RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2012

Od początku prowadzenia przeze mnie niniejszego bloga, cieszył się on dość sporym zainteresowaniem,. Piszę „sporym”, albowiem zupełnie nie orientuję się w tego typu statystyce. Powiedzmy więc, że dla mnie sporym – nieco ponad półtora tysiąca wejść tygodniowo, co uważam za więcej niż nieprzyzwoity wynik. Biorąc nawet pod uwagę również fakt, że większość odwiedzających tę stronę była ta sama. Bo to świadczyłoby o pewnego rodzaju wierności, a to uczucie coraz mocniej deficytowe we współczesnym świecie. Dlatego tym bardziej chciałbym serdecznie Wam podziękować za poświęcenie moim tekstom pewnej części swojego cennego czasu i życzyć Wam wszystkiego, co najlepsze; przede wszystkim jednak niesłabnącego zdrowia, nieustającego szczęścia oraz, co oczywiste, większej ilości czasu, żebyście go mieli na czytanie mojego blogaJ (Pod warunkiem, że ja jeszcze będę się pałętał po tym świecie, nie nastąpi jakaś ogólnoświatowa awaria energetyczna i że będę miał jeszcze coś interesującego do powiedzenia.) I szkoda tylko, że nie mogę go (czasu) zatrzymać, czy chociaż odrobinę przyhamować, żebyście mogli zrobić to, co zaplanowaliście, a co z różnych powodów nie udało Wam się do tej pory zrealizować. Mimo to jednak mam nadzieję, że nadchodzący rok będzie dla Was niezmiernie frapujący i obfitujący w szczęśliwe wydarzenia! Że większość Waszych planów zostanie zrealizowana po Waszej myśli i że nieszczęścia dnia codziennego będą was omijać szerokim łukiem. Niech Wam się darzyJ

Do następnego spotkania w Nowym 2013 Roku! Oby pomyślniejszym dla nas wszystkichJ

- Salut!

31.12.2012 r.

06:13, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 grudnia 2012

To, co skłoniło mnie do dokonania niniejszego wpisu, to wypowiedzi młodych ludzi pochodzenia ormiańskiego, których przodkowie w wyniku rzezi, jakiej dokonali Turcy na Ormianach na początku ubiegłego wieku, uciekając przed pogromem, wylądowali w Syrii. Tutaj młodzi przyszli na świat, tutaj żyli, stąd teraz uciekli przed wojną domową do Armenii – kraju swoich przodków. Słowa, o których wspomniałem wyżej, to ich konstatacja, że jakoby wszędzie będzie lepiej, niż właśnie w Armenii, dlatego muszą stamtąd wyjechać, i to najlepiej, jak najszybciej.

W kontekście tego, co wyżej, czasami zdarza się, że dopada mnie taka oto myśl: Kim i czym bym był, gdybym stąd wyjechał i spróbował poukładać sobie życie na obczyźnie? Jakby się ono potoczyło? Czy podobnie jak tutaj byłoby ciągle „pod górkę”, czy może właśnie wręcz odwrotnie – wówczas wszystkie elementy układanki zaczęłyby pasować do siebie i wszystko w końcu zaczęłoby zmierzać we właściwym kierunku, tak, jak powinno się toczyć od początku? (W astrologii jest taki pogląd, że nieraz należy właśnie opuścić swój rodzinny dom, przenieść się w inne miejsce – choćby i na koniec świata, żeby dane życie weszło, że się tak wrażę, na właściwe tory.) Oczywiście, dopóki nie sprawdziłem tego do tej pory i nie sprawdzę w przyszłości, pozostaną mi czcze dywagacje i może nieuniknione na koniec życia: „Spieprzyłem sprawę. Dlaczego nie wyjechałem stad, kiedy jeszcze nie było za późno a mnie się chciało góry przenosić?! Dlaczego nie zdecydowałem się na zmiany, tylko trwałem w tym marazmie i… umieram teraz zgorzkniały i rozczarowany? Dlaczego cykor ścisnął mi cztery litery i po prostu nie wyjechałem w odpowiednim momencie?!” Ale może jest też druga strona tego medalu, mianowicie może dobrze się stało, że nie zdecydowałem się na wyjazd i tym samym np. uniknąłem śmiertelnego wypadku, okaleczenia, czy może w ogóle jakiegoś trwałego kalectwa? Nie wiadomo i sprawdzić tego się nie da. Jakkolwiek by jednak było – czy inaczej, porównywalnie, czy też może gorzej, jedno jest pewne – byłbym kimś innym! To znaczy ściślej byłbym nadal sobą, jednak wówczas istniałbym w innych okolicznościach, w innym polityczno-kulturowym kontekście. Krótko mówiąc byłbym kolejnym, w tym wypadku polskim emigrantem. Ale problem tutaj jest szerszy: emigracja w ogóle!

To, co wiadome, to to, że tak ja, jak i mnie podobni, bylibyśmy w nowym państwie obcymi, przybyszami z zewnątrz. W pierwszym pokoleniu zapewne mielibyśmy gorzej niż nasze dzieci, albowiem dzieliłoby nas od autochtonów wszystko: kultura, język, inne doświadczenia, a z tego wynikające zapewne odmienne postrzeganie świata i życia w ogóle. Inne też cechowałyby nas wady, jak i zalety. To wszystko jednak kształtowałoby nasze nowe życie. Może to by się z czasem zmieniło, jednak początki byłyby z rozdania losu właśnie takie. To, co by było inne, to fakt, że nasze potomstwo miałoby już inaczej, znacznie lżej, gdyż rosłoby tam, gdzie przyszło na świat, czyli w nowej ojczyźnie. Tam kończyłoby szkoły, znałoby perfekcyjnie język, miało przyjaciół z tych środowisk, które przede nami byłyby niejako zamknięte, słowem – byłyby, co prawda w drugim pokoleniu, ale jednak autochtonami. Wyrastaliby z innej, obcej nam mentalnie kultury. I byłaby to różnica zasadnicza pomiędzy nimi, a nami. Ale nie tylko o tę różnicę tutaj chodzi, rzecz przede wszystkim w naszej postawie wobec nowej ojczyzny! W postawie pierwszego pokolenia emigracyjnego. Bo o ile patriotyzm naszych dzieci wobec kraju, w którym przyszły na świat i wzrastały w nim byłby naturalny, o tyle nasz już niekoniecznie. (Wynikałoby to oczywiście z pewnego naszego wewnętrznego rozdarcia, co zrozumiałe.) Ale czy „niekoniecznie” choćby i w tym kontekście byłoby zasadne? Byłoby wytłumaczalne? W końcu nowej ojczyźnie należałaby się z naszej strony lojalność, bez względu na nasze wewnętrzne rozterki związane z krajem pochodzenia. Oczywiście, im dłużej trwałaby nasza emigracja, tym związki z rodzinnym krajem mogłyby stawać się luźniejsze, nietrwałe, wątłe. Tak jak wątle są tych właśnie wspomnianych przeze mnie na wstępie młodych Ormian z krajem swoich przodków – Armenią. Co, myślę, dowodzi jednej podstawowej rzeczy: wybór miejsca zamieszkania niewiele ma wspólnego z patriotyzmem i chęcią kultywowania tradycji. Oczywiście ten wybór, to ekonomia i zwykłe pragnienie lepszego życia od swoich rodziców. A gdzie? – to już sprawa wtórna. Świat – ten ponad granicami, jako ojczyzna wszystkich ludzi jest duży, zawsze gdzieś znajdzie się dla nas miejsce. Dlatego uważam, że pozostawanie w nowej ojczyźnie przez kolejne pokolenia poza jej rdzennym społeczeństwem jest przejawem skrajnej nielojalności i nieodpowiedzialności. Bo po co ten podział? Czemu ma służyć to wręcz ostentacyjne hołubienie swojej odrębności? Czy uczciwym jest korzystanie z wszystkich socjalnych udogodnień nowej ojczyzny, nie dając nic albo bardzo niewiele w zamian? Dlaczego nie stopić się z lokalną społecznością, nie zasymilować? Ja z takim podejściem się nie zgadzam! Wiem, że gdybym wyjechał, zrobiłbym wszystko, co w mojej mocy, aby moje dzieci były wolne od mojej przeszłości, musiałyby być oddanymi obywatelami nowej ojczyzny. Takie postawienie sprawy byłoby i racjonalne, i najzwyczajniej w świecie uczciwe. A postawa i słowa młodych Ormian tylko mnie w tym przeświadczeniu utrzymują jeszcze mocniej. W tym kontekście Arabowie, Hindusi, Chińczycy, Żydzi i inne nacje nie są tutaj, oczywiście, żadną samoistną wyspą.

30.12.2012 r.

09:31, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 grudnia 2012

Czym ona jest? Czy jest do osiągnięcia, uchwycenia i ukazania? A jeżeli tak, to w jaki sposób? Czy chodzi o fotograficzne wręcz odzwierciedlenie naszej egzystencji? Czy może bardziej o prawdę o niej, co już niekoniecznie trzeba i należy przedstawiać za pomocą porażającego realizmu?

Zapewne wielu z nas dokona wyboru zgodnie ze swoim postrzeganiem świata, wrażliwością, wiedzą czy doświadczeniem. Co do mnie, to uważam, że obie drogi są dobre i słuszne, bo prowadzą do właściwego celu, jakim jest prawda naszej egzystencji. Czy będzie to fotograficzne odzwierciedlenie naszego bytu poprzez reportaż, dokument, czy zwykłe zdjęcie rejestrujące krótki moment naszej rzeczywistości, czy wręcz przeciwstawnie – rzecz będzie dotyczyła sztuki posługującej się własnym indywidualnym językiem, oryginalnym i wypracowanym na potrzeby przekazu jakiejś idei, zawsze i wszędzie będzie chodziło o Sztukę. W myśl zresztą porzekadła, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak i każda forma naszej działalności artystycznej, próbująca nas przybliżyć do prawdy o naszej egzystencji, jest jak najbardziej wskazana, pożądana i właściwa.

Oczywiście, dzieła pozostają mniej lub bardziej udane. Mocniej, słabiej lub w ogóle nie dotykające istoty naszego bytu, niemniej wszystkie one są tak samo ważne! Dzieje się tak dlatego, że jakakolwiek forma naszej działalności artystycznej wynika z nas samych, z naszego jestestwa, naszej tożsamości; jest wypadkową naszej wrażliwości, wiedzy, doświadczenia i postrzegania świata, tym samym jest częścią składową naszego życia. Tak zawsze było, tak jest i tak będzie po ostatniego człowieka. I to w ludzkiej twórczości jest najpiękniejsze! Bo pozwala nam wybrać własną drogę, kierunek, własny, indywidualny język, którym posługujemy się w dążeniu do obranego przez siebie celu. Ważne, żeby w trakcie tej marszruty nie zniechęcać się niepowodzeniami, nie ustawać w drodze w swoich poszukiwaniach. Dopóty bowiem jest szansa dotarcia do wyznaczonego przez siebie celu, dopóki istniejemy i znajdujemy się na tej niekończącej się ścieżce poszukiwań. Kiedyś, jestem pewien, wielu z nas na pewno uda się dotrzeć do upragnionej „ziemi obiecanej”, tak jak choćby K. Costnerovi do wypatrywanemu z utęsknieniem lądu w „Wodnym świecie”.

29.12.2012 r.

11:56, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 grudnia 2012

Oczywiście, prochu nie wymyśliłem powyższym stwierdzeniem – zawsze następowała pokoleniowa zmiana warty. Tak było, jest i będzie! – bo taka jest naturalna kolej rzeczy. Problem z tym jest taki, czy owe zmiany następują w sposób ewolucyjny, czy może jednak rewolucyjny. Bo zmiany pokoleniowe to jedno, jednak ich forma – to drugie, i to wcale nie mniej istotne.

W zasadzie zmiany dotychczas przebiegały przez wieki w sposób ewolucyjny, stopniowo. To, co się dzieje od dwóch dekad, to może jeszcze nie rewolucja, jednak na pewno też nie spokojna, niejako kontrolowana ewolucja. Odnoszę wrażenie, że to, z czym mamy do czynienia  w ostatnim 20-leciu należy do gatunku jakiegoś szalonego eksperymentu, który nie wiadomo jeszcze, dokąd ma nas zaprowadzić. I nieważne, czy na końcu tej drogi czeka nagroda, czy też może rózga, istotne, że z drogi tej zawrócić już nie sposób. Czy – niestety, nie można – okaże się w przyszłości.

Jednym z takich sztandarowych przykładów naszego niekontrolowanego rozwoju jest mieszanie się ludzi na kształt biblijnej wieży Babel. Do państw, w których doszło do największych zmian w składzie narodowościowym, co ma oczywiście bezpośrednie przełożenie na mentalność społeczeństwa, to państwa postkolonialne, jak Anglia czy Francja; w jakiejś mierze dołączają do nich również Niemcy i wiele mniejszych europejskich państw, w których rozwój demokracji i wynikająca z niego nierzadko wręcz chorobliwa poprawność polityczna już właściwie doprowadziły do – w moim przekonaniu – zachwiania proporcji pomiędzy tym, co można i wypada, a tym, co niewłaściwe i groźne.

Naturalnie, obcy kulturowo obywatele, to większa różnorodność, urozmaicenie, kulturowe wzbogacenie każdego społeczeństwa; tyle tylko, że to również zagrożenie, niestety. Bo przy zachowaniu wszystkich praw kraju pochodzenia, jakie gwarantuje się tym ludziom w Europie, dochodzą również i te wynikające z istoty demokracji, z czego oni niewątpliwie skwapliwie korzystają. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że nierzadko owe prawa wykorzystują w sposób niewłaściwy i tak naprawdę godzący w demokrację, bo ograniczający i godzący w prawa pozostałych obywateli.

Oczywiście, Wisły czy też innej rzeki kijem się nie zawróci; być może musimy przez to przebrnąć i dojść do końca tej drogi. Jednak wiem też i czuję, że „coś” powinno się zrobić, przeciwdziałać temu. Bo tak dalej być ani nie może, ani być nie powinno! Poprawność polityczna i prawa obywateli pochodzących z innego kulturowo kręgu, to jedno, drugie natomiast – to prawa autochtonów do zachowania własnej tożsamości narodowej. A tutaj dzieje się tak, że przy całej korzyści ujednolicenia i unifikacji, jaką wprowadza Unia Europejska, dochodzi jeszcze inne zagrożenie - właśnie owa obca kulturowo ludność, pozostająca z własnego wyboru poza rdzennym społeczeństwem; to obywatele swoich nowych ojczyzn, z inną tradycją, inna mentalnością, innym systemem wartości. A jeżeli nawet nie nowych a starych ojczyzn, odziedziczonych po swoich przybyłych do Europy przodkach, to też obcych, bo nie do końca zaakceptowanych. Dlaczego? Właśnie, i tutaj jest pies pogrzebany. Bo, naturalnie, na taką akceptację z reguły nie pozwala religia!

Ktoś może odebrać ten tekst, jako atak na obcą nację; że przemawia przeze mnie nacjonalizm, rasizm, ksenofobia i kilka jeszcze innych niezbyt otwartych postaw. Ale to nieprawda. Uważam, że chodzi o realne zagrożenie, o którym już tutaj kiedyś wspominałem, a którym jest, według mnie, nieuniknioność konfrontacji kultur. Czy aby temu zapobiec, zrobimy „coś” w miarę wcześnie – nie wiem. Może się okazać, że jesteśmy jako ludzkość głupi i nie dostrzegamy zagrożeń, które wpychają się do naszych mieszkań drzwiami i oknami. Wiem jednak jedno: siedzieć z założonymi rękami nie można. Bo zagrożenie jest realne, a nic nie robienie może tylko sprawę pogorszyć na tyle, że takich norweskich Breivików może nam przybyć kiedyś z dnia nadzień w sposób zupełnie niekontrolowany o wiele więcej, niż jesteśmy to sobie dzisiaj wyobrazić. A że nie są to puste, bez pokrycia słówka, wystarczy poserfować w internecie i poczytać wpisy anonimowych osób. Wierzcie mi – już dzisiaj strach się bać!

28.12.2012 r.

10:10, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 grudnia 2012

Przeglądając przedświąteczne gazety, trafiłem na tekst przedrukowany z ultrakatolickiej Fronda.pl, gdzie M. Muszyński, w kontrze do bilbordów z tekstem: „Nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę”, wykoncypował taką oto odpowiedź: „Nie zabijam, nie kradnę, nie myślę”. O ile do pierwszego hasła przyczepić się nie mogę pod względem logiki wypowiedzi, o tyle drugie hasło już taką nielogiczność posiada. Czytając bowiem ten tekst, nasuwa mi się od razu jego przeciwstawność, mianowicie: Myślę, więc zabijam, i kradnę! Konkluzja? Jedna zasadnicza: zacietrzewienie nie służy jasności myśli. Druga, wynikająca niejako z tej pierwszej (podłoże religijne), mianowicie, że wszystkie religie świata od wieków robią nam wodę z mózgu! Nie mówię „wiara”, mówię – religie!

Czytam o kobiecie, dziennikarce w Sudanie, która została wybatożona za to, że założyła spodnie! Dlaczego? Bo dla tamtejszego boga to ujma i niespotykany wręcz dyshonor! Absurd? Idiotyzm? Wynaturzenie? Wszystko po kolei i wiele jeszcze innych rzeczy po drodze - po drodze do tamtejszego boga, naturalnie. Ale też coś głębszego: zniewolenie i totalny brak tolerancji! Nie tylko zresztą w odniesieniu do kobiet, ale w ogóle dla innych religii czy wyznań.

Gdy czytam, oglądam, słyszę o takich rzeczach, to marzy mi się jedno: powrót do korzeni – do matriarchatu! Kobiety bowiem, przy istnieniu oczywiście innych w nich wad, to brak bezwarunkowej agresji, która z kolei jest immanentną cechą mężczyzn; to dużo większa tolerancja i otwartość na odmienność innych; to dużo mniejsza chęć bratania się przy alkoholu i uleganie korupcyjnym wpływom; to w ogóle mniej negatywnych uzależnień, tak koślawo wpływających na nasze życie. Nie chcę przez to powiedzieć, że ich nie ma w ogóle, bo są. Ale jeżeli nawet, to ich ciężar gatunkowy ma inne przełożenie na mój byt, są mniej, że się tak wyrażę, upierdliwe. Dlatego dzisiaj głośno krzyczę:

– Kobiety, do dzieła! Matriarchat czeka!!!!

27.12.2012 r.

06:32, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 grudnia 2012

To, co w wielu z nas charakterystyczne, niestety, to taka cecha, która pozwala nam niezwykle łatwo oceniać innych, psioczyć i krytykować za wszystko. A to za zasypane drogi, bo służby drogowe oczywiście zostały zaskoczone; a to że wokół brudno, bo śmieć na śmieciu śmieciem pogania, a służby komunalne jak zwykle sobie nie radzą; a to że kierownik złamas niesłusznie nas opieprzył, bo… powodów są tysiące, więc ten jeden podstawowy zawsze się znajdzie, i tak dalej, i tak dalej. Powodów do krytyki, jak sami wiecie, jest nieprzebranie wiele. To jednak, co mnie zawsze zastanawia przy tego typu wypowiedziach, to niejako głębokie przeświadczenie wewnętrzne wypowiadających słowa krytyki, że oni są zawsze the best, bez zarzutu, zawsze poza krytyką! Oni przecież zawsze zmieniają opony na zimowe, zanim okaże się, że jest za późno; im zawsze wszystko wychodzi jak najlepiej, nigdy i nigdzie się nie spóźniają i nigdy nie zawodzą; zawsze segregują śmieci i wyrzucają je potem w miejscu do tego przeznaczonym; że już nie wspomnę, jak fantastycznymi są rodzicami, synami, córkami czy zięciami, no po prostu sama chodząca doskonałość! A jeżeli nawet nie doskonałość, to przynajmniej coś kręcącego się bardzo blisko niej. Dlatego też jestem niezmiernie szczęśliwy z samego faktu bycia człowiekiem i że mieszkam w tak fantastycznym, wyjątkowym miejscu jak Polska! Trafił mi się los, co najmniej na miarę „Anioła w Krakowie”, który zamiast do ohydnej, nudnej i mało inspirującej Holandii trafił do „Polandii”! I tylko ten łobuz, którego gra Jerzy Trela wszystko psuje tym swoim:

– A w ryj chcesz?! No.

To do następnegoJ

26.12.2012 r.

11:50, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 grudnia 2012

Im jestem starszy, tym trudniej jest mi wykrzesać u siebie bezwarunkową radość. (I nawet jedzony codziennie ser nie jest tutaj niczego odmienić J) Nie chcę przez to powiedzieć oczywiście, że jestem jakoś przeraźliwie stary, w końcu nie pamiętam z własnego doświadczenia bitwy pod Grunwaldem, ani tym bardziej chrztu Polski. Ha, jest gorzej – nie pamiętam nawet, jak miała na imię moja pierwsza dziewczyna! Oczywiście żartowałem. Tak naprawdę, to nie pamiętam imienia swojego pierwszego chłopaka. Sorry, to też był żart. Po prostu „lubim się pośmiać”, więc, pomyślałem, że taki wstępik na dzień dobry będzie akuratny. Ale do rzeczy. To, o czym chciałbym dzisiaj napisać, to… tak a propos świąt i religii, wielu zresztą religii i występujących w nich postaciach zwanych prorokami.

Oczywiście, wielu z was powie, że prorok to święty człowiek, niejako naznaczony przez Boga w celu głoszenia Jego chwały i potęgi, mający za zadanie wyznaczenia ludziom jej trasy do prawdy absolutnej, bo objawionej, czyli do naszej świetlanej przyszłości; to ludzie, nierzadko niewątpliwie obdarzeni charyzmą, którzy mają jakieś konkretne zadanie do wykonania na ziemi. Odpowiem na to tak: Okej, zgoda. Może tak jest. Ale jeżeli przyjąć taką argumentację, to tych, których moglibyśmy wpisać do rejestru proroków byłoby znacznie więcej niż nam się wydaje. Bo i Konfucjusz, i tacy stratedzy jak Aleksander Wielki, czy Juliusz Cezar, a także choćby Napoleon Bonaparte również do miana proroków mogą śmiało aspirować. A co z Leninem, Hitlerem czy Rasputinem, który przecież na początku XX wieku cieszył się nie tylko sławą, ale wręcz uchodził za cudotwórcę i człowieka o nie spotykanych wręcz możliwościach, co z kolei przekładało się na jego ogromne wpływy polityczne! Czy oni wszyscy i wielu jeszcze innych a nie wymienionych tutaj z imienia, nie zasługują na miano proroków? Oczywiście nie religijnych, ale jednak proroków nowej wiary, choćby i wiary w ideę? Otóż to, zasługują! Czy są nimi? Zapewne przez wielu swoich wyznawców tak właśnie byli odbierani. W moim jednak głębokim przeświadczeniu tak oni, jak i ci, którzy prorokami w historii ludzkości zostali już ogłoszeni, wcale nimi nie byli. Nigdy i nigdzie! Oni wszyscy bowiem, co do jednego, to  pic, bajer i w ogóle totalna ściema na potęgę! Bo to, że wraz z człowiekiem powstały jakieś religie, to, że w związku z ich rozwojem pojawiło się na takie osoby zapotrzebowanie, to jeszcze nie dowód, że tacy ludzie kiedykolwiek byli, czy też są. Bo tak jak wraz z rozwojem człowieka pojawiła się koncepcja Boga jako wszechpotężnego Stwórcy, tak i wraz z rozwojem religii musiało się również pojawić zapotrzebowanie na takie osoby jak prorocy! I mimo że oba byty są niejako tożsame, to jednak nie są sobie równi. Bo o ile Bóg może i będzie istniał w naszej świadomości bez proroków, o tyle ci ostatni bez Boga istnieć nie mogą. A tak jak nie mogą istnieć bez Niego, tak też nie istnieją w moim świecie. Przykro mi.

No, chyba że pewnego pięknego dnia sam się nim ogłoszę. Tak, wtedy, jeżeli nawet nie będę w to wierzył, to przynajmniej będę stwarzał pozory wiary. Tak, jak to robili prorocy w przeszłości. Krótko mówiąc za klasykiem z Torunia: „Alleluja i do przodu!”.

Ci, którzy głęboko wierzą i celebrują święta życzę udanych, ze wszech miar pogodnych Świąt; ci, którzy są sceptyczni, albo też nie do końca zaangażowani w te święta życzę świetnego wypoczynku w tych dniach. I w ogóle "świętego spokoju" - cokolwiek to znaczy:)

25.12.2012 r.

10:51, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 grudnia 2012

Napisałem tutaj kiedyś, że po śmierci rozpraszamy się w boskości, to znaczy w Energii, wierząc w to, że Bóg, to właśnie Energia wypełniająca cały wszechświat; drugą jej częścią jest oczywiście Czas. Dzisiaj, jako że moment świąt jest zawsze szczególną chwilą, więc i ten temat, myślę, jest jak najbardziej na miejscu.

Argumentem potwierdzającym moją tezę, iż Bóg to również wszechpotężny i wszechobecny Czas, jest  podanie o Adamie i Ewie. Pomijam tutaj moje opowiadanie i dowodzenie w nim, iż związek ten jest przykładem pierwszego mezaliansu w historii ludzkości, bo to zarówno inna Ewa, jak i inny Adam, chodzi mi przede wszystkim o historię biblijną tego związku. Otóż w tej wersji ich historii do momentu, kiedy biblijna para należycie przestrzegała wszystkich nakazów i zakazów ustanowionych przez Boga, dopóty raj był rajem, a oni szczęśliwymi wybrańcami. Kiedy jednak sięgnęli po zakazany owoc z „drzewa poznania”, wówczas stała się rzecz straszna: ujrzeli swoją nagość! Zgrzeszyli! Pod tym pojęciem kryje się prawdopodobnie wszystko: i choroby, i cierpienie, i smutek, i rozpacz, i, co dla mnie w tym przypadku najistotniejsze, wartość czasu! Od tego bowiem momentu Bóg doświadcza ich w inny, dotąd niespotykany sposób, mianowicie od tego momentu są tacy jak my: starzeją się! Okazuje się, że wraz z popełnionym przez siebie grzechem utracili swoją doskonałość: nieśmiertelność!

To, co mnie się nasuwa w związku z tą historią, to przede wszystkim refleksja, że wcześniej czy później za wszystko przychodzi nam zapłacić. Taka bowiem jest kara za nasze istnienie. Drugą, niejako poboczną refleksją jest myśl, że o ile to człowiek wymyślił i stworzył pieniądz, o tyle handel i ceny – szczególnie w kontekście powyższej biblijnej historii – stworzyć musiał już „ktoś” inny. Pytanie – kto?, myślę, że jest tutaj zbyt  łatwe, dlatego nie będzie żadnej  nagrody.

24.12.2012 r.

11:03, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 grudnia 2012

Mamy u siebie dwa obozy polityczne. Jeden z nich – rządzący – to mistrzowie od niespełnionych obietnic i roztaczanych przed nami pięknych widoków; drugi natomiast, to opozycja, która zawsze wszystko potępia w czambuł. Obie grupy, co dla nich naturalne oczywiście, zwalczają siebie nawzajem, działając na zasadzie imadła, w którym znajdujemy się my, czyli niewiele mogące społeczeństwo. I tak aż do następnych wyborów. Wówczas znów odzyskujemy pewien wpływ, znów coś od nas zależy i… po oddaniu głosu na powrót wracamy do znanego nam teatru i właściwych ról.

Niestety, obie formacje – bez względu na to, kto rządzi w danym momencie – jednakowo mnie przerażają. Ta obecna, będąca u steru władzy (koalicja Po + PSL) swoją nieudolnością, wynikającą właściwie z nie przygotowania do rządzenia – co widać szczególnie wyraźnie teraz, gdy w końcu i do nas dotarł kryzys i nic nie robienie i puste, niezrealizowane obietnice widać jak na dłoni; druga z kolei przeraża swoją niezmiernie głęboką irracjonalnością, chyba w myśl zasady, że „im gorzej, tym lepiej”. Oczywiście, wiadomo komu lepiej. Wiadomo też, komu gorzej. Bo my za taką irracjonalność opozycji płacimy najwięcej. Tak jak i za nic nie robienie rządzących również.

Czy jest wyjście z tej sytuacji? Naturalnie, zawsze jest jakieś wyjście. W tym przypadku nie jest inaczej. Jest nim lepsza jakość klasy politycznej! Niestety, to, co jest tutaj przygnębiające, to fakt, że przedstawiciele tej właśnie klasy cechuje jednocześnie nieznośny jej brak! I tutaj jest pies pogrzebany. Krótko mówiąc nic nowego raczej nas nie czeka w najbliższej przyszłości. Nic pozytywnego, naturalnie. Niestety. Dlatego musimy pocieszyć się czymś innym. Ale jako że święta już za pasem, więc jest nadzieja, że tych okazji do zadowolenia również będzie niemało. Tym bardziej, że nic nas tak nie napędza do działania, nie buduje, nie nastraja optymistycznie, jak niekończące się złudzenia i nadzieje. A że te z czasem okazują się nierzadko płonne, to już inna bajka. Osobiście życzę Wam samych miłych, niezapomnianych, magicznych chwili w tych nadchodzących dniachJ

23.12.2012 r.

06:02, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 grudnia 2012

Ci, którzy myślą, że największy Holocaust w historii ludzkości miał miejsce podczas drugiej wojny światowej są w błędzie. On rozegrał się znacznie wcześniej, bo już 500 lat temu i dotyczył rdzennych mieszkańców Ameryki. Ta świątynia wolności i demokracji bowiem, budując zręby swojej państwowości, tworząc podwaliny pod swoją przyszłą potęgę, dokonała jednocześnie największej eksterminacji społeczności indiańskiej rękami najpierw hiszpańskich konkwistadorów, a potem Anglików wspomaganych przedstawicielami innych nacji. Oczywiście, ten holokaust nie miał nic wspólnego z tym XX-wiecznym, świadomym, przemyślanym i prowadzonym metodycznie. Ten sprzed 500 lat dokonał się niejako niechcący, „omyłkowo”, tak jak omyłkowe było dopłynięcie Kolumba do Ameryki. Zabijanie jednak rdzennych mieszkańców Ameryki nie było już jednak takie przypadkowe. Było świadome i ciągnęło się przez setki lat! W imię czego, Boga? Bzdura! W imię chęci zysku, pragnienia posiadania ziemi, złota, czy kamieni szlachetnych. Dlatego też ja, dzisiaj, mam poważne wątpliwości, co do właściwości określenia „odkrycie Ameryki”. Mnie ono jednak kojarzy się bardziej z najdłuższą krucjatą białego człowieka i związaną z tym drogą krzyżową Indian wszystkich szczepów, zamieszkujących rozległe tereny od podnóża Andów, poprzez Kordyliery, aż po mroźną Alaskę; kojarzy mi się ona bardziej z eksterminacją i niszczeniem kultur amerykańskich Indian, niż z jakimkolwiek chlubnym odkryciem!

Pytanie, jakie się tutaj rodzi, to: Czy w obliczu nieuchronności historii w ogóle los Indian był do uniknięcia? Czy tylko można go było przesunąć, niejako odłożyć w czasie? To taka świąteczna zagadka dla współczesnych chrześcijan, których przodkowie z miłością na ustach i krzyżem w ręku nawracali „prymitywnych”, bo błądzących i żyjących przecież w grzechu pogan. Do zagadki można dołożyć również wprawy krzyżowe, które miały miejsce znacznie wcześniej, ale które również ciągnęły się niemało, bo przez dwieście lat i pochłonęły tysiące istnień ludzkich! Dzisiaj, wydaje mi się, powyższe pytania nadal są zasadne i aktualne, tak jak zasadne jest pytanie zasadnicze: W imię kogo i czego były one prowadzone? Czy zaprawdę musiały i przyniosły oczekiwany skutek? Czy dzisiaj są powodem do naszej dumy i chluby?

22.12.2012 r.

11:21, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl