RSS
wtorek, 29 listopada 2016

Dzień święty przeminął i znów wróciliśmy do szarej rzeczywistości dnia powszedniego. Pomyślałem więc, że dobrze by było „nieźle” go zacząć. Jak pomyślałem, tak też i zrobiłem. Krótko:

Jako że jestem społecznikiem i lubię się udzielać, postanowiłem spełnić swój ludzki humanitarny obowiązek wobec porządnych sąsiadów i – zabiłem jednego z nich! Wiecie, taką ludzką wesz, jak pozostali go nazywali.

Że co, że zabiłem człowieka? Też mi wielka rzecz – śmierć! Ludzka rzecz umierać, bo ludzką rzeczą jest zabijać. Podobnie jak czasami pogadać przy piwku i dobrej kiełbasce z grilla. Albo jak pokochać się. Albo wysrać. I tak dalej, i tak dalej.

Kto nie wierzy, niech poogląda wiadomości ze świata. Na przykład z Bliskiego Wschodu. Bo, jak to niektórzy mówią:

– Allahu Akbar!

29.11.2016 r.

15:13, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 listopada 2016

Jak zwykle, co roku, znowu zbliżamy się w tym czasie do magicznej daty 25 grudnia, czyli dnia, w którym, jakoby, na świat przyszedł Jezus. Tyle tylko, że tak on przyszedł na świat w tym dniu, jak wcześniej Ozyrys, Mitra, czy również Apoloniusz z Tiany. Prawda bowiem jest taka, że magiczność tej daty wiąże się z czysto naturalnym ruchem słońca na niebie i zapowiedzią w związku z tym dłuższego dnia, nadejścia wiosny i oczekiwanego po zimie ciepła. Krótko mówiąc nie tyle chodzi w tej dacie o te wszystkie jasełka związane jakoby z przyjściem na świat Jezusa (tak naprawdę data ta w jego przypadku przyjęła się dopiero w IV wieku, gdy i religia chrześcijańska odniosła sukces w Cesarstwie Rzymskim) i jemu podobnych bóstw w tym właśnie dniu, ile przede wszystkim o odniesienie się do czysto naturalnych ruchów słońca na niebie, kiedy zmienia ono swoją pozycję o jeden stopień i w związku z tym dochodzi niejako do „budzenia się” całego naszego świata do życia. Dodatkowo w tym właśnie dniu Syriusz, gwiazda 21-krotnie jaśniejsza od naszego słoneczka, znajduje się w jednej linii z trzema gwiazdami z konstelacji Oriona, które w starożytności nazywane były, nomen omen, Trzema Królami(!). W ten sposób odnosiły się one do owych wszystkich ww. „narodzin”, chociaż, tak naprawdę, wskazywały i wskazują nadal wschód gwiazdy ogrzewającej naszą matkę ziemię od miliardów lat.

Czy może być zatem lepsza data w naszym kalendarzu na narodziny jakiegoś bóstwa?  Oczywiście – nie może! Dlatego nic dziwnego, że akurat tę datę upatrzyli sobie i starożytni Egipcjanie, i Sumerowie, i Babilończycy, i Grecy, tym samym również i ich religie, a po którą sięgnęli również najpierw rzymscy żołnierze wyznający kult Mitry, a od nich ochoczo przejęli ją chrześcijanie.

Myślę, ba – jestem pewien, że byłoby zupełnie inaczej w tej kwestii, gdyby, jak to zwykle bywa w tradycji ludzkości, we wszystkich naszych wierzeniach więcej było nauki i rozsądku, i w ogóle więcej człowieka, a mniej jakiegoś tam wyimaginowanego boga. Niestety, problem w tym, że na taką postawę jest jeszcze widać za wcześnie. Z jednego prostego powodu: naszego duchowego rozleniwienia! Bo żeby to zmienić, trzeba w tym właśnie zakresie wykonać ogromną pracę, przede wszystkim nad sobą i swoim wewnętrznym rozwojem. Gdy tego dokonamy, wówczas z całą pewnością przełoży się to na wyrobienie w sobie zupełnie innej świadomości – świadomości człowieka uwolnionego od wszelkiej indoktrynacyjnej presji, a tym samym do odebrania wszystkim religiom zawłaszczonego przez nie Boga. I wtedy powrócimy intuicyjnie i w sposób naturalny do czegoś na kształt pogaństwa, które utworzy nam podłoże do osadzenia na nim idei boskości! Albowiem cząstka tej idei jest w każdym z nas i nie potrzeba nam wcale żadnych ziemskich pośredników, aby być z nią w stałym kontakcie.

Ament.

27.11.2016 r.

10:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 listopada 2016

Scenka I.

Pierwszy: Twoja córka, to dorosła kobieta, jak nie zdążyłeś jeszcze tego zauważyć. W związku z tym może robić co chce, to znaczy może się zakochać, w kim chce. To znaczy, kogo jej małe serduszko wybierze.

Drugi: I chcesz powiedzieć, że wybrało ciebie?

Pierwszy: Nie. Ale by mogło, jeżeli chodzi o ścisłość.

Drugi: Co ty powiesz? Od kiedy taki amant się z ciebie zrobił, co?

Pierwszy: Nieważne. Poza tym, tak miedzy nami, to naprawdę niezła dupa z niej wyrosła.

Drugi: No, uważaj co mówisz!

Pierwszy: Spokojnie. Oczywiście, gdybym był młodszy i furczałoby mi jeszcze śmigło, to może… No i, co zrozumiałe, gdybyś ty nie był moim kumplem. W końcu pewnych rzeczy się nie robi, szczególnie przyjacielowi.

Drugi: No! W końcu zaczynasz mówić sensownie.

Pierwszy: Córka kumpla, tak jak jego żona – jest nietykalna!

Drugi: I oto właśnie chodzi, chłopieniu, o ten właśnie niepisany kodeks. Dziewczyny któregokolwiek kumpla, to taki właśnie zakazany owoc.

Pierwszy: To prawda. Chociaż, sam przyznasz, taki owoc smakuje najlepiej.

Drugi: Jednak uparłeś się, żeby mnie sprowokować. Uważaj, bo naprawdę cię dzisiaj pierdolnę!

Scenka II.

On: Wiesz, szkoda mi cię.

Ona: Szkoda? Niby dlaczego?

On: Bo inteligentna, ładna z ciebie babka, ale przez to małżeństwo zrobiłaś się zwykłą kurą domową. I to nawet nie wiem kiedy.

Ona: Co ty powiedziałeś, ja – kurwą domową?! (rzuca się na niego z pazurami) O ty w mordę kopany, to ja tu się staram, żyły sobie wypruwam, a ty…!

On: Przestań! Przestań – powiedziałem. Pogrzało cię? Powiedziałem – kurą domową, nie kurwą.

Ona: Aha! (śmiech) Sorki, kochanie. (Całuje go na przeprosiny, a po chwili uderza go z pięści w bok)

On: Au! Za co?

Ona: To na przyszłość. (ze śmiechem) Żebyś się nigdy więcej nie przejęzyczał.

Scenka III.

Ona: Mówię ci – ale się bałam. Te grzmoty były straszne!

On: Aż tak ostro było?

Ona: Ba! Nigdy wcześniej tak się nie bałam.

On: Wiesz, porządne grzmocenie zawsze może nieść ze sobą pewnego rodzaju grozę.

Ona: O czym ty, do diabła, gadasz, jakie grzmocenie? Grzmoty to były. Grzmoty – nie grzmocenie! Może jak ja cię grzmotnę, to dopiero wtedy zaczniesz normalnie myśleć, jełopie jeden.

25.11.2016 r.

15:31, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 listopada 2016

Co prawda nieraz już o tym pisałem, niejako podskórnie przeczuwając że to się stanie, tyle, że gdy właśnie się stało, najzwyczajniej w świecie nie mogę w to uwierzyć: w obecności p.o. prezydenta RP pana A. Dudy, Jezus został ogłoszony przez wdowę po papieżu panem i królem Polski! Oczywiście, nic nie ujmując człowiekowi sprzed dwóch tysięcy lat, którego zresztą darzę dużym szacunkiem, pytam – jakim prawem robi się hucpę wobec całego świata i ze zwykłego żydowskiego robotnika, który z nami ma tyle wspólnego, co ja, nie przymierzając, z koniem trojańskim, czyni się króla RP!? Co za durnie to wymyślili? Aż wierzyć się nie chce w skretyniałość starych bigotów, zarówno tych w sutannach, jak i tych bez. To naprawdę się dzieje, czy może wpadłem do jakiegoś cholernego matrixa?

Ta cała popaprana heca z Jezusem, jako panem i królem Polski przypomina mi, wypisz – wymaluj, sytuację z panem Kłamczyńskim, który, nie posiadając żadnych zdolności przywódczych, będąc odległym o lata świetlne od kogoś na kształt trybuna ludowego, stoi jednocześnie, oczywiście nie nominalnie i tytularnie, lecz nieoficjalnie, na czele mojego kraju! Więcej – każdy występ publiczny tego człowieczaka, to nic innego jak bełkot trzeźwego pijaka!

Powiedzieć, że w związku z jednym i drugim odczuwam dyskomfort, znaczy nic nie powiedzieć, ja po prostu najzwyczajniej jestem niebotycznie poirytowany głupotą ludzi, którzy tak dużo mają dzisiaj do powiedzenia w mojej ojczyźnie! Jestem poirytowany, sfrustrowany i najzwyczajniej w świecie wkur… ony! Całość bowiem tej groteski mówi o ogromnej aberracji umysłowej części mieszkańców tego kraju, która, niestety, nieopatrzenie doszła do głosu i panoszy się w najlepsze. Na dodatek robi to bezkarnie! Absurd! Absurd i niebezpieczna groteska w najczystszej postaci. E. Ionesco mógłby się od nich uczyć!

Gdyby tego było mało do rządzących dzisiaj Polską dołączyła policja, która, jak się okazuje, ma potężne problemy z matematyką. Dawniej krążyły u nas dowcipy o tym, że panowie z ówczesnej milicji obywatelskiej chodzą parami po ulicach dlatego, że jeden umie pisać, drugi natomiast czytać. Dzisiaj wychodzi na to, że doszła do tego jeszcze jedna ułomność – nieumiejętność liczenia. Szczególnie widoczne to jest podczas obliczania przez policję protestujących na ulicach Warszawy. Wtedy panowie muszą przy tym tak kombinować, że zmuszają mnie do zastanawiania się, czy policja to jeszcze tzw. stróże porządku, czy może wynajęci przez rządzących Polską chłopcy. Takiego bowiem braku obiektywizmu w całej dotychczasowej nieco pond 25-letniej historii III RP nie doświadczyłem nawet przez moment. Niebywałe!

W związku z tym mam dla policji propozycję: proszę wysłać jak najwięcej swoich funkcjonariuszy do szkoły, aby opanowali tabliczkę mnożenia, dzielenia, dodawania i odejmowania. A potem, gdy już się z niej podciągną, puścić między ludzi. Jeżeli to nie pomoże, to nie pozostaje nic innego, jak poszukać sobie innego zajęcia. Tyle.

23.11.2016 r.

12:50, adelmelua
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 listopada 2016

No i mamy wiosnę tej jesieni!

Jakiś czas temu, dokładnie wtedy, gdy było mroźno i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że zima znajduje się już tuż-tuż, a pewien góral w telewizji mówił, że: wicie – listopad bydzie mroźny, a w grudniu to sie jesce obacy, ja twierdziłem wszędzie tam, gdzie się znalazłem a gdzie była mowa o pogodzie, że jeszcze w tym roku będzie plus piętnaście stopni, a śniegu uświadczymy tyle, co kot napłakał. Niektórzy nie dowierzali, ale pomni moich wcześniejszych przeczuć, które się sprawdziły, czekali niejako na rozwój sytuacji. I co? I mamy ciepełko! Ale nie to jest istotne, o wiele ważniejsze pozostaje pytanie: Jak długo taki stan się utrzyma?

Cóż, klimat, jak wszyscy wiemy z różnych przekazów i obserwacji, od kilku dekad, rzeczywiście, ociepla się. W związku z tym czapy lodowe na biegunach ulegają topnieniu, co z kolei ma swoje przełożenie na podnoszenie się wód w akwenach wodnych. Statystycznie więc mamy z całą pewnością cieplej niż np. jeszcze sto lat temu. Tylko czy na pewno powyższa tendencja się utrzyma? Czy jest niezachwianym pewnikiem i nic nie może jej przeszkodzić w trwaniu i pogłębianiu się? Czy naprawdę nic tego procesu nie jest w stanie zakłócić i nagle wszystko odmienić?

Jako że nic nigdy nie trwa wiecznie, oprócz zmienności naturalnie, więc i ten proces kiedyś się skończy. Zastanawiać może jedynie, czy stanie się to nagle i w sposób spektakularny, czy może jednak będzie on przebiegał wolno, niejako linearnie, tym samym będzie trwał od a do zet?

Większość z nas zapewne powiedziałaby że, oczywiście, proces ten będzie przebiegał w sposób naturalny, bardziej lub mniej spokojny, tak jak wiele innych zjawisk na ziemni w przeszłości, zarówno tej dalszej, jak też bliższej. Jednak większość z nas, nie znaczy jeszcze, że wszyscy, ja bowiem powiedziałbym tak: Pełna zgoda! Tylko z małym zastrzeżeniem: tak rzeczywiście może się stać pod jednym wszak warunkiem: że nic spektakularnego się nie wydarzy. Pod pojęciem spektakularny mam tutaj na myśli coś katastrofalnego, tzn. np. skumulowanie się kilku wybuchów wulkanów niejako jednocześnie, czyli w zbliżonym do siebie czasie. I nie chodzi mi tutaj o jakiś wybuch przypominający pierdnięcie wielkoluda, bo akurat zachciało mu się oddać trochę gazów,  myślę raczej o czymś na kształt wybuchu Krakatau w roku 1883, czy tego niedawnego na Islandii w sierpnia 2010.

Gdyby więc doszło do wybuchu trzech, czterech czy więcej wulkanów w terminach od siebie niezbyt oddalonych czasowo, na dodatek byłyby to wybuchy właśnie spektakularne w swojej niszczycielskiej naturze, wówczas, podejrzewam, można by się spodziewać nagłego ochłodzenia klimatu na skutek znajdującego się w atmosferze i stratosferze popiołu wulkanicznego, który przez dłuższy czas skutecznie zatrzymywałby promienie słoneczne. A wtedy, co pewne, zamiast oczekiwanego dalszego procesu ocieplania się klimatu, mielibyśmy do czynienia z nagłym jego ochłodzeniem i...

Okej, nie kraczę dłużej! Chodziło mi jedynie o zastanowienie się nad tym, czy wszystko, co nas otacza, z czym się stykamy jest do końca zdeterminowane, a tym samym nie ma od tego ucieczki. Nie twierdzę oczywiście, że hipoteza, którą postawiłem, spełni się. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że raczej nie powinna, niemniej zawsze warto się nad czymś takim zastanowić i uzmysłowić sobie, jak niewiele możemy i jak mało od nas zależy, jeżeli chodzi o naturę. Ale że nawet w najgorszych wydarzeniach powinno doszukiwać się pozytywów, więc ja również i w takim zdarzeniu, gdyby do niego jednak doszło, bym się ich doszukiwał: np. mogłoby nim być wzmocnienie magnetycznego płaszcza ochronnego ziemi, który na skutek oddziaływań m.in. słońca ustawicznie traci na swojej sile.

Oczywiście, wzmożona aktywność wielu wulkanów w jednym momencie, np. w ciągu jednego roku, pozostaje raczej moim wymysłem na zasadzie stawiania hipotezy: co by było, gdyby. Póki co nie ma danych, które mogłyby wskazywać na taką ich zbieżną aktywność w najbliższej przyszłości, niemniej, jakkolwiek będzie, nasze ocieplenie klimatu wcale nie musi być tak zdeterminowane, jak się powszechnie uważa.

A wracając do naszej zimy tu i teraz, powiem tak: wczoraj zaobserwowałem, że na forsycji pojawiły się żółte kwiaty. Czy to już wiosna, czy nadal przedłużona niespodziewanie jesień? Obstawiam to pierwsze. Jakkolwiek jednak będzie, uważam, że nie tyle oznacza to brak zimy w ogóle, ile bardziej zapowiada wczesną wiosnę.

21.11. 2016 r.

17:51, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 listopada 2016

Czym jest fanatyzm, jak wygląda, myślę, że wie każdy, albowiem każdy z nas musiał się z nim spotkać, czy to twarzą w twarz, czy poprzez choćby reportaż, dokument, czy film fabularny. Naturalnie, fanatyzm jako taki nie posiada jednego oblicza – on jest, że tak powiem, wielotwarzowy, objawia się w wielu naszych poglądach i postawach. Jest niczym dobry aktor, który co wieczór uwodzi swoją grą, próbując wciągnąć nas do swojego królestwa.

I tak np. mamy do czynienia z fanatyzmem religijnym, sekciarskim – niezwykle niebezpiecznym, bo narzucającym reszcie społeczeństwa jakiś system wierzeń stworzony przez ludzi i nakazujący im wierzyć w takie a nie inne bóstwa, którym należy oddawać jednocześnie w rytuałach nasze dla nich uwielbienie i oddanie; mamy fanatyzm polityczny, który, w przypadku gdy dojdzie do władzy, jest w zasadzie tożsamy z nacjonalizmem. Dopóki jednak tego nie zrobi, dopóki nie sięgnie po władzę pozostaje „jedynie” niebezpiecznym, skrajnie narodowym ględzeniem. Ponadto mamy również fanatyzm militarny, który śmiało można utożsamiać z ruchem autorytarnym, a co za tym idzie z wieloma niebezpiecznymi zachowaniami łamiącymi prawa człowieka.

Oczywiście, to nie wszystkie maski fanatyzmu i jego skutki, jest ich o wiele więcej, gorzej jednak, gdy dochodzi do korelacji poszczególnych fanatyzmów ze sobą. Wtedy staje się on niejako w dwójnasób niebezpieczny. Tak jak to się dzieje np. w przypadku fanatyzmu militarno-religijnego. W takiej konfiguracji bowiem człowiek, który nie przejawia fanatycznych skłonności, a który chce spokojnie żyć w normalnym kraju i prowadzić spokojne, dobre życie, może się czuć jak w matni. W czymś na kształt bycia między młotem, a kowadłem. Gdzie nieważne, co jest jednym a co drugim, prawda bowiem jest taka, że dobrego wyjścia z takiej sytuacji zwyczajnie nie ma. W takim przypadku jest się uzależnionym zarówno duchowo, jak i cieleśnie od tych, którzy zaprowadzają nowy, jak oni to eufemistycznie nazywają, ład i porządek. Ich ład i ich porządek! Nie zawsze oczywiście oznaczający to samo w warunkach wolności i demokracji.

O jakimkolwiek jednak fanatyzmie bym tutaj nie napisał, zawsze będzie to postawa życiowa ze wszech miar godna naszego potępienia i izolowania się od niej; to postawa zła, podła i niegodna człowieka rozumnego, świadomego swojego miejsca na ziemi i sensu swojego bytu. To, tak naprawdę, bez względu na swoją przyczynę i formę, zawsze pozostaje zabójczą trucizną dla każdego z nas! Każda bowiem jego forma pozbawiona jest nie tylko tolerancji i otwartości, tak niezbędnych w kontaktach międzyludzkich, ale, co gorsza – pozbawiona jest przede wszystkim tej cechy, która czyni nas istotami wierzącymi w człowieka, pozbawiona jest empatii i zwykłego współczucia! I dlatego właśnie należy mu się przeciwstawiać na każdym kroku i zwalczać wszelkimi możliwymi środkami. Bo gdy dojdzie do władzy wtedy jest już za późno i na żal, i na pokutę. Należy go zwalczać zawczasu. Zawsze! I wszędzie! I za wszelką cenę!

19.11.2016 r.

11:39, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 listopada 2016

Myślałem, że nie będę już musiał odnosić się do tematu obniżenia wieku emerytalnego, jednak po wczorajszym głosowaniu w sejmie, czyli tak naprawdę powrocie do systemu sprzed trzech lat i komentarzach wielu tzw. fachowców, którzy w najlepsze zabawiają się w Kasandry wieszczące upadek ZUS-u, jestem zmuszony zabrać w tej sprawie głos raz jeszcze. Mam nadzieję, że po raz ostatni, bo nie tyle nawet sam temat mnie nuży, co najzwyczajniej w świecie mnie wkurw!...

Do tego, że wielu niedouczonych dziennikarzy i dziennikarek bezrefleksyjnie pieprzy od rzeczy o naszych dużo niższych emeryturach w przyszłości na skutek właśnie powrotu do „starego” systemu długości pracy, czyli skróconego o dwa lata (można to zrobić, ale nie ma przymusu, co warto podkreślić), a tym samym pomniejszonej liczby składek na przyszłą emeryturę, zdążyłem się już przyzwyczaić. Ale najzwyczajniej w świecie szlag mnie trafia, gdy  te wszystkie mądrale pieprzą od rzeczy, nie dysponując tak naprawdę żadnymi miarodajnymi danymi na temat wydłużania się naszego życia. A nie dysponują nimi, bo nie mogą nimi dysponować z jednego prostego powodu: my wszyscy urodzeni po wojnie, osiągamy właśnie w tym momencie co  najwyżej 70 lat! A to jeszcze o niczym nie świadczy ani nie potwierdza jakiegokolwiek trendu.

Fakt – był moment w naszych dziejach, kiedy ludzie, można przypuszczać z jakich powodów, łamali dotychczasowe bariery i osiągali dziewięćdziesiąt, czy nawet sto i więcej lat. Ale ten boom się skończył. Obecnie znowu żyjemy znacznie krócej od tamtej międzywojennej generacji, jednak nadal dłużej od tych, którzy w wieku np. XIX nie osiągali nawet 50-tego roku życia. Dzisiaj jakby wszystko wraca do „normy”, czego dobitnym przykładem są klepsydry coraz młodszych zmarłych.

Żyjemy dłużej – też mi niepodważalny pewnik! Pokażcie mi, wróżbici od siedmiu boleści, tych waszych długowiecznych, którzy potwierdzają tę waszą regułę o wydłużaniu się ponad miarę naszego życia. Gdzie oni są? Podpowiem wam: na cmentarzu! Bo żeby stwierdzić, że żyjemy dłużej i uznać to za pewnik, musimy najpierw odpowiednio długo żyć, tzn. osiągnąć właśnie wspomniany wiek osiemdziesięciu, czy dziewięćdziesięciu lat. Ja w swoim otoczeniu jakoś nie dostrzegam legionów owych osiemdziesięcio-, czy 90-latków. Znajduję natomiast mnóstwo klepsydr moich znajomych, którzy zeszli z tego świata przed sześćdziesiątym rokiem życia. Sześćdziesiątym! Dlatego nie pieprzcie mi głupot o wydłużaniu się naszego życia, bo nie żyjemy w Gruzji czy wśród Hunzów, którzy rzeczywiście osiągają ładny wiek, tyle, że oni zawsze żyli tam dłużej. Ja mówię o nas – tu i teraz, współczesnych!

Naturalnie, sporadycznie ktoś zawsze i u nas osiągnie wiek współczesnego „matuzalema” i dożyje 90-tki, ale to będzie ewenement, nie reguła! A przykład ten będzie uwarunkowany wieloma czynnikami – zapewne trochę genami, ale przede wszystkim odpowiednią dietą, higienicznym stylem życia, a także zdrowym środowiskiem. Że nie wspomnę już w jakiej kondycji to zrobimy.

Mam jednak pewną myśl: Jeżeli ci wszyscy fachowcy od straszenia mają tak świetne predyspozycje do przewidywania przyszłości, to może podaliby mi wyniki np. na nadchodzące właśnie losowanie totolotka, hm? Albo powiedzą mi może, jaki trend będzie panował w modzie kobiecej i młodzieżowej za dwadzieścia lat? Albo jeszcze lepiej: czy świat będzie wtedy spokojniejszy niż dzisiaj? Czy nie będzie zagrożenia skrajnym radykalizmem islamistów, nacjonalistów, wojną? W ogóle, jak będzie on wyglądał i czy w ogóle będzie jeszcze wyglądał? Jeżeli mi odpowiedzą chociaż na jedno z powyższych pytań, to, proszę bardzo – przyznam im rację, ale jeżeli nie będą w stanie tego zrobić, to bardzo proszę o ciszę nad tą trumną! Bo straszyć każdy idiota potrafi, o wiele trudniej jest jednak, oprócz dobrej diagnozy, przepisać właściwą kurację.

17.11.2016 r.

11:46, adelmelua
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 listopada 2016

Gdyby chodziło o normalną partię, powiedziałbym – zwolennicy, ale jako że chodzi o ugrupowanie działające w warunkach demokratycznego państwa w sposób nienormalny, jestem zmuszony nazywać ich inaczej, co jednak będzie dużo bliższe prawdy, muszę ich nazywać wyznawcamiwyznawcami Prawa i Sprawiedliwości!

Otóż ludzie ci, to taki specyficzny odłam naszego społeczeństwa, którym żyje się lepiej, gdy obwiniają innych za wszelkie nieszczęścia tego kraju, a przy tym wierzą w cuda. Są im one potrzebne zapewne do tego, aby móc wytłumaczyć niewytłumaczalne, tzn. aby objaśnić takie pojęcia czy zjawiska, których w normalny, zwykły sposób nie ogarniają, ponieważ wykraczają one poza zakres ich światopoglądu,  a nierzadko również zdolności umysłowych. Takie podejście do życia ustawia ich od razu w pozycji kontrującej do faktów, które, przy zachowaniu elementarnego szacunku dla nich, tak naprawdę pozostają w wielu przypadkach w miarę łatwe do wytłumaczenia. Niestety, pisowcy takie podejście mają w d., oni wolą jątrzyć, skłócać i podburzać innych. Uważają bowiem, za przykładem swojego genialnego szefa, że najlepsze zarządzanie krajem odbywa się wtedy, gdy mamy do czynienia z permanentnym konfliktem. W myśl starej, nie raz sprawdzonej zasady: divide et impera – dziel i rządź!

Dlatego właśnie mamy dzisiaj kolejną hucpę związaną z katastrofą prezydenckiego Tupolewa i zapowiedź prokuratury otwarcia grobów jej ofiar. I to zarówno tych rodzin, którzy tego chcą, jak i tych, które sobie tego nie życzą. A wszystko w jednym celu: aby znaleźć dowód na tezę o wybuchu, którego nie było, ale który, wierząc w cuda – jak właśnie czynią to owi wyznawcy – mógł być. A mógł dla tych ludzi znaczy tyle, co był! Albowiem, jako ludzie niezwykle mocno pokrętnie uduchowieni, całkiem prawdopodobne, że zostaną w końcu wysłuchani – nie tyle nawet przez swojego boga, ile przede wszystkim przez pana Zbyszka – jak raczył określić prezes TK A. Rzepliński obecnego ministra sprawiedliwości a jednocześnie szefa prokuratury – który w tym momencie posiada w swoich rękach całą prokuraturę, więc i niejako zarządzanie cudami – przynajmniej cudami w tym konkretnym zakresie.

Pytanie, jakie należy sobie postawić tym miejscu, brzmi: Czy naprawdę jesteśmy skazani na grzebanie się przez długie lata w trupach tej katastrofy? Czy już zawsze będziemy wyciągać tego upiora z szafy, chcąc załatwiać swoje polityczne spory? Oczywiście nie! Pod jednym wszakże warunkiem: że zostanie w końcu upubliczniona ostatnia rozmowa braci Kaczyńskich, jaka miała miejsce podczas feralnego lotu do Katynia. Dopóki tak się nie stanie, dopóty będziemy skazani na granie emocjami przez pisowców w tej sprawie, albowiem historia ta, to świetne paliwo dla rozsiewania swoich chorych, urojonych podejrzeń o zamachu w imię rozgrywek politycznych i doraźnych interesów z jednej strony, z drugiej zaś – do utrzymywania permanentnego konfliktu i systematycznego podgrzewania atmosfery podejrzliwości, negowania wszystkiego, co tylko można podważyć i poddać w wątpliwość. Taka bowiem jest wizja sprawowania władzy przez szefa tej partii – Jarosława Kłamczyńskiego.

Nie wiem, kto jest w posiadaniu ostatniej rozmowy braci Kaczyńskich, pewien jednak jestem, że jej zapis istnieje. Prawdopodobnie dysponują nią zarówno Rosjanie, jak i Amerykanie. Pierwsi mogą ją wykorzystać wtedy, gdy będzie im to na rękę, czyli sytuacja na arenie politycznej w Polsce będzie stygnąć, a tym samym normować się (np. wraz z odejściem J.K. z życia publicznego, np. na skutek pogorszenia się jego zdrowia), drudzy natomiast, tj. nasi amerykańscy „przyjaciele”… Cóż, ci nagrywając wszystko i wszystkich dookoła, o czym dowiedzieliśmy się od E. Snowdena, mają nas tak naprawdę głęboko w ciemnej d., więc też nie będą się spieszyć z upublicznianiem jej zapisu. Podobnie zresztą, jak nie spieszyło im się z powiadomieniem przywódców Solidarności w latach 80-tych o planowanym stanie wojennym w Polsce. Innymi słowy – jak nie urok, to sraczka.

Jedno jednak nie ulega wątpliwości: zapis rozmowy powinniśmy poznać jak najszybciej. Dla naszego dobra, tego psychicznego również. Aby położyć kres chorym bzdetom świątobliwego Banderasa, które przyczyniają się jedynie do rozwijania się szaleństwa u sporej liczby moich rodaków. Dopóki to nie nastąpi nadal będziemy tkwić w chaosie pisowskich pomówień, czyli tych, którzy najbardziej tutaj zawinili, ale którzy starają się, poprzez ustawiczne ataki na innych, wybielić i uniknąć jakiejkolwiek odpowiedzialności za ów dramat.

P.S.

Nie wiem, co zrobią rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej w sprawie ekshumacji ciał ich bliskich, wiem, co ja bym zrobił, gdybym był na ich miejscu, aby szaleńcy dali mnie, mojej rodzinie i nieżyjącej osobie, święty spokój: jak najszybciej dokonałbym kremacji ciała członka rodziny, która zginęła w tej katastrofie! I tyle. I tyle też mieliby chłopcy pana Zbyszka do badania.

15.11.2016 r.

11:29, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 listopada 2016

Dzisiaj, dla odmiany, będzie trochę poetycko.

W ostatnich dniach robiłem przegląd i jednocześnie porządek w swojej e-mailowej poczcie i trafiłem na wiersz, który, co prawda, ja napisałem, jednak inspiracją był inny wiersz, należący do pewnej młodej kobiety, który oceniłem wówczas krytycznie. Nie będę analizował, dlaczego tak zrobiłem, po prostu przedstawię go tutaj. Wówczas jednak, aby nie ograniczać się jedynie do zbyt łatwej roli krytyka, postanowiłem go przerobić, pokazując jej, że można inaczej. Czy lepiej? Myślę, że tak. Chociaż mam też świadomość niedoskonałości tej próby. Na swoje usprawiedliwienie – jeżeli byłoby mi ono w ogóle potrzebne – mógłbym mieć tylko jedno: nie piszę wierszy! Więc…

Żeby jednak niepotrzebnie nie przedłużać i nie przeciągać niczyj cierpliwości ponad miarę, przedstawiam to coś z mojej zamierzchłej przeszłości. Dokładnie sprzed jedenastu lat.

Oto dwie wersje. Pierwsza – jej, bez tytułu i znaków interpunkcyjnych, bo tych w oryginale nie było:

Czemu ma miłość na wietrze wędruje wciąż i wciąż

Nie mogę znaleźć dla niej przystani i tak przez mnogość

Szybować będzie wśród słońca, księżyca, gwiazd, wciąż i wciąż

Smagana śniegiem, deszczem i mgłą- obmyta złością

Aż kiedyś braknie tchnienia

Który porusza skrzydłami marzeń

I spadnie bez jednego westchnienia

W przepaść poplątanych zdarzeń

Rozbije się o skały w radosny dla innych poranek

A dla mnie będzie jako ostatni w życiu kochanek

Który był skrawkiem nadziei na szczęście bez granic

A życiu- mojego istnienia miał mnie za nic.

I wersja druga – moja:

Czy kiedyś...

 Czemu ma miłość ślepo wędruje pod życia prąd?

Nie mogąc znaleźć przystani – rzucana z kąta w kąt,

Szybuje wśród słońca, gwiazd, a bladością księżyca,

Smagana wiatrem, śniegiem, deszczem – złością spowita!

Czy kiedyś poczuję jej tchnienie,

Co porusza skrzydłami marzeń

I rozbije smutku wspomnienie,

Tworząc nową jakość mych zdarzeń?

Rozbłyśnie radością w zwykły z pozoru poranek,

Będąc w nim nie jako ostatni w życiu kochanek,

Lecz jako skrawek nadziei na szczęście bez granic.

Czy nadal będzie miała moje istnienie za nic?

         13.11.2016 r.

10:53, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 listopada 2016

Dzisiaj Dzień Niepodległości! Dzień bez wątpienia ważny dla każdego z nas. Ale im dalej od 1918 roku tym samym, mam wrażenie, również ciężar tej daty jest inny – o wiele mniej obciążający.

Oczywiście: Bóg, Honor, Ojczyna! – niezmienny triumwirat szantażu moralnego nadal ma się dobrze, a dzisiaj nawet lepiej niż w latach ubiegłych. Z drugiej jednak strony czas i warunki w jakich żyjemy powoduje, że takie pojęcia jak ojczyzna właśnie i związany z nią patriotyzm znaczą nie tylko coś innego niż dawniej, ale również posiadają zupełnie inny ciężar gatunkowy. Dzieje się tak z wielu powodów, najważniejszy z nich zapewne, to otwartość granic i związana z tym możliwość swobodnego przemieszczania się ludzi z jednego państwa do innego, a tym samym wybierania sobie swoich nowych ojczyzn, co siłą rzeczy zmieniło również postrzeganie wyżej wymienionych pojęć. Wyjątkiem tutaj są oczywiście ci, którzy pozostali w opłotkach swojego ciasnego myślenia, czyli ludzie zakompleksieni, strachliwi, zamknięci mentalnie w sobie i okopani w swoim hermetycznym świecie, węszący wszędzie zagrożenie i nastawieni do innych, tych obcych, bezkompromisowo i niechętnie.

Pan A. Duda, reprezentujący ugrupowanie takich właśnie ludzi, niechętnych wobec wszystkiego co obce, niezrozumiałe, bo inne, kolorowe, zrobił i nadal robi wiele, żeby Polaków dzielić. Chociaż, jak ma w zwyczaju, bo lubi ściemniać, znowu ostatnio wyszedł do społeczeństwa z gadką o łączeniu się wszystkich Polaków. Nie wiem, czy ten Pan bierze lekcje aktorstwa, czy to jedynie bardzo krótka i wybiórcza pamięć, a może oznaki schizofrenii, cokolwiek by to jednak nie było dla mnie takie stawianie sprawy, to czysta demagogia i zwykła kpina! To tak, jakbym do kobiety, z którą bym się rozstawał, a z którą przeżyłbym kawał życia, stojąc nad przepaścią powiedział jak gdyby nigdy nic: Było fajnie, dzięki. A teraz puszczam cię wolno. Baw się dobrze! I pchnąłbym ją w ową przepaść.

Śmiechu przy tym by nie było, naturalnie, satysfakcja jednak, przynajmniej dla niektórych, z całą pewnością byłaby gwarantowana. Tyle, że byłaby to satysfakcja szaleńca. Dlatego nie mogę przyjąć słów pana A. Dudy za dobrą monetę i zapomnieć o dotychczasowych jego działaniach. Bo wiem, że dzisiejszy dzień się skończy i zaraz następnego dnia wróci stare, gdzie pojawią się kolejne jego decyzje dzielące nasze społeczeństwo. Innymi słowy można powiedzieć, jestem w podobnej sytuacji co większość Amerykanów, którzy po ostatnich wyborach nie akceptują D. Trumpa na urzędzie prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Niestety, jest znacznie gorzej – nie chodzi bowiem tutaj tylko o negatywne nastawienie do takiego czy innego polityka i brak akceptacji takiej czy innej osoby ma danym urzędzie, takie nastawienie skutkuje czymś o wiele dotkliwszym: to również brak solidarności z takim człowiekiem, a co za tym idzie brak gotowości do jakichkolwiek ewentualnych poświęceń. Dlatego nie od rzeczy jest, tak myślę, postawienie sobie akurat dzisiaj następującego pytania: Gdyby rozpoczęła się w najbliższym czasie jakaś poważna ruchawka wojenna, to czy oprócz rodziny, przyjaciół, znajomych, miałbym za kogo ginąć? Czy miałbym poświęcić to, co mam najcenniejszego, czyli życie – za np. świątobliwego desperata? Albo za jego pomagierów, szczególnie tego od dezinformacji? A może miałbym poświecić je za Jarka Kłamczyńskiego i jego cwanych, ziejących nienawiścią sztabowców? Albo za pana Andrzeja i jego koleżankę partyjną, panią Beatę? A może za tych kierowców, którzy pokazują mi jako rowerzyście każdego niemal dnia, gdzie moje miejsce? Albo za zakapturzonych łysoli z bejsbolami w łapskach? I tak dalej, i tak dalej.

Na szczęście, mam nadzieję, nic nam nie grozi, więc jestem zwolniony z szukania odpowiedzi na powyższe pytania.

11.11.2016 r.

12:42, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl