RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2018

Życzę Wszystkim, zarówno tym czytającym jak i nieczytającym mojego bloga, wszystkiego co najlepsze, czyli niesłabnącego zdrowia i zawsze gorącej miłości. Reszta, jak są dwie powyższe rzeczy, przyjdą o wiele łatwiej niż nam się wydaje. Tak myślę. A przynajmniej mam taką nadzieję.

Ponadto życzę tym wszystkim, którym doskwierają obecne rządy, żeby przyszły rok był ostatnim rokiem tych ludzi u władzy. Żeby zachowali się tak, jak poniżsi Indianie:

– Na koń! – krzyknęli Indianie. I pobiegli pieszo.

Aha, i jeszcze jedno postanowienie:

                        Noworoczne postanowienie

W Nowy Rok wkroczę –

Z nowym kroczem!

I zrobię to bez względu na to, czy będzie chodziło o prostatę w normie, czy też nową fascynację miłosną. Postanowienie to postanowienie! Czy to się komuś podoba czy nie. Póki co stary rok kończę w ten oto niezbyt chwalebny sposób:

                        Żebrak – nie książę

                            Bez imienia –

                            I mienia.

Dlaczego tak? Zapewne dlatego:

                        Cała wieczność

A kiedy mnie już wśród was nie będzie,

Świat trwać będzie niezmiennie wciąż dalej,

Śmiać się będziecie odtąd beze mnie,

Tańczyć i śpiewać, zalewać żale.

Mój czas przeminie, jak wszystko, co żywe,

Wspomnienie czyjeś odkurzy mnie – czasem

Nagrobny lampion zapali ktoś tkliwie,

Tyle mnie będzie na wieczność tymczasem.

I tylko śnieg będzie śnieżył tak samo,

I tylko wiatr będzie wiał identycznie,

I tylko deszcz zmoczy kogoś znów rano,

I tylko słońce promieniem swym błyśnie.

Tyle w starym roku. Do spotkania w przyszłym, oby lepszym!

31.12.2018 r.

08:19, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 grudnia 2018

Za górami za lasami, miliony lat temu, kiedy byłem jeszcze nieopierzonym gówniarzem, pełnym górnolotnych ideałów i kiedy nie miałem na swoim literackim koncie nawet jednego opowiadania, napisałem tekst (poniżej), który nie wiedzieć dlaczego lubię do dzisiaj. Ale to właśnie moje lubienie go, pomimo ewidentnie naiwnych sformułowań w nim zawartych, wynikających zapewne z mojego młodzieńczego wieku, skłoniło mnie do przedstawienia go tutaj. Pomyślałem sobie, że w końcu to tak naprawdę jakiś fragment mojego wówczas myślenia, więc tym samym również mojego postrzegania życia. Mam tylko przy tym jedną małą prośbę: proszę o wyrozumiałość.

Ile jeszcze

Inną drogą ciągle kroczę, różne ścieżki wydeptuję,

Swoje życie jak żółw toczę i miłości Twej nie czuję

Wewnątrz, dotąd jeszcze nie spotkałem szczęścia,

Nie wiem, co to miłość wzniosła,

Lecz mam w sercu dużo miejsca, aby ona tam wyrosła.

II

Ile muszę dróg przemierzyć, przeciwności przezwyciężyć,

I co będę musiał przeżyć, aby w końcu miłość spełnić?

Kto mi powie, ile jeszcze czasu minie, by spojrzenia naszych oczu

Gdzieś spotkały się na drodze – pragnę wzrok Twój w sercu poczuć.

III

Ile jeszcze dni upłynie w pustce myśli, samotności,

I czy kiedykolwiek przy mnie Ty przestąpisz próg radości?

Dzisiaj nie wiem, jak mam dalej żyć z chorobą – ułomnością mej psychiki,

I czy moje życie z Tobą kiedyś ktoś złączy na wieki?

IV

Co mnie jeszcze w życiu spotka? Cóż się jeszcze ma wydarzyć?

Czy ma przyszłość będzie słodsza? Czy o Tobie mogę marzyć?

Chciałbym wiedzieć, czy to chociaż jest możliwe, abym nie był tylko cieniem?

Pragnę poczuć dłonie tkliwe, byś nie była urojeniem.

V        

Święcie wierzę w Twoją bytność, w Twe istnienie tu – na ziemi,

Kiedyś w końcu ta powinność spełni się i połączeni zostaniemy.

Nasza miłość da nam siłę, trwać będziemy – razem, wieki!

Jednak teraz choć na chwilę muszą spocząć me powieki.

27.12.2018 r.

11:08, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 grudnia 2018

Jest tak, że suma energii Wszechświata, czyli tzw. hamiltonian, wynosi zero. Nie ma bowiem żadnego zewnętrznego punktu odniesienia, względem którego można by mierzyć jego położenie lub prędkość. Nie ma też żadnej zewnętrznej wagi, na której można by go położyć. Jeżeli jednak podzielimy Wszechświat na dwie części – jakiegoś obserwatora i resztę, rachunki zaczną wyglądać nieco inaczej, lepiej, wszystko bowiem będzie zgodne, bo Energia będzie równa zeru.

Zapytać ktoś może w tym miejscu, ktoś wątpiący czy też ustawicznie poszukujący, całkiem zresztą słusznie: Gdzie w takim razie jest tutaj miejsce na Boga? Na boga – co to za pytanie? – obruszyć się może z kolei ktoś wierzący?! Ja odpowiem w ten sposób: na takie pytanie zawsze jest miejsce, nawet w komórce Jasia – choć, jak powszechnie wiadomo, Jasiu nie ma żadnej komórki. Nawet tej telefonicznej. Niemniej, jakby na to nie spojrzeć – przynajmniej tak uważam – pytać można zawsze. Więcej – należy! Po to wszak mamy rozum.

Marek Koterski nakręcił jakiś czas temu film, którego tytuł brzmi: Wszyscy jesteśmy Chrystusami. Trudno się z tym nie zgodzić, każdy bowiem tak czy inaczej cierpi. Nie każdy, co prawda, tak jak ten przed dwoma tysiącami lat, niemniej każde życie to jednak w jakiejś mierze cierpienie. Oczywiście na swoją indywidualną skalę. Wszystko bowiem zależy od okoliczności, czasu i miejsca.

Czy moje życie też jest cierpieniem? Naturalnie. Chociaż gdy przyszedłem na świat – świadomie użyłem słowa przyszedłem, a nie urodziłem się – ponieważ gdy na ten właśnie świat przyszedłem, truchlała moc. Nie – nie, nie noc, tylko moc! Czy to znaczy, że… Nieistotne. Ważne, że żyję. Bo mogło być przecież całkiem inaczej. Zatem, dobre Ludziska, wszystkiego dobrego w tych najbliższych dniach. Wszystkiego, ma się rozumieć, co najlepsze!

Ament.

P.S.

Miałem sobie zrobić mały żarcik, ale po namyśle zrezygnowałem. Może kiedyś. I może, dla bezpieczeństwa, najlepiej w jakimś tekście literackim. Wówczas on przejdzie, bo w końcu literatura może sobie pozwolić na nieco więcej. Dzisiaj, dzisiaj jednak musi wystarczyć niniejszy fragmencik filmiku sprzed lat, póki co.

Póki co?

24.12.2018 r.

06:06, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 grudnia 2018

Najpierw ta pani, która pełniła obowiązki premierki, aż przez długie dwa lata i która, mimo swojego rozmodlenia i syna księdza, kłamie jak najęta w sprawie wypadku, który spowodował kierowca jej limuzyny rządowej: Polska jest, była i będzie w Europie; Polska pozostanie w Europie i nikt tego nie zmieni; i jeszcze: Mój dom Polska, Europa – nasza wspólna sprawa. Górnolotne, gładkie zdania i żadnej w tym odkrywczej myśli, jedynie stwierdzenie faktów odnoszących się do naszej geografii. Ani słowa jednak, co istotne, o Unii Europejskiej! A o to przecież idzie spór pomiędzy tymi, którzy dzisiaj rządzą Polską, a Unią Europejską! Innymi słowy – gadanie po próżnicy, żeby gadać, bo kazali mi wejść na scenę i coś powiedzieć. A tak żem mundra, że nie powim nicego, co by nie było po myśli nasego wodzunia kochanego, jaśnie pana nacelnika!

Oto, do czego doprowadza ślepe posłuszeństwo – pustostan!

Ten, który pełni obowiązki prezydenta nie jest, niestety, wcale lepszy. Marek Migalski powiedział dzisiaj, że ten człowiek bardziej przypomina mu kogoś, kto uprawia autoterapię niż jest politykiem z krwi i kości. Ja powiem tak: niedojrzałość i jeszcze raz niedojrzałość! Prawdopodobnie nie tylko polityczna, również emocjonalna. Wystarczy bowiem popatrzeć na te niepoważne miny, to nabzdyczenie podczas przemów, posłuchać tego upajania się własnym głosem, żeby dojść do wniosku, że coś jest nie tak. Gdyby to ode mnie zależało, zgłosiłbym tego człowieka do grupy Monty Pythona! Byłoby przynajmniej otwarcie śmiesznie.

Na koniec powiem tak: obie powyższe osoby – a jest ich oczywiście znacznie więcej! – to produkty tzw. dobrej zmiany. Czy jest ona rzeczywiście taką? Oczywiście nie! Jest wręcz przeciwnie – jest zmiana koszmarną! Tyle tylko, że przy całym koszmarze obecnych rządów dostrzegam w tej sytuacji również widoczne plusy: przede wszystkim to, że już nie ma powrotu do tego, co było przed ostatnimi wyborami, czyli przed 2015 rokiem. Bo PiS skutecznie zraził do siebie prawie całą opozycję (oprócz Kukiza’15 naturalnie – tego idiotycznego bytu politycznego). A to nie bagatelka! Bo to oznacza, że stary zwyczaj poklepywania się po plecach tych wszystkich polityków z koziej dupy, puszczających porozumiewawcze oczko do przeciwników politycznych i mówiących: No tak, trochę przekombinowaliście, ale ogólnie jest nieźle. Teraz jednak czas na nas, skończył się! Mam nadzieję, że bezpowrotnie. I skończyło się również bazowanie na najuboższych, najmniej zarabiających, jako nie tyle jedynej, ile kluczowej sile dźwigającej wzrost gospodarczy tego kraju.

20.12.2018 r.
13:10, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 grudnia 2018

Do niniejszego wpisu skłonił mnie przyjaciel, który na moje zawarte tutaj kiedyś przemyślenia co do tego, że wszyscy ludzie są sobie równi, aż się żachnął i powiedział, że to jedynie mydlenie oczu i że taka właśnie poprawność polityczna doprowadziła do tego, co się właśnie dzieje w Europie. Czyli że ta zasada równości jest fatalna, bo tak naprawdę zgubna.

Niewykluczone że ma rację. Ja jednak odparłem mu, że nie pisałem, iż wszyscy ludzie są sobie równie, a jedynie, że powinni być równo traktowani; że powinni być wolni i z całą pewnością mieć takie same możliwości rozwoju. A to, że ludzie nigdy nie byli, nie są i nigdy nie będą sobie równi, to taki sam pewnik jak to, że w dzień nie świeci księżyc a w nocy słońce, i że to kobieta zachodzi w ciążę a nie mężczyzna. Dlatego dopóki tak będzie, nic się również i w tej omawianej przez nas kwestii nie zmieni.

Natomiast co do różnic pomiędzy ludźmi, to oczywiste, że one nigdy nie znikną. Chyba że, dziwnym zrządzeniem losu, stanie się tak, że wszyscy będą wyglądać identycznie, tzn. wszyscy będą mieli taki sam wzrost, wagę, kolor oczu, będą zawsze to samo i tyle samo jedli na śniadanie, obiad i kolację, tak samo będą się ubierali, i w ogóle będą mieli takie same pragnienia. Dopóki jednak jedni są grubi a drudzy chudzi; dopóki jedni są ambitni, a drudzy leniwi; dopóki jedni są inteligentni i wrażliwi, drudzy natomiast mniej lotni o wrażliwości jakiegoś gruboskórnego zwierzaka, itd., itp., to różnice pomiędzy nami będą występowały, bo tak po prostu wygląda nasz świat. Dlatego pytanie, jakie powinno się tutaj pojawić, brzmi raczej: czy ludzkie rasy są sobie równe, czy też nie?

Mój przyjaciel stwierdził, że to niczego nie zmienia w naszej dyskusji, bo nierówność ludzi wynika właśnie z nierówności rasowej! Na potwierdzenie prawdziwości swojej tezy podał przykład wspaniałej Europy i wybitną działalność białego człowieka!

Ja, oczywiście, stojąc na przeciwległym biegunie naszej dysputy, odparłem, że wszystko zależy od warunków w jakich się żyje. A za przykład podałem fakty z historii: cywilizację Sumerów czy Persów i pomniejszych, a żyjących w tamtych rejonach ludów; następnie dorzuciłem Egipcjan, Chińczyków, Majów, Azteków i Inków, a na koniec chlapnąłem coś jeszcze o Wyspie Wielkanocnej i ludzie, który w spadku pozostawił nam na niej ponad pięćset wielotonowych kamiennych postaci. Swoje spostrzeżenia podsumowałem następującą pointą: wszystkie wymienione cywilizacje na pewno nie należały do ludzi tak zwanej rasy białej!

Oczywiście, tak postawiona sprawa wykluczyła znalezienie wspólnego mianownika naszej rozmowy. A jak jeszcze do tej równości – nierówności rasowej dodałem równość płciową i że uważam, iż kobiety są od nas – mężczyzn, lepsze na wielu polach egzystencji, nasza dyskusja nie mogła zakończyć się jakimś wspólnym wnioskiem.

Koniec tego był taki, że kolega stwierdził, iż mówię tak, bo nie znam tego miodu: nie mam żony, tzn. nie mam kobiety na co dzień, nie posiadam dzieci i w ogóle nie wiem o czym mówię. Jak chcę to poznać, to on chętnie mi swoją żonę „odda”, ale pod jednym warunkiem: nie ma zwrotów w razie niezadowolenia czy rozczarowania którejkolwiek ze stron!

Nie można było tego inaczej skwitować jak śmiechem, więc się pośmialiśmy, a następnie rozstali, jak zwykle w dobrych nastrojach.

P.S.

Na marginesie tej rozmowy, co do kobiet i mężczyzn: tak naprawdę chętnie oddałbym rządy kobietom. Mężczyźni rządzą światem od tysięcy lat i nadal tkwimy, według mnie, w czarnej dupie. Może gdyby zaczęły rządzić nim niewiasty byłby on znośniejszy i bardziej sensowny? Może wtedy nie byłyby tak istotne militaria, a ważniejsze stałoby się po prostu nasze ISTNIENIE, hm?

16.12.2018 r.

05:58, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 grudnia 2018

Jako że dzisiaj rocznica stanu wojennego, pomyślałem sobie, że nie od parady będzie przytoczyć tutaj pewien epizod. Mój on czy nie mój, nieistotne, ważne, że związany jest on właśnie z MON-em.

                                    xxx

Na szczęście tak się wówczas złożyło, że na studia się nie dostałem i zapewne dlatego, żebym się nie nudził, upomniało się o mnie wojsko. Oczywiście jako zadeklarowany pacyfista, nigdy bym się sam nie zgłosił, więc znaleźli się tacy cwaniacy, którzy zadecydowali za mnie i wręczyli mi bilet do jednostki, niestety, tylko w jedną stronę. Na miejscu zastałem prawdziwy Sajgon: w momencie wcisnęli mnie w żołnierski przyodziewek, kazali zawinąć onuce, włożyć kamasze, mówiąc przy tym krótko i treściwie:

– Odmaszerować, żołnierzu! I nie opierdalać się, bo zostaniecie w tyle. A jak zostaniecie maruderem, to staniecie się ofermą kompanii i dostaniecie bęcki. Wiecie, co to są bęcki, co? No! To marsz. Lewa!... Lewa!...

Mimo że zaczynałem zgodnie z rozkazem, niemal zawsze krok mi się pieprzył. Jakbym od urodzenia miał dwie prawe nogi, albo dwie lewe. Więcej – zawsze byłem jakiś dziwny: kiedy szedłem, to jedna noga zostawała mi z tyle. Do dzisiaj zresztą tak mam. Nie wiem tylko, czy to przez wojsko, czy już wcześniej tak miałem. Czułem się, jakbym był w Danii.

– Klawo jak cholera! – powtórzyłbym za Duńczykiem z gangu Olsena.

                                   xxx

Jako że od przekroczenia przeze mnie bramy jednostki byłem nastawiony na jak najszybszy rozbrat z zielonym kolorem, robiłem wszystko co mogłem, żeby tak właśnie się stało. A że nie dysponowałem innymi środkami jak tylko słowa, więc zacząłem walczyć przy ich pomocy, krótko mówiąc – zacząłem łgać, jak najęty.

Najpierw pojawiła się informacja o rodzinie w Stanach Zjednoczonych, co w tamtym czasie nie było za dobrze widziane, więc po kilku godzinach pobytu w szkółce dla podoficerów zostałem wystrzelony z prędkością światła na kompanię dla przeciętnych szwejów, gdzie spokojnie czekałem na dalszy rozwój wypadków. Jako że nieźle mi poszło przy wpisowym, więc postanowiłem kontynuować gierkę z MON-em. Po każdym spotkaniu z politycznym oficerem rozkręcałem się coraz bardziej. Aż w końcu zdecydowałem się wspomnieć o bracie, który jest jakoby zawodowym żołnierzem w amerykańskim wojsku i o kilku nieszkodliwych pierdołach, których i tak nie mogli sprawdzić. Niestety, bardzo szybko się okazało, że przedobrzyłem: zaproponowali mi współpracę w zamian za częstsze urlopy. Oczywiście odmówiłem. Nawet nie dlatego, że nic nie chciałem powiedzieć, po prostu nic nie miałem do powiedzenia, oprócz tego, co już zmyśliłem.

Wkrótce miało się okazać, że zdecydowanie przeszarżowałem: porucznik, z którym rozmawiałem, porządnie się wkurwił i kazał mi wypierdalać z pokoju. Wyszedłem i czekałem na swojego przełożonego. Serce miałem w gardle, a w gaciach jedynie kupę strachu. Innymi słowy – usrany byłem po pachy. Na zewnątrz jednak zachowywałem niezmącony spokój pokerzysty. W drodze powrotnej dowódca mojej kompanii poinformował mnie, że narozrabiałem i będziemy musieli się rozstać.

– To znaczy? – zapytałem zaskoczony.

– Zostaniesz przeniesiony do innej jednostki.

Nic nie odpowiedziałem. Czułem, że kupy w gaciach przybywa w zastraszającym tempie, jakbym się nagle znalazł na polu minowym. Okazało się że trop, którym chciałem podążać, zaprowadził mnie do jednostki w Łodzi, która pełniła niezwykle chwalebną służbę dla dobra ojczyzny: jej żołnierze wymieniali podkłady kolejowe na torach! Tym bowiem zajmowała się tak zwana Ochrona Terytorialna Kraju, w skrócie OTK-a. Brzmiało oczywiście dumnie, tyle tylko, że jednostka ta tyle miała wspólnego z ochroną, co ja – jak zawsze twierdziłem – z carską ochraną. Krótko mówiąc – odłożone studia w cywilu zacząłem realizować w wojsku. Od tego momentu pomarańczowy kolor był moim znakiem rozpoznawczym.

Cóż, widać takie studia, jakie zdolności.

                                    xxx

Gdy dzisiaj o tym myślę właśnie to jedno przychodzi mi do głowy: że życie jest zaskakujące! Ale nie jak pudełko czekoladek, o którym mówi nierozgarnięty Forest Gump, jest dziwne, ponieważ o ile w tamtym czasie za moje koligacje rodzinne z Ameryką miałem przesrane, o tyle dzisiaj takie same powiązania byłyby powodem do dumy! W ten oto sposób państwa, w których przychodzi nam żyć z wyboru losu, reżyserują nam naszą egzystencję, nie pytając nas przy tym oczywiście o zdanie. Krótko mówiąc – jakby na to nie spojrzeć jedno wydaje się pewne: biednemu statyście zawsze wiatr i deszcz w oczy, nawet w słoneczny dzień.

Zaprawdę – dziwny jest ten świat!

13.12.2018 r.

13:01, adelmelua
Link Komentarze (5) »
niedziela, 09 grudnia 2018

Każda zamknięta społeczność, mniejsze czy też większe grupy ludzi, odseparowane od tzw. większości, zamknięte w swoim hermetycznym świecie, mają to do siebie, że z czasem aberrują, tzn. w ich obrębie dochodzi do odstających od normy zachowań. A jeszcze ściślej – dochodzi w nich do różnego rodzaju wynaturzeń. Tak się dzieje w więzieniach, gdzie warunki odosobnienia tworzą specyficzną subkulturę; podobnie jest w różnego rodzaju ośrodkach odosobnienia np. leczniczego, wychowawczego; tak się dzieje również, co prawda na mniejszą skalę ale zawsze, w wojsku, czy wreszcie w takiej instytucji jak Kościół.

O ile w wielu z wyżej wymienionych ośrodków zachowania negatywne stają się z czasem normą, o tyle w łonie Kościoła, z racji swojego powołania i nauczania, są i pozostaną one na zawsze sprzeczne z ideą ich powołania. Osobnicy w sutannach bowiem będąc, w pewien umowny oczywiście sposób, pośredniakami pomiędzy nami, zwykłymi zjadaczami chleba, a Siłą Stwórczą (Bogiem?), powinni być krystalicznie wręcz moralnie czyści!

Można by się w tym miejscu zastanowić, dlaczego tak się dzieje że nie są, dlaczego ludzie ci obdarzeni a priori naszym zaufaniem, nadwyrężają je, postępując nierzadko podle i niegodziwie? Powiem więcej: dlaczego tak się właśnie dzieje, pomimo ich wiedzy pochodzącej z Nowego i Starego Testamentu?! Myślę, ba – jestem pewien, że odpowiedź jest zaskakująco wręcz prosta: właśnie dlatego że znają zawartość Biblii, postępują tak a nie inaczej! Mają bowiem świadomość iż to, co się w niej znajduje, ale też, dlaczego się w nie znalazło, jest jedną wielką ściemą! I właśnie ta wiedza niejako wyzwala w nich zgodę na nierząd, grzech i postępowanie nierzadko bez najmniejszych skrupułów w celu zaspokojenia swoich fizyczno-ekonomicznych żądz.

Dawniej takie wypadki, z reguły pojedyncze, nienagłaśniane, a wręcz wyciszane, przechodziły w zasadzie bez echa, albo też, ze względu na mniejszą skuteczność (obiegową powolność) informacji, bez jakichkolwiek większych konsekwencji. Dzisiaj świat wygląda diametralnie inaczej niż jeszcze ćwierć wieku temu, więc i w tym zakresie odbiór nieprawidłowości w łonie Kościoła również się zmienił. Dzisiaj informacja płynie w zasadzie z prędkością światła, więc o tym, co zrobił złego jeden, piąty, setny ksiądz, czy jakiś zespół zakonnic prowadzący jakiś ośrodek wychowawczy, wiemy właściwie już następnego dnia! A gdy dodamy do tego jeszcze uporczywe unikanie odpowiedzialności za swoich kapłanów, za ich niegodziwe czyny, nic dziwnego, że ludzie odwracają się od tej zbudowanej na kłamstwie wielowiekowej instytucji. I nie wynika to oczywiście z racji ich wiedzy na temat roli Stwórcy w dziele stworzenia świata, pochodzącej choćby z pogłębionej wiedzy Biblii, ich izolowanie się od Kościoła zasadza się raczej na odrzuceniu tej instytucji w wyniku braku bojaźni przed niewiadomą po naszej śmierci  bojaźni, jaka charakteryzowała jeszcze naszych dziadków, rodziców, czy w ogóle wcześniejsze pokolenia.

I ament. Oczywiście w paździerzu. Czy może szybciej z paździerza.

 09.12.2018 r.

10:27, adelmelua
Link Komentarze (2) »
piątek, 07 grudnia 2018

Co ten powyższy skrót oznacza? Oczywiście Solidarną Polskę, której założycielem był pan Zbiszek, a z której w ostatnim czasie wystąpił Patryk Jaki, niedoszły prezydent Warszawy.

Kim jest pan Zbiszek, chyba wszyscy wiedzą, więc nie będę tłumaczył. Powiem tylko, że dopóki żyje poseł Kłamczyński, pan Zbiszek będzie się liczył w polityce o tyle, o ile będzie jedynie posłusznym wykonawcą planu swego plenipotenta. Aż w pewnym momencie stanie się dla niego bezużyteczny i zostanie „odstrzelony”. I tak zakończy się polityczny żywot pana Zbiszka. Chyba że z niebytu wyciągnie go człowiek od cudów, czyli capo di tutti capi z Torunia, dla niewielu ksiądz, dla większości zwykły biznesmen w sutannie, pan Rydzyk. A jeżeli owo wyciągniecie z niebytu zbiegnie się z jakąś dużą słabością (polityczną, zdrowotną) posła Kłamczyńskiego, wówczas pan Zbiszek znów nabierze politycznego znaczenia. I to bez względu na to, czy rzeczony wyżej redemptorysta będzie współtwórcą jakiegoś nowego ruchu politycznego, czy też nie.

Inaczej natomiast przedstawia się sprawa z panem P. Jakim. Ten, oczywiście, w pewnym momencie wstąpi do PiS-u i odwrotnie proporcjonalnie do pana Zbiszka, dopóki będzie żył prezes Kłamczyński, będzie miał szanse na polityczne pobłyskiwanie. Ale też oczywiście do czasu. Tak bowiem mają ludzie, który są wykorzystywani przez większych graczy do ich własnych celów politycznych.

Czy obu panów z SP coś różni? Nieważne, istotne, jak ich postrzega poseł Kłamczyński. A tutaj obaj panowie już się różnią. I to znacznie. Bo o ile po ostatnich wyborach na prezydenta stolicy, które Patryk Jaki przegrał z R. Trzaskowskim, prezes może być nieco rozczarowany – jak w ogóle takie odczucie może mu towarzyszyć po całych wyborach, szczególnie przy tak potężnych środkach pochodzących z budżetu państwa, jakie zaangażowano – o tyle pan Zbiszek zawiódł go parę lat temu inaczej i znacznie boleśniej, gdy wbił mu niejako nóż w plecy, odchodząc z partii i zakładając własne ugrupowanie polityczne. Właśnie Solidarną Polskę. A takich rzeczy pan Kłamczyński nie zapomina. Nigdy! I nikomu! Więc myślę, że za ten ruch z przeszłości przyjdzie mu kiedyś, wcześniej cz później zapłacić.

Na razie działają razem. Pan Kłamczyński wykorzystuje pana Zbiszka, a pan Zbiszek jest zadowolony, bo jest niejako w swoim żywiole: łamie prawo i ściga tych wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób mogą zagrozić rządom jedynie słusznej partii – Prawu i Sprawiedliwości.

W tym kontekście nie powinno też szczególnie nikogo dziwić, że po ostatnich wyborach samorządowych mamy do czynienia co i rusz z przekupywaniem ludzi w tzw. terenie, z reguły niezrzeszonych, którzy stali się w tym momencie niezwykle cennym języczkiem u wagi. Na Śląsku był, co prawda, jeden poseł zrzeszony, pan Kałuża z Nowoczesnej, jednak, mimo dużej krytyki, jaką wcześniej obdarzał PiS, wszedł z nią w koalicję, przeciągając większość w sejmiku na rzecz Prawa i Sprawiedliwości. Dlaczego? Z pewnością nie chodziło o stanowisko i pieniądze z tym związane, bo te miałby, koniec końców, również i na innym stanowisku zagwarantowanym przez Koalicję Obywatelską. Rzecz prawdopodobnie dotyczyć musiała czegoś zupełnie innego. A że PiS nie cofnie się przed niczym, żeby tylko sięgnąć po władzę, więc podejrzewam, że w grę musiało wchodzić coś tak paskudnego, jak szantaż.

Oczywiście, można grać nieuczciwie, sięgać po najpodlejsze zagrywki po to, żeby osiągnąć swój cel, tyle tylko – i tego jestem pewien – że: kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Prawo i Sprawiedliwość również od cięcia takim narzędziem padnie. Pytanie tylko: kiedy i kto ostatecznie zada ów śmiertelny cios. A może ono samo zada je sobie? W końcu tradycji powinno stać się zadość: honor nakazuje popełnić sepuku. Tylko kto z tych papierowych patriotów gotów jest zachować się honorowo? Pan Czarnecki? (śmiech) Pan Antoni? (jeszcze większy śmiech) A może pani Pawłowicz czy pan Piotrowicz?

– Panowie, dajcie spokój, cały kosmos pęka ze śmiechu! A to, uprzedzam, może mieć niezwykle groźne konsekwencje dla niego.

07.12.2018 r.

08:23, adelmelua
Link Komentarze (1) »
sobota, 01 grudnia 2018

1. Czytam i oczom nie wierzę, a właściwie wierzę, bo obserwuję to od dawna, tylko jakoś zawsze staram się szukać jakiegoś, choćby i pokrętnego usprawiedliwienia. Dzisiaj jednak, gdy o tym przeczytałem, pomyślałem, że nie ma się co dalej oszukiwać, należy spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć: antysemityzm został przez wielu z nas wyssany, niestety, z mlekiem matki. A oto tego konsekwencje.

W Opolu ktoś dokonał zniszczeń na cmentarzu żydowskim. Nie muzułmańskim, prawosławnym, katolickim czy, cholera, choćby celtyckim – gdyby się taki naturalnie uchował – a właśnie żydowskim! Kto się dopuścił tego czynu? Jak się okazało – dwóch 12-letnich chłopaczków oraz ich 13-letnia kumpela. Dlaczego to zrobili? Tłumaczyli, że dla zabawy. Czyli zgrywy. Tyle tylko, że nie zrobili tego na cmentarzu należącym do innej religii, a właśnie na żydowskim! Jakby ten cmentarz był szczególnie podatny na tego typu „żarciki”. Pytanie zatem, jakie musi się tutaj pojawić, brzmi: dlaczego właśnie na nim?

Odpowiedź, podobnie jak i pytanie, jest również krótka i niezwykle prosta: antysemityzm, ten nieuświadomiony, zbudowany na niechęci, czy to do Żydów jako narodu, czy też w odniesieniu do tej grupy społecznej żyjącej w jakimś kraju, jest wyssany niejako z mlekiem matki. A dokonuje się ten proces poprzez skuteczną filtrację tego mleka przez ojca, czy też środowiska, w jakim dany dzieciak żyje i dorasta.

Żeby jednak nie kończyć tego wpisu zbyt przygnębiająco, przytoczę scenkę, która powinna trafić do tych ludzi, którzy nie powinni mieć dzieci, bo nie potrafią ich wychowywać.

– Ma pani dzieci?

– Oczywiście!

– Dużo?

– Hm?

– Pytałam, czy dużo ma pani dzieci?

– Dwójkę. Dwa małe pieski.

– Ale ja pytałam o dzieci.

– Właśnie mówię. To ratlerek i york. Są urocze!

Gdy mam do czynienia z takimi sytuacjami jak wyżej, dochodzę do przekonania, że rzeczywiście lepiej by było, gdyby niektórzy ludzie mieli psy na wychowaniu, niż właśnie dzieci. Może z nimi poradziliby sobie lepiej. W końcu im trzeba poświęcać znacznie mniej czasu i szczekają na wszystkich jak leci, bez rozróżniania koloru skóry, przynależności narodowej, światopoglądu itd., itp.

2. Ostatnio człowieczak pełniący obowiązki prezydenta w okresie przejściowym, czyli w okresie polskiej smuty trwającej już trzy lata i mającej się zakończyć dopiero, niestety, za dwa, wyskoczył jak Filip z konopi i rzucił w przestrzeń publiczną, że Polska – rzeczywiście cała? Bo ja z pewnością nie! – jest jakoby zainteresowana utrzymywaniem stałej amerykańskiej bazy wojskowej na naszym terytorium, co ma kosztować polskiego podatnika co najmniej dwa miliardy złotych! A żeby zyskać przychylność dla tej propozycji drugiego takiego jak on, czyli kumpla po fachu, tyle że amerykańskiego, obiecał, że owa baza nosiłaby imię – TRUMP, dokładnie: Fort Trump! Ja bym to nazwał nawet: Trump Camp – Camp Trump!! Albo: Camper  Trumper! Jeszcze ładniej się rymuje.

Czy to dobry pomysł? Powiem, że co najmniej dziwaczny! Ale cóż, jaki człowieczak, takie i pomysły; takie pomysły, jacy jego doradcy, słowem – jedzie lipą na odległość! Po prostu niektórzy nigdy nie wyrastają z opowieści o Dzikim Zachodzie. Nasz Dyzio, jak widać, również z nich nie wyrósł. Nadal lubi się bawić w kowboja, co ma niezłego boja

3. Na koniec ze swojskiego podwórka :

Matka: Ustatkowałbyś się wreszcie, synu. Ożeniłbyś się, miał fajną żonę, dzieciaczki…

Syn: Wiesz, mamo, może i bym to zrobił, tylko jedna rzecz mi na to nie pozwala.

Matka: Nie rozumiem. Przecież niczego ci nie brakuje. Jesteś zdrowy, silny, masz dwie ręce, dwie nogi, dobrą pracę też masz…

Syn: Nie o to chodzi.

Matka: Więc o co?

Syn: Boję się nocy poślubnej.

 01.12.2018 r.

12:05, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl