RSS
piątek, 30 listopada 2012

Jakiś czas temu pisałem tutaj o tym, jak ciężko w dzisiejszym świecie przestrzegać w sposób restrykcyjny postu, dyktowanego wyznawaną religią. W tym kontekście wymieniłem pułapki, na jakie narażona jest osoba wierząca, a nie do końca świadoma pewnych zagrożeń. Dzisiaj chciałbym powrócić do tematu. Tym razem jednak próbując go ugryźć z innej strony, mianowicie od strony snu.

Oczywiście, żeby się nad tym pochylić, należy przede wszystkim najpierw uznać istnienie grzechu. Dla potrzeb mojego wywodu uznaję, że on jest, istnieje. Zatem czas zastanowić się nad tym, kiedy grzeszymy bardziej: na jawie, świadomie, czy może jednak właśnie podczas snu?

Zapewne większość z nas  bez większego namysłu odparłaby, że oczywiście grzech popełniany świadomie jest o wiele cięższy. Ten ciężar bierze się właśnie z owej świadomości popełnianego czynu. Ale czy tak faktycznie jest, czy rzeczywiście świadomość w tym akurat zakresie definitywnie nas, że tak powiem, udupia? Może jest jednak tak, że to sen i ta podświadoma myśl puszczona samopas jest o wiele bardziej grzeszna, bo nierzadko wręcz odrażająca w swoim obrazie? Może właśnie ta niejako naturalna myśl, wynikająca z naszego nieobjawionego za dnia wnętrza, pochodząca z naszej podświadomości jest znacznie bardziej grzeszna w swojej wymowie? Pod pojęciem „naturalna myśl” rozumiem to, iż wszelkie nakazy czy zakazy krępujące nas za dnia swoimi moralnymi normami, tutaj, w tej krainie niczym nieskrępowanego marzenia sennego, blakną, nikną, nie mają racji bytu! Może właśnie wtedy, gdy jesteśmy bezbronni, bez żadnych hamulców, bo pozbawieni samokontroli, biernie poddani jedynie prawom natury, jesteśmy prawdziwi, dopiero wówczas jesteśmy tak naprawdę sobą!?

Nie będę tutaj wnikał, jaki sen, jak bardzo szalony, bluźnierczy czy wręcz dewiacyjny, istotne, że on w ogóle jest, istnieje! Bo nawet po przebudzeniu pamięć o nim trwa, nie opuszcza nas, żyje! Razem z nami. Więc czy czasami nie jest tak, że nosząc go w swojej pamięci, jesteśmy niejako dożywotnio nim już naznaczeni, tak jak to ma miejsce w przypadku grzechu pierworodnego?

A może coś takiego jak grzech ostatecznie jednak nie istnieje? Może to jedynie wymysł ludzki, który ma nas trzymać w ryzach, w ramach moralnego postępowania, tak jak prawo ustanowione przez państwo?

30.11.2012 r.

11:29, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 listopada 2012

Odnoszę wrażenie, że ci wszyscy gorliwi obrońcy tego typu praktyki chcą nam powiedzieć, że kiedyś tam spotkali się z Bogiem, a On im nakazał – chyba zgodnie ze swoim miłosierdziem:

– Tak, zabijajcie bezmyślną zwierzynę w taki sposób, żeby cierpiały na tyle długo, abym ja mógł się nacieszyć ich konaniem. Bo nic mnie tak nie bawi, jak właśnie cierpienie głupich zwierzaków, ha, ha, ha!...

Zatem jeżeli faktycznie takie spotkanie miało miejsce, to jestem ciołek, nic nie rozumiem z życia i powinienem siedzieć cicho, jak mysz pod miotłą. Jeżeli jednak Najwyższy tak nie powiedział, bo też z nikim się nie spotkał, to znaczy, że oto mamy kolejny przykład, jak dużo złego w naszym życiu potrafią uczynić religie. Jakiekolwiek i gdziekolwiek! I że tak naprawdę wszyscy ci brutalni idioci z pełnymi gębami pustych frazesów o Bogu i miłości, nic nie wiedzą o miłosierdziu, są głusi, ślepi i totalnie niewrażliwi. Innymi słowy są najzwyczajniej w świecie ociemniali w pojmowaniu idei, jaką jest Bóg!

I aż mnie trafia, że Trybunał Konstytucyjny musi się zajmować takimi sprawami. Jakby zdrowy rozsądek i poszanowanie życia w ogóle – w tym i zwierząt, nie było oczywistością! Oto szaleństwo w czystej postaci!

29.11.2012 r.

06:14, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 listopada 2012

Mity mogą i z reguły żyją długo (wiecznie?), ci, których dotyczą, nigdy.

Niewątpliwie mam coś z psa: niezmiernie szybko się przywiązuję. Niczym pies do budy. Czy może to brzmieć jak ostrzeżenie? A jeżeli tak, to przed czym?

Jest nadzieja, że znajdę odpowiedź w niedalekiej przyszłości, gdy sięgnę po „Psie serce” M. Bułhakowa. Może to mi pozwoli głębiej spenetrować własną naturę, kto wie? Psia jego mać!

Prapoczątkiem wszystkiego był, no właśnie – kto, lub co? Przypadek? A może jednak Przeznaczenie? Niestety, odpowiedzi nie znamy i nie wiem, czy kiedykolwiek choć zbliżymy się do niej. Zresztą, tak naprawdę nie jest to aż tak istotne. Ważniejsza jest przyszłość. A ta, jak wiadomo, jest jeszcze przed nami, więc jest również nadzieja, że będziemy przynajmniej wiedzieć, co  będzie końcem tego całego bałaganu.

Myślę jednak, że jakikolwiek ów koniec będzie, zaprawdę możemy już dzisiaj mówić, iż będzie to nasz sądny dzień! Innymi słowy taki nasz "sąd ostateczny".

Amen.

Czym jest film? Myślę, że to realna nierzeczywistość. Natomiast wybitne kino, to owa nierzeczywistość zwielokrotniona i poszerzona do granic ludzkiej wyobraźni.

28.11.2012 r.

12:40, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 listopada 2012

            Czy jest rozsądnym i zasadnym ratowanie jakiegoś związku za tzw. „wszelką cenę”, gdy szans na jego ocalenie  tak naprawdę nie ma żadnych? Co i po co go próbować reanimować, gdy każda taka próba nie tylko prowadzi donikąd, ale, co gorsza, może na dodatek jeszcze po drodze kogoś niepotrzebnie skrzywdzić (z reguły kobietę)? Czy dłuższa czy też krótsza ugoda pomiędzy małżonkami jest w stanie coś zmienić na dalszą przyszłość, jeżeli pomiędzy nimi nie ma krztyny tego uczucia, które było na początku ich związku? Czy naprawdę istnieje inna perspektywa dla tych ludzi, jak właśnie rozstanie – najlepiej oczywiście w zgodzie i przy obopólnym zrozumieniu swoich racji?

Uważam, nie – jestem pewien (!), że nie, że z reguły jego ratowanie, to zgniły kompromis i najlepsze, co może tych dwoje dorosłych ludzi zrobić w tym momencie, który przypomina ostry zakręt, to przede wszystkim nie wchodzenie sobie w drogę. Oddalenie się od siebie na tyle daleko, żeby ich związek wraz z upływem czasu nie stawał się jeszcze bardziej toksyczny niż jest w momencie podjęcia decyzji o rozstaniu; żeby zarówno on, jak i ona mogli rozpocząć nowy etap w swoim życiu, a ewentualne dzieci z tego związku, nie były świadkami scen rujnujących ich świat wyobrażeń o matce i ojcu. Bo to trauma, którą mogą bezwiednie przenieść w przyszłości na swoje relacje z partnerem z niepoliczalną szkodą oczywiście dla siebie. Innymi słowy tam, gdzie nie ma uczucia spajającego związek, gdzie trwa on jedynie niejako siłą rozpędu i tylko dlatego, że jedna ze stron ciągle ustępuje, powinno się zrobić wszystko, aby jak najbardziej bezboleśnie dla wszystkich zainteresowanych próbować go zakończyć. Trwanie bowiem takiego związku jest czystą fikcją – tak dla zamydlenia oczu opinii publicznej (sąsiadów, rodziny), jak i oszukiwania samego siebie.

Należy sobie uzmysłowić, że w końcu nic nie jest wieczne, więc i nasze sakramentalne – „Tak” również może się takie okazać. Nie wymagajmy od siebie rzeczy niemożliwych! Może wówczas poczucie winy i urazu będzie znacznie mniej dokuczliwe. Tam, gdzie jest widoczny brak lojalności, oddania, wierności, tolerancji, czy zwykłej ludzkiej uczciwości, żadne państwowe czy też kościelne zobowiązania niczego nie są w stanie zmienić, wymusić. Bo brak tych wszystkich niezbędnych a wymienionych przeze mnie wyżej elementów w związku, jest najzwyczajniej w świecie zaprzeczeniem jego właściwego istnienia.

I nie ma najmniejszego sensu, aby dalej samego siebie i partnera oszukiwać, gdy pojawia się coś, co ten związek kończy. W sumie wszystko w naszym życiu jest szalenie nietrwale i niestabilne – tym bardziej świat uczuć. Więc i małżeństwo nie jest tutaj samoistną wyspą. A gdy na dodatek uzmysłowimy sobie, jaka jest liczba ludzi zamieszkujących ziemię, tym ostrzej, myślę, dotrze do nas myśl, że tak naprawdę wiele w tej kwestii opiera się na przypadkowości. W końcu, czy naprawdę z niezachwianą pewnością można powiedzieć, że z siedmiu miliardów ludzi wybrało się naprawdę tego jednego jedynego, albo tę jedną jedyną na całe życie? Oczywiście, dobrze gdy trafiamy na kogoś, z kim świetnie się rozumiemy i chcemy przy tej osobie być na dobre i na złe, w chorobie i radości, mieć z nią dzieci i wspólnie je wychować, a potem spokojnie się z nią zestarzeć. Ale czy na tej osobie, z którą się zwiążemy, naprawdę zaczyna i kończy się świat – nasz świat? Czy inne warianty światów, podobne albo nawet lepsze, nie istnieją? Myślę, że jak najbardziej tak, istnieją – tuż obok, albo i w oddaleniu. Tylko że możliwości do ich poszukiwania, jak na to nie spojrzeć, mamy mocno ograniczone przez naturę. Niemniej takie podejście, jakie preferujemy od tysięcy lat, jest nie tylko zaprzeczeniem wolnego wyboru czy brakiem wyobraźni, ale także eliminacją jakichkolwiek zmian. Jest właściwie takim uczuciowym zasklepieniem, usypiającą stabilizacją, zgnuśnieniem emocjonalnym! Co nie znaczy wcale, że namawiam tym samym do wiarołomstwa i totalnej wręcz zdrady! Wręcz przeciwnie – opowiadam się za wiernością, lojalnością i oddaniem w związku; opowiadam się po prostu za miłością – najlepszej, na jaką stać człowieka!

27.11.202 r.

13:56, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 listopada 2012

Pisząc tutaj kilka zdań o „Pokłosiu” W. Pasikowskiego, filmie, w którym Żydzi nie występują, ale są niejako bazą wyjściową do powstania tego obrazu, pomyślałem, że dobrze by było, gdybym napisał parę zdań o tym, co zyskaliśmy z ich bytności w różnych krajach, w tym również w naszym - kraju Kazimierza Wielkiego, który ich ściągnął w większej liczbie.

To wiemy wszyscy: drogę, jaką przeszła społeczność żydowska, jest więcej niż ciężka – jest tragiczna! Ale jest też prawdą, że to właśnie dzięki niej i rozproszeniu diaspory żydowskiej po całym świecie, mogły powstać te wszystkie dzieła światowej sławy, które tworzą dorobek kulturowy wielu państw. Właśnie dzięki temu rozproszeniu plemienia Abrahama możemy dzisiaj cieszyć się spuścizną niezliczonej wprost liczby pisarzy, malarzy, poetów, architektów, reżyserów filmowych i teatralnych, aktorów, naukowców itd., itd. Czymże by wszyscy oni byli bez tych krajów, z których pochodzą, bez ich tradycji, zalet i przywar? I na odwrót: czymże byłaby kultura tych państw bez swoich obywateli pochodzenia żydowskiego? I jaka by ona była?

Dzisiaj trudno to sobie wyobrazić. Z całą pewnością jednak wszyscy bylibyśmy o wiele ubożsi duchowo, a kultura żydowska straciłaby też niemało, bo tak tworzących artystów po prostu by nie było. Zatem z jednej strony jest smutek powodowany odwieczną banicją i brakiem własnego państwa, własnego domu, z drugiej jednak niepoliczalna korzyść z takiego stanu rzeczy dla kultury światowej. Paradoks? Zapewne, ale tak właśnie jest. Po prostu wszystko ma swoją cenę. A że czasami jest to cena ogromna, a tym samym zbyt duża, może i niewarta ofiar, to już inne zagadnienie.

Nie będę się tutaj wdawał w rozprawę naukową, dlaczego i kto zawinił bardziej: czy narody, w których znaleźli swój dom potomkowie króla Dawida, czy może bardziej oni, nierzadko alienując się z lokalnego środowiska, pozostając poza jego strukturami w wyniku przede wszystkim religijnej odmienności. Faktem jest, że droga, jaką przeszła społeczność żydowska, doprowadziła u nich do doskonałości takie cechy (ostrożność, czujność, wyostrzone zmysły przetrwania), które pozwoliły zaowocować powstaniem wielu wybitnych dzieł światowej sztuki. A że koszta tego okazały się nierzadko zbyt duże, cóż – życie. Jak mówi stare przysłowie: „Gdzie drwa robią, tam wióry lecą”. Brzmi to może nazbyt chłodno, beznamiętnie, ale też, niestety, prawdziwie.

P.S.

Dlatego, żeby oddać im sprawiedliwość, doceniając ich wkład w światową sztukę (pomijam tutaj Boga i Jezusa, bo tych również nam dali), broniłem, bronię i zawsze będę bronił ten naród przed wszystkimi głupimi atakami małych i podłych ludzi. Bo tak naprawdę wszyscy jesteśmy Żydami! Tak jak i Arabami, Polakami, Afrykanerami, Niemcami czy Chińczykami. Bo wszyscy jesteśmy stąd – z matki Ziemi.

26.11.2012 r.

10:41, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 listopada 2012

Nie wiem, a propos czego pomyślałem o tym, faktem jest, że myśl się pojawiła, a teraz znajduje swoje ujście w poniższym tekście. Rzecz dotyczy procesu tworzenia. Zarówno rzeczy zwykłych, jak i tych ponadczasowych, tym samym genialnych, czyli doskonałych! O ile oczywiście doskonałość jest do osiągnięcia przez człowieka. Zatem powiem tak: doskonałość jak najbardziej tak, ale na pewno w ograniczonym zakresie, tym ludzkim.

Człowiek, jako istota nadrzędna w świecie nam znanym „tu” i „teraz”, wykonuje niezliczone ilości rzeczy mniej, bardziej lub ogromnie ważnych. Wiele z nich, oprócz tych pierwszych naturalnie, sprawia wrażenie i wielkich, i mądrych, i wybitnych, i tak dalej, i tak dalej. Wiele z nich spotkać można na co dzień, inne niejako od przysłowiowego święta. Te ze świata sztuki są chyba najłatwiej dostępne. Możemy je podziwiać podczas podróży po świecie, oglądać na filmach, ale także w muzeach, bo – jak ktoś już kiedyś napisał – tam jest ich właściwe miejsce! Nie wiem, czy ten ktoś miał rację, może w pewnym zakresie. Wiem za to, że takie dzieła nierzadko wywołują przytłaczające wręcz wrażenie. Wynika ono, tak myślę, z mądrości stojącej ponad człowiekiem, czyli twórcą, z mądrości stojącej ponad jego świadomością! Inaczej rzecz ujmując artysta, wypełniając życiem swoje dzieło, obdarzył je niezależnością. Od tego więc momentu oboje żyją oddzielnie, poza sobą.

I tutaj, że tak powiem, jest pies pogrzebany. Chodzi mianowicie o tę relację: człowiek, a jego dzieło. Czy w tym kontekście można powiedzieć, że dzieło przerosło mistrza? Czy stanęło ponad jego zamiarem, świadomością, jego umysłem? A jeżeli tak właśnie sie stało, to – zadam po raz kolejny to pytanie – czy nie stało się tak, że dzieło sytuując się ponad mistrzem, ponad swoim panem, przerosło go? A jeżeli tak, to czy w szerszym kontekście tym samym człowiek nie stanął ponad Bogiem? Jeżeli nie, to… chwała Bogu! Ale jeżeli jednak tak, to co wtedy? Hm?...

Już czuję drżenie w posadach!

Cisza. A po chwili:

– Nic mnie nie przerosło, pętaku! Tym bardziej wy!!

Dobra, milczę. Lepiej w końcu dwa razy coś przemilczeć, niż raz powiedzieć o jedną głupotę za dużo.

25.11.2012 r.

20:40, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 listopada 2012

Dawniej wszystko było jasne: my odrywamy role nieprofesjonalnych aktorów, czyli tak naprawdę biernych statystów, ci u władzy natomiast, którzy są cwaniakami, ignorantami, cynikami, a nawet zwykłymi mordercami, rządzą tym krajem, a tym samym nami. Tak było. I to było, przy całej groteskowości sytuacji, ale też grozie czasów, niejako normalne, bo powszechne. Chociaż tak naprawdę niewiele rzeczy w tamtym warunkach było normalnych.

Socjalizm, który miał być najlepszym z ustrojów wymyślonych przez człowieka, miał nam kształtować świadomość zgodnie z myślą jednego z klasyków ideologii komunistycznej, jakoby byt miał być za nią odpowiedzialny. Jak wiemy nie do końca ukształtował ją nam zgodnie z oczekiwaniami władzy. Z drugiej jednak strony ukształtował ją nam właściwie prawidłowo. Bowiem jako że byt nasz pozostawiał tak naprawdę wiele do życzenia, więc i świadomość w pewnym momencie musiała się zbuntować. Stało się tak dlatego, że ustrój, w jakim przyszło żyć w tej części Europy obywatelom wielu państw, w takich warunkach jakie istniały, tak naprawdę zrobił jeden podstawowy błąd: wystąpił przeciwko ludzkiej naturze! I gdyby rzeczywiście w tamtym czasie naszą świadomość kształtował byt, to byłaby ona wówczas, niestety, ale ze wszech miar ko-szmar-na! Dlatego, myślę, znacznie lepiej jest, gdy to świadomość kształtuje byt, niż odwrotnie. To o wiele zdrowsze. I bezpieczniejsze. Przynajmniej na tym etapie naszego mentalnego rozwoju. Mam tutaj na myśli uczciwość, zwykłą ludzką solidarność, po prostu naszą etykę. Jeżeli jednak któregoś dnia wdrapiemy się wyżej na to drzewko naszej ewolucji, ustabilizujemy swoją pozycję i ustalimy priorytet naszych właściwych potrzeb, to myślę, że wtedy jest realna szansa osiągnięcia takiego poziomu życia, jaki zapragniemy. Jaki nam się zamarzy! Oczywiście, wiem, brzmi to nierealnie. Jak marzenie stworzenia czegoś na kształt nowego człowieka! Ale może właśnie takie podejście do życia okaże się gwarantem naszego spełnienia? Może takie podejście tym samym stanie się gwarantem stworzenia społeczeństwa idealnego, kto wie?

24.11.2012 r.

09:01, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 listopada 2012

Władysław Pasikowski nakręcił film, który boli i zmusza do refleksji. Jak dzisiaj wiadomo zmusił do różnych refleksji. Do właściwych zmusza tych otwartych, potrafiących spojrzeć obiektywnie na naszą historię, nie zacietrzewionych w obronie Polski idealnej, czyli takiej, jakiej nigdy nie było! Do refleksji bzdurnej, zapyziałej, nacjonalistycznej skłania tych, którzy zieją nienawiścią, niechęcią do obcych, którzy uważają siebie za lepszych Polaków od tych wszystkich, którzy dostrzegają w sobie, w nas  zachowania małe, podłe, nikczemne.

Czy Reżyser nakręcił ów film po to, żeby kogoś obrazić, urągać, wyszydzić? Nie. Zrobił go dlatego, że kocha ten kraj i boli go, że takie zachowania miały tutaj miejsce. Tak samo jak mnie uwiera, że w moim mieście miał miejsce pogrom żydowski w lipcu 1946 roku, podczas którego zginęły 42 osoby (nie wszystkie pochodzenia żydowskiego). Tak On, jak i ja, chcemy, aby ten kraj był lepszy, zapełniony przez piękniejszych ludzi. A lepszy może stać się wtedy, gdy ludzie go zamieszkujący, patrząc w lustro, będą mogli powiedzieć: Tak, jestem dobrym człowiekiem. Nie krzywdzę innych, nie wykorzystuję, nie wyśmiewam, nie drwię.

Niestety, świat może i jest doskonały, my jednak albo do niego nie pasujemy, albo zbyt daleko odeszliśmy od istoty człowieczeństwa. Są bowiem tacy wśród nas, którzy w wyniku tkwiącej w nich nienawiści, nie są w stanie stanąć przed lustrem Historii i przyjąć do siebie, że, niestety, nie zawsze nasi rodacy zachowywali się godnie. Ciężko jest im przyjąć tę prawdę i pogodzić się z faktem, że jednak Polska, Polacy, to nie tylko walka „za naszą i waszą wolność”!, to również niemoralne czyny, a czasami również nieludzkie wręcz zbrodnie. Niemniej jednak, mimo że ciężko taką prawdę przyjąć, innej drogi nie ma. Ta jest jedyną, abyśmy właśnie stali się lepszymi ludźmi, empatycznymi, po prostu solidarnymi w obliczu każdego niebezpieczeństwa.

Dlatego ode mnie chwała i wielkie podziękowania Reżyserowi za ten film, film bolesny, ale uczciwy; film powstały z miłości do tego kraju, a nie z nienawiści, z jaką właśnie reagują na niego ci wszyscy tak zwani polscy patrioci. Ten film ma boleć!

23.11.2012 r.

13:35, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 listopada 2012

Niemal od początku działalności naszego parlamentu, ściślej od początku przemian, czyli od 23 lat, zastanawia mnie szczególnie jedna związana z nim sprawa. Chodzi o wstrzymywanie się posłów od głosu, gdy przychodzi do podjęcia jakiejś istotnej dla wszystkich obywateli decyzji. Oczywiście rozumiem, że można się w pewnych sprawach wahać, nie do końca mieć pewność, co do słuszności własnej decyzji w omawianej kwestii  – to normalne, ludzkie w końcu. Jednak w tym konkretnym miejscu, w jakim znaleźli się ci wszyscy posłowie i senatorzy z naszego, bądź co bądź, wyboru, powinni być – tak uważam – zdecydowani, pewni i odpowiedzialni za swoje decyzje! Nie po to w końcu zostali wybrani, nie po to tam tkwią, żeby wstrzymując się od głosu, niejako „umywali w ten sposób ręce” i milczeli w nierzadko  niepopularnych, niewygodnych i drażliwych tematach. Dla mnie wybór jest prosty: albo jestem „za”, albo „przeciw”. Innej drogi w tym miejscu nie znam. Nie uznaję!

Ktoś może powiedzieć, że, jeżeli ma się mówić głupio, bez sensu, to z dwojga złego lepiej już milczeć. I święta racja! Zgadzam się z tym. Ale mnie nie chodzi o zabieranie głosu w każdej sprawie na każdym zebraniu, mnie chodzi o czynne opowiedzenie się po jednej ze stron podczas głosowania. „Tak” albo „nie”. Wstrzymywanie się od głosu jest nie do przyjęcia! Można się z nim zgodzić jedynie wówczas, gdy na takiej decyzji nie ciąży los jakiejś większej społeczności. Gdy w grę wchodzi życie milionów obywateli, takie podejście do sprawy jest najzwyczajniej w świecie nieuczciwe. To jawny przejaw koniunkturalizmu i politycznego kunktatorstwa, krótko mówiąc, to zwykła polityczna dezercja! Takie podejście polityka do swojego zadania, swojej pracy uważam za niepoważne i nieprofesjonalne! Albowiem w obu izbach parlamentu dzieją się zbyt ważne rzeczy, żeby ktoś mógł sobie pozwolić na luksus milczenia. Dla mnie milczenie parlamentarzystów jest równoważne z brakiem odpowiedzialności, a co za tym idzie i brakiem charakteru. A w polityce ludzie bez charakteru są zbyteczni! Dlatego lepiej by było, gdyby ci asekurujący się dekownicy czy to w sejmie czy senacie, po lewej czy po prawej stronie, po prostu najzwyczajniej zrezygnowali ze swoich miejsc. Tak, myślę, byłoby uczciwiej.

Czy mój pogląd jest zbyt radykalny? Być może. Ale też każdy przyzna, że nie pozbawiony racji. Bo gdybyśmy to my w swojej pracy wstrzymywali się od podjęcia jakiejś decyzji, to nie myślę, żebyśmy zbyt długo utrzymali się nas swoich stanowiskach. Dlaczego więc właściwie politycy mieliby znajdować się w uprzywilejowanej sytuacji? I tak korzystają ze zbyt wiele niesłusznie przyznanych przywilejów!

22.11.2012 r.

11:00, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 listopada 2012

Podobno komuny już nie ma. O tym, że umarła, poinformowała nas uroczyście 04.06.1989 roku w wieczornych wiadomościach pani Joanna Szczepkowska. Od tamtej chwili upłynęły 23 lata, a ja stwierdzam, że ona jednak tak naprawdę nie do końca umarła. Oczywiście, nie w formie ustrojowej, panującej nam wszechwładnie na ulicach i wszystkich mediach, jak dawniej. Ona żyje w nas, w społeczeństwie. W naszych codziennych reakcjach, postrzeganiu rzeczywistości, w relacjach międzyludzkich. Jest w nas, naturalnie w tej jego starszej tkance, i mimo upływu lat nadal nieźle się trzyma! A tkwiąc w nas jest, niestety, właściwie jeszcze gorsza od tej zewnętrznej, bo trudniejsza do zlikwidowania, wyplenienia z siebie. Odejdzie z nas wtedy, kiedy i nas już nie będzie. A jak nas już nie będzie, to dlaczego nie zapytać dzisiaj: Czy jeszcze kiedyś wróci w formie ustrojowej? Odrodzi się jak Feniks z popiołów?

Jak powszechnie wiadomo moda retro ma to do siebie, że co jakiś czas powraca. Z większym czy też mniejszym triumfem. Dlaczego więc z doktryną miałoby być inaczej? Tym bardziej doktryną tyleż powabną, co złudną. Teoretycznie wszystko możliwe. Piszę „teoretycznie”, bowiem jej powrót uzależniony jest od złożoności ludzkiego bytu. Na dzisiaj wydaje się, że rychło to jednak nie nastąpi. Z dwóch powodów: po pierwsze – Stalin niezwykle skutecznie ukręcił łeb komunizmowi w tej części świata, w jakiej my się znajdujemy (w innej dorzynają ją do dzisiaj skutecznie Kuba, Korea Północna czy Chiny); po drugie – jego następcy zamiast dokonać bezwzględnej chirurgicznej operacji, zdecydowali się na lekką zewnętrzną kosmetykę, niewiele zmieniający retusz, przez co wszystko trwało odrobinę za długo: materiał poddany temu eksperymentowi, czyli ludzie, zostali najzwyczajniej zamęczeni. To oczywiście nie uratowało reanimowanej, bo i nie mogło, natomiast niewątpliwie przyspieszyło jej koniec. Przynajmniej tu i teraz. I na jakiś czas. Co do dalszej przyszłości – czas pokaże. Jednak jako że każdy człowiek, a tym samym w szerszym zakresie pokolenie, ma swoje niezbywalne prawo do wyznaczenia własnej drogi, choćby i za cenę popełnianych błędów, więc niewykluczone, że kiedyś komunizm wróci. Oczywiście w innej formie, w innym kontekście politycznym, gospodarczym, ekonomicznym. Jeżeli jednak wróci, to… to myślę, że następne pokolenia nie popełnią tych błędów, jakie popełniły generacje wcześniejsze. Nadzieję daje choćby ostatnie 20 lat. I nie chodzi tylko o zmiany jakie zaszły w Polsce, ale w ogóle o przyspieszenie cywilizacyjne na całym świecie oraz związaną z tym zwiększoną świadomością społeczeństw. Zatem – „proletariusze wszystkich krajów…”

21.11.2012 r.

06:46, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl