RSS
wtorek, 31 grudnia 2013

    Przytoczę dzisiaj to, co napisałem na temat końca 1992 roku. A jako że w zasadzie co roku jest podobnie, więc ów tekst będzie zapewne aktualny i za kolejne dwadzieścia lat. I w ten oto sposób osiągnę może to, co jest udziałem tylko wybitnych – stanę się nieśmiertelny! A to tekst:

   „No i stało się: skończył się stary, a rozpoczął nowy 1993 rok. Osobiście nie mam wrażenia, że coś się skończyło czy też zaczęło. Ot, jeszcze jeden dzień, jeszcze jedna noc – z tą może jedynie różnicą, że przypadające na moment szczególnego postrzegania przez nas czasu w ogóle.

    Oczywiście, chwila ta różni się od innych występujących cyklicznie w kalendarzu, ale czy w jakiś wybitny, wyraźnie szczególny sposób? Nie myślę. Na pewno moment ten w życiu niejednego z nas tworzy pewnego rodzaju cezurę – raz mocniejszą, innym znów razem mniej istotną, jednak zawsze na tyle ważną, bo obiecującą coś nowego, lepszego. Niejeden z nas w tym czasie dokonuje pewnych rozliczeń z przeszłością, podsumowań, wyliczeń – co osiągnął, co stracił, co mógł zdobyć, gdyby… Obiecuje sobie coś nowego, odrzuca stare, przyrzeka zmienić na lepsze, składa przyrzeczenia, że to czy tamto spełni, to czy tamto osiągnie i oczekując czegoś nowego, patrzy z nadzieją i wiarą w ten nowy nadchodzący rok. Ile w tym naszego infantylizmu, bezpodstawnej wiary w bajki, w złudzenia, a  ile dającej się wytłumaczyć logiki, rozsądku i racjonalizmu – nie wiadomo. Wiadomo jedno: ów właśnie kalendarz oznajmia nam początek nowego roku, kolejnego zresztą, który choćby z powodu obliczania naszego wieku, czy wieku wszystkiego w ogóle, jest bardzo istotny.”

    Nie wiem, jakie będziecie mieć osobiste życzenia, niemniej życzę dzisiaj wszystkim, aby w nadchodzącym Nowym 2014 Roku one Wam się spełniły; żeby Wasze niezrealizowane dotąd marzenia, pragnienia, mniej lub bardziej szalone plany doczekały się realizacji. Trafcie na swoją żyłę złota, czymkolwiek ona się okaże – poprawą zdrowia, jedyną miłością, przyjściem na świat upragnionego dziecka, skończeniem studiów, znalezieniem dobrej pracy – cokolwiek to będzie niech Wam się spełni! I – do Siego Roku! Do jutra!:)))

        31.12.2013 r.

09:04, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 grudnia 2013

   08.12.1992 rok. Tego dnia w telewizyjnej „jedynce” miał miejsce spektakl w reżyserii J. Jarockiego – Ślub W. Gombrowicza. Poniżej przytaczam moje ówczesne refleksje na ten temat.

   „W. Gombrowicz, to dla mnie pisarz przede wszystkim gestów, postaw, zachowań. Ta tematyka, jako istota życia, treść literatury, przyznaję, nie jest mi zbyt bliska. Tym samym więc i on sam jest mi zbyt odległy zarówno mentalnie, jak i literacko, żebym był nim zachwycony i piał peany na Jego cześć. (Chociaż jego Dzienniki, przyznaję, są genialne!) Zatem, jak się można było spodziewać, również jego Ślub w reżyserii J. Jarockiego w obsadzie świetnych krakowskich aktorów, nie powalił mnie na kolana.

   Oczywiście, jego literatura odnosi się do człowieka, rejestruje nasze zachowania, znacznie je zresztą przejaskrawiając, łapie nasze gesty, które uwarunkowane są oczywiście tym wszystkim, co immanentnie związane z nami, naszym wnętrzem, z tym wszystkim, co dzieje się w naszej sferze psychicznej, jednak mimo wszystko pozostaje ona dla mnie obca. To bowiem, czego ja szukam w literaturze, to coś znacznie głębszego. To znaczy ja również szukam tego, co w nas, wewnątrz, jednak osobiście jestem dużo bardziej zainteresowany źródłem naszych zachowań, naszych reakcji, niż samymi pustymi, czy też zabarwionymi jakąś emocją gestami, które jako pochodna tego, co myślimy i czujemy, mówią nam tak naprawdę niezbyt wiele o człowieku i jego naturze.

    Przede wszystkim to, co mnie uderza w tym spektaklu, to jego konwencja – snu. I myślę, iż owa oniryczność przedstawienia, to może nawet nie tyle pewien rodzaj eskapizmu, co raczej pewnego rodzaju forma usprawiedliwienia swojego buntu, jaki sam autor nosi w sobie na co dzień. Buntu, który na skutek braku odwagi jego twórcy może zaistnieć jedynie w takiej, niejako zawoalowanej formie, jaką jest właśnie konwencja marzeń sennych. Tylko wówczas bowiem ów bunt może się urzeczywistnić, wyciągając niejako na światło dzienne skrywane gdzieś głęboko pragnienia – nie zawsze przecież czyste i godne. Jednak wówczas, właśnie w czasie snu może dojść do głosu nasza podświadomość i wywlec na wierzch to, co w nas ciemne, niecne i brudne, a co tak troskliwie skrywamy za dnia przed oczami innych w swoich bebechach! Sen bowiem, bez względu na nasze pragnienia – choćby nawet najdziksze i najkrwawsze, oferuje nam bezkarność i upragnione bezpieczeństwo. I chyba dlatego właśnie, podczas jego trwania, pozbawieni wszelkich konwenansów, dogmatów i skrupułów, z taką lubością oddajemy się we władanie naturze – naszej podświadomości.

   Wracając jednak do meritum sztuki, to jeszcze raz muszę z przykrością stwierdzić, że dotyka ona jedynie powierzchni życia, nie penetrując jego zakamarków, ani tym bardziej zawiłości naszej psychiki. Krótko mówiąc Jego dramat, to krzywe lustro, w którym co prawda odbijamy się, ale przepoczwarzeni, czy tego chcemy czy też nie, jako małe, zgnuśniałe i ułomne stworzenia. I jest to bez wątpienia sztuka! Ale sztuka – przynajmniej dla mnie – pisana przez małe s. Ja wolę perfekcję gabinetu śmiechu ze swoimi lustrami w wesołym miasteczku, niż męczarnie przy, czy też z Gombrowiczem. I śmiech tym wywołany zdrowszy i umysł jaśniejszy, mniej zmęczony, chłonny nowych niezwykłych wrażeń, a w końcu i treść bardziej klarowna i przejrzysta.

    I znów, całkiem niechcący, dołożyłem Witusiowi.”

      30.12.2013 r.

05:52, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 grudnia 2013

    Kilka dni temu napisałem: Nie warto cierpieć i umierać za ludzkość. – J. Ch. I to prawda, z której się nie wycofuję. Więcej – w kontekście tego, o czym zaraz napiszę, brzmi to jeszcze bardziej przygnębiająco.

  Jak się okazuje, a ściślej, jak wykazuje życie wszyscy jesteśmy na sprzedaż. Jedyna niewiadoma, jaka się tutaj pojawia, to kwestia ceny. I nie ma się co zarzekać, że jest inaczej, bo nie jest. Wynika to z faktu, iż naszą moralnością bardzo łatwo można manipulować. Tak jak w ogóle naszym zachowaniem, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy też nie.

   Naturalnie, na nasze zachowanie mają niewątpliwie wpływ zarówno wychowanie, jak i okoliczności, w jakich się znajdujemy. Im wyższa presja, im mniej czasu do zastanowienia nad decyzją, im nacisk grupy silniejszy, tym nasze działanie może należeć do tych gorszących, z pozoru nie do zaakceptowania – nawet przez nas samych. Jednak akceptujemy je. Dlaczego?

    Cóż, odpowiedź jest niezwykle prosta: przeważająca większość z nas chce, pragnie, czy też lubi się podporządkować grupie i związanym z tym oczekiwaniom. W takiej sytuacji nasze wybory moralne – choćby i niezgodne z wcześniej wyznawanymi wartościami, zostają odstawiane w kąt. Nasza wcześniejsza uczciwość jest niczym w obliczu oczekiwań naszych przełożonych, czy też oczekiwań grupy, w jakiej się znajdujemy. Chęć podporządkowania się, niechęć do odrzucenia, podatność na sugestie otoczenia są na tyle silne, że nasze wcześniejsze wyobrażenia o naszej uczciwości i mocnym kręgosłupie moralnym, okazują się, niestety, wcale nie takie znowu trwałe!

    Oczywiście, niektórzy mogą tutaj zdecydowanie zaoponować, nie zgodzić się z tym. Ale tu z kolei swoje zrobi czas i okoliczności. No, chyba że ci „niektórzy” będą należeć do tzw. genetycznych buntowników. Bo takich przecież wśród nas nigdy nie brakowało i nadal nie brakuje. Na szczęście. Albowiem to właśnie dzięki nim w końcu dochodzi do jakichś zmian na lepsze, dzięki takim ludziom jak M. Gandhi N. Mandela, L. Wałęsa, czy – zaskoczę wielu – J. Chrystus (!) świat zmienia się na lepsze!

    Że za wolno? Pewnie tak. Ale też wytłumaczalne: jest ich po prostu zbyt mało. Ludzi bowiem z takim buntowniczym podejściem do życia jest zdecydowana mniejszość. Ale są. I to ważne i budujące. Bo ich istnienie daje nadzieję, że z czasem będzie ich więcej i już nigdy nie będą możliwe rządy dyktatorów, różnego rodzaju oprawców, a my sami również nie będziemy szli zbyt łatwo na dualizm moralny.

       29.12.2013 r.

13:52, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 grudnia 2013

   Jako że w zasadzie każdy koniec roku skłania do podsumowań, przemyśleń, zamykania wcześniej rozpoczętych działań, to jest to również czas pojawiania się różnych porad – jak, po co, dlaczego? Idąc tym tropem dalej postanowiłem przytoczyć tutaj dialog, który – gdyby akurat ktoś był przypadkiem zainteresowany tym tematem – wyjaśnia, zapewne w dziwny sposób ale zawsze, kwestię niechęci do posiadania wnuków, co może mieć realny wpływ ma nasze przyszłe emerytury. Bo że tacy ludzie są – czy to z własnego wyboru, czy też wyboru losu nie ulega wątpliwości. Oczywiście nie wiem, czy ów dialog coś istotnego wyjaśnia, niemniej…

    Nr 1: Świetnie się urządziłeś, chłopieniu. Tylko pozazdrościć!

    Nr 2: To znaczy?

    Nr 1: Nie masz wnuków, nikt ci nie jazgocze za uszami, nie wierci dziury w brzuchu – nie rób tego, zostaw to, zrób to czy tamto, daj to, kup jeszcze tamto – i tak dalej, i tak dalej. Farciarz z ciebie – przynajmniej wiesz, co to spokój!

    Nr 2: Nie narzekaj, nie narzekaj. Z tego, co wiem, ty nie masz znowu wcale tak źle. Ugotują ci, wypiorą rzeczy, zaproszą na święta czy inne rodzinne uroczystości – nawet nie wiesz, ile wygrałeś, szczęściarzu!

    Nr 1: Naprawdę tak myślisz?

    Nr 2: Oczywiście!

    Nr 1: I zamieniłbyś się ze mną?

    Nr 2: Noo… zamienić, to raczej nie...

    Nr 1: Ha!, i tu cię mam. Sam widzisz, że to wcale nie taki lukier, jak się wydaje.

    Nr 2: Nie mówię że lukier, ale pozazdrościć zawsze można, bo jest czego.

    Nr 1: Ja wiem swoje: jesteś farciarz i tyle. Chętnie znalazłbym się na twoim miejscu.

    Nr 2: Zawsze mogłeś, to nic trudnego. Wystarczyło tylko spełnić jeden warunek.

    Nr 1: Warunek? Jaki?

    Nr 2: Nie mieć dzieci. To proste.

    Nr 1: Też mi rada. Ty przecież ich nie masz, więc i wnuków mieć nie możesz.

   Nr 2: Właśnie o tym mówię. U ciebie jest już za późno na zmiany, ale inni mogliby skorzystać z mojej rady, gdyby jej potrzebowali oczywiście. Najważniejsza jest skuteczność. I samodyscyplina.

    Nr 1: Nie rozumiem. Co masz na myśli?

    Nr 2: Żeby nie zaliczyć wpadki! O to przecież w tym wszystkim chodzi, prawda? A do tego obie rzeczy są niezbędne. Jeżeli narzucisz sobie dyscyplinę w kontroli ejakulacji, skuteczność będzie jej pochodną. To proste.  Potem… potem cała reszta sama już się układa. Mówię ci – najważniejsza to dyscyplina w kontroli ejakulacji!

    I tym optymistycznym akcentem, natchniony rozmową, jaką przeczytałem dzisiejszej nocy z Marią Czubaszek, życzę tym wszystkim, którzy mogą pójść powyższą drogą, wszystkiego, co dla nich najlepsze:)

        28.12.2013 r.

13:45, adelmelua
Link Komentarze (2) »
piątek, 27 grudnia 2013

  Kiedyś napisałem tutaj o „Łuku triumfalnym” tego pierwszego, który najzwyczajniej w świecie mnie urzekł. Nie tylko zresztą on, później było wiele jego utworów, które pozostały we mnie na zawsze – i „Noc w Lizbonie”, i „Iskra życia”, i „Czarny obelisk” czy „Czas życia i czas śmierci”. Podobnie rzecz się przedstawia z twórczością E. Hemingwaya, który pozostał dla mnie również niezmiernie ważny. To jednak, o czym chciałbym dzisiaj napisać, to refleksja dotycząca ich obu.

  Mimo, że obaj wychowywali się w odmiennych warunkach, posiadali inne korzenie, posługiwali się różnymi językami, które tak naprawdę ich określały i charakteryzowały jako pisarzy, to obaj zostali ukształtowani przez bardzo ciężkie czasy. Pierwszy w zasadzie z konieczności – był Niemcem, drugi, jako Amerykanin, bardziej z wyboru. Obaj jednak pozostali dla mnie wielkimi romantykami światowej literatury XX-ego stulecia. Romantykami pozbawionymi jednak złudzeń. Nie zostali jeszcze jednymi bezpłciowymi dostarczycielami ckliwych i szybko umierających romansideł, wręcz przeciwnie – obaj byli pisarzami ostro i brutalnie odsłaniającymi nie najlepszą ludzką kondycję. Ich literatura, co ciekawe, nie sprowadzała się jedynie do bardziej czy też mniej bezowocnej krytyki poczynań człowieka, ona pozostawała, mimo wszystko, pełna wyrozumiałości dla niego, dla tego, co i dlaczego robi. Wynikało to oczywiście z faktu, że nie oceniali go, nie pouczali, a po prostu zwyczajnie o nim pisali. Wychodzili z założenia, że to powinno zdziałać więcej, niż bezsensowne tyrady i mentorskie napomnienia.

   I myślę, że tak właśnie działało. I nadal działa. Czy podobnie będzie działać na następne pokolenia? – tego nie wiem. Być może. O ile oczywiście będą czytani. Taka literatura bowiem zmusza do refleksji nad sobą, nad człowieczeństwem, nad życiem. Taka literatura nie pozostawia obojętnym, jest niczym nieśmiertelność!

         27.12.2013 r.

10:26, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 grudnia 2013

    Dzisiaj będzie nietypowo, bo niezwykle teatralnie. Zacznę zatem od Ryszarda III – i to najkrócej, jak tylko potrafię, żeby zanadto nie nudzić.

    Oczywiście nie wycofuje się z tego, co kiedyś o Nim napisałem: Shakespeare – ktokolwiek ukrywał się pod jego nazwiskiem – to genialny spryciarz! Jego sztuki są cholernie naciągane, nierzeczywiste, a całość sztucznie przeciągana aż do znużenia. Ja, przyznaję, taką właśnie strzałą znudzenia zostałem trafiony i to skutecznie – zasnąłem dwadzieścia minut przed końcem spektaklu. Zanim to jednak nastąpiło, pojawiła się u mnie pewna refleksja.

     Ryszard III i Stalin. Dziwne? Zaskakujące? Być może. Niemniej dla mnie, to podręcznikowy wręcz przykład podobieństw, niemalże bliźniaczych. Chodzi o zbieżność metod w sprawowaniu swoich rządów przez obu panów, których szaleństwo widać wyraźnie. Stąd wyciągam wniosek, że jeżeli w ogóle cokolwiek było znane Stalinowi z twórczości angielskiego dramaturga, to z całą pewnością była to właśnie ta sztuka – Ryszard III! Widać, że dokładnie ją przeanalizował, stając się jego doskonałym uczniem. Tym doskonalszym, że w pewnym momencie przerósł nawet swojego mistrza!

     Z kolei Cymbelin to sztuka, w której, gdyby absurd był w jakikolwiek sposób mierzalny, to okazałoby się, że ten utwór – osobiście dla mnie potwór – byłby tutaj rekordzistą! I mimo najszczerszych chęci nie jestem wstanie spojrzeć na to inaczej. Nawet nie dlatego, że nie chcę czy też nie potrafię, bo jestem w jakiś sposób do Niego uprzedzony, rzecz w tym, że inna optyka jest po prostu niemożliwa. Jego sztuki, niestety, to nie tyle teatr absurdu, co bardziej teatralny absurd! Bez granic! Kreacja nierzeczywistości, a On sam to – użyję tutaj słów wypowiedzianych przez Trockiego pod adresem Stalina: „genialna przeciętność”. Z tą jednak różnicą, że w przypadku Shakespeare’a mamy do czynienia z ogromną wyobraźnią. I tylko szkoda, że dzisiaj nie ma Go wśród nas, bo zapewne byłby mistrzem w literaturze science fiction. Nie dramat, ale właśnie fantastyka byłaby Jego specjalnością. Na tym polu byłby niekwestionowanym mistrzem! Przynajmniej ja tak to widzę, tak oceniam.

    Podobnie jest z kolejnym Jego dramatem – Burza. Właściwie należałoby napisać Burza, Burza i… po burzy! Więcej bojaźni niż poważnego zagrożenia. Ot, „z dużej chmury mały deszcz”.

  Niestety, potwierdziło się – ona jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że większego naciągacza w światowej literaturze nie było! Tylko że nie tyle on tutaj zawinił, co potomni – to oni Go wynieśli na owe wyżyny dramaturgii światowej, dostrzegając te rzeczy, które Jego sztuki nie zawierają! Więcej – On sam, jestem tego pewien, nawet by nie pomyślał, że tam je zamieścił! Zapewne co innego mu przyświecało, gdy je pisał, inna idea i ich przeznaczenie. Wiedział, kto będzie odbiorcą Jego twórczości, więc przykrawał je dla osobnika niewyrobionego teatralnie, niewykształconego i prostego, którego świat wewnętrzny – jestem pewien – był dużo uboższy niż świat człowieka żyjącego dzisiaj, a przez to i jego zdolności percepcyjne były poważnie ograniczone.

    Dlatego nie ma we mnie zgody na stawianie w jednym rzędzie widza z przełomu XVI i XVII wieku z tym dzisiejszym, współczesnym. Bo to, jeżeli nie jest pewnego rodzaju afrontem, to z całą pewnością pozostaje sporym nadużyciem, czymś, delikatnie rzecz ujmując, nie na miejscu w stosunku do tego ostatniego, słowem do nas, tym samym i do mnie! A ja, bez obelgi naturalnie dla szacownych protoplastów, na takie stawianie mnie w jednym rzędzie z nimi po prostu się nie zgadzam.

    – Nie zgadzam, panie W. Shakespeare, słyszy pan? Panie Ch. Marlowe – nie zgadzam się!

      26.12.2013 r.

05:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 grudnia 2013

   26.01.1991 roku napisałem, że.: „Wszyscy się boją, tylko niektórzy lepiej swój strach maskują. Dzieje się tak dlatego, ponieważ tak naprawdę nie ma ludzi na tyle silnych, aby nigdy nie można ich było zwyciężyć. Każdy jest do pokonania. Ci natomiast, którzy uważają inaczej z powodu swojej siły, są jedynie bardziej przebiegli, na tyle sprytniejsi od reszty, że potrafią wykorzystać słabość innych, krótko mówiąc są silni słabością drugich. Cała reszta to jedynie lepsze lub gorsze udawanie”.

    Bandyci, mieniący się kibicami Wisły Kraków, w biały dzień zabili kibola Cracovii. Pseudonim zabitego brzmiał „Człowiek”. Krótko mówiąc bandyci zabili „podwójnego” człowieka – cokolwiek to znaczy. To jednak, co w tej okrutnej zbrodni mnie zastanawia, to sposób jej dokonania – zbiorowy i przy użyciu maczet, pałek, noży, a także wideł (!). (Widocznie niektórzy wybrali się do miasta orać asfalt.) Jak stwierdzono Tomasz C. miał 64 rany cięte, kłute i rąbane.

   Nie wiem, co było powodem takiej agresji, jestem jednak pewien, że nie sport. Zwykli chuligani stadionowi biją się, łamią sobie kości, czynią kalekami, ale nie zabijają. Zresztą, tak naprawdę powód tej zbrodni nie jest dla mnie istotny, ważny jest sam jej fakt. Dlatego zupełnie nie rozumiem w tym przypadku wyroków w zawieszeniu – tym bardziej, że są one wysokie, co jest równoznaczne z oceną: winni!

    Dla mnie sprawa jest niezwykle prosta – jedni idioci zabili innego idiotę i powinni ponieść za to surową karę. Każdy z biorących udział w tej masakrze, przyczynił się do śmierci 30-letniego mężczyzny i każdy powinien dostać bezwarunkową karę więzienia. A to dlatego, że tam nie było ciosów obojętnych dla zdrowia, wszystkie były śmiertelne!

   28. maja 1990 roku napisałem również, że „człowiek, to ogrom wcieleń i sprzeczności, do końca nie poznany i nigdy niepoznawalny. Tę naszą złożoność próbuje uchwycić zarówno literatura, film, jak i teatr, generalnie sztuka. Raz robi to lepiej, innym znów razem gorzej, ale zawsze każdy ruch w tym zakresie przybliża nas do prawdy o nas samych, prawdy o człowieku. W przytoczonym przeze mnie powyższym kontekście zastanawiam się jednak, czy takie wydarzenia, jak zabójstwo „podwójnego” człowieka, przybliżają nas w jakikolwiek sposób do tej prawdy?

      25.12.2013 r.

10:50, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 grudnia 2013

   Cholera, czarno widzę – coraz czarniej! Jakbym przebywał co najmniej w… Nie, jednak tego nie powiem – dzisiaj po prostu nie wypada. Ograniczę się więc jedynie do lapidarnego stwierdzenia, że przed oczami mam czarno i brak jakiejkolwiek nadziei – szczególnie wtedy, gdy do moich uszu dochodzi rzewne: „(…) jako w niebie, tak i na ziemi…”. Przyznam, że takie teksty działają na mnie najgorzej. Po prostu wyrywają mnie z butów i pozbawiają resztek nadziei! Bo wychodzi na to, że nic lepszego po śmierci mnie nie spotka. Krótko mówiąc los Syzyfa pisany mi jest i tyle.

   A tak wierzyłem, że „cierpliwi będą nagrodzeni, a ostatni będą pierwszymi”! Tak się starałem, żeby ustawiać się na końcu wszelkich kolejek! A tu co? Figa z makiem! Na szczęście uwielbiam bakalie, więc… Myślę, że nie będzie tak źle, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Nawet, jeżeli się okaże, że po odwróceniu kolejki będę pierwszy – choćby i do piekła!:) Jakoś to będzie, dam radę. Ważne, żeby nie wymięknąć. I przestać wierzyć w gadki typu: „(…) jako w niebie, tak i na ziemi”. Bo taki tekst potrafi załatwić każdego już na samym starcie. Jak ten warunek zostanie spełniony, będzie dobrze. Powiadam wam – dobrze będzie. A nawet nieźle również!:)

   – To mówiłem ja: Twoje dziecię – półprodukt:)

       24.12.2013 r.

15:09, adelmelua
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 23 grudnia 2013

    Jako że święta dosłownie za pięć dwunasta, a ja jestem do tego typu zdarzeń usposobiony co najmniej obojętnie, wiec nie od rzeczy – pomyślałem – będzie przytoczenie takiego oto dialogu. Sieknąłem go specjalnie właśnie na dzisiaj:

   On: Masz kogoś?

   Ona: Uhm, mam.

   On: Kogo? Znam?

   Ona: Oczywiście, wszyscy znają – Boga. On jest moją miłością.

   On: Boga. W takim razie nie masz nikogo, to znaczy fizycznie nikogo. Bo On właściwie, to dla mnie żadna konkurencja.

   Ona: Taki pewny jesteś?

   On: Po prostu znam swoje możliwości. Nikt ci tak dobrze nie zrobi jak ja – nawet Bóg. Jakikolwiek! A właściwie to przede wszystkim On tak dobrze ci nie zrobi, jak ja.

   Ona: Mylisz się. Poza tym On  nie jest od tych spraw. Od tego mam przyjaciela... Cholera!, dobrze że mi przypomniałeś – muszę kupić baterie:)))

   Zapewne nie spotkamy się w kościele, bo ja jednak zdecydowanie wolę wyspać się w łóżku – choćby i nie własnym. Niemniej, mimo że to wszystko pic i woda na młyn panów w sutannach, to życzę wszystkim udanych świąt:))

       23.12.2013 r.

12:07, adelmelua
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 grudnia 2013

  Dzisiaj kilka myśli z ostatnich dni. Napisałem myśli z ostatnich dni, ale gdybym przestawił szyk wyrazów, mogłoby zabrzmieć całkiem „obiecująco” – myśli dni ostatnich, jakkolwiek to rozumieć. Zatem:

    Całe życie z wariatami! Tylko ciekaw jestem, kto mi zapłaci szkodliwe?

   Ponoć miłość od nienawiści dzieli niezwykle cieniutka granica. Dlatego niezbędna jest zmiana kierunku: lepiej zaczynać od nienawiści, a kończyć na miłości.

    Kocham – niezwykle łatwo powiedzieć, jak wiemy. Znacznie trudniej jest uciec od przyszłych konsekwencji tego słowa.

    I dwie myśli sprzed lat:

    Tragedią komedianta jest fakt naszej niewiary w prawdziwość jego łez.

    I osobne słówko na niedzielę:

    Życie i śmierć tak naprawdę są poza ludzkim rozumem. Tak jak i Bóg, który jest i jednym, i drugim.

    Nie warto cierpieć i umierać za ludzkość. – J.Ch.

    Reasumując – zapis z 08. maja 1991 r.:

    Siebie mam w dupie,

    Świat mam w dupie,

    Życie mam w dupie –

    Wszystko jest do dupy!

      22.12.2013 r.

05:52, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl