RSS
środa, 31 grudnia 2014

  Czytając moje ostatnie wpisy można powiedzieć o nich wiele, tylko nie to, że były przesiąknięte świąteczną atmosferą. Nic dziwnego – jakoś nigdy nie było mi po drodze z Kościołem, i to już od szkoły podstawowej, więc cała celebra związana ze świętami jest mi tak naprawdę obojętna. Co prawda byłem za mały, żeby sprzeciwić się sakramentowi chrztu, więc musiałem go przyjąć, jednak już na tyle świadomy parę lat później, żeby nie pójść do bierzmowania. Krótko mówiąc, tak jak pojedyncza jaskółka wiosny nie czyni, tak i mój pierwszy sakrament, jaki przyjąłem, nie uczynił ze mnie żarliwego, bogobojnego katolika. Widocznie od maleńkości, jakby powiedzieli niektórzy, nosiłem diabła za pazuchą.

   No, ale święta już za nami, więc to przeszłość, czas na to, co niesie przyszłość. Ta najbliższa, jak wiadomo, to nieuniknioność nadejścia Nowego 2015 Roku! W związku z czym pojawią się zapewne, co zrozumiałe, kolejne obietnice i przyrzeczenia jak co roku, a także zrodzą się nowe nadzieje. Zwykle na lepsze jutro. Dlatego ja, dzisiaj, chciałbym Wszystkim Ludziom Dobrej Woli życzyć w nadchodzącym Nowym Roku przede wszystkim dobrego zdrowia, bo gdy ono jest dużo łatwiej mierzyć się choćby z najtrudniejszymi przeciwnościami losu; chciałbym i życzę Wam wielu radosnych chwil – tych w końcu tak naprawdę nigdy dosyć – a także dużo więcej świadomych polityków, tzn. takich, którzy dostrzegą w końcu, że są w służbie narodu, czyli nas, a nie na prywatnej posadzie; życzę wszystkim, żebyśmy stali się podmiotem ich polityki, a nie pionkami na szachownicy, które bezkarnie i bez żadnych konsekwencji można sobie dowolnie kiedykolwiek przestawiać; życzę Nam wszystkim po prostu lepszego 2015 roku, a tym samym lepszego życia – lżejszego i radośniejszego.

    – No, to do siego!;))))

            31.12.2014 r.

06:24, adelmelua
Link Komentarze (2) »
wtorek, 30 grudnia 2014

   Dlaczego dzisiaj, dwadzieścia pięć lat od początku zmian ustrojowych jest tak, jak jest, czyli większa część społeczeństwa żyje może nie w nędzy – chociaż takich osób również nie brakuje – jednak w ogromnym rozczarowaniu i poczuciu zdrady oraz związanego z tym niespełnienia, rozczarowania i niespełnienia spowodowanego dużym rozwarstwieniem społecznym?

   Naturalnie, Leszkowi Balcerowiczowi należy się szacunek za jego plan, który legł u podłoża owych przemian. Jednak to, że udało nam się przetrwać niezwykle restrykcyjne reformy technokraty, to jeszcze nie dowód jego nieomylności i braku innej, alternatywnej, a tym samym lżejszej drogi; to jeszcze nie powód do totalnej, bezgranicznej wdzięczności dla naszego ekonomisty przy braku jakiejkolwiek krytyki jego postaci. Bo powodów do niej wbrew pozorom jest sporo: wiele spraw bowiem, niestety, zostało po prostu zwyczajnie spieprzonych! Dlatego nie on pozostaje dla mnie dzisiaj nie podlegającym dyskusji bohaterem tych przemian, prawdziwymi i jedynymi herosami tych trudnych czasów są ci wszyscy anonimowi ludzie, którzy w wyniku zmian ustrojowych, wielu negatywnych czynników dotykających ich boleśnie w codziennym życiu, nie poddali się, próbując utrzymać się za wszelką cenę na powierzchni życia. Tak naprawdę bohater tych trudnych czasów jest tylko jeden: naród! To on, czyli my zasługujemy na uznanie i szacunek.

   Niestety, nie wszystkim udało się utrzymać na powierzchni życia, byli również i tacy, którzy nie wytrzymali presji czasów i nierzadko poszli na dno, żyjąc bardzo biednie, wręcz nędznie. Tych jest mi najzwyczajniej w świecie żal, bo ich udziałem jest nie tylko doświadczenie gorzkiej strony tych przemian, ich życie to jedna wielka klęska! I o to można mieć żal i pretensje do rządzących za te dwadzieścia pięć lat – że nie stanęli na wysokości zadania, nie przewidzieli, nie zareagowali na czas.

   Ale czy jest się rzeczywiście czemu dziwić? Przecież i dzisiaj nie reagują; i dzisiaj ważniejsze są wojenki międzypartyjne, dbanie o dobro swoje, rodzin, znajomych i całych ugrupowań politycznych; i dzisiaj mamy nadal cwaniactwo, butę i bezczelność, a także zwykłe chamstwo i niczym nieskrępowaną głupotę; i dzisiaj mamy do czynienia z hucpą, bylejakością i ustawicznym wyważaniem dawno otwartych drzwi.

   Ja się nie dziwię. Już niczemu.

        30.12.2014 r.

12:07, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 grudnia 2014

    Święta, święta i – po świętach! Religie jednak, jako przyczyna świąt, jako naturalny proces zaspokojenia naszych potrzeb w zakresie transcendentalnym, trwają dalej i mają się dobrze; religie, które były i nadal są, niestety, rozsadnikiem nieszczęść ludzkości, i które – aż przykro o tym pisać – pozostają najjaskrawszym przykładem naszej intelektualnej gnuśności, polegającej na akceptacji tego, co nieprawdziwe, naciągane, bzdurne, wręcz infantylne; religie, które od wieków pozostają zarzewiem nienawiści, wynikającej przede wszystkim z nietolerancji i wszelkiego rodzaju uprzedzeń, noszących w swojej nazwie różnego rodzaju izmy, jak faszyzm, antysemityzm, rasizm, czy nacjonalizm.

    Pytanie, jakie powinno się tutaj pojawić brzmi: Czy jest coś w zamian? Myślę, ba – jestem pewien, że aby uzdrowić chorą sytuację, z jaką mamy w zasadzie do czynienia od wieków, należy zrobić jeden podstawowy krok: wszelkie elementy religijne powinno się wyprowadzić z przestrzeni państwowej. Państwo musi być z gruntu świeckie, a obywatele świadomi tego i odpowiedzialni. Muszą wiedzieć, że ich chęć duchowego zaspokojenia w zakresie wyznania, jest zagwarantowana przez państwo, ale tylko w przeznaczonych do tego typu miejscach. Przestrzeń publiczna świeckiego kraju musi zostać uwolniona od wszelkich znaczeń religijnych! Na to miejsce natomiast powinno wprowadzić się obowiązkową etykę! Tylko bowiem jej masowe pojawienie się w naszym życiu może uratować człowieka, tylko ona jest w stanie stworzyć nas niejako na nowo; tylko ona ma w sobie tyle siły naprawczej, aby wskazać nam właściwą drogę odnowy moralnej, dzięki której staniemy się istotami świadomymi nie tylko swojego istnienia, ale również istnienia drugiego człowieka jako kogoś niezmiernie nam bliskiego, a cała ziemia będzie postrzegana globalnie – jako wspólna Ojczyzna! Jeżeli tego nie zrobimy, zaprzepaścimy szansę na przetrwanie nas wszystkich jako gatunku ludzkiego. Albowiem to nie będzie tak, że nastanie jakiś przepowiadany przez jakiegoś tam Janka biblijny Armagedon, apokalipsę stworzymy sobie wcześniej albo sami, albo dopadnie nas ona w sposób niezwykle naturalny, tak jak to się stało w przypadku dinozaurów – innych władców ziemi w swoim czasie.

    Być może to naiwne, co napisałem wyżej. Jeżeli tak, to znaczy, że jestem naiwniakiem. Pocieszające może być jednak to, że nie ja pierwszy bym się nim okazał. Kiedyś oglądałem film pod takim właśnie tytułem – Naiwniak – z Paulem Newmanem. To był dobry film z dobrym aktorem. Dlatego w takim towarzystwie nie wstyd być naiwniakiem.

          28.12.2014 r.

10:59, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 grudnia 2014

  To w zasadzie oczywiste: mój tekst sprzed dwóch dni nie pasował do atmosfery Świąt. Cóż, wiele wydarzeń tego świata nie pasuje do nich, tylko czy to coś zmienia? Nic. Dlatego tekst, który powstał kilka dni wcześniej, został przeze mnie zamieszczony tutaj świadomie właśnie dokładnie w dzień wigilijny.

   Dzisiaj jednak postanowiłem podzielić się pewną refleksją dotyczącą chrześcijaństwa. Na wstępie zatem kluczowe pytanie: Co przyciągnęło ludzi do tej właśnie religii? Dlaczego tyle lat przetrwała?

   Naturalnie, punktem centralnym i siłą napędową tej religii był i pozostaje Jezus z Nazaretu. Tym jednak, co tak naprawdę przyciągnęło do niej wyznawców, szczególnie po Jego śmierci, to nie jakieś tam zdrowo naciągane zmartwychwstanie, ale przede wszystkim idea chrześcijaństwa, która nie tylko odwoływała się do tej lepszej części w nas, ale również, co stanowi sedno zagadnienia, była ona przeznaczona dla wszystkich ludzi bez względu na pochodzenie, tak narodowe jak i społeczne, płeć, czy status materialny. Była to idea właściwie magnetyczna, tym samym w jakiejś mierze zwodnicza, albowiem nie zawierała w sobie żadnych granic! Swoją obietnicą życia wiecznego i idealnego istnienia w tym lepszym, bo niematerialnym świecie, sprawiła, iż inni przyszli do Niego, stając się Jego wyznawcami. Stało się tak, ponieważ świat fizyczny, w którym przyszło nam żyć, okazuje się nie tylko krótkotrwały a tym samym niezwykle ulotny, ale również, co gorsza, był, i mimo upływu czasu jest nadal, zły, niegodziwy i nierzadko podły – podły, albowiem od tysięcy lat rządzą nami albo psychopaci, albo ludzie, którym bardzo blisko do nich. Stąd tyle wokół niesprawiedliwości i cierpienia.

    Powiem więcej – dzisiaj, gdyby Chrystus mógł pojawić się po raz drugi wśród nas, doznałby szoku: to bowiem, co Kościół katolicki uczynił z Jego nauką, co wyprawia, może nawet z wybranką Jego serca, a na pewno wierną towarzyszką życia, Marią Magdaleną, najzwyczajniej w świecie woła o pomstę do nieba! Ona, ta najwierniejsza pośród Jego najbliższego otoczenia miałaby być jakoby prostytutką! Zgroza! I piramidalne hochsztaplerstwo! Wprowadzone zresztą nie przez któregoś z Ewangelistów, a papieża Grzegorza Wielkiego, który żył ponad pięć wieków po Chrystusie. Czyż choćby ten właśnie przypadek nie pokazuje wręcz drastycznie, ile kłamstw, zwykłych bujd na resorach i naciąganych historii znajduje się w książce nazywanej potocznie Pismem Świętym, w myśl zresztą powiedzenia, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą?

   Nie będę się rozwodził tutaj nad tym, co chrześcijaństwo przejęło z innych pogańskich religii, bo przejęło dużo – i postać Marii z dzieciątkiem, i datę narodzin samego Jezusa, i Jego uzdrawianie, i szereg innych mniej lub bardziej istotnych rzeczy. Dzisiaj chcę napisać jeszcze tylko dwa zdania o różnicy pomiędzy tajemnicą wiary kiedyś, a dzisiaj. Otóż kiedyś tajemnica wiary, to była mirra, złoto i kadzidło, dzisiaj, dwa tysiące lat po śmierci J. CH. tajemnica wiary polega na czymś zupełnie innym, mianowicie: dzisiejsza, współczesna tajemnica wiary, to euro, złoto i dolary! Krótko mówiąc: Alleluja i do przodu!

    – Idźcie, ofiara spełniona!

    Ament.

        26.12.2014 r.

09:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 grudnia 2014

  Niestety, historia niczego nas nie nauczyła. Właściwie powinienem napisać nie nas – wszystkich ludzi, a jedynie mężczyzn. Tak jak od tysięcy lat lubiliśmy zabijać, tak wychodzi na to, że nadal lubimy tę czynność, co w jaskrawy sposób pokazuje, że tak naprawdę mimo upływu tysięcy lat ustawicznie tkwimy ze swoimi prymitywnymi instynktami w głębokich  jaskiniach, tupiąc groźnie wokół swojego ogniska i potrząsając złowieszczo maczugą.

   Czy jest w tym coś dziwnego, zaskakującego? W żaden sposób, to właściwie norma! Od samego początku rodzaju ludzkiego zabijamy siebie nawzajem, więc niby dlaczego mielibyśmy nagle tego zaprzestać? Nie ma żadnego powodu! W naszym specyficznym pojmowaniu egzystencji nie ma chyba nic bardziej pociągającego, jak właśnie zabicie drugiej istoty. Problem, jaki się tutaj pojawia, jest innego rodzaju: jak zabić?! Sposób uśmiercenia bowiem jest tutaj najistotniejszy! A że technika zabijania w ostatnich dziesięcioleciach również niepomiernie się rozwinęła, więc metod pozbawienia kogoś życia mamy w zasadzie pod dostatkiem. Chociaż tak naprawdę te stare, sprawdzone w boju okazują się nadal świetne, bo niezawodne w swoim prymitywizmie. Jak na przykład pozbawienie kogoś głowy maczetą, czy poderżnięcie komuś gardła nożem. W ogóle w okazywaniu swojego bestialstwa jesteśmy lepsi od zwierząt, bo robimy to nie dla przetrwania gatunku, ale z wielu innych powodów i to w sposób niezmiernie świadomy, tym samym cholernie niebezpieczny. Krótko mówiąc w zabijaniu nie mamy sobie równych!

   Jako że zabijaliśmy niejako od zawsze – zarówno siebie, jak i zwierzęta, tym sposobem zmietliśmy z powierzchni ziemi już niejeden gatunek. Dlatego, tak myślę,  kolejnym celem w naszym eksterminacyjnym marszu powinien stać się człowiek! Jak się z nim skutecznie uporamy, ostatecznie zetrzemy z powierzchni ziemi, wówczas będziemy mogli powiedzieć, że osiągnęliśmy sukces: spełniliśmy się jako rodzaj ludzki, niszcząc siebie bezpowrotnie! Bo w zasadzie nieistotne jest, kto zgasi światło, i tak gasi je zawsze ostatni. Więc ktoś…

    Do zobaczenia po świętach. Szkoda tylko, że nie w lepszym świecie.

        24.12.2014 r.

11:19, adelmelua
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 grudnia 2014

   Czym się różnił ustrój socjalistyczny od kapitalistycznego? Oczywiście, to proste, wiedzą to nawet małe dzieci na K-Paxie, jakby powiedział Kevin Spacey: w tym ostatnim przypadku mieliśmy do czynienia z wyzyskiem człowieka przez człowieka, w tym pierwszym jest na odwrót. Krótko mówiąc – gdzie się nie obrócisz, biedaku, z tyłu zawsze jest dupa!

  Po przeszło czterdziestu latach panującego nam miłościwie ustroju socjalistycznego, weszliśmy do rodziny krajów o gospodarce kapitalistycznej, wolnorynkowej. Konsekwencją tego, co zrozumiałe, stały się szybkie majątki jednych, i jeszcze szybsza bieda innych. Niestety, majątki zdobyte nierzadko, co należy mocno zaznaczyć, w sposób na wskroś nieuczciwy. Niestety, nowe czasy i gangsterskie sposoby tzw. dorabiania się stały się faktem! Gorzej było, co prawda, np. w poradzieckiej Rosji, ale to żadne pocieszenie: złe położenie innych nie ma bowiem w sobie niczego budującego.

   Dzisiaj, po dwudziestu pięciu latach ustrojowych przemian, jedni są z nich zadowoleni, inni nie – nic nowego, zawsze tak się dzieje w przypadku jakichkolwiek zmian. Niestety, tych drugich, tzn. sfrustrowanych jest znacznie więcej, niż tych pierwszych. Powód? W zasadzie są dwa: pierwszy – wepchnęliśmy się do grona zachodnich demokracji w momencie, gdy kapitalizm przeżywał i nadal przeżywa – według mnie – nie tylko kryzys ekonomiczny, ale również mentalny; drugi natomiast jest taki, że postawiliśmy sobie bezmyślnie za wzór gospodarkę amerykańską, czyli totalnie neoliberalną, gdzie tak naprawdę państwo opiekuńcze nie istnieje w takim wymiarze, jak np. w krajach skandynawskich, i  gdzie rozwarstwienie społeczne jest wręcz nieetyczne, bo przeogromne. Nie mówię, że wszyscy powinni mieć po równo, chodzi raczej o bardziej równomierny (czytaj: sprawiedliwszy) podział majątku narodowego, w celu zapobiegnięcia zbyt dużemu rozwarstwieniu społecznemu.

   W jakiejś mierze rozumiem, czy też staram się zrozumieć mimowolną chęć niektórych zbudowania dużego majątku, szczególnie po latach socjalistycznego marazmu. Ale takie pragnienie nie powinno przysłaniać wzorku i totalnie zaślepiać pracodawców. Zysk bowiem zyskiem, pozostaje jeszcze jednak coś takiego, jak nasze zwykłe człowieczeństwo, które powinno nas uczulać na potrzeby innych. Niestety, odnoszę wrażenie, że dzisiaj nierzadko dzieje się tak, że pracownik potrzebny jest właściwie tylko po to, żeby właściciele z rodzinami żyli na odpowiednio wysokim poziomie. Krótko mówiąc – przypominamy dzisiaj kraj żywcem przeniesiony z realiów XIX-wiecznego kapitalizmu, kapitalizmu drapieżczego, krwiożerczego, prymitywnego! Przykro o tym myśleć, a co dopiero pisać, mówić czy doświadczać.

   Do czego zmierza taka droga? Odpowiedź jest niezwykle prosta: o ile Hitler starał się zlikwidować kwestie narodowościowe poprzez militarną eksterminację swoich wrogów, o tyle my dzisiaj, u siebie, w warunkach jak najbardziej pokojowych, mamy do czynienia z eksterminacją ekonomiczną, dokonywaną przez rządzących i swoich bogatszych obywateli na reszcie społeczeństwa. Innymi słowy mamy do czynienia z realizacją następujących słów: chama trzymaj, chama duś – jak się zesra, to go puść!

    Ament.

        22.12.2014 r.

11:15, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 grudnia 2014

    Jedni mówią, ironicznie zresztą, że jestem gminnym pisarzem. Ja idę krok dalej i mówię o sobie, że jestem nawet nie tyle pisarzem gminnym, ile wręcz nagminnym! Co zrobić – taka karma.

   Dzisiaj, jako że weekend, więc beztrosko, bo wypoczynkowo, postanowiłem przedstawić kilka dialogów, które mam zamiar umieścić w scenariuszu filmowym, który, przynajmniej w zamiarach, ma dać obraz współczesnej Polki i Polaka. Czy się uda? Pożyjemy – zobaczymy.

    Pytanie podstawowe, jakie się tutaj musi pojawić, to: Co buduje literacki dialog? Odpowiedź wydaje się tyleż prosta, co w zasadzie oczywista: buduje go konkretna sytuacja. Jako że w planowanym przeze mnie scenariuszu sytuacji będzie sporo, więc tym samym również dialogi, dzięki temu, będą mogły być różnorodne. Oto kilka z nich:

Ona: Kocham cię.

On: Cóż mogę powiedzieć? Przykro mi.

Ona: Przykro ci?! Czy dobrze słyszę? Ja ci tutaj wyznaję miłość, a ty mi mówisz, że jest ci przykro?

On: Nie emocjonuj się. Przykro mi, bo jesteś dopiero dziesiąta w kolejce z tą swoją miłością.

Ona: W jakiej kolejce? Co ty pieprzysz?

On: W kolejce kochających mnie kobiet.

Ona: (ze śmiechem) Wariat! Już myślałam, że ty tak na poważnie. – Rzuca w niego poduszką.

On: Masz rację – przesadziłem z tą kolejką. Tak naprawdę, to jesteś druga.

Ona: Druga.

On: Uhm. Zaraz po mnie. Bo ja siebie też kocham.

Ona: Narcyz. Jesteś wstrętny, pieprzony narcyz!

On: Mylisz się. Po prostu nie lubię rozczarowań. A miłość własna, tak się składa, to obietnica trwania najdłuższej miłości, jaka może nas spotkać. Tylko tyle.

Ona: Ty naprawdę masz fioła. Chyba powinieneś się leczyć, a ja zastanowić nad przyszłością z tobą.

On: Trafiłaś. Nie od dzisiaj wiem żem fijoł, bom wszystkie okazje mijoł! (Obopólny śmiech.)

-------------------------------

Dziennikarka: Obchodzicie państwo 50-lecie zawarcia związku małżeńskiego. Stąd oczywiście ta podróż w nagrodę od władz miasta za długie pożycie. Pamiętacie państwo, jak się poznaliście?

On: Oj, dziecko, to było tak dawno…

Ona: Nie zauważył mnie. Nie chce się przyznać nawet po tak długim czasie. Głupio mu.

On: Nieprawda. Nie mogłem cię nie zauważyć – w końcu potknąłem się o ciebie.

Osoba: Co pan zrobił – potknął się?

On: Popatrz pani na jej kulosy – rozmiar 43. Nóżki Kopciuszka to ona nie ma, musisz kochana przyznać. Trudno się nie zabić o takie noziory, a co dopiero potknąć! I ja tak właśnie się potknąłem o te jej kopytka.

Ona: (ze śmiechem) A może ci je specjalnie podstawiłam – nie pomyślałeś o tym?

On: Całkiem prawdopodobne. Ale to mogę wiedzieć dopiero teraz. Wtedy to było jedynie zwykłe potknięcie – przynajmniej tak mi się zdawało. Ale najgorsze przyszło dopiero potem.

Ona: Co masz na myśli?

On: Że tak już zostało.

Ona: To znaczy? Co zostało?

On: Efekt. Już nigdy nie odzyskałem równowagi życiowej. Od tego momentu ciągle utykam. W ogóle całe moje życie od tego momentu, to jedna wielka kulawka.

Ona: Aha. Więc tak to widzisz? Dobrze wiedzieć. Aż tak ci było ze mną źle?

Dziennikarka: Oczywiście, zawsze są jakieś nieporozumienia – nawet w najlepszym małżeństwie. Zdarza się. Ale jakby na to nie spojrzeć, to pięćdziesiąt wspólnie spędzonych lat robi wrażenie! Jak to zrobiliście, państwo? Macie może jakąś sekretną receptę na to, aby przekazać ją innym, młodszym?

On: Jak? Po prostu przeleciało i tyle. Nie ma o czym gadać. Pani też to życie przeleci jak z bicza strzelił.

Ona: Niech pani go nie słucha. Powiem pani, jak ja to widzę. Nie ma na to żadnej recepty, żadnego złotego środka. Po prostu zawsze uważałam, że należy mieć swojego wroga pod kontrolą, tak jak to było u Kargula i Pawlaka. Wtedy możemy czuć się bezpieczni.

Dziennikarka: Aha.

Ona: Cudów nie ma, kochana, tylko kontrola może nas uratować. (ze śmiechem) Tylko totalna kontrola wroga.

-----------------------------------------

     On i  Ona w łóżku.

On: Zgaś światło, kochanie.

Ona: Słucham?

On: Zgaś.

Ona: Nie mów, że się wstydzisz. Mnie?

On: Po prostu – czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Zgaś!

      Ona gasi światło.

Ona: No, muszę przyznać, że niezbyt obiecująco to wszystko wygląda...

      Po dłuższej chwili.

      O, Boże! Czy jest tu lekarz? Szybko lekarza!

On: Jest tylko adwokat, kochanie. Tyle musi ci wystarczyć (obopólny śmiech).

           20.12.2014 r.

11:32, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 grudnia 2014

    O tym, że państwo polskie jest chore, pisałem już niejednokrotnie. W zasadzie codziennie mamy tego przykłady w różnych obszarach naszego życia. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź, wbrew pozorom, jest niezmiernie prosta: Wszystko, albo prawie wszystko wynika oczywiście z naszego narodowego charakteru. Najgorsze, że charakter ten szczególnie niebezpiecznie realizuje się w niższej izbie naszego parlamentu, gdzie zasiadało i nadal zasiada wielu – przepraszam, ale muszę to napisać – warchołów, którzy, niestety, albo smażą nam tak niedoskonałe pasztety ustawodawcze z którymi potem musimy się zmagać, i które tak naprawdę psują państwo, tym samym również ludzi, albo nie uchwalają żadnych ustaw, co pozwala wówczas w ogóle na tzw. wolną amerykankę. To jest, tak myślę, prawdziwa przyczyna wielu negatywnych zjawisk w naszym życiu.

    Jednym z takich chorych pomysłów – przynajmniej dla mnie – było wprowadzenie ustawy o wydłużonym wieku emerytalnym. Według jakichś tam statystyk żyjemy – ponoć – coraz dłużej. Naturalnie statystyki są piękne, jak kiedyś napisałem, bo świetnie zafałszowują rzeczywistość, a jednocześnie służą tym, którzy się nimi posługują dla udowodnienia swoich niekoniecznie właściwych i prawdziwych tez. Tak jak to się właśnie dzieje od jakiegoś już czasu z danymi dotyczącymi naszego niby wydłużonego życia.

    Do niedawna słyszałem, że w przypadku mężczyzn to 76 lat, teraz dochodzą do mnie głosy, że to już tylko (a może nadal aż?!) 72 lata. Ręczę wam że, góra, za dekadę będzie to już poniżej 70 lat. Powiem więcej – większość tych 70-latków osiągnie ten wiek w tak doskonałej kondycji, że niejednemu z nich owa 70-tka wyjdzie bokiem do tego stopnia, że wybawieniem będzie śmierć.

    Oczywiście dla państwa takie właśnie rozwiązanie będzie – i jest! – najlepsze z najlepszych, wręcz genialne: pracować tak długo, jak tylko się da, wycisnąć z obywatela wszystkie żywotne soki, a potem pozwolić mu jak najszybciej umrzeć, czyli najlepiej zaraz po przejściu na emeryturę. To jest patriotyczny hicior: zejść ze sceny wtedy, kiedy nie jest się już w ogóle do niczego przydatnym! Zresztą, umieranie zaraz po przejściu na emeryturę to żadna strata – już niedługo bowiem osiągniecie wieku emerytalnego będzie tak naprawdę graniczyć z cudem! Wystarczy zapoznać się nawet nie tyle z danymi na temat naszego zdrowia, czy wiekiem schodzących z tego pięknego świata, ile z liczbami dotyczącymi osób niepełnosprawnych w naszym społeczeństwie, żeby dojść do takiego właśnie wniosku. A nie jest to wcale mała część. Dlaczego o tym piszę? Bo właśnie tutaj m. in. dostrzegam ów system naczyń połączonych, który wygląda następująco: jakaś część chorych pracowników – jak wspomniałem wyżej wcale niemała! – otrzymuje orzeczenia o swojej niepełnosprawności; zakład pracy przyjmuje takiego kogoś do pracy, inkasując od państwa – czyli od nas! – dofinansowanie za zatrudnienie takiego człowieka w ramach tzw. PFRON-u, sam zatrudniony natomiast w tym akurat obszarze przyczynia się do likwidacji zjawiska bezrobocia. Innymi słowy chodzi o to, że wszyscy są zadowoleni, w końcu nie wypada inaczej: pracodawcy, bo ciągną pieniądze z dwóch źródeł (PFRON i zysk wypracowywany przez pracownika); państwo, bo nie można mu zarzucić, że nic nie robi w sprawie ludzi z orzeczoną niepełnosprawnością; pracownik zaś jest wdzięczny losowi za to, że w ogóle ma pracę i jakieś pieniądze. Wszystko to, naturalnie, trzyma się na słowo honoru, ale na tyle jednak silnie, że od lat trwa w różnych obszarach naszego życia. Szalone koło oszustwa, bylejakości i wspólnej zależności kręci się w najlepsze!

          19.12.2014 r.

22:21, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 grudnia 2014

   Dlaczego powstają? To proste: ponieważ ich potrzebujemy. Tak jak baśni, klechd czy w ogóle wszelkich mitów. A że nie zawsze, więcej – że z reguły niewiele mają one wspólnego z rzeczywistością, to już odrębna śpiewka. Ważne, że było i nadal jest na nie zapotrzebowanie.

   Kilka dni temu rozmawiałem z kolegą, który przekonywał mnie, że Żydzi to to, Żydzi to tamto, bo przecież powszechnie wiadomo, że to właśnie oni rządzą finansami świata, więc tym samym również światem – stąd same nieszczęścia, zapewne łącznie z holocaustem! Na moje argumenty, że pieniądze nie mają swojego narodowego sztandaru, że ich jedyną ojczyzną jest tak naprawdę zwykła ludzka chciwość, że właśnie dlatego mamy do czynienia z mniejszymi, większymi czy też dużymi grupami interesów – przykładem działalność mafii, oligarchów czy nawet wszelkiego rodzaju Kościołów – pozostawał głuchy. On wiedział swoje! Wiedział to, co ja uświadomiłem sobie dopiero w trakcie rozmowy z nim: że Kościół katolicki należy do Żydów; że Chińczycy, Hindusi, Japończycy, Rosjanie, Szwajcarzy i tak dalej, to przede wszystkim sami Żydzi! Ten rosyjski Żyd Wowka P. wymyślił sobie nawet ostatnio, że doprowadzi do spadku cen ropy na światowych giełdach, bo trzeba zrujnować gospodarkę Rosji! Tacy są sprytni ci wybrańcy Boga Jahwe!

    Teorii spiskowych w naszej historii było od liku. Nowe powstają i powstawać będą, bo taka jest nasza natura: czego nie potrafimy wytłumaczyć, tam zawsze idziemy na skróty i wymyślamy historie alternatywne, czyli niezwykle uproszczone. Krótko mówiąc teorie takie tkwią w naszej mentalności, ponieważ nie opierają się na rzetelnej wiedzy na dany temat, a bardziej polegają na naszych odczuciach i wierze w dane zjawisko. Dlatego mieliśmy i nadal mamy do czynienia z takimi teoriami, jak: Żydzi rządzą światem, bo trzymają w garści światowe finanse; albo masoni, którzy również rządzą światem – niewykluczone zresztą, że masoni to Żydzi, więc w zasadzie wszystko z grubsza się zgadza; albo że kosmici (ciekawe czy to kosmici żydowscy!) rozbili się w Roswell, tylko rząd amerykański wszystkie dane trzyma w ukryciu; albo że Amerykanie nie wylądowali na księżycu i cała historia z tym związana, to potężna mistyfikacja; albo bliższa nam historia, czyli tragedia Smoleńska – prawdopodobnie ogłosi się nam wkrótce, że wszystkiemu winna jest przemieszczająca się brzoza! I tak dalej, i tak dalej, słowem do wyboru – do koloru.

    Podobnie dzieje się z religią. Jest ona wręcz idealnym przykładem wiary w coś, na co nie mamy przecież żadnych dowodów, najmniejszego choćby potwierdzenia. Jednak przyjmuje się jej „prawdy” na słowo, bo tego właśnie potrzebuje człowiek w zakresie duchowym. Potrzebuje bowiem wiary – nie wiedzy! Aż przykro(:

        16.12.2014 r.

11:55, adelmelua
Link Komentarze (2) »
niedziela, 14 grudnia 2014

   Ludziom od zarania dziejów potrzebne były złudzenia, nie tylko te dotyczące naszej fizycznej doczesności w jakiej przyszło komuś się zmagać, ale również te odnoszące się do świata ducha, czyli tej części naszego życia, której istnienie niezwykle trudno udowodnić, ponieważ wszystko to, co się z nią wiąże, pozostaje nieuchwytne dla żadnej skali. Dlatego zrozumiałą i logiczną konsekwencją takiej sytuacji było powstanie w niniejszym zakresie pewnych wierzeń, które wraz z upływem czasu, wykształcając własne rytuały, przybrały formę religijną. A że na naszej pięknej planecie mamy do czynienia z ogromnym zróżnicowaniem rasowym, więc nic dziwnego, iż tym samym musiało się pojawić również zróżnicowanie religijne. Stąd ich mnogość, która, wychodzi na to, pozostaje mnogością ze wszech miar naturalną. Religie bowiem, i to wszystkie bez wyjątku, zarówno te, które były, ale również i te, które są i pojawią się jeszcze po nas, to nic innego, jak próba zaspokojenia naszych potrzeb w sferze właśnie doznań duchowych, transcendentnych i niewytłumaczalnych. Zgodnie zresztą ze słowami:

    – Błogosławieni ci, którzy nie widzieli a uwierzyli.

    W ten sposób z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że ci z gorszym wzrokiem już na samym starcie mogą się cieszyć z uprzywilejowanej pozycji. Dzisiaj bowiem, w życiu doczesnym może i cierpią co nieco z powodu swojej niepełnosprawności, jednak w życiu wiecznym, tym „grobowym”, będą już z całą pewnością naznaczeni szczęściem zapewne nieskończonym, albo prawie nieskończonym! A idąc dalej tym tokiem rozumowania – niewykluczone, że błędnym zresztą – wierzę, iż w ten sposób Jurand ze Spychowa już otrzymał w związku z tym stosowne zadośćuczynienie!

    – Niech mu ziemia lekką będzie!

   Ale to jeszcze nic, o wiele lepiej mają wyznawcy islamu! Ci, oprócz tego, że nie uznają innych bogów ponad tego jedynego – Allacha, wymyślili sobie dodatkowo swój Eden, tj. Dżannah, gdzie na wszystkich wyznawców, oczywiście tej męskiej części, czekają domy z pereł i drzewa o pniach ze złota – jakby takie właśnie bogactwo miało w ogóle jakiekolwiek znaczenie po śmierci! – a także, i to chyba najważniejsze, dziewoje, tzw. hurysy, ze stale odnawialnym dziewictwem – i to w liczbie aż siedemdziesięciu dwóch dla jednego mężczyzny! To jest dopiero odjazd, to jest obietnica szczęścia, to jest prawdziwy raj! I to bez wspomagania się jakimiś używkami. Po prostu tak mają mieć, bo tak stoi czarno na białym w Koranie i basta!

    Czy można pozostać obojętnym na taką wizję szczęścia po śmierci? Czy w kontekście takiej obietnicy raju istotne jest życie tu i teraz? Czy w ogóle warto je szanować, tak swoje, jak i czyjeś?

    Jako że brzmi to dla mnie cokolwiek jak gadka dla idioty, zakończę więc dzisiejszy wpis krótko, zresztą za klasykiem z Torunia:

    – Alleluja! I do przodu!

    Albo podobnie, tyle że za jakimś szalonym imamem:

    – Allahu Akbar!

    Ament;)

        14.12.2014 r.

10:22, adelmelua
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl