RSS
wtorek, 28 listopada 2017

Ponad tydzień temu mieliśmy się dowiedzieć, do jak bardzo zgniłego porozumienia doszło pomiędzy Prawem i Sprawiedliwością, a panem A. Dudą w sprawie KRS i SN. Bo to, że mamy do czynienia na wskroś ze zgniłym kompromisem, myślę, iż nikt myślący zdroworozsądkowo nie ma najmniejszych wątpliwości. Niestety, nie dowiedzieliśmy się – nie mogliśmy, ponieważ to, co się dzieje od dwóch lat w naszym państwie, nie polega na jawności i przestrzeganiu zasad demokracji, zasadza się raczej na nieczystej grze tych wszystkich, którzy dzięki nieszczęśliwemu zbiegowi okoliczności, znaleźli się u władzy.

Ale mimo że nie wiadomo, czym ów pak nieczystych sił ostatecznie się zakończył, to w zasadzie wiadomo, czego można się po nim spodziewać: za ustępstwa – najpewniej związane z MON-em i polityką zagraniczną – poczynione przez Prawo i Sprawiedliwość na rzecz A. Dudy, ten ostatni zaakceptował pisowskie zmiany. Co tym sposobem zyskał dla siebie? Bez wątpienia jedno: marginalizację swojego urzędu!

Bo czym grozi przyjęcie choćby jednej z ww. ustaw?

Jako że Sąd Najwyższy decyduje o ważności odbytych wyborów, tak parlamentarnych jak i samorządowych, a KRS z kolei wyznacza sędziów do Sądu Najwyższego, wystarczy PiS-owi położenie łapy na jednym z tych podmiotów sędziowskiej niezawisłości, żeby było tak jak chcą, czyli, czy dobrze czy źle, będą rządzić długie dziesięciolecia. Od tej bowiem pory PiS będzie mógł zrobić wszystko, co sobie zaplanuje. To nic, że pisowscy aparatczycy przeprowadzą to w sposób niekonstytucyjny i bezprawny, ważne, że będą mogli to zrobić i to w niby demokratyczny sposób, bo wolą większości parlamentarnej!

Dopóki żył Lech Kaczyński, Prezes PiS-u opowiadał się za silną prezydenturą. W ostatnich jednak latach wiele się zmieniło na naszej scenie politycznej – brat prezydent nie żyje, a on sam nie ma najmniejszych szans, żeby ten urząd piastować. Więc co pozostaje? Przede wszystkim w przypadku krnąbrnego prezydenta należy go osłabić i wzmocnić rolę premiera na wzór urzędu kanclerskiego w Niemczech. Gdy taki scenariusz się zrealizuje, wówczas już nikt nie będzie potrzebny w roli wykonawcy zaleceń pana Prezesa, wtedy on sam będzie mógł w końcu zasiąść za sterem rządów w państwie!

Czy taki scenariusz się sprawdzi? Wątpię. W końcu, jak wiadomo, nic, co żyje, nie trwa wiecznie. A jako że poseł Kłamczyński ma już swoje latka, więc siłą rzeczy i natury może mu zwyczajnie zabraknąć czasu. Dlatego raczej szybciej ja zostanę papieżem, niż on zrobi z tym krajem to, co ulęgło mu się w tej biednej główce. Poza tym nadal mam głębokie przekonanie, że na dłuższą metę z tym narodem nie przejdą takie numery! Oczywiście, rządzący dzisiaj Polską mogą trzymać w swoich rączkach władzę przez jakiś czas – zdecydowanie krótszy niż dłuższy – podobnie jak to robili komuniści przy poparciu potężnego brata ze Wschodu. Na szczęście moi rodacy to taki naród, że gdy wyczuwają zakłamanie, wykorzystywanie i nieuczciwość, bardzo szybko się narowią. A jeżeli do tego dojdą jeszcze próby zbyt dużego sterowania i wtrącania się w ich życie prywatne, wówczas każda władza może zabierać swoje zabawki i spieprzać, gdzie pierz rośnie! I jakoś dziwnie głęboko jestem przekonany, że z tą nie będzie inaczej.

Ale to nic zaskakującego: zawsze tak się dzieje, gdy ci, którzy zaczynają rządzić, gdziekolwiek zresztą w świecie, mają łby wykonane z tego samego materiału, z którego barany mają torby!

28.11.2017 r.

14:11, adelmelua
Link Komentarze (5) »
sobota, 25 listopada 2017

Mówili i mówią różnie – a to że była jedną z uczennic Jezusa i kobiet dbających o wikt i opierunek Mistrza i całej reszty męskiej gawiedzi wałęsającej się z nim po Palestynie prawie dwa tysiące lat temu: a to że była najbliższą współpracowniczką Nazareńczyka, która pozostawała z nim w bardzo bliskich, bo intymnych relacjach; ba – była nawet tym, czym tak naprawdę nigdy nie była, czyli kobietą lekkich obyczajów, z której jakoby Mistrz wypędził aż siedem złych duchów!, a co sobie wymyślił pod koniec VI wieku dla podkreślenia naturalnie boskości Jezusa, papież Grzegorz Wielki.

Dla mnie więcej niż pewne jest jedno: Maria Magdalena pochodziła z Magdali (stąd drugie imię; zwykle pochodziło ono od męża lub ojca, tutaj raczej wywodzi się ono z miejscowości, z której Maria pochodziła) i była kobietą nie tylko majętną, ale również, co istotne w tej historii, wolną, to znaczy pozostającą w stanie bezżennym, chociaż, bardziej prawdopodobne jest, iż jej samotność wynikała z wdowieństwa. Samotną była jednak tylko do pewnego momentu – do chwili poznania Jezusa i związania się z nim. Od tej bowiem chwili staje się jego żoną, czy też konkubiną! Najdobitniej o tym świadczy nie tylko zachowanie Jezusa, który przy uczniach całuje ją w usta (Ewangelia Filipa), ale przede wszystkim fakt, że stosunki społeczne, jakie w tamtym czasie panowały wśród ludności żydowskiej, niejako wymuszały związanie się z kobietą i spłodzenie potomka. A najlepiej wielu. Chodziło bowiem tutaj o to, że mężczyzna pochodzenia żydowskiego nie mógł, ot tak sobie, pozostawać w stanie wolnym, tym bardziej, gdy miał swoje lata, a Jezus, przypomnę, zbliżał się już do czterdziestki! Taki status był zwyczajnie niezgodny z judaistyczną tradycją i jako taki mógł podlegać, jak myślę, pewnemu napiętnowaniu! W końcu nie na darmo zapisane zostało w Pięcioksięgu, iż Żydzi mają się żenić i rozmnażać, czyli dawać życie następnym pokoleniom. Tak przecież chciał sam Jahwe, ów Ojciec Niebieski, na którego powoływał się w swoim nauczaniu sztukmistrz z Nazaretu! Czy więc mógł ostentacyjnie wystąpić przeciwko owemu Ojcu i ustanowionym przez Niego prawom wieki temu? On musiał być w związku z kobietą, był niejako do tego zobligowany! Tego samego zresztą dowodzą historie jego uczniów, którzy, koniec końców, byli mężczyznami żonatymi nierzadko z porządnym przychówkiem!

To, co może tutaj dziwić i zastanawiać – a mnie osobiście właśnie dziwi i zastanawia – to fakt, że po śmierci Jezusa Maria Magdalena znika z kart historii chrześcijaństwa. Zostaje niejako wygumkowana z wszelkich opowieści dotyczących tego, co się dzieje po śmierci Nazareńczyka. Jakby gdzieś wyemigrowała i uczniowie jego nie mieli z nią żadnego kontaktu.

Myślę, że przyczyna tego stanu jest prosta: Jezus nie umiera na krzyżu, a Maria Magdalena, doglądając go w grocie należącej do Józefa z Arymateii, z jednej strony stara się ukryć jego cielesność, z drugiej zaś – zdając sobie sprawę z tego, iż powinno się dokonać to, co przepowiadał Nazareńczyk,  postanawia ogłosić wszem i wobec właśnie jego zmartwychwstania! Temat, co oczywiste, podejmują następnie jego uczniowie i… fama niesie się dalej o cudownym wniebowstąpieniu! Podwaliny więc pod boskość Jezusa zostały położone! Co prawda trzeba aż trzech stuleci i rządów Konstantyna Wielkiego, aby dogmat o jego boskości został ogłoszony i przyjęty przez Kościół katolicki, niemniej w końcu zostaje przyjęty i ogłoszony. Od teraz wszystko się zgadza: on gra rolę Syna Bożego, my natomiast, pokorne i niemyślące owieczki, możemy wznosić swoje modły do swojego guru, który nam załatwił zbawienie i życie wieczne.

A Maria Magdalena, co z nią? Gdzie się podziewa i co robi? Cóż, kobietka znajdująca się blisko Mesjasza i Syna Bożego mogła mu jedynie służyć, poza wszystkim innym była przeszkodą. Zbyt bliskie relacje pomiędzy nimi mogłyby bowiem jedynie niepotrzebnie podważać boskość Nazareńczyka! Ona, w momencie gdy zrobiła swoje, mogła już zniknąć. Najlepiej na zawsze i definitywnie. Stąd właśnie jej zniknięcie z kart wszystkich pism dotyczących Jezusa, skorelowane niejako z jego śmiercią, było niezbędne. W końcu podwaliny pod mit o jego boskości zostały stworzone! Reszta potoczy się już bez niej.

Tyle że tak dla niej, jak i Jezusa, to najlepsze rozwiązanie. Dla niego dlatego, bo ratuje swoje życie; dla niej – ponieważ on jest najważniejszy. Uratowała go, więc wszystko ostatecznie dobrze się kończy: przetrwał swoją kaźń! Od teraz może żyć tylko dla niej. I dzieci, które potencjalnie mogą się w przyszłości oczywiście pojawić.

 25.11.2017 r.

12:39, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 listopada 2017

W języku stworzonym przez Prawo i Sprawiedliwość, czyli w tak zwanym języku odwróconym, chodzi o to, że słowa, których znaczenie znamy od wieków, w pisowskiej  terminologii oznaczają zupełnie coś innego, dokładnie coś przeciwstawnego, krótko mówiąc – oksymoron! I tak np. prawda to kłamstwo, fakt to zmyślenie, mądrość to głupota, a geniusz to mizerak. Takie przestawienie pojęć bierze się oczywiście z potrzeby zakłamywania rzeczywistości i chęci przedstawiania jej własnej wizji, która jest niezbędna z czysto propagandowych pobudek.

Dlatego gdy znajdzie się ktoś, kto o PiS-ie i o tym, co to ugrupowanie robi, mówi źle, podważa jego działalność, wówczas, co logiczne i zrozumiałe, znajduje się od razu na cenzurowanym. O PiS-ie bowiem można mówić jedynie dobrze, albo wcale. Każdy, kto tę zasadę łamie, kto odważy się działalność tej wodzowskiej partii krytykować, z miejsca zostaje zaliczony do tzw. totalnej opozycji (chociaż, prawdę mówiąc, w zetknięciu z totalną władzą nie ma innego wyjścia, jak właśnie znaleźć się po stronie totalnej opozycji), a także, co najgorsze w tym wszystkim, również zdrajcą narodowym z gatunku tych sprzed ponad dwóch wieków, czyli targowiczan. Jakby tylko oni mieli prawo być i czuć się patriotami, jakby patriotyzm mieli przydzielony, nawet nie z racji urodzenia, a przynależności do tej właśnie partii.

Ale mylą się ci wszyscy z obozu rządzącego – to nie krytycy przynależą do obozu targowicy, to dużo szybciej  ludzie związani z obozem władzy pozostają w swojej działalności tą formacją, która sprzyja wrogom Polski. Tak jak to miało miejsce w drugiej Polowie XVIII-ego wieku, tak i dzisiaj ci mieniący się patriotami ludzie grają w jednej drużynie – choćby i nieświadomie – z tymi krajami, które nie należą do naszych przyjaciół (czytaj: Rosja).

Dlatego jak najbardziej należy ich ganić i krytykować! Oczywiście nie za te działania, które są dobre i oczekiwane przez społeczeństwo – bo koniec końców takie decyzje również zostają przez nich podejmowane – lecz za to, że starają się wszystko robić w taki sposób, który z poszanowaniem demokracji i wolności osobistej tak naprawdę niewiele ma wspólnego. Albo nawet nic.

Grzmią, że własne brudy należy prać na własnym podwórku! Bo to są nasze, polskie sprawy, a nie Unii Europejskiej. Więc odpowiadam wam, pisowscy nienawistnicy, wyjątkowo pokracznie pojmujący patriotyzm – mylicie się! Tak, to bez wątpienia są oczywiście nasze sprawy, nasze problemy, ale jak najbardziej dotyczą również Europy, ponieważ, tak się składa, tworzymy wespół z dwudziestoma ośmioma innymi państwami jeden wspólny organizm i Parlament Europejski jest tak samo naszym parlamentem, jak ten tutaj, w Polsce! Poza tym należy być konsekwentnym: jeżeli chcemy i chcieliśmy jakiejś pomocy od UE, np. w kwestiach ekonomicznych, to znaczy, że w innych sprawach, jak np. przestrzeganie prawa, również powinniśmy respektować to, czego Unia od nas żąda i nas obliguje! Nie może nas obowiązywać moralność Kalego: nam można wszystko, innym w Unii i samej Unii już nie za bardzo.

21.11.2017 r.

19:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 listopada 2017

Gdy myślę o Jezusie i czasach, w jakich przyszło mu żyć, niemal zawsze zastanawiam się nad tym, co by się stało, gdyby zachowało się do dzisiaj znacznie więcej tekstów opisujących jego działalność? Czym by skutkowało to, że wiedzielibyśmy iż Jezus, zwany Chrystusem, był zwykłym człowiekiem, na dodatek o usposobieniu niezwykle megalomańskim, zapiekłym i porywczym, a nie synem jakiegoś tam wyimaginowanego boga, mającym jakoby odkupić bliżej nieokreślone grzechy wszystkich ludzi, które, tak naprawdę, nie są do odkupienia przez kogokolwiek, i to na dodatek w tak wstrząsający i bestialski sposób, jaki miało to miejsce w jego przypadku prawie dwa tysiące lat temu? Albo jakie znaczenie miałby fakt, że nie skonał, jak powszechnie przyjęto jako pewnik, na krzyżu, tylko został z niego zdjęty w momencie, gdy stracił przytomność (przypominam: po sześciu godzinach!, a to nie jest na tyle długi czas, który gwarantował krzyżującym swoją ofiarę, że kara wymierzona będzie skuteczna, czyli będzie długotrwała i ostatecznie zakończy się śmiercią krzyżowanego; więcej – Piłat świadomie może go próbować oszczędzić, ponieważ wie, że jest synem obywatela cesarstwa rzymskiego – Tyberiusza Juliusza Abdesa Pantery!), więc na tyle wcześnie, żeby go uratować? Co by się stało, gdyby na soborze nicejskim w 325 roku zwołanym przez Konstantyna Wielkiego, nie ustanowiono dogmatu katolickiego, jakim było uznanie boskości Nazareńczyka, niemal trzy stulecia, jakoby, po jego śmierci?!

Powiem, co by się stało: po pierwsze – z całą pewnością przetrwałoby znacznie więcej tekstów z informacjami o działalności tego człowieka, a tym samym o nim samym i jego rodzinie; z nie mniejszą pewnością można przyjąć, że ten, który dzisiaj tworzy opokę katolickiego Kościoła, nie byłby przyczyną wielu bezsensownych wojen religijnych, łącznie z siedmioma wyprawami krzyżowymi organizowanymi jakoby do jego grobu, podczas których, niestety, trup słał się niezwykle gęsto. Więcej – z całą pewnością można przyjąć, iż uniknęlibyśmy również ponurych kazamat św. Inkwizycji, tym samym nie byłoby powodu do rozpalania tysięcy stosów, na których płonęli tzw. heretycy, czyli wszyscy ci, którzy nie tylko nie zgadzali się z wszeteczną nauką głoszoną przez instytucję zwaną Kościołem, ale również nie ginęliby w ich płomieniach bogu ducha winni ludzie, którzy będąc nierzadko zielarzami, znachorkami, zajmowali się przede wszystkim niesieniem pomocy innym w ich problemach zdrowotnych.

Tymczasem co zrobił Konstantyn Wielki wyraźnie powodowany potrzebą, którą było ratowanie państwa przed rozpadem? On dokonał tak naprawdę mariażu korony z religią, gdzie jedynym, który za ów ruch zapłacił w przyszłości, był zwykły szary człowiek, umiejscowiony tym samym pomiędzy młotem a kowadłem, gdzie w razie nieposłuszeństwa kowadłem od strony narzuconego prawa stało się państwo, rolę zaś młota, niejako na przysłowiowe czarownice, przyjął opresyjny Kościół ze swoją nie tylko karą cielesną za życia, ale również, co istotne, nieuniknionością jakoby kary piekielnej po śmierci człowieka!

Dlatego dzisiaj możemy jedynie żałować, że nie stało się inaczej i nie dysponujemy większą ilością tekstów z informacjami dotyczącymi sławnego Nazareńczyka; możemy żałować, że nie zachowały się żadne teksty Celsusa, który miał niezwykle sceptyczny stosunek do jego działalności, a który przecież żył jeszcze w miarę niezbyt odległych czasach po nim, więc można przyjąć, że w swoich przekazach o sztukmistrzu z Nazaretu był niezwykle sumienny, jak przystało zresztą na rzetelnego prawnika. Możemy żałować, albowiem, co istotne tutaj, diametralnie inaczej wyglądałaby nasza historia – szczególnie ta jej część ściśle związana z naszą działalnością religijną, która, niestety, stała się nieszczęściem dla milionów ludzi tak na jednej, jak i drugiej półkuli. Błędnie bowiem pojęta wiara w tego jakoby zmartwychwstałego syna bożego z całą pewnością nie niosłaby ze sobą tak katastrofalnych konsekwencji w postaci śmierci tych, których nazywano poganami, a których tradycje i kultura zostały zmiecione z powierzchni ziemi z całą bezwzględnością.

Oczywiście, gdyby wszystko w tej sferze potoczyło się inaczej, gdybyśmy na przestrzeni długich wieków nie byli poddawani indoktrynacji opartej na fałszu i totalnym zakłamaniu, z całą pewnością znajdowalibyśmy się dzisiaj w zupełnie innym punkcie naszych wierzeń; gdyby dotrwały jakimś cudem do naszych czasów teksty opisujące prawdziwą historię bohatera Kościoła katolickiego, wiem, że groziłoby to, co prawda, niejako trzęsieniem ziemi w kwestii religijnej, zmuszającym nas do diametralnych zmian zarówno w podstawie religii katolickiej, jak i, co istotne, również do odpowiednich zmian w dwu pozostałych religiach monoteistycznych, w których Jezus występuje jako prorok, niemniej z drugiej jednak strony zmusiłoby to również człowieka do poszukiwań odpowiedzi na pytania natury ontologicznej i transcendentalnej w innych obszarach życia, może bardziej zbliżonych do istoty rzeczy. Jakkolwiek jednak potoczyłaby się nasza historia w tym zakresie, jestem głęboko przekonany, że stałoby się to z korzyścią dla każdego z nas, jak i dla pozaeuropejskich kultur, zniszczonych właśnie w imię boga, tego jakoby jedynego i właściwego!

A może jeszcze kiedyś wpadną w nasze ręce teksty apokryficzne, które rozjaśnią nam zarówno osobę Nazareńczyka, jak również i jego działalność? Jeżeli tak się stanie, nieuniknione będzie postawienie w tym miejscu pytań: Co wtedy z naszą religią? Co z judaizmem i islamem? Co w ogóle z naszą transcendencją w kontekście religii chrześcijańskiej, i nie tylko jej zresztą, hm?

18.11.2017 r.

19:42, adelmelua
Link Komentarze (2) »
niedziela, 12 listopada 2017

1. K. Jurgiel, min. resortu rolnictwa, powiedział, że – nie obawia się odwołania ze swojego stanowiska, ponieważ ma silne poparcie na wsi. Jak to na wsi.

Nie dziwi mnie to: zapewne popierają go wszystkie bydlęta! Jak to na wsi.

2.Inny kandydat do odwołania, minister spraw zagranicznych W. Waszczykowski rzucił, że – dosyć już zaciskania zębów w sprawach nam niewygodnych, czyli m.in. ukraińskich.

Pewnie przyjdzie nam to tym łatwiej uczynić, że od teraz nie ma co już zaciskać – paradontoza dała znać o sobie i możemy co najwyżej zrobić komuś szybką laskę. Zresztą pozycja, w jakiej obecnie się znajdujemy na arenie międzynarodowej, czyli klęczna, świetnie nas do tego typu zachowania predestynuje.

3.Podobnie zresztą przedstawia się sprawa z J. Szyszko, kolejnym rządowym hirołem. Ten dobry kolega zabijaków, czyli w świetle prawa myśliwych, ma oczywiście poparcie tych, którym wraca głos w każdą wigilię Bożego Narodzenia, czyli zwierząt. Szczególnie zapewne tych ubitych przez ministra i jego kompanów.

 4.Nie można również zapomnieć o geniuszu medycznym K. Radziwille, który ostatnio wypuścił spot reklamujący podniesienie dzietności wśród Polek i Polaków. Od teraz mamy się pieprzyć i kocić na wzór królików! Taki jest plan tego geniusza intelektu na walkę z niżem demograficznym.

Rewelacja! Brawo! To jest dopiero świetlana przyszłość!

5.Wczoraj odbył się marsz narodowców pod hasłem: My chcemy Boga! Zastanawiam się tylko, komu owe dictum jest postawione: nam, tzn. całej reszcie Polaków, którzy nie szli w pochodzie z kretynami, czy samemu Bogu?

Cóż tu można powiedzieć, jak skwitować tę głupotę? Może powiem tak: jak będę miał kiedyś psa, z całą pewnością nazwę go Pis!

– Pis, do nogi! Noga, narodowy debilu!

Chociaż, z drugiej strony, z głupkami trzeba się liczyć, w końcu jest ich zdecydowana większość! W myśl zresztą słów samego Alberta Einsteina, który powiedział: wszechświat i głupota są nieskończone, chociaż, co do tego pierwszego, istnieją pewne wątpliwości.

12.11.2017 r.

12:12, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 listopada 2017

Nasze wybory, o których ostatnio pisałem, nie sprowadzają się jedynie do naszych preferencji politycznych, które, tak na marginesie, są oczywiście niezmiernie ważne, one mają znacznie szerszy zasięg – odnoszą się bowiem do tego, kogo i czego słuchamy, co czytamy, czy też, co oglądamy. To wszystko z kolei jest o tyle istotne, że tak naprawdę kształtuje nas, formułując nasz światopogląd i w ogóle nasze postrzeganie świata.

Dlatego nie dziwi mnie jakoś szczególnie, że mając takie oczekiwania od życia, jakie ma znaczna część naszego społeczeństwa, mając takie a nie inne gusta filmowe, literackie czy muzyczne, wybieramy w swojej masie tylko to, co łatwe i nijakie, a nierzadko wręcz głupie i infantylne. Jak np. disco polo, czy filmy, które nie tylko że nie śmieszą, mimo gatunku jaki reprezentują, czyli komedie, lecz nierzadko są wręcz żenujące. Przykłady, z nieodległej przeszłości: Tylko mnie kochaj, Dlaczego nie!, Och, Karol 2, czy te bliższe czasowo dniu dzisiejszemu, jak np. Facet niepotrzebny od zaraz, czy gorący jeszcze Botoks  Patryka Vegi, na który poszło do kin już ponoć ponad 700 tysięcy widzów. Siedemset tysięcy! Frekwencja na tyle potężna, że w pewnym momencie uzmysłowiła mi ona całą prawdę o nas samych. Okazuje się bowiem po raz kolejny, że ćwierćwiecze wbijania do głów moich rodaków bylejakości, utrwalania fatalnych wzorców, ustępowania na każdym kroku Kościołowi, olewania etyki przy jednoczesnym braku wpajania szacunku dla demokracji i państwa prawa, zaowocowało, niestety tym, że w wielu głowach moich rodaków i rodaczek panuje dzisiaj taki bałagan, jaki można było dawniej spotkać w tobołku u Cyganki. Stąd tani gust mas i fatalna świadomość polityczna. Krótko mówiąc – koszmar, który powinien nosić nazwę – totalna porażka!

Różne media podają od dłuższego już czasu, że wszystkie sondaże wskazują na bardzo wysokie poparcie społeczne partii rządzącej – na poziomie 40%. Nie wierzę w te sondaże. Jeżeli jednak są one prawdziwe, oznaczałoby to, że w ogromnej masie mamy bardzo niewyedukowane społeczeństwo, które nie widzi, nie analizuje, nie wyciąga wniosków z tego, z czym ma do czynienia na co dzień, na wzór zresztą społeczeństwa niemieckiego z lat trzydziestych w Niemczech. Aż przykro na to patrzeć, a jeszcze gorzej żyć w tym.

Powie ktoś, że nie powinienem tak pisać – nie mogę przecież obrażać innych ludzi, bo oni podobnie jak ja mają takie samo prawo do głosu i swoich błędów. W końcu na tym polega demokracja. Gówno prawda! Hitler i Stalin również mieli poparcie, ba – nadal je mają ponad pół wieku po swojej śmierci! – czy to znaczy jednak, że powinienem szanować tych, którzy ich dawniej popierali i popierają dzisiaj?

Niestety, jest niezmiernie dużo ludzi z którymi nie tylko nie warto rozmawiać, ale również, co gorsza, nie warto nawet do nich mówić. I mówić do popleczników posła Kłamczyńskiego, Pana Zbiszka, świątobliwego Antosia z diabłem za pazuchą, czy jakiejś tam pańci z szydełkiem, nie mam zamiaru. Ponieważ od ciemniactwa, cwaniactwa, zestrachanych intelektualnych zacofańców i zwykłej głupoty należy trzymać się jak najdalej!

08.11.2017 r.

10:58, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 listopada 2017

O tym, dlaczego znajdujemy się w takie sytuacji politycznej, w jakiej właśnie jesteśmy, pisałem już nieraz. Wiadomo – rządzący naszym krajem przed dzisiejszą ekipą polityczną, nie popisali się; robiąc swoje, zapomnieli o najsłabszych, przyklepywali przeciętniactwo, akceptowali bylejakość sądów i prokuratur, słabo zarządzali służbą zdrowia, pozwalali na działalność podejrzanych parabanków, nieuczciwych notariuszy czy komorników, którzy w świetle kulawego prawa ograbiali ludzi nierzadko z jedynej wartościowej rzeczy jaką posiadali – z mieszkania. Innymi słowy – mieli szaraka w dupie, ponieważ liczyły się jedynie statystyki i strach przed jakimikolwiek głębszymi zmianami. Większe zmiany bowiem nie gwarantowały im zajmowanych stołków!

Przeliczyli się: po latach okazało się, że prowadzenie przez nich, że się tak wyrażę, polityki kanapowej, tych stołków ich pozbawiła! W końcu ci, wykorzystywani przez długie lata, obudzili się z letargu i w wyborach zagłosowali na partie, które proponowały jakąś zmianę. Nieważne, dobrą czy złą, ważne, żeby w końcu ona nastąpiła. Ludzie bowiem chcieli jakiejkolwiek zmiany!

Dzisiaj zmagamy się z efektem tego wyboru. Ci bowiem, którzy zadecydowali o tym, kto dzisiaj w Polsce rządzi, niestety, nie wybrali wcale lepszych od poprzedników, ani tym bardziej lepszych od siebie, wybrali mentalnie podobnych sobie. Oczywiście, taki ogląd rzeczywistości z czegoś się bierze: przede wszystkim z braku krytycznego osądu rządzących i właściwej refleksji na temat tego, co ci ostatni robią, jak i do czego zmierzają; ponadto z braku rozsądku, nieoczytania i totalnego niewyrobienia politycznego; gorzej, że perspektyw na poprawę nie widać, ponieważ dzisiejsi władcy Polski robią wszystko, żeby społeczeństwo było ogłupiałe. Niezbitym dowodem na to jest nieszczęsna pseudo-reforma szkolnictwa, która cofa nas lata wstecz. A wszystko po to, naturalnie, żeby młody człowiek przesiąkł nacjonalistycznym, homofobicznym i ksenofobicznym nauczaniem, skutkującym wszeteczną i bojaźliwą postawą wobec świata, niechętną obcym, nie akceptującą inności, kultywującą swojskość, przaśność i generalnie zacofanie.

Cóż, mamy jak mamy, bo wychodzi na to, że nie jesteśmy wcale jakoś szczególnie inteligentnym narodem, a co dopiero mówić o narodzie wybranym! Chociaż może i jesteśmy wybrani, tyle że co najwyżej jako przykład głupoty i naszych straceńczych wyborów. Jest bowiem tak, jak z partią posła Kłamczyńskiego: im gorsza nędza, tym lepsze widowisko. Dla prymitywów naturalnie.

04 11.2017 r.

09:54, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 listopada 2017

I znów mamy po raz kolejny Święto Zmarłych. Przyznam, że dla mnie święto mocno wątpliwe, albowiem rokrocznie organizowane bez udziału beneficjentów. To tak, jakby czymś normalnym był brak pary młodej na własnym weselu!

Więc, jak wspomniałem wyżej, samych zainteresowanych tym dniem fizycznie nie ma, jesteśmy tylko my – żyjący tu i teraz, przynajmniej aż do momentu, w którym również zrobimy unik i przestaniemy się pojawiać by zapalić lampion, tym razem już na własnym grobie.

Oczywiście zniknięcie każdego z nas jest, czy też może być, różne. Jedni umierają ze starości, inni z powodu choroby, a jeszcze inni w wyniku jakiegoś nieszczęśliwego wypadku. Ja, gdybym dopiero co nie wyleczył się z żółtaczki typu C, z którą zmagałem się od prawie ćwierćwiecza, zapewne o wiele szybciej stałbym się na tego typu wątpliwej uroczystości główną postacią. Na szczęście zostałem przez los oszczędzony: szpital zrobił swoje i mnie uzdrowił! To znaczy wyleczył. Mam nadzieję że skutecznie. A że ponad dwie dekady temu sam wyleczyłem się również z nadkwasoty żołądka i owrzodzenia dwunastnicy, więc dzisiaj mogę powiedzieć, że jestem zdrowy. Dlatego, najkrócej rzecz ujmując, mogę wygłosić dzisiaj następujące słowa:

– Teraz wiem, że umrę zdrowszy. Hurrrrraaaaaa!...

A nie mówiłem, że powiało optymizmem?

01.11.2017 r.

08:44, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl