RSS
sobota, 31 grudnia 2016

Nie pamiętam ile, ale już kilka razy pisałem, iż przewiduję następne wybory przed upływem kadencji tego sejmu. Dzisiaj wiele wskazuje na to, że tak się może stać i te moje przewidywania w tym zakresie mogą się spełnić. Tyle tylko, że im więcej takich prognostyków na horyzoncie, tym więcej z kolei pojawia się u mnie wątpliwości. A to dlatego iż uważam, że dzisiaj PiS i jego prezes nie są jeszcze gotowi na wcześniejsze wybory! A nie są, ponieważ nie zrujnowali jeszcze tego wszystkiego, co sobie zaplanowali zrównać z ziemią i nie powsadzali swoich ludzi tam, gdzie powinni poumieszczać, żeby rządzić nam długo i „szczęśliwie”. Krótko mówiąc chodzi o to, że wizja przyspieszonych wyborów niewątpliwie jest pociągająca, szczególnie dla opozycji, jednak z drugiej strony, przy ubezwłasnowolnieniu Trybunału Konstytucyjnego nie ma już takiej presji ze strony rządzących, by do nich dążyć za wszelka cenę. Bowiem za pomocą ustaw sejmowych będą mogli teraz próbować zmienić na tyle naszą rzeczywistość, iż większość sejmowa nie będzie im ani potrzebna, ani niezbędna do zmiany konstytucji.

Na szczęście, im dalej w las w tym przypadku, im dłużej Prawo i Sprawiedliwość będzie się utrzymywać u władzy, tym gorzej dla tego ugrupowania, innymi słowy rzecz ujmując – czas działa na ich niekorzyść! A to dlatego, że cechy charakterologiczne pana Kłamczyńskiego – zawiść, małostkowość, zawziętość, upór, chęć ustawicznej konfrontacji, permanentne pragnienie szukania i wskazywania wroga, zaściankowość myślenia, a także różnego rodzaju fobie i kompleksy – nie pozwalają na normalne funkcjonowanie tej partii. A że ów człowieczak niezmiernie mocno ciąży na obliczu tej partii, więc tym samym jestem pewien, iż najbliższe wybory PiS przerżnie, i to z kretesem! Należy tylko dać panu Prezesowi czas na jego show, żeby zrujnował to wszystko, co zostało zbudowane do tej pory przez poprzedników, a także, co udało się również stworzyć jego ugrupowaniu.

Dzisiaj pan Kłamczyński święci polityczny triumf. Nie tyle osiągnięty dzięki swojej genialnej strategii, co prawda, ile bardziej dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, niemniej to jednak zawsze triumf. Prawda bowiem jest taka, że to bufonada jednych i głupota drugich przywiodła Prawo i Sprawiedliwość do zwycięstwa wyborczego, za co dziś płacimy wszyscy. Ale że nic nie dzieje się bez przyczyny, więc i tutaj, po odrobieniu lekcji z  zasad demokracji, jestem pewien, że w dłuższej perspektywie czasowej zyskamy i wyjdziemy z tego zamachu na Trybunał Konstytucyjny i nasze demokratyczne prawa obywatelskie, wzmocnieni, znacznie silniejsi! I mądrzejsi! Mądrzejsi o wiedzę swoich błędów, a także bogatsi w niezbędną refleksję z tego przygnębiającego doświadczenia.

Dlatego tym optymistycznym akcentem zakończę dzisiejszy wpis, życząc wszystkim Rodakom i Rodaczkom dobrego, pomyślnego Nowego Roku 2017! Niechaj obfituje on Wam w ze wszech miar pozytywne wydarzenia tak w indywidualnym, jak i zbiorowym życiu. Niech Wam się wiedzie!J

31.12.2016 r.

12:09, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 grudnia 2016

Nie chcę nikogo przekonywać, że jestem alfą i omegą i wiem najlepiej, co zrobić, jaką drogę wybrać, żeby była ona dla wszystkich najlepsza. Nie wiem tego tak samo, jak i tego, która droga życiowa mogłaby być najlepszą dla mnie. Niemniej jednego jestem pewien: biorąc to wszystko pod uwagę, co napisałem przedwczoraj, uważam, że aby uzdrowić dotychczasową chorą sytuację polityczną w jakiej tkwimy od lat, należy dokonać niezbędnych zmian w dotychczasowym systemie wyborczym.

Myślę, że przede wszystkim należy dokonać jej modyfikacji poprzez likwidację partii politycznych w takim kształcie, w jakim funkcjonują dzisiaj; ich miejsce powinny zająć różnego rodzaju związki, stowarzyszenia, zrzeszenia, samorządy, czy ruchy społeczne, które spośród siebie wybiorą swoich przedstawicieli i desygnują ich do wyborów, zarówno niższego, lokalnego szczebla, jak również i szczebla ogólnokrajowego, gdzie przejmą funkcje dotychczasowych polityków. System partyjny bowiem w takim kształcie, z jakim mamy do czynienia dzisiaj, zwyczajnie przeżył się, ulegając po drodze niebezpiecznej degeneracji. Stało się tak, ponieważ ludzi związanych z różnego rodzaju partiami tak naprawdę nie interesuje dzisiaj ogół obywateli, dobro całego społeczeństwa, ich interesuje przede wszystkim partia, a poprzez nią swój własny, prywatny biznes! To dzisiaj nimi tak naprawdę kieruje! Wszystkie one bowiem, bez wyjątku, w takim systemie, w jakim funkcjonują obecnie, to nic innego, jak plemienny kolektyw, budujący tożsamość swoich członków, który ich określa, jednoczy i wyznacza tylko dla nich intratne cele działania!

Oprócz likwidacji działalności partii w takim kształcie, w jakim funkcjonują one dotychczas, pozostaje jeszcze jedna ważna tutaj kwestia: my i nasz wybór.

Jako że nie wszyscy, jak napisałem wcześniej, jesteśmy geniuszami intelektu, a chcemy przecież głosować, zachowując zasady państwa demokratycznego, powinniśmy zacząć bazować nie tyle na nabyciu praw wyborczych przez człowieka, który ledwie co kończy osiemnaście lat, ale winniśmy przede wszystkim bazować w tym momencie na ludzkim doświadczeniu! Więcej – w trakcie nauki a potem w pracy, powinny być wprowadzone testy mierzące poziom naszej wiedzy i inteligencji, który po przekroczeniu np. 30 lat uprawniałby do głosowania. Myślę, że ten właśnie wiek jest optymalny, na tej samej zresztą zasadzie, która obowiązuje przy kandydowaniu na urząd prezydenta państwa, gdzie trzeba mieć ukończone 35 lat. Skoro więc tutaj zbyt młody wiek jest ograniczeniem, więc dlaczego nie miałby być również takim ogranicznikiem w kwestii naszych parlamentarnych wyborów?

Oczywiście, doskonale zdaję sobie sprawę, że takie podejście do tematu wyborów, gdyby kiedyś naprawdę zostało urzeczywistnione, mogłoby wywołać szok i fale oburzenia i krytyki. Myślę jednak, że gdyby pierwsze emocje opadły, przyszłoby otrzeźwienie i dostrzeżenie jednak w tej propozycji czegoś więcej, niż tylko chęć wywołania skandalu. W końcu niby dlaczego ktoś młody, bez doświadczenia życiowego, albo ktoś starszy, ale posiadający iloraz inteligencji na poziomie piętnastolatka, z zanikami pamięci, nierzadko zdziecinniały, miałby decydować o losie całego społeczeństwa? Jeżeli demokracja do poprawki – a jest do poprawki, jak widzimy! – to dlaczego nie pójść właśnie tą drogą? Osobiście nie życzę sobie, aby o moim i losie państwa w którym żyję, decydował ktoś, kto nie tylko nie zna życia, ale też za bardzo nie grzeszy rozumem (sam też będę kiedyś stary – jeżeli dożyję – więc i siebie w tym gronie również dostrzegam), a tym samym daje się omamić czczym i populistycznym obietnicom różnej maści cwaniaków politycznych. Nie godzę się na taką demokrację! Chcę zmiany! Wręcz się jej domagam! Wiek i związane z tym doświadczenie życiowe, a także jakiś minimalny chociaż poziom inteligencji, to jest, myślę, jakaś gwarancja prawidłowego funkcjonowania demokracji!

Na koniec dodałbym tutaj jeszcze jedną rzecz: myślę, że należałoby zmienić zasady funkcjonowania polityków poprzez wprowadzenie do naszego życia demokracji bezpośredniej, tzn. dobrze by było móc odwołać danego polityka ze swojej funkcji w trakcie jego kadencji, gdyby ten sprzeniewierzył się swoim wyborcom i jawnie wystąpił brew ich interesom. Może to w jakiś sposób okiełznałoby ich totalne rozpasanie.

Tyle.

29.12.2016 r.

10:32, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 grudnia 2016

Jeżeli chodzi o system sprawowania rządów to to, co pewne, to fakt, że od czasów starożytnej Grecji nie wymyślono niczego lepszego niż demokracja. Dzięki niej bowiem możemy czuć się istotni – przynajmniej w dniu wyboru politycznego, jakiego dokonujemy przy urnie wyborczej. W tym właśnie dniu możemy czuć się potrzebni i mieć poczucie, że coś od nas zależy, że nasz los jest niejako w naszych rękach! Tylko czy tak rzeczywiście jest?

Niestety, takie myślenie jest niezmiernie złudne, bo tak naprawdę nic od nas nie zależy i na nic nie mamy wpływu. Dzieje się tak, ponieważ nasz wpływ na kandydata, na którego właśnie oddaliśmy swój głos, jest żaden. Od momentu bowiem, gdy tylko ten znajdzie się w parlamencie, dzięki zresztą naszym głosom, jest już niejako pozamiatane, tzn. od tej chwili staje się on nie tyle naszym przedstawicielem w sejmie czy senacie, ile bardziej członkiem swojej partii. To jej cele realizuje, to ze swoim partyjnym szefem musi się liczyć – nie z nami, którzy go wybrali! Tak bowiem działa, nie tylko u nas zresztą, system wyborczy, który P. Kukiz zwykł określać jako partiokracja. Dlatego pytanie, jakie należy w tym miejscu postawić, brzmi: Czy nasz wybór w takim dniu jest wyborem właściwym, jest rozwiązaniem najlepszym z możliwych, bez wad, i czy tak rzeczywiście powinien wyglądać nasz wyborczy system?

Naturalnie, gdyby każdy wyborca był politycznie wyrobiony, gdyby był w pełni świadomy wagi swojego głosu, gdyby właściwie odczytywał zarówno słowa, jak i intencje polityków, gdyby je rzetelnie analizował i poddawał rzeczowej krytyce, to wybór takiego wyborcy mógłby być ze wszech miar rzetelny i uzasadniony – nawet wtedy, gdyby jego głos, obiektywnie rzecz ujmując, został oddany na kandydata słabszego od swojego rywala. Niestety, z reguły dzieje się inaczej – większość wyborców nie spełnia powyższych kryteriów, więc i ich wybór pozostaje bardzo łatwy do podważenia. Z wyborami bowiem jest tak, jak z muchami: to, że miliardy ich jedzą gówna, nie znaczy wcale, że mają rację!

Niestety, nie wszyscy rozumieją politykę, jej mechanizmy, jak i również samych polityków – tym bardziej, że jesteśmy skazani wybierać z tego, co jest, a jest, jak wiadomo, nie za bogato; nie wszyscy właściwie odczytują scenę polityczną i są świadomi zagrożeń, jakie wiążą się z ich wyborem; nie każdy w końcu jest profesorem Oxfordu, Cambridge czy Harwardu, więc nie każdy tym samym dysponuje odpowiednią wiedzą czy inteligencją, żeby trafnie odczytać intencje i zamiary polityków, i mieć pewność, że jego wybór będzie należał do najlepszych z możliwych. Krótko mówiąc chodzi o to, że nie wszyscy są sobie równi! Tym bardziej, że równo, nie znaczy sprawiedliwie – jak już ktoś zdążył kiedyś słusznie zauważyć. Dlatego należy w tym miejscu zapytać: Jeżeli nie taki wybór, dokonywany przez każdego z nas w dniu wyborów powszechnych w dotychczasowym systemie, to co w zamian? Czy w ogóle jest coś w zamian?

P.S.

Następnym razem spróbuję znaleźć odpowiedź na powyższe pytanie.

27.12.2016 r.

10:38, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 grudnia 2016

Dziewiątego grudnia 1990 roku opisałem pewien epizodzik. Co prawda nie byłem obecny przy jego dzianiu się, niemniej otrzymując przekaz z tzw. drugiej ręki, niezwykle łatwo przyszło mi ową sytuację sobie wyobrazić. Myślę, że ci, którzy będą niniejszy tekst czytać, również nie będą mieli z tym większych problemów. Zatem:

Współczesny Mesjasz

Od dziewięciu już godzin był w drodze i był potwornie zmęczony. Ale nie czas w niej spędzony przygnębiał go i odbierał siły, dużo bardziej bolesna i rozczarowująca była jego porażka. Nikogo nie pozyskał dla swojej idei, więc tak rozumiał i przyjmował efekt swojej pracy – właśnie jako porażkę. Czuł żal i rozgoryczenie, a tym było ono większe, im więcej musiał zamykać za sobą drzwi. Chociaż, z drugiej strony, to i tak dobrze, że mógł je zamknąć. W końcu więcej było takich, którzy w ogóle nie pozwalali mu na przekroczenie progu swojego domostwa. I albo wtedy bezskutecznie produkował się przed na wpół otwartymi drzwiami, co zresztą przeczuwał już podskórnie zanim otworzył usta, albo w ogóle nic nie mówił, bo nie było do kogo – nikt nie chciał go słuchać. A drzwi dzisiaj, zamkniętych przed jego słowem, przed dobrą nowiną jaką głosił, było niemało. Dlatego do zmęczenia drogą, dołączyły również frustracja i rozgoryczenie. Miał wszystkiego dosyć i pragnął tylko jednego: odpoczynku. Więc gdy zamajaczyły przed nim, w wieczornym świetle przydrożnych latarni drzwi miejsca, które dobrze znał, postanowił wejść i…

Wnętrze nie było duże, ale wypełnione ludźmi po brzegi – chociaż tak naprawdę nie było ich znowu tak wielu. W powietrzu unosił się zwykły rybi zapach, jak we wszystkich tego typu miejscach, gdzie sprzedaje się taki właśnie towar. Panował niezbyt głośny gwar. Prawdopodobnie atmosfera świąt usposobiła wszystkich nostalgicznie i równie skutecznie wyciszyła. Po chwili w ów panujący we wnętrzu klimat, pełen filozoficznej zadumy, wdarł się niczym intruz głos przybysza:

– Pokój temu do… – Nie dokończył, błyskawicznie się zreflektował i rozpoczął raz jeszcze: – Pokój temu pomieszczeniu. Oczywiście że pomieszczeniu. No przecież. Zatem, dobrzy ludzie, szczęść Boże!

Rozległ się szmer, lecz nikt mu nie odpowiedział. Nieufność tych ludzi wypisana była na ich twarzach. Nieznajomy uważnie je zlustrował, po czym rzekł:

– Wigilia jutro, a wy drogi swojej nie widzicie i prawdy nie znacie, bracia moi.

Zebrani w pomieszczeniu ludzie spojrzeli na siebie zdziwieni, ale nadal żaden z nich nic nie powiedział. Zapewne dlatego nieznajomy, nie zrażony ciszą, ciągnął dalej:

– Kawał dziś drogi pokonałem, żeby tu do was dotrzeć. I powiem wam, że warto, bo słowo, z którym przybywam, objawi wam właściwą drogę. Powiadam wam zatem – porzućcie sieci wasze i domostwa swoje, i pójdźcie za mną, a żołądki wasze nigdy puste nie będą i domy wasze tam będą, gdzie i wy staniecie. Wynijdźcie na drogę pokory i prawdy jedynej, bo objawionej. Nadszedł najwyższy czas, żeby przestać błądzić!

Umilkł. Przez chwilę jakby się wahał, zbierając myśli, ale akurat tyle czasu wystarczyło zebranym tam ludziom, żeby otrząsnąć się z konsternacji, jaka nimi niespodziewanie zawładnęła podczas jego przemowy. W momencie, gdy znowu chciał zabrać głos, podzielić się ze wszystkimi tą jedyną objawioną prawdą, dwóch rosłych, silnych mężczyzn, zostawiwszy na ladzie swoje siatki, wyszło z kolejki, ujęli energicznie nieznajomego pod pachy i wyprowadzili na zewnątrz sklepu, zrzucając go prosto w nieprzerwanie rosnącą od czterech godzin kołdrę śniegu. Legł w niej bezwładnie, jak pijany u płotu.

Leżał w niej jakiś czas nieruchomo, następnie wstał, otrzepał się z drobin skrzącego się śniegu, spojrzał z nieskrywanym wyrzutem raz jeszcze na ów rybny sklep, gdzie tak niegodziwie go potraktowano, po czym mrucząc coś niezrozumiale pod nosem, powędrował w zbliżającą się coraz szybciej i wyraźniej ciemność nocy, nie wiedzieć dokąd i  po co.

P.S.

Gdyby ktoś był zainteresowany wszystkimi moimi opowiadaniami, zapraszam na: www.jczaplinski.pl

24.12.2016 r.

13:55, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 grudnia 2016

Jako że zbliża się koniec roku, pewne rzeczy są zamykane samoistnie, inne przy naszej lub czyjejś pomocy, więc  i u mnie również nie dzieje się inaczej. Powiem więcej – właśnie dzisiaj uświadomiłem sobie, że niektóre sprawy zostały zamknięte dużo wcześniej niż wczoraj. A oto jedna z nich.

Ona: Myślałam o tobie.

Ja: Też mi nowina. To raczej norma.

Ona: Słucham?

Ja: Norma. Ja codziennie jestem zmuszony o sobie myśleć.

Ona: Jak zwykle ironizujesz. Ja naprawdę o tobie myślałam. Może to przez sen. Pomyślałam nawet, że nie żyjesz.

Ja: Przykro mi, że cię rozczarowałem.

Ona: Och, daj spokój, od razu rozczarowałeś. A żyj sobie i bądź zdrów, mój drogi – nic do ciebie nie mam. Już nic nie mam. Było – minęło. Chociaż, przyznaję, byłeś szubrawcem i dopiekłeś mi do żywego. Aż chciałam twojej śmierci. Modliłam się nawet o nią. Ale mi przeszło.

Ja: Dzięki za twoją wielkoduszność! Zawsze byłaś dla mnie wyrozumiała. Szkoda tylko, że nigdy nie zdołam ci się odwdzięczyć.

Ona: Nie kpij.

Ja: Seryjnie mówię. Jak bum cyk-cyk!

Ona: (ze śmiechem) Wariat! Nic się nie zmieniłeś.

Po chwili.

Ja: A tak poważnie, to co u ciebie? Wreszcie szczęśliwa?

Milczenie.

No, powiedz. Pochwal się swoim szczęściem.

Ona: O co ci chodzi?

Ja: O nic. Chciałbym wiedzieć tylko, czy było warto.

Ona: Odejść od ciebie?

Ja: Uhm.

                                    Milczenie.

Więc jest aż tak dobrze.

Ona: Wiesz, jakby ci to powiedzieć… Nie jest źle. Chociaż…

Ja: Chociaż zawsze mogłoby być lepiej.

Ona: Właśnie.

Ja: Zapewne. Rzecz tylko w tym, że lepiej to już było.

Ona: Z tobą?

Ja: Niekoniecznie. Tak ogólnie mówię.

Ona: Tak ogólnie.

Ja: Uhm. Tak ogólnie.

Postaliśmy jeszcze trochę, powspominaliśmy – jej odlotowe orgazmy, moje również, łącznie z tymi udawanymi, i rozstaliśmy się. Tym razem jednak to rozstanie, w odróżnieniu od tamtego sprzed lat, jakoś dziwnie mnie nie bolało. Nic a nic! Myślę, że to dobrze wróży, to musi dobrze wróżyć na Nowy 2017 Rok!

– Ahoj, przygodo! To ja, twoje nieślubne dziecię. Uważaj, nadchodzę!

23.12.2016 r.

10:01, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 grudnia 2016

I, niestety, doszło do tego, że p.o. prezydenta A. Dudę oraz p.o. premiera B. Szydło postrzegam i traktuję podobnie jak bezwartościowe reklamy, czyli wyłączam je, kiedy tylko widzę w TV. Ewentualnie pozbawiam je jedynie fonii. Dzieje się tak, ponieważ zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku informacje przekazywane prze te osoby są tak naprawdę nieistotne, a na dodatek zawsze spóźnione, bo z drugiej ręki. Pierwszą, jak wiadomo, jest gromowładny Zeus polskiej sceny politycznej – prezes Kłamczyńśki. Ponoć już naczelnik państwa!

To, że jestem bezkrytycznym wielbicielem tego człowieczaka, to pewnik, co do którego, mam nadzieję, nie muszę nikogo przekonywać. Dzieje się tak, ponieważ, jak powszechnie wiadomo, miłość jest ślepa. Więc czego by pan Prezes nie zrobił, jakiego numeru by nie wykręcił, i tak pozostanę jego zwolennikiem. I to do grobowej deski. Jego deski!, naturalnie.

Po walce z nauczycielami; po wytoczeniu dział ideologicznych przeciwko kobietom; po wrzuceniu wszystkich pracowników różnego rodzaju służb do  jednego worka razem z ubekami; po doprowadzeniu do dymisji wielu dowódców wojskowych; po podporządkowaniu sobie prokuratorów; po walce z TK i sędziami, a w ostatnich dniach po wypowiedzeniu wojny mediom, czekam, oczywiście, na ciąg dalszy tego genialnego planu strategicznego. Bo że ten musi nastąpić – to drugi pewnik! W końcu pan Kłamczyński nigdy inaczej nie postępował, konflikt bowiem, to jego chleb powszedni; polityczny klincz – to jego sposób na sprawowanie władzy; polityczne zwarcie – to jego żywioł, mający sprawiać wrażenie ustawicznego zagrożenia, a tym samym zapewnić mu poparcie bojaźliwego, pełnego fobii elektoratu.

Dzisiaj rozpoczęła się astronomiczna zima, a śniegu jak na lekarstwo. Efekt tego jest taki, że zabrakło bałwanów. A że w społeczeństwie też nie jest ich aż tak dużo, jakby sobie tego życzył pan Prezes, więc pojawił się problem – co dalej?

Oczywiście, zwarcie musi trwać – i to kolejny pewnik. Pytanie zasadnicze: Do kiedy? Myślę, że do ogłoszenia nowych, przyspieszonych wyborów. Czy pan prezes o takim rozwiązaniu myśli? Jak najbardziej! Tyle tylko, że teraz musi mieć większą pewność co do wygranej, niż dziewięć lat temu; tym razem musi być przekonany, że wygra je w cuglach, tak jak wygrał je Orban na Węgrzech, i co pozwoli mu na legalną zmianę konstytucji i rządzenie bez oglądania się na  wszystko i wszystkich.

Dlatego, panie Prezesie, chcę żeby pan wiedział: liczę na pana! Słyszy pan? Nie może mnie pan zawieść  niech pan rozpisze nowe wybory!

21.12.2016 r.

17:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 grudnia 2016

Kiedyś, wieki temu, dokładnie dwadzieścia jeden lat temu, przebywałem we Włoszech w celach zarobkowych. Praca jak praca – narzekać nie mogłem: pieniądze były więcej niż dobre, a dodatkowo nikt nade mną nie stał. Miałem zrobić to, co do mnie należało w określonych godzinach i – do domu. No i Rzym – wieczne miasto! Słowem – było nieźle, a zapowiadało się jeszcze lepiej, bo mogłem dostać pozwolenie na pracę (wówczas takowe było potrzebne) i… czekać na lepszą przyszłość.

Nie czekałem i, oczywiście, wróciłem. Dlaczego? Ponieważ byłem chory na Polskę: tutaj była moja partnerka życiowa, rodzina, tu był mój kraj, tutaj byłem u siebie! To wszystko spowodowało, że po dwóch tygodniach mojego pobytu w Rzymie zaczęło mnie wewnętrznie nosić, tzn., tak myślę, dopadły mnie pierwsze symptomy depresji. Dlatego wiedziałem jedno: to, co muszę zrobić, to przede wszystkim  wywiązać się z umowy i jak najszybciej wracać do kraju. I wróciłem.

Dzisiaj, po przeszło dwudziestu latach od tamtych wydarzeń, wiele się zmieniło, tak w Europie, na świecie, jak i w samej Polsce. Jesteśmy w Unii Europejskiej, praca za granicą nie jest już marzeniem trudnym do zrealizowania, a nasz standard życia, opieszale bo opieszale, ale jakoś ustawicznie się podnosi, próbując przybliżyć się do średniej w UE. To plusy. Niestety, oprócz nich mamy do czynienia również z koszmarnymi wręcz minusami: a to demontaż Trybunału Konstytucyjnego przez rządzącą partię; a to nieliczenie się zupełne z parlamentarną opozycją; a to środki masowego przekazu, policja i prokuratura na usługach ludzi posiadających dzisiaj władzę; a to niszczenie gospodarki poprzez niepewność, jaką wprowadzili do naszego życia rządzący; a to próby ograniczania praw demokratycznych; a to niszczenie polskiego szkolnictwa; a to rozpoczęcie bezsensownej walki ideologicznej z kobietami; a to chore zmiany w wojsku polskim, które doprowadziły tylko w ostatnim roku do odejścia ze służby  dwudziestu generałów i dwustu pięćdziesięciu pułkowników i, w zasadzie, ciągnąć tak można bez końca. Tylko rodzi się pytanie: Po co?

Jak napisałem wyżej – od momentu mojej eskapady do Rzymu upłynęło dwadzieścia jeden lat. Dzisiaj zmieniło się tyle w moich odczuciach, że przy kolejnym ewentualnym wyjeździe zagranicznym już nie byłbym chory na Polskę. Z jednej prostej przyczyny: dzisiaj jestem chory przez nią! I to zarówno dzięki tym, którzy rządzili do tej pory moim krajem, jak i tym, którzy obecnie są u władzy – chociaż uczciwie muszę przyznać, że ci ostatni w sposób szczególny podnieśli mi się ciśnienie i gorączkę!

Czy jest zatem szansa na lepszą przyszłość i to nawet nie dla mnie, bo ja, jakby powiedział B. Linda: Ty to stara dupa jesteś, ale przede wszystkim dla młodego pokolenia? Oczywiście, zawsze jest! Problem w tym, czy politycy będący u władzy zrozumieją i dojrzeją w końcu na tyle, żeby dostrzec nie tylko opłotki własnej zagrody, ile przede wszystkim interes ogółu obywateli.

P.S.

Było tyle możliwości przed moim przyjściem na świat, tyle świetnych miejsc, w których mogłem się pojawić, niestety, jak na złość Opatrzność zdecydowała inaczej i urodziłem się tutaj, w Polsce – za daleko, mentalnie daleko, od Zachodu, z kolei stanowczo za blisko od Wschodu. Krótko mówiąc zostałem udupiony już na samym starcie w życie. Podobnie zresztą stało się z wieloma innymi moimi rodakami i rodaczkami. Aż przykro!

19.12.2016 r.

12:05, adelmelua
Link Komentarze (4) »
sobota, 17 grudnia 2016

Mam wokół siebie, tak jak wielu z was zapewne, sporo osób wierzących i drepczących częściej lub rzadziej do Kościoła. Chociaż, szczerze przyznam, za cholerę nie wiem po co. Niemniej szanuję to. Chcą tego, mają takie pragnienie – ich sprawa. Mnie to ganc egal.

Pośród ww. osób znajduje się również moja siostra, która mówi, że modli się za mnie i byłaby bardzo szczęśliwa, gdybym zmienił swój stosunek do tej instytucji. Twierdzi przy ty, że robi to, tzn. podczas modlitwy zwraca się do jakiejsik tam bozi i Jezusika i odprawia jakieś koronki i takie tam podobne pierdoły, m.in. w mojej intencji. Gdy to słyszę, pusty śmiech mnie ogarnia, bo wiem, że  koronki, jak słabo trzymają, to trzeba kupić lepszy klej do protez i heja! Na szczęście jej dziwactwo nie jest w żaden sposób dla nikogo szkodliwe, więc w najlepsze może się bawić tymi swoimi koralikami do bólu, czy też do usranej śmierci – wolno jej, bo nic tak naprawdę od niej nie zależy.

Inaczej już jednak przedstawia się sprawa z naszymi parlamentarzystami. Tutaj tym paniom i panom opowiadać głupstw i podejmować szalonych decyzji nie tylko nie wypada, ale wręcz nie wolno, bo te rzutują na nasze życie – egzystencję całego społeczeństwa! A, niestety, w ostatnim czasie takich głupich, niepoważnych decyzji ci państwo podjęli sporo.

Pomijając wydatkowanie niemałych pieniędzy z budżetu państwa, czyli naszych, wspólnych, na kler, na dęte filmy propagandowe, opłacanie ujadających na opozycję pseudo-dziennikarzy itd., itp., jest jeszcze coś, co nie tylko kosztuje nas finansowo, ale również wizerunkowo. Rzecz dotyczy prawdziwego kuriozum: w biegłym miesiącu ogłoszono w Polsce, przy czynnym udziale wdowy po JPII, jakiegoś bosego gościa sprzed dwóch tysięcy lat panem i królem Polski!

Cóż, o ile siostrze mogłem i zawsze mogę odpowiedzieć: Teraz rozumiem, skąd ten mój niefart życiowy. Więc może lepiej nie módl się za mnie, co? – o tyle panom i paniom z Wiejskiej już tak powiedzieć nie mogę. Tutaj jestem zwyczajnie bezradny. Gdybym jednak mógł, gdybym był władny dotrzeć do naszych parlamentarzystów oraz mafijnej sitwy spod znaku krzyża ze swoim słowem, powiedziałbym tylko tyle:

Ogarnijcie się w końcu, jełopy! Robicie hucpę i pośmiewisko z naszego kraju. Wstyd mi za was! Zrobiliście królem Polski gościa – pomijam już jego narodowość – który tak naprawdę żadnego królestwa nie chciał, mówiąc – że królestwo jego nie jest z tego świata! Więc może przydałoby się wam, jełopy, więcej rozsądku i dystansu do siebie i życia jako takiego w ogóle, co? Bo gdyby ten wasz król się tutaj pojawił dzisiaj, to jestem jakoś dziwnie wewnętrznie przekonany, że pokazałby wam, iż jesteście  zwyczajnie porządnie fiśnięci! No po prostu zwykłe fiksum dyrdum i akt czystej aberracji umysłowej w stopniu doskonałym!

Na koniec, gdyby ktoś chciał wiedzieć, czy ja rzeczywiście w nic nie wierzę, odpowiadam: Oczywiście że wierzę – w nietoperze! Hi,hi, hi…

17.12.2016 r.

09:31, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 grudnia 2016

Mimo iż od ponad trzydziestu już lat jestem człowiekiem nie spożywającym mięsa, to jednak zdarza mi się od czasu do czasu jeść ryby, czyli można powiedzieć, że nie jestem wegetarianinem w pełnym znaczeniu tego słowa. Czy to coś zmienia? Oczywiście, dla mnie nic, mentalnie nic. W końcu zdecydowałem się zlikwidować mięso ze swojego jadłospisu nie z przyczyn religijnych czy zdrowotnych (chociaż to niewątpliwie ma na nie wpływ), a czysto mentalnych. Po prostu lepiej się czuję z takim właśnie podejściem do życia, do świata zwierząt. Nie zabijam, więc nie jem mięsa – to wszystko. Podobnie jak – myślę, więc jestem. Nie znaczy to jednak wcale, że gdybym kiedyś stanął przed dylematem: zabijam jakieś zwierzę i żyję dalej, albo nie zabijam go i umieram – nie wybrałbym opcji pierwszej. Oczywiście, zawsze wszystko zależne jest od kontekstu. W końcu nie od dzisiaj wiadomo, że punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia, a ja nie jestem samobójcą – przynajmniej póki co. Na szczęście mogę sobie dzisiaj pozwolić na luksus bycia wegetarianinem – choćby i, że tak powiem, w niepełnym wymiarze.

Czy przeszkadza mi, że inni ludzie jedzą mięso? W żaden sposób. Tak jak powiedziałem: punkt widzenia… Poza tym istnieją na ziemi takie obszary, gdzie bez mięsa nie dałoby się przeżyć, więc spożywanie go jest niejako koniecznością. Jeżeli w ogóle coś może mi tutaj przeszkadzać, to przede wszystkim nierzadko zwykłe ludzkie bestialstwo w traktowaniu zwierząt, i to zarówno tych dzikich, jak i hodowlanych. Każdej istocie bowiem należy się nasz szacunek, tym bardziej istocie, która jest od nas w jakiś sposób zależna.

Rozumiem jednak konieczność ich zabijania, oczywiście przede wszystkim tych hodowlanych. Rozumiem, ponieważ zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że nikt nie zrezygnuje z diety mięsnej z dnia na dzień tylko dlatego, że ktoś do takiej diety nawołuje. Ludzie z przyzwyczajeń tak szybko nie rezygnują – nawet za cenę poprawy własnego zdrowia! Niemniej uważam, że należy robić wszystko, aby społeczeństwa uświadamiać w tym zakresie, tłumacząc, że mięso, to nie jest dzisiaj niezbędny produkt naszej diety. Nie musimy hodować zwierząt tylko po to, aby później je zabić i zjeść. Na szczęście dysponujemy dzisiaj takimi technologiami, posiadamy tyle różnorodnego jedzenia bogatego w składniki odżywcze, wiemy na temat zdrowego odżywiania tak dużo, że tak naprawdę nie musimy jeść tego cholernego mięsa!

Aha, jeszcze jedno: nie był to wpis, a propos świąt.

15.12.2016 r.

11:38, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 grudnia 2016

Od pierwszej powyższej pamiętnej daty mija dzisiaj dokładnie 35 lat. Trzydzieści pięć lat w historii ludzkości, to niewiele, zaledwie sekunda na zegarze historii jakiegoś narodu; w kontekście jednak pojedynczego życia człowieka, to już jednak szmat czasu. Każdy z nas bowiem w tym właśnie okresie wydoroślał, dojrzał, niektórzy zdążyli się zestarzeć, a jeszcze inni umrzeć – tyle pojedynczo, indywidualnie, zbiorowo zaś, jako naród, niestety, zostaliśmy w tyle, nie robiąc tak niezbędnego kroku do przodu, w przyszłość!

Oczywiście, nasze otoczenie się zmieniło – przybyło dobrych dróg i autostrad, wypiękniały miasta, pojawiło się sporo nowoczesnych budynków, cieszących oko i ciało kolorowych, smacznych towarów, jednak jeżeli chodzi o nasze postrzeganie historii to, niestety, nadal tkwimy głęboko w mentalnych okowach małostkowości i nigdy niekończących się sporów.

Dzisiaj spodziewam się, że państwowa telewizja przez cały dzień będzie próbowała udowodnić tezę, poprzez swoje tendencyjne programy, jakoby stan wojenny wprowadzony właśnie 13 grudnia 1981 roku przez WRON, na czele której stał gen W. Jaruzelski, był złem wcielonym, pomijając jednak fakt, że sama zachowuje się tak, jak tamta sprzed lat, służąca władzy.

Nie wiem, czy w grudniu 1981 roku było inne, lepsze rozwiązanie dla Polski i Polaków niż stan wojenny, wiem za to jedno: minęło trzydzieści pięć lat od tamtego momentu, a my jesteśmy tak ogromnie podzieleni, że nie wiem, co musiałoby się stać, żeby ten rów podziałów zasypać. Więcej – w chwili obecnej nie widzę choćby najmniejszych możliwości porozumienia! A jeżeli jest tak dzisiaj, kiedy nie grozi nam żadna zewnętrzna zbrojna interwencja, to czy wówczas było inne rozwiązanie? Czy w tamtym czasie bylibyśmy zdolni do jakiegokolwiek porozumienia pomiędzy stroną solidarnościową, a komunistami, trzymającymi władzę? Czy jedni byli gotowi przyjąć jej część, bez chęci rewanżu na swoich przeciwnikach politycznych, biorąc jednocześnie odpowiedzialność za kraj, a drudzy zrezygnować z niej w jakimś zakresie bez warunków wstępnych? Czy mogliśmy się wówczas dogadać, kiedy nie potrafimy tego zrobić dzisiaj, po prawie czterech dekadach od tamtych wydarzeń? Czy uniknęlibyśmy wówczas posądzeń o jakieś zdrady, knowania, sprzedaż ideałów, interesów Polski i agenturalność wielu członków nowego obozu rządzącego? Myślę, ba – jestem pewien, że gdybyśmy poszli tą drogą, dzisiaj byłoby jeszcze gorzej! Bo nad zmianami tamtego czasu rękę trzymaliby ludzie starej władzy, a dysponując nieograniczonym czasem, a także środkami finansowymi, robiliby takie rzeczy, które możemy dzisiaj pooglądać jedynie w filmach.

Gdyby jednak w takiej wersji historii nieszczęść było komuś mało, czekałaby nas dodatkowa atrakcja: działalność dwóch smutnych panów  Kłamczyńskiego i świątobliwego Antonia, albo im podobnych. Bo czas, tak się składa, zawsze działa na korzyść ludzi o takiej właśnie mentalności, niestety.

13.12.2016 r.

13:53, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl