RSS
środa, 27 lutego 2019

Wczoraj dostałem e-maila od niniejszego portalu, w którym poinformowano mnie o jego likwidacji z końcem kwietnia i że jeżeli chcę zachować to wszystko, co się tutaj ukazało na przestrzeni siedmiu lat (tyle już tutaj ciułam słówko do słówka), mogę przenieść na inną platformę blogową.

Przyznam, że wyprzedzono mój ruch, ponieważ od dawna zamierzałem to zrobić i uczyniłbym to znacznie wcześniej, tyle tylko, że pojawiły się problemy techniczne. To jednak nieistotne, ważne, że zapowiedź niniejszego portalu jest niezwykle kompatybilna z moimi planami.

Miałem zamiar, ba – nawet napisałem, dlaczego tak właśnie jest, jednak po chwili namysłu zrezygnowałem. Powrócę jednak do tematu w kwietniu. Dzisiaj, niejako na przednówku, będzie refleksyjnie.

Refleksja pierwsza: Rzeczpospolita zamieściła właśnie wyniki sondażu na temat usunięcia pomnika księdza Jankowskiego z przestrzeni publicznej w Gdańsku. Zrobili to, dzieląc poddanych badaniu na grupy niejako polityczne, bo na sympatyków poszczególnych partii. I tak wyszło, że wszyscy potencjalni wyborcy od PiS-u począwszy, poprzez Kukiz’15, SLD, a na PSL-u kończąc, w większości opowiedzieli się z pozostawieniem pomnika na swoim miejscu. Jedynie z tego chóru adoratorów gdańskiego pedofila wyłamała się, i to niezwykle zdecydowanie, Wiosna R. Biedronia. Czego to dowodzi? Myślę, że przede wszystkim dwóch rzeczy: pierwsza to taka, że bardzo dobrze zrobił R. Biedroń, że nie wszedł w żadną tak naprawdę osłabiającą go koalicję, a po drugie – ten sondaż pokazuje głupi, kołtuński i wychodzi na to, że wręcz niereformowalny polski katolicyzm.

Niech to szlag!

Refleksja druga: Na szczęście jest też tak, że mimo fatalnej postawy większości ludzi nie stoimy w miejscu jako ludzkość, że jednak kroczymy do przodu. To oczywiście zasługa mniejszości, tych pojedynczych mocnych indywidualności, którzy wbrew ogólnemu trendowi prą pod prąd i to niezależnie od konsekwencji. Właśnie nie z tłumem, razem, w bezmyślnym pochodzie, ale właśnie wbrew niemu!

Tacy ludzie są solą każdego społeczeństwa, tacy ludzie mają jedną wspólną cechę: widzą i czują więcej. Mają świadomość, że pochód, jakikolwiek i gdziekolwiek by on nie podążał, to zawsze nieprzebrane wręcz mrowie głów, przy jednoczesnym jednak deficycie rozumu, który gwarantowałby właściwy kierunek owego pochodu. Dlatego właśnie pojawiają się oni, żebyśmy nie brnęli w jakimś straceńczym pochodzie niczym barany nad brzeg jakiejś przepaści. Bo mimo że demokracja to właśnie rządy wybierane przez większość, to jednak, co paradoksalne, owa większość z reguły nie ma racji! Tyle że, jak dotąd, nie wymyślono niczego lepszego niż rządy demokratyczne. Dlatego winniśmy wielbić, i to po tysiąckroć, demokrację! A następnie, w jej ramach naturalnie, winniśmy zrobić jesienią porządek na własnym podwórku.

Refleksja trzecia i ostatnia: Z Rosją z jednej strony powinno się bez wątpienia rozmawiać, z drugiej jednak – należy wyobrazić sobie wszystko to, co najgorsze i niemożliwe do uczynienia przez ten kraj i jednocześnie przygotować się na realizację takiego właśnie fatalnego scenariusza.

Na koniec refleksja prywatna:

Nie wiem, czy moją ostatnią miłość można skwitować tak jak poniżej, niemniej jakąś w ten sposób właśnie można: z dużej chmury mały deszcz, z małej miłości – wielka nienawiść.

27.02.2019 r.

09:45, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 lutego 2019

         Pewni ważni politycy izraelscy, dokładnie premier B. Netanjahu, a także obecny szef MSZ tego państwa I. Katz, wypowiedzieli ostatnio sporo głupstw pod naszym adresem, tzn. pod adresem wszystkich Polaków. I to bez wyjątku! Gdyby pan I. Katz był przyzwoitym człowiekiem i usłyszał wcześniej to, co publicznie powiedział, miałby zapewne porządnego kaca. A przynajmniej powinien mieć. Niestety, ludzie mówią dużo głupstw wcześniej niż sobie dokładanie to przemyślą, więc mamy do czynienia wcale nierzadko z takimi właśnie kwiatkami jak w ostatnim czasie w relacjach Polska – Izrael.

Że wszelkie uogólniania są zdradliwe, przekonywał nikogo nie będę, bo to pewnik, powiem tylko tyle, że obaj panowie zarzucając nam antysemityzm wyssany – jak to określił I. Katz – z mlekiem matki, okazują swój skrajny wręcz idiotyzm i złą wolę. I nic tego nie tłumaczy – ani zbliżające się wybory do Knesetu, ani tym bardziej bardzo marny, wręcz ułomny stan świadomości historycznej obu panów. Bo wystarczyłoby przejść się tylko do ich muzeum Yad Vashem w Jerozolimie, żeby przekonać się naocznie, jak naprawdę wyglądał nasz antysemityzm.

Dlatego odpowiem tym panom w ten sposób:

tak, jesteśmy antysemitami, tyle, że w takim samym stopniu jak Niemcy są nazistami, a Amerykanie rasistami;

tak, Polska jest największym cmentarzem Żydów europejskich. Tylko trzeba pamiętać, dlaczego! A odpowiedź jest niezwykle prosta: Otóż jesteśmy największym cmentarzem żydowskiej diaspory, ponieważ tutaj, w tym kraju mieszkała większość europejskich Żydów. A mieszkała dlatego, że w tym miejscu na ziemi znalazła bezpieczne schronienie! I ponieważ tutaj dokonał się holocaust tego narodu! Ale nie dokonany przez Polaków, którym za pomoc Żydom groziła śmierć – i to nie pojedyncza, ale całych rodzin! – a przez Niemców pod przywództwem Adolfa Hitlera! I o tym ci, którzy próbują oskarżać cały naród Polski, łącznie ze mną, powinni pamiętać!;

tak, jesteśmy antysemitami, którzy pomagali wielu Żydom przetrwać czas wojny, również bez szczególnej chwały, bo za pieniądze, ale też należy pamiętać, że to my zaopatrzyliśmy ich w broń, kiedy ci wystąpili zbrojnie przeciwko Niemcom w powstaniu w getcie warszawskim.

            Mógłbym w tym miejscu powiedzieć za Albertem Einsteinem, ludzka głupota nie zna granic, tyle że takie postawienie sprawy niezmiernie spłyciłoby problem. Bo trzeba ogromu złej woli, a także niewiedzy, żeby wypowiadać takie bzdury, jakie wypowiadają dzisiaj czołowi politycy Izraela.

Na koniec powiem tak: pomijając nawet to wszystko, o czym wspomniałem wyżej, należy też pamiętać o ojcach założycielach państwa żydowskiego, którzy przeszli gehennę drugiej wojny światowej. A ci, tak się składa, mieli w większości korzenie polskie i jakoś sobie nie przypominam, żeby wszystkich Polaków określali tak, jak to zrobili do spółki B. Netanjahu i I. Katz.

17:00, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 lutego 2019

          Jakiś czas temu obejrzałem film zatytułowany Sabrina. Po kilku latach trafiłem na taki sam tytuł, tyle że z inną obsadą aktorską. O ile w nowszej wersji tego tytułu główne role grali Harrison Ford i Julia Ormond, o tyle w tym drugim, chronologicznie starszym, występowali filmowi bożyszcze amerykańskich widzów lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych  H. Bogart i A. Hepburn.

          Pomimo różnicy czasowej, jaka dzieli oba filmy, od chwili ich powstania, ogląda się je z jednakowym zainteresowaniem, choć, jak wiadomo, dwadzieścia, trzydzieści czy czterdzieści lat, to nie tylko w filmie, ale w ogóle w życiu cała wręcz epoka! To jednak, co oprócz lekkiej i zabawnej fabuły tego filmu istotne, to aktorzy, a tutaj A. Hepburn (niezapomniana Holly Golightly w Śniadaniu u Tiffany’ego) jest zwyczajnie magiczna, jak zawsze zresztą! Przyznaję: podczas oglądania tego filmu wprost nie mogłem od niej oderwać wzroku. I wcale się nie dziwię, że byli ludzie, zarówno kobiety jak i mężczyźni, którzy byli w niej zakochani.

          Ale film jak film, ja chciałbym w tym miejscu podzielić się pewną refleksją na temat starszej wersji tego tytułu. Otóż w jednej ze scen padają takie oto dwa zdania, kiedy to ojciec, słysząc o planie spotkania jego syna z tytułowa Sabriną, mówi do niego (gra go H. Bogart), który jakoby oprócz pracy i wynikających z tego pieniędzy nic więcej w życiu nie dostrzega:

          Ojciec: Pamiętasz jeszcze, co robi się z dziewczyną?

          Syn: Przypomnę sobie. To jak z rowerem.

        I tutaj zacząłem zachodzić w głowę – o co chodziło scenarzyście z tym rowerem: czy z nim jak z modlitwą – raz zapamiętana tkwi już w nas tak mocno i głęboko, że zapomnieć jej rzeczywiście się nie da? Czy może o coś jednak zupełnie innego? I doszedłem do wniosku, że może chodziło mu o to:

          Ojciec: Pamiętasz jeszcze, co robi się z dziewczyną?

          Syn: Przypomnę sobie. To jak z rowerem: przekładasz nogę, siadasz i jedziesz.

          Wiem, trochę to prostackie, może nawet obraźliwe, ale gdy na spokojnie, bez niepotrzebnych emocji nad tym się zastanowić, to wcale nie musi to być takie głupie. Jak myślicie – bardzo daleki jestem od rozszyfrowania intencji autora tych słów?

         Jak już jestem przy tematyce filmowej, przytoczę tutaj jeszcze jeden dialog. Ten jednak jest od początku do końca mojego autorstwa.

Córka: Tato, mamo – muszę wam coś powiedzieć.

Matka: Co się stało, córeczko?

Ojciec: Co, wyrzucili cię w końcu ze szkoły? Przyznaję – nie byłbym wcale zaskoczony.

Matka: Ryszard, daj spokój. No mów, córeczko.

Córka: Nie, skądże, to nie to.

Matka: Więc, co się stało?

                                   Dłuższe milczenie.

Ojciec: No mówże w końcu, dziewczyno, nie trzymaj nas dłużej w niepewności.

Córka: Tylko się nie denerwujcie. Jestem w ciąży.

Ojciec: Słucham?

Matka: Ale, jak…?

Córka: Jak – jak?! Po prostu – była impreza, trochę alkoholu, szybki seksik…

Ojciec: Słyszysz, co ona mówi – szybki seksik! Wygląda na bardzo szybki. Za szybki, jak na mój gust.

Córka: Wiem, rozczarowałam was, siebie zresztą również. Ale stało się. Zresztą, są gorsze nieszczęścia.

Matka: Mój Boże, co powie rodzina?

Ojciec: Kto jest ojcem tego… to znaczy, kto będzie…

Córka: Nie znacie go. Ja zresztą też za dobrze go nie znam.

Ojciec: Coraz lepiej!

Córka: Zresztą, tak naprawdę, to nie musicie się martwić. Już znalazłam dziecku rodzinę zastępczą!

Matka: Jak to znalazłaś?

Córka: Bardzo fajni ludzie. Już od pięciu lat starają się o dziecko…

Ojciec: O twoje?

Córka: Tato, bądź poważny. Oczywiście że nie moje. Tak w ogóle. To bardzo sympatyczni ludzie.

Ojciec: To może podeślij im tego twojego Casanovę – pomoże im rozwiązać problem. W końcu już się sprawdził.

Matka: Daj jej spokój, Ryszard. (do córki) A co na to ten twój… Zgadza się na adopcję?

Córka: Akurat z tym nie ma problemu. Nic nie wie.

Matka: Jak to nie wie?

Córka: Nie musi wiedzieć. Mógłby jeszcze tylko stwarzać niepotrzebne problemy. Załatwię to bez niego.

Ojciec: Słyszysz, co ona mówi?

Matka: Córeczko, tak nie można…

Córka: Poradzę sobie bez niego.

Ojciec: Widzimy – już sobie poradziłaś. Jesteś niezwykle zaradna, tylko pozazdrościć! Tylko pozazdrościć.

            11.02.2019 r. 

14:50, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 lutego 2019

Astronomiczna? Już? W zasadzie tak, bo zawita do nas zaledwie za półtora miesiąca. Ale jakby tego było mało, już w tym momencie pojawił się na naszej scenie politycznej jej prognostyk w postaci nowego ugrupowania noszącego taką właśnie nazwę – Wiosna!

Założycielem nowego bytu politycznego jest Robert Biedroń, były poseł, a do niedawna prezydent Słupska, człowiek niezwykle pozytywny, pełen energii i chęci przeprowadzenia długo oczekiwanych przez społeczeństwo zmian – tych w sferze mentalnej również – przy jednoczesnym poszanowaniu litery prawa i zasad demokracji, co nie jest znowu takie naturalne, gdy weźmie się pod uwagę kontekst ostatnich trzech lat rządów Prawa i Sprawiedliwości, gdzie mamy do czynienia z pragnieniem powrotu do rządów autorytarnych, nacjonalistycznych i ksenofobicznych.

Dlatego to, co pojawiło się wraz z ruchem R. Biedronia, musi nastrajać niezwykle pozytywnie i przyznam – mnie tak właśnie nastraja, wywołując jednocześnie nie tylko mimowolny uśmiech na twarzy, ale ten wewnętrzny również. To jednak, co ciekawe w tym miejscu ale w żaden sposób niezaskakujące, to fakt, że podobnego już nie wywołuje nie tylko u rządzących, ale również u sporej części opozycji, szczególnie tej kojarzonej z Grzegorzem Schetyną. Tych ludzi partia R. Biedronia bardziej irytuje i drażni, bo jakoby odbiera głosy szerokiej kolacji ugrupowań opozycyjnych, szczególnie tak ważne w chwili obecnej, bo w czasie wojny z PiS-em o wszystko – o przyszłość naszą, a tym samym o przyszłość Polski.

Oczywiście, opozycja miałaby rację w tej retoryce, gdyby został tutaj spełniony jeden podstawowy warunek: otóż Wiosna ma na tyle słabe poparcie, że zbierając kilka procent głosów, nie wchodzi do parlamentu, czyli robi to, co zrobiła Lewica w ostatnich wyborach do sejmu i senatu, co pozwoliło PiS-owi na totalne przejęcie władzy. Tyle tylko, że akurat to w tym przypadku nam nie grozi! Jeżeli bowiem ugrupowanie R. Biedronia komukolwiek zabiera głosy, to odbiera je wszystkim ugrupowaniom, również PiS-owi, a także, i to tutaj jest najważniejsze, zdobywa też głosy tych, którzy do tej pory byli niezdecydowani i krytycznie nastawieni do polskiej polityki! Innymi słowy, brew oskarżeniom, mamy tutaj do czynienia z dwoma niezwykle pozytywnymi zjawiskami w naszym życiu politycznym.

Dzisiaj, według ostatniego sondażu, Wiosnę popiera około piętnastu procent wyborców, więc, póki co, o jakimkolwiek marnowaniu głosów mowy być nie może. Chociaż osobiście liczę, że partia ta w chwili wyborów będzie się cieszyć jeszcze większym poparciem. Dlatego nie mogę już słuchać tych płaczków z różnych ugrupowań, którzy przestrzegają R. Biedronia przed wzmacnianiem PiS-u, jeżeli nie pójdzie on razem z nimi w koalicji do wyborów do Parlamentu Europejskiego, a następnie na jesień do naszego. Uważam, że przemawia przez nich zwykły strach i przerażenie, a gadanie o jakimś wzmacnianiu Prawa i Sprawiedliwości można zwyczajnie włożyć między bajki. Prawda bowiem w obecnej sytuacji jest taka, że ruch B. Biedronia, jako nowe ugrupowanie, zwyczajnie policzyć się musi! Musi wiedzieć na czym stoi i jakie w związku z tym będzie musiał podjąć decyzje. I tyle. Reszta, to zwykłe ujadanie piesków przy idącej przed siebie karawanie.

08.02.2019 r.

20:08, adelmelua
Link Komentarze (2) »
piątek, 01 lutego 2019

W jednym jestem nieprzejednany: w krytyce posła Kłamczyńskiego. Dlatego od dawna piszę o jego niezwykle szkodliwym wpływie na polską politykę. Teraz dowiedzieliśmy się, mimo budowanego od dekad obrazu ascety, że takim ekonomicznym fajtłapą to on znowu nie jest i potrafi ciułać pieniążki – tfu!, przepraszam: ogromne pieniądze! Oczywiście, nie dla siebie – dla partii!

Ktoś może zapytać: ale po co? Dlaczego? Odpowiedź jest niezwykle prosta: oczywiście dla idei, dokładnie jego idee fix, którą jest zbudowanie i podtrzymanie w narodzie, a tym samym dla historii, pozycji jego brata – Lecha, jako wybitnego męża stanu, a także, żeby przy okazji, co zrozumiałe, ugruntowała się również jego wyjątkowość i dzięki temu, żeby obaj mogli się grzać w promieniach zbudowanego przez Prawo i Sprawiedliwość słoneczka, które prawdopodobnie pojawić się ma w naszym narodowym życiu jako ekwiwalent: ukradliśmy z bratem księżyc, więc zostawiamy po sobie słońce! Dużo bardziej zresztą korzystniejszą gwiazdkę dla człowieka.

Czy samoistnie, bez tych wszystkich hucpiarskich zabiegów, nie mógłby taki kult trwać? Oczywiście że mógłby, jak najbardziej, tyle że powinien tutaj zostać spełniony jeden podstawowy warunek: musiałby zostać zbudowany na prawdzie! A jak wiadomo z tym nie jest znowu tak różowo. Dlatego niezbędne są pieniądze. I to potężne! Właśnie dla partii, która po odejściu z polityki pana Prezesa o to zadba. Za darmo przecież nikt tego nie będzie robił. Bo gdzie jak gdzie, ale akurat w ugrupowaniu posła Kłamczyńskiego do akcji charytatywnych nikt nie ma serca. Zwyczajnie brak naiwniaków!

Po tym, o czym się właśnie dowiedzieliśmy w ostatnich dniach ma temat pana Prezesa, z powodzeniem mógłby się przedstawiać w ten oto sposób:

– I’m man, I’m businessman!

Oczywiście, żarcik. Mam coś innego, coś, co jest o wiele trafniejsze w odniesieniu do niego, bo niezwykle zgodne z pisowską narracją. To piosenka. Stara, co prawda, ale melodyjna i, co ważne, mimo upływu lat nadal niezwykle aktualna, szczególnie właśnie w odniesieniu do posła Kłamczyńskiego.

02.02.2019 r.

23:10, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl