RSS
sobota, 30 listopada 2013

    27. listopada napisałem: „Tak, jestem pewien, że pogaństwo i dostrzeganie we wszystkim, co nas otacza, istnienia Boskiej Energii, było, jest i będzie jedyną „rozsądną” drogą, którą człowiek będzie musiał podążyć, jeżeli pragnie uratować siebie i planetę, na której żyje. W innym przypadku nie tylko czas naszego gatunku będzie policzony, on będzie policzony w ogóle, całej planecie! I wtedy zamiast trochę lepiej, będzie, niestety, znacznie gorzej niż zwykle. Czyli, krótko mówiąc, lepiej nie myśleć nawet, jak będzie!”.

    Oczywiście nie chodziło mi o to, że pogaństwo jest dzisiaj totalnym rozwiązaniem wszystkich problemów związanych z naszym bytem, jego sensem i kwestią Boga. Chodziło mi przede wszystkim o szersze spojrzenie i pewną refleksję, mianowicie – czym jest natura, a tym samym Energia, która wypełnia nie tylko nasz świat, ale w ogóle cały wszechświat! Czy to mus, konieczność, wynikająca z istoty bytu, czy jednak coś więcej i w związku z tym należy Jej się z naszej strony nie tylko wdzięczność, ale również szacunek.

    Jak już nieraz tutaj wspominałem, a o czym wszyscy dobrze wiemy, Energia wypełnia nie tylko nasz świat, ale w ogóle cały wszechświat. A jako że – według naukowców – on nieprzerwanie się rozszerza, więc tym samym niejako Jej stan „posiadania” również ulega powiększeniu. Idąc tym tropem dalej można powiedzieć, że: Tak, Bóg jest wszędzie – w tych nowych obszarach również. To oczywiście nie musi być prawdą, jednak – przynajmniej dla mnie – jest na tyle poukładaną i klarowną całością, że trzymam się tego, jak rzep psiego ogona.

   To jednak, co mnie szczególnie intryguje w tym kontekście, to nawet nie to, co jest na obrzeżach wszechświata – bo to, tak naprawdę, niepojęte i nie do sprawdzenia ani udowodnienia – ale przed wszystkim to, co jest tutaj, czyli, co znajduje się w naszym świecie! To, czym oddychamy, co widzimy, co nas otacza na co dzień i czy to wszystko jest obojętne, bo naturalne, jakby przynależne nam z samej istoty bytu, immanentnie związane z naszym światem tu, czy też jest jednak trochę inaczej?

   Odpowiedź – według mnie oczywiście – jest prosta, w myśl zasady: coś za coś. Otóż z jednej strony wszystko to, co nas otacza, jest nam przynależne, z drugiej jednak przynależne nie znaczy obojętne. A nie jest takie z jednego prostego powodu: Jeżeli będziemy postrzegać Energię wypełniającą wszechświat, tym samym i nasz świat, jako jakąś emanację Boskości, to niezwykle istotne stanie się wówczas to, co my dla Niej i z Nią robimy, oprócz tego, że ją zużywamy – choćby oddychając. Innymi słowy chodzi o to, co my robimy dla tego wszystkiego, co nas otacza, żeby było czyste, nieskażone, przyjazne. I po chwili zastanowienia, niestety, ale musi pojawić się odpowiedź przykra: robimy niewiele!

   Na szczęście ostatnio trochę to się zmienia. Musi się zmienić! W innym przypadku, nie chcę krakać, ale film pod tytułem „życie na ziemi” może mieć koniec niekoniecznie zakończony happy endem. Nic bowiem nie dzieje się bezkarnie. Każda działalność ma swoją cenę, którą wcześniej czy później trzeba zapłacić. Zgodnie zresztą ze starym, ale niezwykle pouczającym powiedzeniem: „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. I to nie tylko tej Fidela Castro:)

        30.11.2013 r.

13:59, adelmelua
Link Komentarze (2) »
piątek, 29 listopada 2013

    Refleksja 1. Myślałem, że już nic  mnie nie zaskoczy, że politycy powiedzieli właściwie każde możliwe głupstwo. Myliłem się. Oto poseł T. Kaczmarek, dawniej sławny agent-lowelas Tomek, jadąc samochodem, wjechał na światłach w tył stojącego przed nim samochodu.

   Kolizja jak kolizja, zdarza się – rzecz i możliwa, i całkiem normalna. To, co w tej sytuacji niezwykłe, to tłumaczenie posła T. Kaczmarka, który powiedział w rozmowie z Faktem, że – cytuję: „Wydarzenia polityczne o tak ogromnej skali korupcji, w naszym kraju, spowodowały, że bardzo o tym myślałem. O stanie naszego państwa. I ten obraz był tak porażający, że dojeżdżając do świateł, uderzyłem w tył samochodu”. Tłumaczenie – majstersztyk! Teraz jestem o wiele spokojniejszy, że tacy ludzie jak agent-lowelas, św. Antoni – fachowiec od wszelkich zamachów, capo di tutti capi z Torunia, czy genialny inaczej prezes PiS, codziennie myślą z troską o Polsce. O wiele łatwiej będzie mi zasnąć każdego wieczora – choćby i kamiennym snem!

    – Boże miłosierny, czy jak tam się nazywasz, chroń tych ludzi. A mnie przed nimi! Plisss:)

    Refleksja 2. Pisałem już nieraz, że Kościół katolicki, więcej – wszystkie Kościoły tego świata interesują mnie tyle, jak to, co się stanie np. z moim łóżkiem po mojej śmierci. Niektórzy księża jednak robią wszystko, żeby do tej obojętności doszła również, jeżeli nawet nie agresja, to przynajmniej ogromna niechęć. Powodują to ich wypowiedzi na temat genderyzmu, jako czymś tak odrażającym, że wręcz zagrażającym istnieniu polskiej rodziny, a tym samym całemu państwu. W pieprzeniu kłamliwych głupot przoduje ks. D. Oko, który uważa, że: „ideologia gender propaguje deprawację seksualną”.

  Ja wiem jedno w tym kontekście: Jezus, którego „sługą” jest m.in. ks. D. Oko, był pierwszym na świecie genderystą! Ale to nie działa oczywiście na jego korzyść, wręcz przeciwnie. Idąc bowiem tokiem rozumowania ks. D. Oko wychodzi na to, że Chrystus nie był żadnym cudotwórcą, był jedynie cudakiem, ponieważ rozmawiał nawet z kobietą – Samarytanką!

   O głupocie można długo i różnie - tym bardziej głupocie przyjmującej pozory mądrości. Ja skwituję to krótko: Bingo! Po chwili zastanowienia powiem jednak inaczej: Oczko! I też, myślę, będzie dobrze:)

      29.11.2013 r.

08:42, adelmelua
Link Komentarze (2) »
czwartek, 28 listopada 2013

    06.06.1991 r.: Czy to, co nas otacza, co postrzegamy jest prawdziwe, realne? Czy jednak wszystko, to jedynie złudzenie zależne od sposobu patrzenia i postrzegania rzeczy w danym momencie? Jeżeli to pierwsze, to znaczy że żyjemy i świat realny istnieje, jest namacalny i wyczuwalny poprzez swoją materię. Jeżeli jednak mamy do czynienia z drugim rozwiązaniem, wówczas wszystko, ale to absolutnie wszystko staje się bardzo wątpliwe. Chociaż, prawdę mówiąc, dla mnie i tak wszystko bez tego jest cholernie wątpliwe. Co najmniej wątpliwe! Żeby nie powiedzieć podejrzanie!

   14. 06. 1992 r.: Przechodzę ulicą Sienkiewicza. Mijam kobietę z dwójką dzieci. Nagle dobiega do mnie: „Dziecko kochane, skąd ci wezmę? Nie mam dzisiaj nawet na mleko”. Idę dalej. Ale idzie mi się od tej pory znacznie ciężej.

    02.03.1991 r.: To nie jest tak, jak się powszechnie uważa, że dawniej, to były czasy! Teraz to… szkoda nawet gadać! Teraz jest – powiadam wam – nijak. A nijak, to znaczy słabo, źle. Albo nawet bardzo źle!

    Ale to nieprawda. Zarówno bowiem dawniej nie było tak pięknie i wspaniale, jak dzisiaj nie jest tak źle, smutno i w ogóle degrengolada, że tylko psy wieszać! Zawsze było podobnie, czyli różnie. Zawsze było adekwatnie do swoich czasów, w jakich przyszło żyć poszczególnym pokoleniom. Bezkrytyczne sądy i opinie o dawnych wspaniałych czasach biorą się chyba stąd, że dawniej byliśmy po prostu młodzi, mieliśmy całe życie przed sobą, a świat – rzekłbym – prawie u swoich stóp! Więc jest to raczej nostalgia za czymś, co było i bezpowrotnie minęło, co trwało bardzo krótko i w niezwykle jasnych barwach, to czas naszej młodości! Bo młodość taka właśnie jest – jasna, radosna, bezproblemowa. Upływ czasu, a tym samym starość pozbawia naszego spojrzenia koloru, co zaostrza nasze sądy, czyniąc je bardziej gorzkimi, a nierzadko nawet zgorzkniałymi. Niestety.(:

    P.S.

   Pisząc to byłem młodziutkim człowieczkiem. Ale sieknąłem tekst: „(…) dawniej byliśmy po prostu młodzi, mieliśmy całe życie przed sobą, a świat – rzekłbym – prawie u swoich stóp!”. Brzmi dziwnie w ustach młodego osobnika jakim wówczas byłem. Ale, cóż, tak wtedy myślałem. Dzisiaj nie chciałem nic zmieniać w tym tekście sprzed lat, więc… Zresztą, jak wówczas patrzyłem na życie, mówi poniższy wpis z 17. kwietnia 1991 roku:

   To straszne, ale nie potrafię się cieszyć jak dawniej – tak beztrosko, młodzieńczo. Nie potrafię przeżywać w całej pełni radości z rzeczy bardziej lub mniej ważnych. Zawsze przy tym obecne są myśli czarne, smutne, dręczące – o tożsamości, przemijaniu, śmierci… I sam nie wiem, czy to już obsesja, czy może raczej…

       28.11.2013 r.

06:09, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 listopada 2013

    „No orzesz ty w mordę, aleś wymyślił!” – może ktoś pomyśleć. Mógłby też powiedzieć mi wprost, co o tym myśli, ale to akurat mogą uczynić tylko nieliczni, tzn. ci, którzy mnie znają. Ci jednak… Zresztą, nieistotne, co oni, ważne, co ja miałem na myśli decydując się na taki tytuł.

    Otóż dokładnie chodzi nie tyle o Boga, Bogów czy też istotę Boskości, ile przede wszystkim o – jedynobóstwo! W tym tkwi istota rzeczy, w owym monoteizmie, który – według mnie – jest przyczyną wielu nieszczęść, zarówno tych przeszłych, jak i tych, które są i zapewne jeszcze będą w przyszłości naszym udziałem na tym padole nigdy nie kończących się łez. Powiadam wam – jedynobóstwo! Zaprawdę ono jest naszym kamieniem u szyi. Czego potwierdzeniem jest dzisiaj choćby Jerozolima – miasto, które zamiast symbolizować pokój i pojednanie, stało się zarzewiem konfliktów o charakterze właśnie religijnym!

    Dlatego, jeżeli już miałbym w ogóle za cokolwiek winić Żydów – ów „naród wybrany”, to przede wszystkim za wprowadzenie przez nich do wszystkich wierzeń tego, który nosił imię YHWH! Tego, który nazywany jest w wielu religiach różnie, ale który bezsprzecznie jest dla swoich wyznawców oczywiście po trzykroć Naj! Od zawsze zresztą taki był, tzn. od kiedy pojawił się jako Number One! Stał się w ten sposób wyjątkowy i niepowtarzalny. A przy tym genialny, bo udzielający nam wszech odpowiedzi na wszystkie nasze wszech pytania! Zawarł je bowiem, oczywiście za pośrednictwem Mojżesza – ponieważ on był Jego dłonią – w Pięcioksięgu, potocznie dzisiaj zwanym Pismem Świętym. Ten z kolei przyjął warunki gry „podaj dalej” i w ten oto sposób dotarło ono do naszych czasów. A że my również podjęliśmy kiedyś tę grę, więc oto przekazujemy ją sobie z pokolenia na pokolenie. Wszystkie prawdy tam zawarte stały się naszymi drogowskazami, podług których podążają Jego wyznawcy. Jacykolwiek i gdziekolwiek! Amen.

     Z czasem jednak stało się tak, że zasady gry zaczęły się zmieniać. Stąd zapewne wszystkie koszmarne wyprawy krzyżowe, św. Inkwizycja, stąd też krwawa działalność konkwistadorów niewiele różniąca się w swoich  celach od dzisiejszej al Kaidy. Cóż, zdarza się, prawdy – choćby i objawione – prawdami, a życie, wiadomo, rządzi się swoimi prawami, o wiele bardziej ułomnymi, bo ludzkimi, więc…

    A przecież mogło być tak pięknie! Pogaństwo z całą plejadą swoich wspaniałych bóstw – bogów i bogiń o mniejszym czy też większym znaczeniu, ale istniejących obok siebie, pokojowo koegzystujących ze sobą. Czy takie właśnie podejście do religii i wierzeń nie byłoby dla nas korzystniejsze? Czy takie, niejako parytetowe traktowanie panteonu swoich bóstw, nie sprzyjałoby krzewieniu tolerancji, a tym samym nie wspierałoby działań na rzecz pokoju? Czy dostrzeganie ingerencji opiekuńczych bóstw we wszelkich przejawach życia na ziemi, nie byłoby rozsądniejsze, a tym samym o wiele bardziej twórcze dla człowieka i zbawcze?

   Tak, jestem pewien, że pogaństwo i dostrzeganie we wszystkim, co nas otacza, istnienia boskiej energii, było, jest i będzie jedyną „rozsądną” drogą, którą człowiek będzie musiał podążyć, jeżeli pragnie uratować siebie i planetę, na której żyje. W innym przypadku nie tylko czas naszego gatunku będzie policzony, on będzie policzony w ogóle, całej planecie! I wtedy zamiast trochę lepiej, będzie, niestety, znacznie gorzej niż zwykle. Czyli, krótko mówiąc, lepiej nie myśleć nawet, jak będzie.

        27.11.2013 r.

07:51, adelmelua
Link Komentarze (2) »
wtorek, 26 listopada 2013

   To, że Unia Europejska to wiele udogodnień, korzystnych rozwiązań dla każdego z nas pojedynczego – wiadomo. To, że w zjednoczeniu Europy tkwi siła tego kontynentu, który może przeciwstawić się gospodarczo takim potęgom gospodarczym jak USA czy Chiny – jest również prawdą powszechnie znaną. Jednak oprócz tych blasków, wynikających z przynależności do Unii, istnieją również tego cienie. Najważniejszym z nich – oczywiście według mnie – to unifikacja, czyli powolne acz systematyczne zatracanie swojej tożsamości. Wszystko bowiem staje się szablonowe, sztampowe, a przez to nijakie, bez wyrazu i własnej twarzy. Wszędzie podobne pragnienia, te same zabawki nie tylko dla dzieci, ale i dla dorosłych, które zaspokajają te same sklepy z takim samym towarem. Dodatkowo – szczególnie tam, gdzie obowiązuje język angielski - jedyne różnice polegają na akcencie.

    Oczywiście taki świat nie wygląda zachęcająco. Jednak gdy spojrzymy na to w kontekście biblijnym, wówczas… wówczas będziemy musieli stwierdzić, że tak naprawdę, czy tego chcemy czy nie, wracamy do korzeni – do tego, co było przed wieżą Babel!

   Bo właśnie wtedy, gdy powstawała owa wieża, jako idea ludzkiej wspólnoty, wszyscy posługiwali się jednym językiem. W odwecie za tę bezczelność człowieka, jego brak pokory ale również rzucenie wyzwania Najwyższemu, ludzkość została przez Niego ukarana pomieszaniem języków. Oczywiście po to, żeby nie mogli się porozumieć i dokończyć budowli sięgającej nieba - miejsca przebywania Najwyższego!

  Dzisiaj, przy zachowaniu właśnie wszelkich językowych różnic, staramy się na powrót zjednoczyć przy wspólnej budowie. Inna to budowla i całkiem inny jej plac, jednak powrót do źródeł wydaje się niepodważalny. Czy zdążymy ów gmach zbudować na tyle stabilny i mocny, żeby nie powtórzył losu ww. wieży? Oby. Chociaż przesłanki do optymizmu są mocno ograniczone. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że zanim osiągniemy swój cel, natura dokona swojej „deratyzacji” na pokładzie statku, zwanym Ziemia. Niestety(;

      26.11.2013 r.

08:40, adelmelua
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 25 listopada 2013

   Refleksja 1. Prezes J. Kaczyński rzucił, jak zwykle, genialną myśl – tylko takie zresztą wymyśla ten geniusz od utopijnych strategii – podsumowującą i rozwiewającą wszelkie dyskusje na temat stanu polskiej biedy. Otóż powiedział on, że: „Jest w Polsce ktoś, o kim można powiedzieć, że jest ojcem polskiej biedy. To Donald Tusk!”. Fakt, nietrudno się z nim nie zgodzić. Ma rację chłopina – kryzysu żadnego w ostatnich latach nie było, za jego rządów kraj opływał we wszelkie dostatki, gdzie jeno miód i mleko wokół aż do obrzydzenia – tak było tego dużo! I w ogóle premier D. Tusk, to nieszczęście Polski od 1989 roku!

   Cóż, ja takiej diagnozy nie kupuję. A jeżeli już bym kupił, to jedynie w dwupaku: Jeżeli premier D. Tusk jest ojcem polskiej biedy, to Jarosław Kaczyński jest jej matką! W takim zestawie dużo więcej mi się zgadza;)

    Refleksja 2. Kompleksów ciąg dalszy. Jakich i czyich? Oczywiście członków PiS! Pomijam już fakt, że zachowują się oni jak odrzucone, niekochane dzieci, rzecz w kompleksie premiera D. Tuska, jaki ma ich wybitny prezes, a który to kompleks rozlał się solidarnie na pozostałych członów ugrupowania. Nie ma bowiem wypowiedzi jakiegokolwiek członka PiS-u, żeby ten nie wymienił nazwiska premiera D. Tuska jako sprawcy wszystkich nieszczęść Polski w ostatnim ćwierćwieczu. Wypisz wymaluj przypomina mi to rzężące hasło św. pamięci A. Leppera: „Balcerowicz musi odejść! Balcerowicz musi odejść! Balcerowicz musi…” Jak taka nienawiść się kończy, jak każda zresztą nienawiść się kończy, tłumaczyć chyba nie muszę. Dlatego w tym miejscu sparafrazuję jedynie słowa prezydenta A. Kwaśniewskiego i powiem tak: Nie idźcie tą drogą, drodzy członkowie – PiS-u! Nie tą drogą! Ta bowiem prowadzi co najmniej na manowce. Nie tylko zresztą polityczne.

       25.11.2013 r.

11:39, adelmelua
Link Komentarze (3) »
niedziela, 24 listopada 2013

    To, że jestem pod wrażeniem literatury K. Vonneguta, nie jest w zasadzie żadna tajemnicą czy niespodzianką. Widać to już było po moim ostatnim wpisie na temat Sinobrodego, czy wcześniejszym dotyczącym Rzeźni nr 5. Dzisiaj nadszedł czas powiedzieć o Kociej kołysce oraz w dużym skrócie, dlaczego tak wysoko cenię sobie jego książki.

   Otóż to, co mnie w tej literaturze ujmuje, to przede wszystkim, oprócz sugestywnych obrazów i pobocznych pomysłów, powstałych na marginesie głównych zdarzeń, język, forma oraz świetne dialogi. Może nie jest ich specjalnie za dużo, ale te, które są, to prawdziwe perełki. Majstersztyk! Od początku ujmują i zniewalają swoją lekkością i inteligencją. Nie inaczej jest i z Kocią kołyską.

    Od początku do końca książka ta przesiąknięta jest wieloznacznością. Autor wiedząc, że nie zmieni świata – nie uzurpuje sobie nawet do tego pretensji! – trzyma dystans i ironizuje. Jego obrazy działają na zasadzie kontrastu: z jednej strony mamy np. współuczestnictwo uczonego w produkcji bomby atomowej, której użycie pochłania tysiące ofiar, z drugiej jednak przerażenie tegoż naukowca z powodu popełnienia dwudziestu sześciu morderstw przez jakiegoś maniaka. On jest przerażony! Nie tym, że przyczynił się do śmierci tysięcy cywilów, ale tym, że ktoś pojedynczy dopuścił się 26-krotnego morderstwa. Taki niezmiernie dziwny, ludzki relatywizm moralny.

   Ale takich obrazów jest więcej. Świadczą one, oczywiście, o ludzkiej niedoskonałości, wątpliwym humanitaryzmie, swoiście pojmowanej moralności i odpowiedzialności – chociaż należałoby raczej napisać nieodpowiedzialności – o naszej małości, a także, co chyba tutaj najważniejsze, o rządzących, którzy wspólnie z uczonymi, podejmując decyzje za ogół, nie są za nie i za swoje czyny  w żaden sposób odpowiedzialni. Przed nikim i niczym!

   Na koniec jest coś jeszcze w tej powieści, o czym należy tutaj napisać – to wiara. Przeświadczenie, że wcześniej czy później zwrócimy się do Boga. Musimy to zrobić, bo to jedyny trwały czynnik i punkt odniesienia naszej egzystencji, który może nas natchnąć nadzieją oraz niezbędną siłą do przetrwania. I to, oprócz pesymizmu zawartego w tej książce, jest niezwykle budujące i pozytywnie wróżące ludzkości na przyszłość - przynajmniej tak jest w zamyśle K. Vonneguta.

    O tym wszystkim jest Kocia kołyska, albo raczej Księga Bokonona, czyli księga bezsensu i absurdu, którą skrupulatnie i cierpliwie codziennie tworzymy. Amen.

        24.11.2013 r.

05:46, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 listopada 2013

    Dzisiaj będzie kilka refleksji, zarówno tych sprzed lat, jak i aktualnych, z dzisiaj. Pierwsza pochodzi z 07.01.1993 roku.

    „Źle się dzieje w państwie polskim. Najpierw było wprowadzenie religii do szkół i przedszkoli na rok, tytułem próby. Oczywiście nie powrócono już do tego tematu: należy się, więc po co o tym rozmawiać! Takie typowe specyficzne myślenie kleru i całej reszty bigotów i bigotek z diabłem za pazuchą. Zamiast rozmów o tym pojawiła się ocena z religii na świadectwie. Technika stanowczych kroków zrobiła swoje. Następnie pojawiła się sprawa aborcji, a teraz przegłosowano w sejmie zapis o respektowaniu tak zwanych wartości chrześcijańskich w środkach masowego przekazu. (Nie wiem tylko, czy posłowie mają na myśli św. Inkwizycję, wyprawy krzyżowe, czy inne a nie mniej brutalne krzewienie wiary – przyznam, trochę zgłupiałem.) Krótko mówiąc prawą nogą  to już państwo wyznaniowe, lewą, na szczęście, to jeszcze ci „niewierni”, powiedziałbym giaurzy, strażnicy godności ludzkiej, broniący resztek rozsądku w życiu narodu. Pytanie tylko, czy starczy sił, samozaparcia i determinacji, żeby przeciwstawić się zaborczemu i apodyktycznemu klerykalizmowi i obronić niezależność państwa świeckiego?”

   Refleksja druga - z 11. marca 1993 roku. Z konspektu dla nauczycieli kuratora łódzkiej oświaty Wojciecha Walczaka:

   „Kobieta ma hamować swoje kokieteryjno-prowokacyjne zachowania (…), aby umożliwić wykształcenie poza genitalnych form osobowej komunikacji”. Prawda że cudo leksykalne? I niech mi ktoś powie, że język polski jest ubogi i bezbarwny. Toż to istne perełki nazewnictwa relacji damsko-męskich. Brawo! Tak trzymać, bigoci. Tak trzymać, a na pewno w razie jakiejś kolejnej schizmy w Kościele katolickim, dwór papieski przeniesienie się do kraju nad Wisłę. Voila!”

    Refleksje z dzisiaj. Pierwsza z nich:

    Mariusz Błaszczak z PiS sieknął krótko - nie  cytuję precyzyjnie, jednak sens wypowiedzi jest uchwycony: „Pani minister Elżbieta Bieńkowska jest parawanem dla premiera Donalda Tuska”. Genialna myśl! Zastanawiam się tylko przy tym nad jednym: Jeżeli p. E. Bieńkowska służy premierowi za parawan, to czy spełnia ona również taką samą rolę wobec żony premiera? Jak ktoś wie coś bliżej na ten temat, chętnie poznam szczegóły.

    Refleksja druga: Jak wiemy – fiasko rozmów wysłanników Unii Europejskiej na Ukrainie w sprawie zawarcia umowy stowarzyszeniowej stała się faktem. Przyczyna? Rosyjski szantaż Ukrainy w sprawie strategicznej, bo surowców, których Ukraina potrzebuje, a od importu których jest uzależniona właśnie od swojego sąsiada. Mnie w tym kontekście jakoś szczególnie rzęzi oskarżenie byłej premier J. Tymoszenko o niegospodarność w sprawie podpisywania podobnej umowy jakiś czas temu z Rosją. Prezydent W. Janukowicz na pewno podpisze korzystniejszą! Ciekawi mnie tylko przy tym, jaką cenę przyjdzie Ukraińcom za to zapłacić w przyszłości?

        23.11.2013 r.

10:26, adelmelua
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 listopada 2013

    W zasadzie, to rzygać mi się chce od tych wszystkich przesłodzonych amerykańskich filmów! Wszystkie według jednego, sprawdzonego schematu: misternie skrojone, wymierzone tak, aby pasowały pod powszechny gust. Bo powszechność, to akceptacja przez większość; a akceptacja przez większość, to z kolei obietnica sukcesu finansowego, czyli istota całej zabawy! A że nierzadko to nijakie i bezwartościowe, cóż, wychodzi, że to mało istotny szczegół. Zresztą, tak po prawdzie, któż by się czymś takim jak Sztuka, Wybitność przejmował? Film, to towar jak każdy inny i ma się sprzedać. Tyle na ten temat!

   Dlaczego tak właśnie jest? To proste – taka jest prawdopodobnie cena pogoni za komercyjnym sukcesem. Bo sukces – tam, za oceanem, to po pierwsze: pieniądze; pieniądze z kolei, to nazwisko i pewna niezależność; a pieniądze, nazwisko i pewna niezależność, to pewien ogólnie przyjęty wysoki standard życia, który wyznacza sukces i chęć nie tylko jego zdyskontowania, ale również pragnienie jego ustawicznego powtarzania. A sukces i chęć jego ciągłego powtarzania, to znów – pieniądz, pieniądz i jeszcze raz pieniądz! Tak więc koło się zamyka. I oto mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego tak właśnie się dzieje z amerykańskim kinem.

   Ten obraz amerykańskiego filmu ściśle związany jest, naturalnie, z widzami, czyli z amerykańskim społeczeństwem, które, tak się akurat składa, nie należy do szczególnie wymagającej publiczności. Więc wychodzi na to tym samym, że nie tylko w reżyserach i scenarzystach tkwi przyczyna tego stanu, ale również w widowni, do której oni się zwracają. Zatem, oczywiście, nie powinienem za ten stan obwiniać jedynie twórców amerykańskich, ale cały system przyzwalający na produkowanie szmiry i zwykłej tandety. I obwiniam! Niemniej wiele jednak zależy i od samych twórców, którzy nierzadko sami z siebie znajdują satysfakcję w zaspokajaniu jedynie tanich gustów. Stąd tak mało filmów wyjątkowych, szczególnych, wybitnych. Co mogę skomentować jedynie krótkim: szkoda, bardzo ogromna szkoda(:

       22.11.2013 r.

12:18, adelmelua
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 listopada 2013

    Właśnie minęło dwa i pół tygodnia od mojego wypadku na rowerze i postanowiłem w końcu udać się do lekarza. Stwierdziłem, że teraz ostatecznie mogę, bo… bo poruszam się bez bólu i będę mógł w gabinecie rozebrać się do badania bez niepotrzebnych grymasów na twarzy. Niczym prawdziwy mężczyzna! Co najmniej jak Chuck Norris, albo jakiś inny Terminator. Więc jak pomyślałem, tak i zrobiłem.

    Po nocy spędzonej w pracy właściwie z marszu udałem się do przychodni. Zarejestrowałem się, odczekałem swoje, po czym wszedłem do gabinetu. Pani doktor osłuchała mnie, manualnie sprawdziła plecy, żebra i postawiła diagnozę – ogólne potłuczenie; następnie zmierzyła ciśnienie, które okazało się idealne: 120/80, a na koniec został mój mały palec u lewej ręki. Fakt, ucierpiał przy upadku – jest obolały i na zgięciu lekko obrzmiały, więc... Pani doktor powiedziała, że to prawdopodobnie pęknięcie torebki stawowej i wręczyła mi skierowanie do chirurga. Pogrzebałem w Internecie i wiem tyle, że powinienem go w miarę możliwości usztywnić i nie przeciążać. Okazuje się, że jego gojenie może potrwać najdłużej, czyli przynajmniej tyle samo, co uraz pleców. Krótko mówiąc – swój ogólny stan zaraz po upadku zdiagnozowałem prawidłowo, dlatego, myślę, w jakiejś mierze usprawiedliwione może być moje zachowanie i to, że przez pierwsze dni po wypadku lizałem rany w swoim mateczniku. Pewnie było to głupie i niepoważne z mojej strony, ale widocznie tak niektórzy już mają, chciałem powiedzieć niektórzy mężczyźni tak mają.

    To jednak, co w wyniku tego wypadku było istotne, to jego przełożenie się na mój wygląd. Chodzi o to, że o ile codzienne patrzenie na siebie w lustrze było dla mnie i tak czynnością przykrą, gdyż nie mogłem uprzeć się wrażeniu, że „ktoś” mi podłożył niezłą świnię chyba już przy urodzeniu, o tyle po wypadku stało się ono czynnością wręcz koszmarną! Twarz wychudzona, cierpiąca, słowem zbity pies! Dlatego wolałem w tym czasie unikać lustra i ludzi, żeby nie popadać w jeszcze większe przygnębienie.

    Dzisiaj, muszę przyznać, nadal oczywiście nie wyglądam oszałamiająco, jednak jest już na tyle nieźle, żeby wyjść na ulicę między ludzi i nie straszyć swoim wyglądem. Co najwyżej trochę śmieszyć. Ale to jest już do przełknięcia. Tym bardziej, że jak będę skuteczny w rozśmieszaniu, to może pomyślę o karierze kabaretowej. Zatem:

    – Za tych co nie mogą, a śmieszą! Lu!:))

      21.11.2013 r.

11:53, adelmelua
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl