 r.

08:42, adelmelua
Link Komentarze (2) »
wtorek, 26 marca 2013

    Miałem sen. Piękny sen! Śniło mi się, że Polska – caluteńka! – została przeniesiona w obszar Morza Śródziemnego wraz ze swoimi obywatelami. Świeciło słońce, rosły figi, pomarańcze i oliwki, a my nagle staliśmy się uprzejmi, roześmiani i bezinteresowni. Na po prostu raj na ziemi. Żyć – nie umierać! Więc żyliśmy beztrosko, wręcz sielsko. Banki były niezwykle przyjazne, więc zadłużaliśmy się na potęgę, bo przecież nic złego nie mogło się stać. W takim miejscu? Nam? Może żyjemy ponad stan, ale czy tutaj można żyć inaczej? Jeżeli nawet istnieje jakieś zło na tym błogim świecie, to na pewno nie tutaj. Może gdzie indziej, poza tym państwem i jego społeczeństwem, ale na pewno tutaj nie ma ono wstępu! Aż kiedyś…

   Wtedy się obudziłem. Sen prysnął, jak bańka mydlana, a ja powróciłem do siermiężnej, zimnej rzeczywistości. Rzeczywistości polskiej – z klimatem w ostatnim czasie coraz chłodniejszym, fatalnymi drogami pełnymi dziur przypominającymi durszlak; z karetkami pogotowia nie jeżdżącymi po chorych, bo się nie opłaca; tak jak nie opłaca się leczyć starszych osób, bo i tak przecież dobrze nie rokują; powróciłem do cwaniaków, kombinatorów i tak marnych polityków, jak prawo przez nich ustanawiane, słowem – wróciłem do rzeczywistości przygnębiającej i szarej, w której wielu świetnie się urządziło kosztem większości, czyli całej reszty społeczeństwa.

    Byłem wstrząśnięty – jakby na pograniczu jawy i snu. Skrzeczącą rzeczywistość co prawda miałem przed oczami, ale nocny sen nadal we mnie trwał. Dlatego postanowiłem coś z tym zrobić. I wówczas pojawiło się u mnie pragnienie napisania listu. Do Unii Europejskiej. Listu-prośby, w której zwracam się do Niej o przeniesienie naszego kraju w jakiś łagodniejszy, ciepły klimat. Gdzie słońce, oliwki, pomarańcze i wino wyznaczają niespieszny tryb życia. Chociaż na 100 lat. Jeden wiek tytułem próby. W podzięce za spełnienie tego życzenia zobowiązałem się, że będziemy wieść życie podobne do Greków, Cypryjczyków, Włochów czy Hiszpanów. Podobnie jak oni my również będziemy wieść życie na kredyt głupio i nieodpowiedzialnie. Nie myślę, żeby to było cholernie trudne i niewykonalne. Dajcie nam tylko szansę, a na pewno jej nie zmarnujemy! – napisałem. Jesteśmy narodem zdolnym, szybko uczącym się, więc na pewno podejdziemy do tego przynajmniej tak samo uczciwie, jak zrobiły to wymienione właśnie przeze mnie nacje. Dajcie nam tylko szansę! A potem… potem możecie ogłosić naszą upadłość, albo obiecać nam pomoc. Bo w końcu będzie się nam ona należeć! Za rozsądek i uczciwe potraktowanie próby. Zatem… może nie przenoście nam stolicy do Krakowa, ale państwo w rejon basenu Morza Śródziemnego to już jak najbardziej tak! Ja już dzisiaj za to przychylne rozpatrzenie mojej prośby ogromnie i pięknie dziękuję. Za moich rodaków również:))))

      26.03.2013 r.

09:33, adelmelua
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 25 marca 2013

    Na swoim drugim blogu od czasu do czasu zamieszczam opowiadanie z tzw. „literatury niepięknej”. Dwa spośród ostatnich dotyczyły dzieci, które będąc pewne bezpieczeństwa, jakie daje – powinien dawać! – dom oraz bliskie im osoby, ogromnie się zawiodły. Podobnie jest również z nami – starszymi. Tyle że my, gwarantując bezpieczeństwo rodzinie, podobnego oczekujemy od miejsca pracy i Państwa. Niestety, w ostatnim czasie to zaufanie do obu tych instytucji zostało ogromnie zawiedzione. O ile w miejscach pracy jest jeszcze różnie – i lepiej, i gorzej, o tyle w odniesieniu do Państwa jest jednowymiarowo – z reguły źle. Myślę, że dzieje się tak dlatego, iż ryba, jak wiadomo, psuje się zawsze od głowy. Rybą w tym przypadku jest oczywiście Państwo, którego funkcjonariusze powołani po to, żeby tworzyć przyjazne, mądre i czytelne prawo, tego warunku nie wypełniają. Dlatego na wielu płaszczyznach naszego życia jest po prostu fatalnie! Dlaczego tak się dzieje? Nie wiadomo. A właściwie wiadomo – chodzi o pieniądze. I to duże! Dlatego nasi wybrańcy polityczni, nierzadko pod presją różnego rodzaju lobby, ustanawiają w wielu dziedzinach takie przepisy, które gwarantują – przynajmniej przez jakiś czas – owym lobbystom zysk. Państwo jednak, dopuszczając do takiej sytuacji, najzwyczajniej w świecie zawodzi. Szczególnie jest to widoczne w nieuczciwej działalności wielu komorników; bylejakości prokuratorów, sędziów czy nawet policjantów; w bylejakości posłów, którzy uchwalają byle jakie prawo, ale też w pozostawiającej wiele do życzenia działalności służby zdrowia i szkolnictwa; Państwo zawodzi w braku odpowiedzialności urzędników za podjęte przez nich nierzadko błędne i szkodliwe społecznie decyzje; w braku nieuchronności zasądzanej kary; w braku zapewnienia pracy młodym ludziom po szkołach, podczas gdy nieźle sytuowani 40-letni mundurowi emeryci zajmują im miejsca pracy, bo przecież muszą sobie dorobić! W tych i w wielu jeszcze innych przejawach życia widać jak Państwo zawodzi swoich obywateli. Gorzej, że w tym wszystkim poruszamy się my – nie szara eminencja, ale szare społeczeństwo. Bezimienne i bezsilne, bo Państwo pozbawiło je siły w starciu z bylejakością, na straży której stoi jak jakiś pieprzony wartownik! Obywatele chcieliby może ugryźć, ukąsić, ale nie są w stanie. Mogą co najwyżej szczeknąć. Ale i to głucho, bez należytego efektu. Tak cicho, żeby przypadkiem nikt nie usłyszał.

     25.03.2013 r.

05:44, adelmelua
Link Komentarze (2) »
niedziela, 24 marca 2013

   Jednym z takich mitów jest dla mnie Lech Wałęsa. Człowiek o ogromnym wyczuciu sytuacji politycznej, graniczącym wręcz z geniuszem. Niestety, na swoim, polskim podwórku poniżany i lekceważony, na szczęście za granicą honorowany i doceniany. Stał się w ten sposób kolejnym przykładem powiedzenia, że u siebie niezmiernie ciężko zostać prorokiem. O ile jednak z takim postawieniem sprawy łatwiej się zgodzić, o tyle z tym, że ten „mój” mit zaliczył upadek, już znacznie trudniej. A rzecz dotyczy jego głośnej wypowiedzi  na temat mniejszości seksualnej w Polsce.

   Rozumiem, że związki osobników tej samej płci mogą się nie podobać; że ktoś może być tak do bólu wręcz heteroseksualnym, jak ktoś inny do kości antysemickim, rasistowskim, czy nacjonalistycznym. Ale wypowiedzi takiej osoby – pomnika wręcz!, jak Lech Wałęsa, najzwyczajniej w świecie przerażają i nakazują refleksję. Dlatego pytam dzisiaj: „Co się stało, panie Prezydencie? Czy nie walczył Pan kiedyś o prawa właśnie mniejszości? Upokarzanych, wykorzystywanych, zniewolonych? Czy nie walczył Pan o wszystkich wykluczonych?”

   Cóż, powiedział, co powiedział. Informacja poszła w świat. Przekaz tego jest jednoznaczny. Tyle, że zawsze można się z nieprzyjemnej sytuacji, z zakłopotania wycofać. Zrobić raka i wyjść tyłem, chyłkiem, żeby nikt nie widział. Albo wyjść z klasą, tak, żeby wszyscy zobaczyli i usłyszeli: „Pomyliłem się! Fakt, palnąłem głupstwo. Stało się. Byłem po prostu w słabej dyspozycji. Nie ma o czym mówić. Jeżeli kogoś obraziłem – przepraszam!” Czy takie słowa padły? Niestety, nie. Padły inne, jeszcze głupsze, które niczego nie tłumaczyły. Wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej pogrążyły Lecha Wałęsę. Szkoda. I ogromny żal. Bo wielkość właśnie poznaje się również po tym, że potrafi się przyznać do błędu, niewłaściwej decyzji, czy głupich słów. Tego mi tutaj zabrakło. Na to miejsce natomiast pojawiło się dalsze brnięcie w śmieszność i karykaturę. Uzasadnienia dla takiej postawy nie ma, bo być nie może. Wytłumaczyć tego wiekiem również nie można. Więc, jak to ugryźć? Przyznam – nie wiem. Jedno wydaje się pewne: kolejny mit zaliczył upadek. A tym jest on dotkliwszy – przynajmniej dla mnie, bo nie wiem czy dla mitu również – im bardziej rozczarowujący. 

     24.04.2013 r.

09:11, adelmelua
Link Komentarze (2) »
sobota, 23 marca 2013

   W Syrii wojna domowa trwa w najlepsze. Co w tym najlepszego, przyznam, nie wiem. Niemniej ona trwa, a cały świat ze stoickim spokojem ów spektakl wojenny obserwuje. To, o co muszą zadbać widzowie, to jedynie zaopatrzyć się wcześniej w chipsy i colę jako towarzyszy do telewizyjnych wiadomości. Tak przygotowani możemy obserwować każdą makabrę do jakiej zdolny jest współczesny człowiek. Czy do każdej dojdzie? – tego nie wiem. Amerykanie ostrzegli Bashira al Assada, że jeżeli użyje broni chemicznej społeczność międzynarodowa nie pozostanie bierna! Gdy słyszę takie groźne pohukiwania na myśl przychodzą mi „Bękarty wojny” Q. Tarantino i scena, gdy B. Pitt z cynicznym uśmieszkiem wycina faszystowski znak na czole niemieckiego żołnierza, pytając kumpla: „Wiesz, co należy zrobić, żeby znaleźć się w Carnegie Hall? Ćwiczyć!” Krótko mówiąc – śmiechu warte pogróżki. I tyle. A brzmią one o tyle niewiarygodnie, że…

    Jest rok 2003. Miejsce akcji: Irak. Następuje atak wojsk, przede wszystkim amerykańskich, na państwo Saddama Husajna. Powód: niemożność skontrolowania chemicznej broni, którą miał dysponować iracki dyktator (przypadek Kurdów z roku 1988 miał o tym świadczyć). Czy taką broń znaleziono? Nie. Czym skończyła się owa interwencja? Wiemy wszyscy, bo widzimy codzienne doniesienia z tamtego regionu. To jednak, co mnie tutaj szczególnie zaintrygowało, to środki, jakich użyli Amerykanie w tej wojnie – ale także wspierający ich Brytyjczycy. Otóż w okolicach Faludży Amerykanie użyli pocisków z białym fosforem i zubożonym uranem. Efekty? Badania z roku 2010 mówią o: 38-krotnie większej zachorowalności na białaczkę, 10-krotnie wyższej zachorowalności na raka piersi, 5-krotnie wyższym wskaźniku śmiertelności noworodków – że nie wspomnę o płodach hybrydach: z jednym okiem pośrodku głowy, krótkimi kończynami, czy nienaturalnie wydłużoną głową. Całości ludzkiego miłosierdzia dopełnia jeszcze jedne wskaźnik: znacząco przybyło dzieci poniżej 2-go roku życia ze złośliwym nowotworem mózgu. Na koniec tej koszmarnej statystyki: W obu irackich wojnach użyto 400 ton uranowej amunicji! Miejsc zanieczyszczonych jest ok. 300. Cena rekultywacji terenu obliczana jest na kwotę 30 mln dolarów. Kwota może i niewielka, ale pytanie – kto i kiedy miałby tej rekultywacji dokonać?

   Amerykanie, Izraelczycy, Francuzi i Brytyjczycy nie chcą z tej broni zrezygnować. Dlaczego? Bo nie ma żadnych dowodów naukowych czy medycznych, które potwierdzałyby  jej negatywny wpływ na zdrowie. Zapewne ma pozytywny! Dlatego powiem jedynie: żebyście tak, panowie, zdrowi byli! Ale żyjąc tam, gdzie swoją broń rozsialiście jak zarazę.

   Konkluzja? Jedna, podstawowa: zarzut Amerykanów wobec Saddama Husajna o posiadanie broni chemicznej brzmi groteskowo, fałszywie, nieuczciwie, słowem śmierdzi hipokryzją na odległość! Tak naprawdę Ameryka – światowy żandarm sprawiedliwości i jakoby obrońca demokracji i uciśnionych kpi z międzynarodowego prawa, a humanitaryzm ma głęboko w d.

     23.03.2013 r.

08:50, adelmelua
Link Komentarze (3) »
piątek, 22 marca 2013

    Otrzymałem właśnie odpowiedź z wydawnictwa, że, niestety, jest im przykro, ale moja książka („I pozamiatane”) nie znajduje się w ich planach wydawniczych – bardzo zresztą okrojonych. Jedyny plus tej odpowiedzi to taki, że w ogóle ona jest i że dotarła do mnie bardzo szybko: bo po dwóch dniach! A, przyznaję, nie wysyłałem jej priorytetem – nawet w swoich myślach!

    Oczywiście płakał nie będę – ponoć chłopcy nie płaczą, więc w sumie nawet nie wypada. Zresztą nie lubię chodzić z oczami  podkrążonymi od łez. W końcu nic się nie stało – jeszcze jeden osobnik decydujący o mojej mikropowieści nie poznał się na niej. Ot i wszystko. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni – to na pociechę. Poza tym nie ma pewności, że w ogóle ją przeczytał. Co zatem pozostaje? Wysłać ją do następnego wydawnictwa, albo… tak, jak zamierzałem zrobić wcześniej: wydać ją w 100-150 egzemplarzach, sprzedać, a za dwa lata wydać całość, jako „Tryptyk o dojrzewaniu”. Za dwa, ponieważ dopiero wówczas wrócą do mnie prawa autorskie do książki „Poza konfesjonałem” – pierwszej części tryptyku.

    To, co tutaj wyżej napisałem, świetnie koresponduje z tekstem, (adres poniżej dzisiejszego wpisu), który dotyczył spotkania autorskiego z Olgą Tokarczuk. O wrażeniach autorki bloga pisał nie będę, istotne dla mnie jest to, co powiedziała O. Tokarczuk o swoim debiucie literackim. Otóż okazało się, że nikt, żadne wydawnictwo do którego wysłała swoją propozycję literacką, nie wykazało żadnego zainteresowania! To oczywiście nie jedyny przypadek. Raymond Chandler, dzisiaj klasyk powieści kryminalnej, również miał podobny problem: 50. kolejnych wydawców odrzuciło jego pierwszą książkę! Więc, czy tak naprawdę jest się czym stresować? Oczywiście że nie! Trzeba robić swoje, a takie odpowiedzi mieć głęboko, eufemistycznie rzecz ujmując, w pięciu literach. Tyle. W końcu mówi się, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Zatem większej rozpaczy nie ma i być nie powinno! W moim przypadku na pewno nie ma!! Ale, przy okazji, nie od parady jest zadać w tym momencie następujące pytanie: O czym to świadczy, tzn. takie negatywne odpowiedzi z wydawnictw? Czy to zwykła rzecz, naturalna, czy może jednak to bardziej złożony problem?

    Nigdy nie lubiłem i nadal nie cierpię wszelkich teorii spiskowych. To, o czym chcę napisać teraz, też nią nie jest w ścisłym tego słowa znaczeniu. Niemniej dla mnie sprawa jest poniekąd oczywista: takie odpowiedzi, to dyktat większych, ściślej – nie tylko wydawnictw, ale również koncernów, producentów obuwia, odzieży, jedzenia, a nawet radia i telewizji, itd., itp. W ten oto sposób wmawia się nam, czy też próbuje wmówić, nierzadko niezwykle skutecznie, czego mamy słuchać, co oglądać, co czytać, w czym chodzić czy też, co jeść. Bo masy mają kupować to, co wielcy tego świata wyprodukują! Naturalnie, można się przebić z czymś swoim, małym, niezależnym, ale jak to jest trudne, wie ten, kto przeszedł taką drogę. Potem zresztą dochodzi jeszcze przecież sprawa utrzymania się na tej powierzchni rynku, gdzie walka jest nierzadko bezpardonowa i bez końca, bo obliczona jakby na powolne wyniszczenie przeciwnika. To jest biznes. Tutaj nie ma sentymentów. Liczą się pieniądze! Ogromne! A książki, płyty muzyczne to w końcu taki sam biznes, jak odzieżowy, żywnościowy, czy farmaceutyczny, więc dlaczego ktoś miałby akurat tutaj zachowywać się uczciwie i obiektywnie.

    Czy na taki rynek jest jakieś lekarstwo? Jedno: być sobą, zachować swój punkt widzenia i oglądu świata. Swój, indywidualny, tym samym wyjątkowy! I wierzyć, w siebie i swoje możliwości. W to, co chce się światu zaproponować, czy ofiarować. Innej drogi nie ma.  A właściwie jest, ale też jedna: totalna uniformizacja, zanik własnej kultury, tego charakterystycznego sznytu tożsamego z narodowym aspektem, z jego kulturową odrębnością. Gdy zrezygnujemy, poddamy się w tej walce, na to miejsce pojawi się jeden wspólny tygiel, w którym stopią się wszystkie bylejakości.

http://ksiazkiidy.blox.pl/2013/03/Spotkanie-z-Olga-Tokarczuk.html

http://ksiazkiidy.blox.pl/2013/03/Spotkanie-z-Olga-Tokarczuk.trackback?key=ae3b866972

      22.03.2013 r.

09:17, adelmelua
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl