RSS
niedziela, 18 listopada 2018

Wiadomo, czym zaczyna się ten miesiąc – Świętem Zmarłych, dlatego też nic dziwnego że ludzie umierają, szczególnie właśnie w tym miesiącu.

 Kilka dni temu niespodziewanie (wylew) zmarła koleżanka z pracy. A właściwie żadna koleżanka, ot – bardziej znajoma, mimo że pracowaliśmy razem w tym samym miejscu od kilku już lat. Dlaczego właśnie bardziej znajoma niż koleżanka? Ponieważ była mi ona więcej niż obojętna. Krótko mówiąc – miałem z nią bardziej niż chłodne relacje. Ot – zwyczajowe cześć i takie tam od czasu do czasu sprawy zawodowe.

Nie wiem, jaką była matką, żoną, czy babcią – pewnie dobrą, ja jednak będę ją postrzegał tak, jak sobie na to zasłużyła w pracy: jako plotkarkę – i to tę, która plotki tworzy! – a także jako kogoś, kto robił tzw. bokami: więcej przebywała na zwolnieniach lekarskich w ciągu roku, niż w pracy. A o długości choroby wiedziała już wcześniej, zanim dostała zwolnienie. Oczywiście ani mnie to grzało, ani ziębiło, niemniej moja ocena jej osoby na koniec jest właśnie tak: leser.

W tym tygodniu odbył się jej pogrzeb. Nie byłem na nim. I nie tylko zresztą ja. Poza tym ona również na moim nie będzie. I to nie tylko dlatego, że fizycznie już jej nie ma, więc jej obecność na pogrzebie, zarówno moim jak i innych osób jest niemożliwa, ale także dlatego, że mojego nie będzie. Nie odbędzie się. Wcześniej zostanę spopielony i jakaś piękna niewiasta – przynajmniej taką mam nadzieję – mnie dmuchnie. To znaczy rozdmucha na wietrze w wybranym wcześniej przeze mnie miejscu. Innymi słowy – pogrzeby nie są dla mnie. Mierżą mnie!

Można powiedzieć, że akurat w moim przypadku zaskoczenia nie było, ci bowiem, którzy mnie znają, wiedzą, czego można się w tym zakresie spodziewać.  Zaskoczeniem jednak mogło być już jednak to, co powiedziałem jeszcze przed jej pogrzebem:

– Cóż, odeszła, nagle, dla nas nagle, ale widocznie tam – wskazałem kciukiem na sufit – była oczekiwana. Dobrych pracowników tam również potrzebują.

Co niektórzy słysząc to, uśmiechnęli się, a ja poszedłem za ciosem i dodałem:

– Co do mnie, to co najwyżej możecie powspominać mnie w jakiejś knajpie, mówiąc, że: dobry był z niego (ze mnie naturalnie) herbatnik. I w ogóle dobre było ze mnie chłopisko, tylko jajka nosiłem zbyt nisko.

Tym razem, gdy wybrzmiały moje ostatnie słowa, wszyscy ryknęli śmiechem i tak zakończyło się wspomnienie o koleżance z pracy – dla jednych, o znajomej natomiast dla drugich.

18.11.2018 r.

00:04, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 listopada 2018

1.W Święto Niepodległości 11.11.2018 r. przez Warszawę przeszły dwa marsze. Jeden, nad którym ostatecznie patronat objął pan Andrzej Duda, drugi – zorganizowany został, jako cykliczna impreza, przez tzw. Młodzież Wszechpolską. Pytanie, jakie powinno się tutaj pojawić, brzmi: Dlaczego miały miejsce dwa marsze, skoro prawie do końca nikt o takim rozwiązaniu nawet się nie zająknął?

Za to, że tak się stało, niestety, odpowiedzialna jest pani H. Gronkiewicz-Walz, która, jako prezydent Warszawy, podjęła decyzję o rozwiązaniu marszu narodowców. Nie będę się tutaj wdawał w jakieś bardziej lub mniej zawiłe dywagacje, dlaczego to zrobiła, napiszę przede wszystkim o tym, czym to skutkowało, a skutkowało zorganizowaniem drugiego marsz przez p.o. prezydenta A. Dudę, co, tym samym, pozwoliło wyjść z twarzą zarówno jemu, jak i całemu PiS-owi z owego świątecznego zapętlenia.

Nie wiem, kto doradzał w tej kwestii pani prezydent Warszawy i czy w ogóle ktoś to robił, wiem tylko, że taka decyzja miała dwojakie znaczenie: od strony politycznej opozycji okazała się jak najbardziej fatalna, z pozycji jednak mieszkańców stolicy i w ogóle wszystkich obywateli kraju, była w pewien sposób zbawienna, bo charakter obu przemarszów miał w zasadzie przebieg niezwykle spokojny.

2. Wojna, każda oczywiście wojna wydobywa z człowieka najniższe, więcej niż zwierzęce instynkty, gdzie życie w ogóle traci jakąkolwiek wartość. Obok tego jednak jest jeszcze coś, jako element dominacji nad podbijanym narodem: w trakcie wojny podejmowane są przez najeźdźców takie decyzje, które mają podbity naród upokorzyć i pokazać mu, jak bardzo nim się pogardza.

W poniedziałkowym filmie Niepodległość, filmie dokumentalnym złożonym z wielu archiwalnych urywków zebranych w wielu miejscach Europy przez reżysera, a poświęconym 100-leciu odzyskania przez Polskę niepodległości, taką pogardę widać w jednym z jego fragmentów, tym dotyczącym Wawelu i tego, jak to Austriacy urządzili tam koszary wojskowe. Kiedyś w siedzibie, a dzisiaj nekropolii królów polskich!

Wiele było w tym filmie ciekawych momentów, ba – cały film był niezmiernie interesujący! Ten jednak fragment szczególnie zwrócił moją uwagę, tym bardziej że, jak wiemy z historii, nie był to odosobniony przypadek: podobnie postępowali z nami w przeszłości zarówno Rosjanie, jak i Niemcy, którym nierzadko nie wystarczało samo zwycięstwo, trzeba było jeszcze przegranego poniżyć, upokorzyć, podeptać jego godność...

15.11.2018 r.

14:36, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 listopada 2018

Wczoraj obchodziliśmy 100-lecie odzyskania przez nasz kraj niepodległości. Były przemowy, marsze, śpiewy, słowem – uroczysty, podniosły nastrój, ale też towarzysząca temu niezbędna refleksja.

To, co ja mam w tym kontekście do powiedzenia, to jedynie tyle: szkoda, że skończyła się „psia grypa”. Jej zakończenie bowiem niczego, tak naprawdę, nie zmieniło – na ulicach, naturalnie. Bo dla samych zainteresowanych, jak najbardziej! A że przy okazji cholernie niesprawiedliwie dla wielu niezainteresowanych, to już inna kwestia. Jedno wszakże potwierdziło się po raz kolejny: kto silny, ten załatwi sobie wszystko. Choćby i robił to przy pomocy nielegalnych środków!

Ale dość o tym, dzisiaj chcę napisać o krajobrazie również powyborczym.

Wyobraźcie sobie świat bez miast. Kiedyś to było oczywiście normalne, bo po pierwsze, i co było naturalne, nie było miast, po drugie zaś – nas, jako ludzi naturalnie, było znacznie mniej, więc świat wyglądał zupełnie inaczej niż dzisiaj i w ogóle nie stacjonowaliśmy w jednym miejscu, bo jako nomadzi prowadziliśmy wędrowny tryb życia. Dzisiaj jesteśmy w całkiem innym miejscu i trudno sobie wyobrazić cofnięcie się w czasie i powrót do tego, co było, bo to zwyczajnie niemożliwe.

Dlaczego nad tym się zastanawiam? Oczywiście w kontekście ostatnich wyborów. Wyszło nam w nich, że miasta opowiedziały się gremialnie za rozsądkiem, nawet w mateczniku PiS-u w Rzeszowie na Podkarpaciu prezydentem został po raz piaty zresztą T. Ferenc, nie należący do PiS-u, podczas gdy mniejsze miejscowości stanęły gremialnie za partią rządzącą, czyli populizmem, państwowym przekupstwem, łamaniem prawa i w ogóle powrotem do ustroju totalitarnego. A jako że wyborca z takich miejscowości to w większości człowiek z reguły słabiej wykształcony, nie poddający rzetelnej weryfikacji sceny politycznej, jej niuansów, dający łatwo sobą manipulować, więc, co zrozumiałe, opowiedział się za tym, co daje mu bezpośrednią korzyść. Nieważne, że takie myślenie jest fatalne dla losów całej Rzeczypospolitej, istotne że – on ma korzyść! Że żyje mu się lepiej i że, według obietnic rządzących, standard jego egzystencji będzie ustawicznie szedł w górę! Nieważne jakim i czyim kosztem, istotne, że tak jest i ma być. Nieprzerwanie i bezapelacyjnie!

Dlatego mamy to, co mamy: wygrana w dużych miastach opozycji, w mniejszych miejscowościach triumfuje Prawo i Sprawiedliwość, czyli partia obietnic bez końca, jak worek św. Mikołaja bez dna. Postępują tak, jakby nigdy nie miało im zabraknąć pieniędzy na pokrycie wszystkich obietnic. Prawdopodobnie uważają, że są współczesnymi Midasami. Tyle tylko, że tamten mitologiczny król, czego tylko dotknął, zamieniało się w złoto, co zresztą stało się jego przekleństwem. Oni, na ich szczęście, czegokolwiek się dotkną, zamieniają w gówno. Więc, zapewne tak myślą, nie mają się czego bać – co najwyżej będzie się za nimi ciągnął smród; głód jednak, tak jak mitologicznemu Midasowi, im nie grozi. Tylko nie wiem, czy można taki stan rozpatrywać w kategoriach jakichkolwiek i czyichkolwiek korzyści.

Zapewne wynik PiS-u byłby znacznie lepszy, gdyby jego przedstawiciele nie byli tak ostentacyjnie antyunijni w swojej retoryce i niekoalicyjni. Wykopując jednak topór wojenny przeliczyli się w swoich kalkulacjach. Ale nie mogło być inaczej, skoro ich duce z Nowogrodzkiej potrafi istnieć politycznie jedynie poprzez permanentny konflikt, który jest jego naturalnym paliwem politycznym. Pokój bowiem, kompromis są nudne i tak naprawdę nigdy nie przynoszą oczekiwanych korzyści. Dlatego należy zawsze być gotowym do wojny! Tej naczelnej zasadzie hołduje pan Kłamczyński chyba od maleńkości.

Co nam unaoczniły minione wybory? Kilka rzeczy. Jedną nich jest fakt posiadania przez Prawo i Sprawiedliwość szklanego sufitu, którego nie jest w stanie przebić nawet niezwykle populistycznym programem. Drugi fakt, to konstatacja, iż wygrać z PiS-em można jedynie tworząc dwa szerokie bloki koalicyjne. Chociaż, tak po prawdzie, to, co osiągnęło Prawo i Sprawiedliwość w ostatnich trzech latach, to jest wszystko, na co było ich stać, na dodatek przy cholernie szczęśliwym zbiegu okoliczności, czyli bardzo nieszczęśliwym rozłożeniu się głosów, ponieważ do sejmu nie weszła po raz pierwszy od 1989 roku lewica. Jednak powtórki wyników wyborów sprzed trzech lat już nie będzie – cuda zdarzają się okazjonalnie, dlatego właśnie są cudami!

Czy to oznacza, że będą się zwijać w przestrzeni publicznej? Nawet jeśli, to jeszcze zdążą porządnie napsuć krwi i zadbać oczywiście o siebie. Zawrą ze swoimi ludźmi takie umowy, że budżet państwa boleśnie to odczuje. W końcu patriotyzm kosztuje, a oni, jak powszechnie wiadomo, są najlepszymi patriotami! Może i pershingami również. Chociaż, tak po prawdzie, mnie przypominają bardziej ruskie katiusze.

12.11.2018 r.

13:26, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 listopada 2018

Moje nie – dla Prawa i Sprawiedliwości, podyktowane jest przede wszystkim tym, co poniżej:

za ich ostentacyjne wręcz łamanie prawa i deptanie zasad demokratycznego państwa;

za butę i zwykłe chamstwo, które są wręcz przerażające i uwłaczające większości obywateli;

za mariaż Kościoła z władzą świecką, uleganie mu i łożenie horrendalnych na Niego pieniędzy;

za brak dopłat do In vitro;

za brak antykoncepcji i lekcji uświadamiających młodym ludziom ich seksualność;

za niszczenie szkolnictwa;

za trzymanie u władzy przez ponad dwa lata takich ludzi jak A. Macierewicz, J. Szyszko, K. Jurgiel, Zalewska, czy K. Radziwiłł, a także, aż do dzisiaj, niewiele lepszych od nich: Z. Ziobry, Suskiego, J. Brudzińskiego czy M. Błaszczaka i wielu, wielu innych;

za to, że kupuje ludzi, a tych, których nie może kupić, zastrasza;

za to, że wykorzystuje telewizję i radio publiczne dla własnych propagandowych celów;

za to, że podporządkował sobie prokuraturę, a także, że wykorzystuje różnego rodzaju służby, włącznie z policją;

za to, że są rasistami, homofobami, ksenofobami, nacjonalistami i po prostu zwykłymi arogantami;

za brak tolerancji i codziennie upadlanie nas, tzn. tych, którzy się z nimi nie zgadzają i mają z nimi nie po drodze;

za religijność na pokaz, a tak naprawdę bigoterię, moralizatorstwo przy jednoczesnych uprzedzeniach etnicznych, politycznych, wyznaniowych;

za wydatkowanie ogromnych budżetowych pieniędzy na swoich ludzi, czyli za związane z tym finansowe rozpasanie i jednocześnie kupczenie stanowiskami;

za przekręty, a ściślej rzecz ujmując, za karuzelę zmian na państwowych stanowiskach i wypłacanie w związku z tym nieetycznych wręcz odpraw;

za upolitycznienie wszystkiego, co się da, łącznie z wyborami samorządowymi;

za zniszczenie dorobku poprzednich lat (stadniny w Michałowie i Janowie Podlaskim) i niszczenie tego wszystkiego, co zrobili poprzednicy polityczni, bo przecież: wszystko, co za nami, to samo zło! To od rządów PiS-u należy liczyć lata pomyślności RP. Od tego przecież momentu narodziło się dopiero państwo polskie!

Niestety, grzechów jest tak dużo, że aż nie chce mi się o nich pisać, dlatego poprzestanę na tym, co wyżej. Dodam do tego jeszcze, dla oddania sprawiedliwości, to, co PiS-owi udało się zrobić dobrego w ciągu tych trzech lat swoich rządów. Innymi słowy, dlaczego PiS:

bo zwiększył ściągalność podatków;

bo w końcu podjął autentyczną walkę z zalewającymi Polskę śmieciami;

bo wprowadził potrzebną politykę socjalną, chociaż, tak po prawdzie, nie do końca przemyślaną, a na dodatek zrobił to nie z potrzeby serca, a w wyniku politycznego wyrachowania;

bo walczy z dopalaczami, czyli z tymi, którzy je produkują i wprowadzają do obrotu;

bo….

Pewnie znalazłbym jeszcze parę pozytywnych rzeczy, jakie zrobił, czy też robi Prawo i Sprawiedliwość, tyle, że będzie to i tak niewiele w odniesieniu do tego, co ta partia zrobiła złego w tak krótkim czasie, bo tylko w ciągu trzech lat swoich rządów. Innymi słowy – więcej jest minusów niż plusów ich działalności. A najgorsze, że za te szkodliwe działania będziemy płacić jeszcze przez długi czas po ich odejściu od władzy. Ale, jak już kiedyś pisałem, każde, choćby najgorsze doświadczenie, uczy. Jestem pewien, że polityków innych partii lata rządów PiS-u nauczą czegoś pozytywnego. I to, mam nadzieję, zaowocuje już w niedalekiej przyszłości ważnymi zmianami – zmianami, które zabezpieczą nas na przyszłość przed tego typu rządami, które organizują państwo pod własne partykularne potrzeby. Bo choćby i były one dyktowane najlepszymi intencjami, to zawsze trzeba pamiętać, że dobrymi czy też najlepszymi intencjami piekło jest wybrukowane.

08.11.2018 r.

11:50, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 listopada 2018

O czym powiedziały nam ostatnie samorządowe wybory? Między innymi o jednej podstawowej rzeczy: o instynkcie samozachowawczym Polaków! Co się zresztą świetnie przekłada z kolei na rosnący w sposób naturalny dystans wobec nachalnej i prymitywnej polityki Prawa i Sprawiedliwości.

Nie będę się tutaj wdawał w dywagacje polityczne, kto, dlaczego, z kim, czy po co i jak, zarekomenduję tylko w tym miejscu coś, o czym niedawno tutaj pisałem, mianowicie – zarekomenduję serial Opowieść podręcznej nakręcony na kanwie powieści M. Atwood – powieści, która mogłaby nam śmiało mówić o Polsce za lat -dziesiąt, po wyrzuceniu nas już poza UE i w której rządziłoby ugrupowanie podobne do PiS-u.

Na szczęście to nam nie grozi! Co widać właśnie po wyborach. Przynajmniej nie tak szybko, jak by się to marzyło wszystkim pisowcom. Niemniej trzeba być ustawicznie czujnym i szybko reagować na podobne zagrożenia. Licho bowiem nie śpi! Żeby jednak uzmysłowić sobie, z jakim zagrożeniem mamy do czynienia, nie tylko warto, ale właśnie wręcz należy obejrzeć Opowieść podręcznej, której pierwszy odcinek będzie wyświetlony już 7-ego listopada o godz. 22 na Stopklatce. Nie przegapcie tego!

Dobrego oglądaniaJ

05.11.2018 r.
09:18, adelmelua
Link Komentarze (2) »
niedziela, 04 listopada 2018

Zawsze miałem słabość do małych, naturalnie z perspektywy dużych aglomeracji, wręcz mikroskopijnych miejscowości. Wolałem tzw. pipidówki, ze swoim niewielkim ryneczkiem, kilkoma sklepikami, jakimś kioskiem Ruchu, niż rozpasane w swojej architektonicznej perspektywie molochy. Takie bowiem małe mieściny zawsze miały i mają nadal – przynajmniej dla mnie – pewien niezaprzeczalny walor: nieodparty urok polegający na pewnego rodzaju skromności i intymności, co niewątpliwie może stwarzać wrażenie nieuświadomionego sobie przez wielu z nas przyciągania do siebie. W takich miejscowościach mieszkańcy znają się wzajemnie, są bardziej ze sobą zżyci, co może i zapewne nierzadko stwarza nawet pewien rodzaj oczekiwanej zażyłości. Innymi słowy są niejako bliżej siebie.

Z kolei duże miasta zawsze posiadały coś, co mnie w nich przerażało i niejako w naturalny sposób odpychało. Przygniatały mnie ich gwarne, zbyt szerokie ulice i przytłaczające swoim ogromem budynki, przerażał natłok ludzi, wzmożony ruch i ustawiczny, niesłabnący gdzieś pośpiech. Więcej – moje przerażenie zawsze rosło, nadal zresztą tak jest, wraz z wielkością miasta, ściślej – im dana aglomeracja większa, tym proporcjonalnie do tego również moje przerażenie potężnieje.

Oczywiście, są ludzie, którzy w takich miejscach czują się świetnie, jak przysłowiowe ryby w wodzie. To zapewne osobnicy należący do żywiołu ognia i powietrza. Ja jednak jestem przedstawicielem wody, a ta, jak wiadomo, lubi przestrzeń, delikatny nurt lub leniwe trwanie w swoich brzegach. I zapewne stąd bierze się moja ogromna wstrzemięźliwość w odniesieniu do zmian miejsca zamieszkania, do wszelkich dalekich podróży – choćby i krótkotrwałych. No, chyba że muszę, wbrew sobie. Jak choćby do Warszawy, która mnie właśnie przytłacza, uświadamiając mi jednocześnie moją, czyli tak naprawdę ludzką, nas wszystkich, maleńkość i kruchość. Bo to my, co prawda, tworzymy te molochy, niejako powołujemy do życia jak co najmniej jacyś bogowie!, stawiamy coraz większe drapacze chmur – takie współczesne wieże Babel, sami jednak nadal pozostajemy w odniesieniu do nich przy swoich mikroskopijnych wręcz rozmiarach. Tacy mali!

Jeżeli jest inaczej z jakimś większym miastem, to z pewnością z Krakowem, do niego zawsze lubiłem i nadal lubię się zapuszczać. On jakoś nigdy mnie nie przerażał, bardziej, może wydać się to w jakiejś mierze dziwne, szczególnie w kontekście tego co napisałem wyżej, przyciągał. Swoją historią, klimatem starych murów, Wawelem, rynkiem…

Naturalnie, jeżeli ktoś szuka anonimowości, nie rzucania się w oczy, pragnie pozostać anonimowym, to właśnie w dużym mieście może się szybciej ukryć, bo tutaj jest zdecydowanie łatwiej to zrobić. Tyle tylko że, paradoksalnie, jednocześnie z tą anonimowością pojawia się niebezpieczeństwo samotności. Każdy bowiem w takim molochu żyje dla siebie. Obok. Niby wszyscy są razem w tym ludzkim mrowisku, jednak w odróżnieniu od nich (mrówek) nie współpracują ze sobą. Raczej są do siebie odwróceni plecami. Żyją obok siebie, indywidualnie, ale tylko dla siebie. Egoistycznie!

I to jest chyba jeszcze jeden powód, dlaczego lubię małe mieściny.

04.11.2018 r.

13:15, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 listopada 2018

Smutna to konstatacja, że kiedyś nadejdzie czas pożegnania się z tym pięknym światem, i to pomimo fatalnej działalności człowieka w tym właśnie świecie. Może gdybym był uznany za świętego, udałoby mi się jakimś psim swędem co nieco wyżebrać u Piotrka  tfu!, niewłaściwe słowo  znacznie lepiej brzmi wytargować. Tylko czy Piotrek wykazałby choć odrobinę dobrej woli przystąpienia do jakiegokolwiek targu? Albo czy w ogóle ja sam mam jakiekolwiek zadatki na świętego? Osobiście ich nie zauważam. No, chyba żeby uznać, że wystarczy jedynie mocno kochać życie, a nienawidzić śmierci. Tyle tylko, że w ten sposób, to właściwie każdy, a przynajmniej zdecydowana większość, może zostać uznana za świętych, więc taka konstrukcja myślowa jest w zasadzie, niestety, błędna.

Okej, może trochę przesadziłem. Jakby jednak na to nie spojrzeć fakt rozstania się z tym padołem łez jest niezmiernie przygnębiający. Mam jednak coś na pociechę, naturalnie jedynie dla siebie: jako że nie spodziewam się na tamtym świecie żadnych forów i pożegnam się z tym tutaj nie jako święty a zwykły człowieczek, postanowiłem, iż zostanę skremowany (nie mylić z kremem do rurek – nie jestem znowu taki słodziak), a potem rozrzucony gdzieś w urokliwym miejscu. Na koniec jednak zażyczę sobie w testamencie, żeby to nie było zwykłe rozrzucenie, to ma być rozproszenie poprzez dmuchnięcie, moje ostatnie niezapomniane – porządne dmuchnięcie! I najlepiej, naturalnie, jak uczyni to jakaś urocza, powabna niewiasta. Żebym jeszcze na koniec poczuł przyjemność. Choćby i wątpliwą.

Z drugiej strony mam też świadomość tego, że nie muszę jakoś specjalnie długo czekać żeby to zrobić, tzn. spopielić się: już za życia bowiem mam silne przeświadczenie że się rozsypuję. O czym świetnie mogą świadczyć słowa rzucane pod moim adresem:

– Chłopie, jak ty wyglądasz? Zrób coś ze sobą – ładniejszych do grobu wkładają. Cha, cha, cha, cha!…

Czy muszę jeszcze coś do tego dodawać? Po prostu wiem, że wcale nie muszę być martwy, żeby stać się prochem.

To by było wszystko na ten temat. Na inne tematy również. Przynajmniej na dzisiaj.

01.11.2018 r.

08:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl