RSS
poniedziałek, 27 lutego 2017

Pytanie zasadnicze brzmi: Czy naprawdę to, z czym mamy do czynienia od prawie półtora roku, to dobra zmiana? Myślę, że dużo bliższe prawdy byłoby określenie – sadystyczna zmiana! Albo idiotyczna. Albo szalona. Czy, generalnie, katastrofalna zmiana! Rządzący jednak uwzięli się na nazwę zdrowo naciąganą i nie mającą nic wspólnego z tym, co wyprawiają, więc mamy tzw. dobrą zmianę; zmianę, która przygotowała wszystko, co ma najlepszego, a że nie ma zbyt wielu dobrych rzeczy do zaproponowania, więc stosuje zasadę kija i marchewki, gdzie marchewką jest powszechne rozdawnictwo pieniądza i obietnic – oczywiście w celu zapewnienia sobie wygrania kolejnych wyborów, kijem natomiast wszystko to, co jest niezgodne z konstytucją i państwem prawa, czyli ubezwłasnowolnienie Trybunału Konstytucyjnego, podporządkowanie sobie prokuratury, próba zrobienia tego samego z sędziami, możliwość niczym nieograniczonego inwigilowania praktycznie całego społeczeństwa itd., itp., słowem – to dobra zmiana jedynie z nazwy, z istoty swojego przeznaczenia, to zmiana koszmarna, cofająca nas wiele lat wstecz i próbująca zrobić z nas ksenofobów, nacjonalistów, homofobów i w ogóle wodę na młyn wszelkich ruchów szowinistycznych!

Oczywiście, osiągniecie tego byłoby niemożliwe bez ludzi, których Prawo i Sprawiedliwość posiada i to aż w nadmiarze; ludzi nierzadko miernych, ale, co najważniejsze, wiernych, zawsze gotowych do wynajęcia, zawodowych cwaniaków i życiowych ślizgaczy. Skąd? Z powszechnie obowiązującej a niepisanej zasady: nikt nie da ci tyle, ile Prawo i Sprawiedliwość naobiecuje! Więc garną się do nich różnej maści interesanci, licząc, że i im uda się przy nich ugrać swoje. I, o zgrozo!, ugrywają. Naszym kosztem!

Nie dziwmy się zatem, że mamy do czynienia z wieloma niekompetentnymi posłami i senatorami, jest znacznie gorzej – również politycy, zajmujący w naszym państwie pierwsze miejsca i decydujący o naszym życiu, nie należą do wybitnych mędrców. A brylują pośród nich tacy geniusze intelektu jak: min. zdrowia K. Radziwiłł; min. środowiska J. Szyszko; min obrony narodowej A. Macierewicz; min. edukacji narodowej A. Zalewska; min. spraw zagranicznych W. Waszczykowski, czy min. rolnictwa K. Jurgiel, a całym tym nieszczęsnym commedia dell’arte zarządza niezbyt poważny primus inter pares – pan Kłamczyński!

Kilka dni temu zmarła urocza kobieta i aktorka Danuta Szaflarska. Jednym z jej ostatnich filmów był film – Pora umierać Doroty Kędzierzawskiej. Ja w tym miejscu również mógłbym powtórzyć za powyższym tytułem: pora umierać! Jednak powiem inaczej, z lepszym dla nas zakończeniem: kończcie, chłopaczki, idźcie klej gotować – wstydu oszczędźcie!

27.02.2017 r.

09:21, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 lutego 2017

Do niedawna zawalidrogą po lewej stronie sceny politycznej w Polsce był Leszek Miller. Dzisiaj, gdy nie jest już przewodniczącym SLD widzę, że to, co tak naprawdę było przeszkodą w osiągnięciu lepszego wyniku wyborczego tej partii w ostatnich wyborach parlamentarnych, to przede wszystkim pewnego rodzaju mentalność, charakterystyczna dla wielu członków tej partii. Dlatego, jeżeli myślimy o czymś nowym po lewej stronie sceny politycznej, to jeden podstawowy wręcz warunek musi zostać tutaj spełniony: stary garnitur SLD-owskich wyjadaczy musi odejść! Musi zejść ze sceny politycznej, albowiem ci ludzie nie tylko hamują wszelkie pozytywne przemiany w tej partii, ale, co gorsza, nie są zdolni przyjąć nowych wyzwań politycznych na miarę XXI wieku. Odstają mentalnie! Zatem, jeżeli już nawet nie Leszek Miller jest przeszkodą dzisiaj na Lewicy, to nadal taką przeszkodą pozostaje karłowata mentalność jej członków, których cechuje przede wszystkim fatalny sposób myślenia – wsteczny, prymitywny, wspomnieniowy, słowem gówniany!

Na to, że lewica w ostatnich wyborach osiągnęła wynik beznadziejny i znalazła się poza parlamentem, złożyło się oczywiście wiele czynników. Przede wszystkim jednak fatalnie kojarzona postać L. Millera. I nie chodzi tylko o to, jakim był przewodniczącym Sojuszu, ale przede wszystkim, jakim był premierem. A był, według mnie, premierem koszmarnym! Okazał się bowiem w tamtym czasie nie tyle politykiem lewicowym, ile jednym z najbardziej liberalnych szefów polskich rządów w ostatnich latach! Spraw, które spartolił, było wcale niemało, a za niektóre jego decyzje słono płacimy do dzisiaj. W ogromnym skrócie podaję kilka z nich: kwestia umowy gazowej z Norwegią, którą zerwał, tłumacząc się tym, że nie było innych chętnych na tak drogi gaz, jaki sprzedawała wówczas Norwegia (teraz z całą pewnością mamy taniutki skroplony gaz z Kataru!); cofnięcie reformy służb mundurowych; zniszczenie Kas Chorych rękami min. zdrowia Łapińskiego, który, tak na marginesie, powinien za to ponieść odpowiedzialność karną!; na koniec koncert, jaki dał w ostatnich wyborach prezydenckich, wystawiając nikomu nieznaną kandydatkę, na dodatek doktor Kościoła! W ten sposób zachował się niczym H. Hefner, który dla poklasku wyciąga co i rusz ze swojego cylindra kolejnego króliczka. Gorzej niestety, że nawet jego polityczny upadek niczego tutaj nie zmienia, bo to, tak naprawdę, porażka o dużo szerszych konsekwencjach, to porażka również nas samych, czyli ludzi o poglądach socjaldemokratycznych.

Kiedyś L. Miller powiedział, że: prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy. Dzisiaj ów klasyk myśli politycznej dopowiedział do tego dalszą część: prawdziwy mężczyzna nigdy nie kończy. Innymi słowy chodzi o to, że L. Miller nie ma zamiaru tak łatwo kończyć, albowiem ten człowiek nie umie tego robić! Czy dzięki temu jest prawdziwym mężczyzną? Śmiem wątpić. To bowiem, co udawało mu się przez dłuższy czas, czyli rozgrywanie rywali w partii, już na szerszym forum w jego przypadku się nie sprawdziło i wyszła karłowatość powyższej taktyki. W tej rozgrywce D. Tusk czy J. Kaczyński okazali się znacznie wytrawniejszymi i zręczniejszymi graczami od przewodniczącego SLD. Na nich mógłby się jedynie wzorować i uczyć ów były lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Tyle tylko, że dzisiaj na naukę jest stanowczo za późno. Dzisiaj jest on bowiem dla całej Lewicy wraz z ludźmi starej nomenklatury jedynie niewyobrażalnym wręcz obciążeniem, przypominającym garb, żeby nie powiedzieć kamień u jej szyi.

– Dlatego, panie Miller, panu i kolegom już dziękujemy. Ajci-ajci!

25.02.2017 r.

09:28, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 lutego 2017

Mówią, że jesteśmy kowalami własnego losu; że należy brać swój los we własne ręce i kształtować go, wykuwając dzień po dniu jego lepszy, jaśniejszy horyzont! Zapewne są to słowa niezmiernie budujące i dające nadzieję na odmianę życia, szczególnie wtedy, gdy jest nam źle, nie układa się tak, jak powinno i jak tego oczekujemy, jednak czy są to słowa od początku do końca prawdziwe i niepodważalne? Śmiem wątpić. I to niezmiernie mocno! Bo czy naprawdę  każde życie można odmienić, gdy nie toczy się ono po wymarzonych przez nas torach? Czy zawsze jesteśmy panami własnego losu i możemy nim sterować niczym statkiem po wzburzonym oceanie?

Myślę, więcej – jestem pewien, że tak nie jest! Istnieje bowiem bardzo wiele niezależnie funkcjonujących od nas i naszych zamierzeń czynników, które, tak naprawdę, ograniczają nas, a tym samym również nasze możliwości. A to miejsce urodzenia, które może zarówno w sposób pozytywny, jak i negatywny, oddziaływać na nasze życie; a to poziom naszej inteligencji, wiedzy i wykształcenia; a to nasza choroba, czy kalectwo – wrodzone czy też nabyte, widoczne lub też niedostrzegalne na zewnątrz, ale dręczące nas głęboko gdzieś wewnątrz; a to nasze zdolności manualne lub też całkowity ich brak; a to kwestia pieniędzy czy urody  – i tak dalej, i tak dalej, słowem – takich uwarunkowań jest od cholery i trochę, więc, jak choćby z powyższego przykładu widać, wcale nie jest tak różowo i prosto z tym „braniem swojego losu we własne ręce”!

Oczywiście, odmiana własnego losu znajduje się w naszych dłoniach – o tyle jednak jest w nich, o ile cieszymy się pewnymi względami Fortuny, czyli albo należymy do dzieci szczęścia, albo jesteśmy zafajdanymi pechowcami, którym zawsze deszcz i wiatr w oczy  i to nawet przy słonecznej pogodzie! A jeżeli tak, to żadne nasze starania, choćby najcięższe, niczego tutaj nie zmienią. Innymi słowy chodzi o to, że – kto się urodził robakiem, ten pięknym ptakiem nie umrze. Dzieje się tak, ponieważ nasz los jest nierzadko o wiele bardziej zdeterminowany przez czynniki zewnętrzne, niż wewnętrzne, zależne od nas. Dlatego w tym obszarze nierzadko musimy zdać się na ślepy los i okoliczności, które z czasem, niewykluczone, odmienią się i zaczną działać na naszą korzyść. Naturalnie, to niezmiernie złudne, niemniej przynajmniej tyle pozostaje nam w tej kwestii  wiara w odmianę, bez względu na efekt końcowy.

I tak mija pierwsze dziesięć lat, zaraz potem przechodzi kolejna dekada, i jeszcze jedna, i mamy pozamiatane! Budzimy się któregoś dnia z głupią miną i stwierdzamy z goryczą, że spędziliśmy w pracy, której tak naprawdę nie trawimy, większą część życia; wykonujemy w niej codziennie od kilkudziesięciu lat te same nudne czynności, których, co najgorsze, nienawidzimy z całego serca, i tłumaczymy się z pierdoł ludziom, których nie szanujemy i nie cierpimy samego ich widoku! Efekt tego jest taki, niestety, że ostatecznie niezmiernie sfrustrowani, niespełnieni i zrezygnowani odchodzimy z tego świata pogodzeni z losem, pełni goryczy i zalewającej nas żółci. Ale też wtedy właśnie, co dla niektórych może się wydać zaskakujące, następuje odmiana  w tych nowych, można powiedzieć, okolicznościach, otwierają nam się oczy na nowe możliwości! Tak, właśnie wówczas, w tych nowych dla nas warunkach nie tylko możemy, my wręcz chwytamy swój los we własne ręce i dopiero wtedy dajemy prawdziwego ognia!

– Diabły, dołożyć do pieca! I ognia!

22.02.2017 r.

11:13, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 lutego 2017

To nie przypuszczenie czy podejrzenie, to pewnik! Bóg, ten, który uchodzi za kumpla rządzących dzisiaj Polską; ten, którego imienia ci właśnie ludzie mają pełne gęby, opuścił ich. Tak właśnie – opuścił! A zrobił to zwijając sponad nich parasol ochronny, co wystawiło ich na wszelkie nieprzewidziane razy od… Nieważne. Istotne, że właśnie od tego zaczął się ciąg pewnych komunikacyjnych wydarzeń z najważniejszymi osobami w państwie. Nie najbardziej przydatnymi, a jedynie najważniejszymi ze względu na zajmowane przez nich, tymczasowo zresztą, stanowiska.

Najpierw więc ostrzeżenie zaliczył człowiek, który pełni obowiązki prezydenta; potem podobne otrzymał świątobliwy Antonio – ten, który nosi diabła za pazuchą, a wkrótce potem pani pełniąca obowiązki premierki. Oczywiście, człowiek inteligentny z pewną dozą refleksji odczytałby właściwie sygnał wypływający z tych wydarzeń, tylko nie sami zainteresowani – ci nawet nie starają się tego zrobić. Lekceważą go. Są ponad! Nie odczytują prostego sygnału od tego, którego wychwalają niemalże pod same niebiosa i którego imienia nadużywają dzień w dzień. A on, tak naprawdę, stara się w zasadzie powiedzieć tylko jedno:

– Nie przeginajcie, dziewczyny i chłopaki – ostrzegam! Nie myślcie, że wszystko możecie, bo tak nie jest. Nie występujecie więc w moim imieniu. Nigdy! Nikt takich uprawnień nie ma i mieć nie będzie! Jestem, czy to się komuś podoba czy nie, pieprzonym indywidualistą i zawsze działam sam. Bez żadnych psu na budę wartych  pomagierów! Wy, jeżeli w ogóle chcecie być do czegoś przydatni, zróbcie jedno: nie przynoście wstydu rodzajowi ludzkiemu, i dbajcie zarówno o siebie, jak i innych. Bo jak na razie wstyd mi za was! W niczym nie znacie umiaru! Dlatego proszę po raz ostatni: jak najszybciej zejdźcie z tej prowadzącej donikąd drogi zamętu, siania niepokoju i nienawiści. Jeżeli nie zrobicie tego, nie zejdziecie z drogi deprawacji, to wiedzcie, że kara, która was spotka, będzie sroga. A będzie taka, bo patrzeć już na was nie mogę i na to, co wyrabiacie. Ogarnijcie się! Najwyższy czas pójść wreszcie po rozum do głowy. Wiedzcie, że macie go coraz mniej! To znaczy zarówno czasu, jak i rozumu.

Ament.

19.02.2017 r.

08:57, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 lutego 2017

Kłamstwo istnieje w zasadzie od zawsze, a ściślej od momentu pojawienia się nas, tzw. człekokształtnych istot, które od wieków pieprzą w najlepsze, że stworzył je Bóg jakoby na wzór i podobieństwo swoje. Początkowo, oczywiście, z powodu braku umiejętności mówienia, objawiało się ono jedynie w czynach. Chodziło tutaj zapewne o to, aby jakieś zwierzę, na które się polowało, oszukać, przechytrzyć. Naturalnie dla własnego dobra – żeby samemu przeżyć. Potem, po wykształceniu się mowy, swoje nieszczere intencje można już było wyartykułować w słowach. Tylko że tego typu kłamstwo było już jednak przeznaczone dla kogoś innego, dla drugiej istoty z gatunku homo sapiens!

Od tego momentu o wiele łatwiej już było wprowadzać przeciwnika w błąd, zwodzić go, w celu osiągnięcia wyznaczonego przez siebie celu. Można więc powiedzieć, że fałsz i nieszczerość swoich zamierzeń mamy w genach, jakbyśmy zostali niejako wyposażeni w nie przez tego, który nas jakoby stworzył, a na którego tak ochoczo powołują się wszyscy kumple tzw. pana Boga. Pytanie tylko, czy uczynił to dla naszego dobra, czy tak Mu wyszło po prostu przez przypadek? A może najzwyczajniej w świecie zadbała o to sama natura (najsensowniejsze wg mnie rozwiązanie), właśnie po to, żebyśmy mogli przetrwać w niesprzyjających dla nas warunkach? I w ogóle, czy to definitywnie i jednoznacznie źle, czy może jednak tak jest dla nas lepiej?

 Z całą pewnością nie zawsze jest to złe i niepożądane. Istnieją bowiem takie kłamstwa, które są niejako wręcz konieczne dla podtrzymania dobrych relacji z kimś, czy też nic nieznaczące, niejako przypadkowe, ale nie krzywdzące nikogo, a nam pomocne w danej chwili i sytuacji. Powiedziałbym, że są to kłamstewka wypowiedziane w tzw. dobrej wierze. Jak na przykład nie wyjawianie całej, nierzadko gorzkiej prawdy o czyimś zdrowiu, ponieważ uważamy, iż tak będzie dla danej osoby lepiej. A może też i dla nas. Krótko mówiąc takie kłamstwa, myślę, należą do oszustw wspomagających nas, tzn. pomagają nam w ten sposób zachować zdrowie psychiczne.

Bywają jednak również kłamstwa, które od początku powołania ich do życia obliczone są niejako na jakiś zysk. Na pozyskanie dla siebie, swojej idei, zbudowanej właśnie na nieprawdzie, jakichś popleczników. Przykładem takiego kłamstwa jest na przykład świadome zaprzeczanie istnieniu holocaustu, czy też tworzenie różnego rodzaju teorii spiskowych (zamach smoleński, czy lądowanie Amerykanów na księżycu). Dlatego pytanie, jakie się musi pojawić w tym miejscu, brzmi: Jak to się dzieje, że są ludzie, którym bardziej zależy na rozsiewaniu tego typu kłamstw, ich lansowaniu, niż dotarciu do prawdy obiektywnej? Dlaczego tacy ludzie opowiadają się z bezczelną premedytacją za wersją alternatywną rzeczywistości, która od początku do końca jest fałszywa i nie ma nic wspólnego ze stanem faktycznym, niż stać po stronie prawdy obiektywnej, po stronie rozsądku i logiki?

Oczywiście, pewności nie mam, mogę jedynie podejrzewać, co takimi ludźmi kieruje. I myślę, więcej – jestem pewien, że bierze się to właśnie z tego drzemiącego głęboko w człowieku pragnienia oszustwa! Z tej zakodowanej nam głęboko w genach chęci oszukania przeciwnika, którym może być każdy, kto się z nami nie zgadza, kto nie podziela naszych poglądów, nie wyznaje podobnych wartości. Innymi słowy chodzi o to, że kłamstwo takich ludzi rajcuje o wiele mocniej niż prawda, która z reguły jest mdła i w ogóle mało pociągająca! A jeżeli jeszcze weźmiemy pod uwagę fakt, że ten ktoś jest wykształcony, zdolny, inteligentny, zajmuje eksponowane stanowisko i cieszy się powszechnym szacunkiem i uznaniem, a ambicjonalnie dusi się, ponieważ jego pragnieniem jest przewodzić, nadawać kierunek życia innym ludziom, wówczas taki ktoś, żeby nie tracić całego swojego społecznego prestiżu, decyduje się na propagowanie w przestrzeni publicznej kłamstwa po to, aby z jednej strony zwrócić na siebie uwagę, przyciągnąć wyznawców, zyskać sympatyków swojej idei, z drugiej zaś właśnie zaspokoić swoje przywódcze instynkty. Tak właśnie się dzieje w przypadku choćby nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych D. Trumpa, Turcji R. T. Erdogana, W. Putina w Rosji, W. Orbana na Węgrzech i wielu, wielu innych. Na naszym rodzimym podwórku również takich osób nie brakuje, poczynając od świątobliwego Antoniego, a na panu Kłamczyńskim kończąc.

I tutaj dochodzę do sedna sprawy: kłamstwo w polityce! O ile kłamstwo prywatne, popełnione na gruncie osobistym pozostaje czysto prywatną sprawą i dotyczy tylko nas indywidualnie, pojedynczych, o tyle kłamstwo, mające właśnie swoje miejsce w polityce, czyli na szerszej arenie publicznej, dotyczy już nas wszystkich, bez względu na kolor skóry, światopogląd, czy wyznanie, ponieważ jego konsekwencje są dużo większe. Dlatego w tym znaczeniu kłamstwo jest czymś nagannym, niegodnym i wartym jedynie powszechnego potępienia. Takie kłamstwo bowiem zatruwa wszystko dookoła – relacje rodzinne, koleżeńskie, zawodowe, w ogóle międzyludzkie. Zatruwa je miazmatami niechęci, jawnej wrogości czy wręcz nieskrywanej nienawiści, z czym, niestety, mamy właśnie do czynienia w obecnej Polsce.

17.02.2017 r.

09:31, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 lutego 2017

Nie lubię pisać o sobie, a tym bardziej o swoich uczuciach, bo kogo to?! Poza tym zwyczajnie nie cierpię się roznegliżowywać publicznie, nie mam potrzeby skupiania na sobie uwagi. O tym jednak, o czym poniżej, napisać musiałem!

Miałem kiedyś Przyjaciółkę, młodziutką, szczególnie w kontekście mojego wieku, która, na dobrą sprawę, mogłaby być moją córką. To jednak nam nie przeszkadzało. Mówiłem jej, że jest czymś niezwykle pozytywnym w moim życiu, wręcz niejako jego dopełnieniem! Jej pojawienie się na mojej drodze traktowałem jak coś na kształt przeznaczenia, które musiało się dokonać – tym bardziej, że urodziła się w tym samym dniu i miesiącu, co moja siostra rodzona, czyli, krótko mówiąc, była dla mnie niejako czymś na kształt siostry karmicznej.

Niestety, któregoś dnia stało się tak, że wyjechała i po pewnym czasie, całkiem zresztą niedawno, okazało się, że to moje „prywatne słoneczko” zgasło. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Być może nieopatrzenie czymś je unicestwiłem. Co prawda do dzisiaj nie wiem, jak tego dokonałem, tak na odległość, niemniej stało się – zamilkła. Dla mnie zamilkła! Dla kogoś innego oczywiście nadal jest, żyje i, mam nadzieję, ma się dobrze.

Dzisiaj nie wiem, co robi, gdzie jest i z kim. Jeżeli jednak zamilkła z mojego powodu, to chciałbym… chciałbym…

– Cóż, jeżeli jakieś słowa, czy też czyny, moje lub kogoś innego, są powodem Twojego milczenia, to proszę Cię o jedno: wybacz mi. Wiedz, moja Droga M., że bez względu na to, co się wydarzyło lub też nie wydarzyło, co zostało powiedziane lub niewypowiedziane, pozostaniesz na zawsze w moim sercu.

Bardzo serdecznie, jak zwykle niezwykle cieplutko Cię ściskam, pozdrawiam i całujęJ

14.02.2017 r.

11:42, adelmelua
Link Komentarze (4) »
sobota, 11 lutego 2017

1.W mediach podano właśnie informację, że coraz więcej Polek i Polaków przebywa na zwolnieniu lekarskim od psychiatry. Zaskakujące? W żaden sposób – przynajmniej dla mnie. To raczej logiczna konsekwencja tego, z czym mamy do czynienia od półtora roku. W końcu przy tego typu rządach, jakie obecnie mamy, ucieczka w szaleństwo wydaje się jedynym rozsądnym i sensownym rozwiązaniem.

Nie ma co dłużej zwlekać z wizytą, chyba wkrótce wybiorę się do lekarza. Wiem, że im później to zrobię, tym kolejka i moje oczekiwanie mogą się tylko niepotrzebnie wydłużyć, co mogłoby niebezpiecznie wyrokować na moją przyszłość.

2. Ja, to znaczy Szydełko, partnerka Dratewki, powtórzę za miłościwie panującym nam Andrzejkiem: Podziały, z jakimi mamy do czynienia w społeczeństwie polskim, będziemy zasypywać. Od siebie dodam może jeszcze tyle, że będziemy je zasypywać razem z tymi, którzy występują jawnie przeciwko nam! Bo nie może być tak, że inni, którym się nie podobają nasze rządy, nasza Dobra Zmiana, rzucają nam kłody pod nogi. Wichrzycielom mówimy stanowcze – nie! Na to, na bałagan i jakieś demokratyczne koszałki-opałki naszej zgody nie ma i być może!

3. To nie przypuszczenie, podejrzenie, czy domysł, to pewność – ten bóg, którego rządzący mają pełne gęby, opuścił ich, albo przynajmniej od jakiegoś czasu stara się ich ostrzec przed butą, pychą, arogancją, pogardą i w ogóle bezmyślnością, które to cechy są ich znakiem firmowym. Jakby chciał dać im do zrozumienia, że jednak nie wszystko mogą! Na razie robi to w formie niegroźnych wypadków, ale podejrzewam, że jak się wkurzy, to ponownie skończy się to czymś na kształt katastrofy smoleńskiej. Najpierw bowiem dał znać panu Andrzejkowi, wkrótce potem świątobliwemu Antosiowi z czortem za pazuchą, a teraz przyszła kolej na panią Beatkę.

Ja wiem, że w swojej pysze rządzący zatracili poczucie rzeczywistości i są głęboko przekonani, że będą rządzili wiecznie. Tyle, że wieczne to jest pióro, albo, na psa urok! – ospa (chociaż ta jest bardziej wietrzna niż wieczna). Oczywiście, może być jeszcze zmarzlina, ale ta z kolei, jak wiadomo, jest jedynie wieczna z nazwy, bo wcześniej czy później i ona topnieje. Zatem, prawdę mówiąc, nic nie jest wieczne, oprócz zmienności naturalnie, więc wiara, że akurat ślepym trafem należy się do wyjątkowych wybrańców Opatrzności, naznaczonych nieprzemijalnością, jest zwykłą głupotą i niedojrzałością.

Od wczoraj wszystkie media w Polsce trąbią, że z wypadku pani Beatka wyszła jedynie lekko potłuczona. To dobrze, bo nikomu źle nie życzę, tym bardziej kobiecie. Tylko że odnoszę wrażenie, iż potłuczona, to ona musiała być już raczej dużo wcześniej.

11.02.2017 r.

09:30, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 lutego 2017

Zawsze staram się w złych, niepomyślnych wydarzeniach odnaleźć coś pozytywnego. W końcu nigdy tak nie jest, że wszystko, czego chcemy uniknąć, jest z gruntu złe, bo nie odpowiadające naszym pragnieniom i wyobrażeniom. Nierzadko jest właśnie tak, że coś, co na pierwszy rzut oka wygląda dla nas koszmarnie, niczym wręcz prawdziwe trzęsienie ziemi, z czasem okazuje się nie tak znowu tragiczne. Więcej – wraz z rozwojem sytuacji zaczynamy nawet dostrzegać w tym wiele pozytywów!

Tak właśnie postrzegam naszą obecną sytuację polityczną. Mimo że z jednej strony głęboko nie zgadzam się z tym, z czym mamy do czynienia w Polsce od prawie półtora roku, to jednocześnie z drugiej mówię sobie: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Oczywiście, jest źle: kpi się z państwa prawa i jego demokratycznie zbudowanych instytucji, gardzi się opozycją, zarówno parlamentarną jak i pozaparlamentarną, postponuje się sędziów i innych urzędników państwowych, próbuje się okiełznać samorządy, telewizja publiczna służy do siania wręcz obrzydliwej propagandy – itd., itp., tyle tylko, że ta niezwykle gorzka lekcja, jestem tego pewien, nie pójdzie na marne. Wykorzystamy ją, gdy ów czas małej smuty się skończy. Wszystko bowiem wcześniej czy później mija, takie jest odwieczne prawo natury – zmienność! A wtedy przyjdzie czas odbudowy tego, co Prawo i Sprawiedliwość zrujnowało.

Ale oprócz odbudowy i wyciągania właściwych wniosków z tej smutnej lekcji historii, jaką nam funduje ww. ugrupowanie wraz ze swoim szefem na czele, nadejdzie jeszcze coś: czas rozliczeń i należnej zapłaty za długie miesiące pogardy, za metodyczne wręcz niszczenie kraju, jego dorobku na arenie międzynarodowej, za militarne osłabianie i polaryzację społeczeństwa. Dlatego nie martwiłbym się tak bardzo tym, że rządzący obecnie Polską podejmują kolejne szalone decyzje, które konfliktują ich z wieloma grupami społecznymi i zawodowymi, więcej – w tej polityce nawet im kibicuję! Im więcej bowiem zmobilizują przeciwko sobie grup społeczno-zawodowych, tym większa będzie szansa, że ich rządy szybciej przejdą do lamusa historii, gdyż tym większa będzie siła społecznego protestu!

A potem, gdy już oddadzą władzę, gdy nadejdzie czas odbudowy demokratycznych struktur państwa, wydarzy się jeszcze coś, co będzie niezmiernie ważne – nie będzie możliwości powrotu do tego, co było wcześniej, czyli do państwa tkwiącego w marazmie i nijakości; nie będzie powrotu do polityki ciepłej wody w kranie, a także mydlenia oczu społeczeństwu w sposób bezwstydny i upokarzający, gdzie liczą się jedynie słupki wzrostu gospodarczego, dochodów, przychodów i tym podobnych rzeczy, a w czym tak naprawdę brakuje kwestii podmiotowej: zwykłego obywatela. I wtedy pozostanie jeszcze jedna rzecz do zrobienia: rozliczenie wszystkich sztabowców Prawa i Sprawiedliwości ze swoich aroganckich dokonań łamiących prawo, łącznie z tymi, którzy dzisiaj pełnią główne role w państwie. A jeżeli do tego dojdzie jeszcze delegalizacja samego ugrupowania, wtedy, z mojej pozycji, będzie to już pełnia szczęścia!

09.02.2017 r.

12:12, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 lutego 2017

Właśnie przeczytałem zbiór opowiadań zatytułowany  Pisz do Pilcha, nadesłanych na konkurs pod tym właśnie tytułem, a zorganizowany przez tygodnik Polityka w 2003 roku, czyli dosyć dawno. Ale że nie tyle pisane, ile literackie słowo w zasadzie się nie starzeje, więc było bez znaczenia, kiedy ww. tomik opowiadań zostanie przeze mnie przeczytany. W końcu, co się odwlecze, to nie uciecze, ważne, żeby ostatecznie to zrobić – tym bardziej w odniesieniu do słowa posiadającego aspiracje stania się literaturą przez duże L!

W książce zamieszczone zostały trzydzieści trzy historie – lepsze, gorsze, nijakie. Na uwagę, według mojej subiektywnej oceny oczywiście, zasługuje nie więcej niż pięć, czyli, krótko mówiąc, mało – tym bardziej, gdy weźmie się pod uwagę że to produkt finalny, te najlepsze z najlepszych, wybrane przez J. Pilcha spośród ponad trzech tysięcy, jakie zostały do niego nadesłane.

Nie wiem, czym kierował się pan Pilch wybierając akurat te opowiadania, mam nadzieję, że jednak ich poziomem literackim, czyli rzeczywiście były najlepsze. Tyle tylko, że jeżeli tak faktycznie było, a ci, którzy je napisali mieli zamiar w nieodległej przyszłości stanowić ekstraklasę naszych prozaików, to, niestety, ale muszę przyznać ze smutkiem, że niezbyt optymistycznie można było postrzegać przyszłość naszej literackiej sceny. Żadne z nich bowiem nie było na tyle mocne, żeby rzuciło mnie na kolana, niestety.

Oczywiście, nie można im zarzucić sztuczności czy opisywania nieprawdy, wręcz przeciwnie – w ogromnej większości z nich zawartych było wiele autentycznych wydarzeń, wzruszeń, wspomnień, brakowało w nich tylko jednego, dla mnie jednak rzeczy podstawowej, mianowicie – literatury! Nie wystarczy bowiem umieć pisać i mieć jakąś historię do przekazania na papierze – bo papier w końcu, jak wiemy, przyjmie wszystko, trzeba jeszcze umieć daną historię opowiedzieć, tzn. przefiltrować ją przez siebie, przez swoją wrażliwość, swoje postrzeganie świata w taki sposób, żeby to, co mamy do przekazania, stało się literaturą, czyli opowieścią, która czytelnika uwiedzie, oczaruje, zabierze do krainy wygenerowanej przez umysł autora, skąd nie będzie on chciał wracać do swojej rzeczywistości.

Jeżeli tak się stało, że te opowiadania były najlepsze, to z tego punktu widzenia muszę przyznać, że nie zazdroszczę J. Pilchowi pracy, jaką musiał wykonać, zmagając się z niezbyt wysokich lotów twórczością. Przeczytać taką masę historii, choćby i ograniczonych formalnie do siedmiu tysięcy znaków wraz ze spacją, to jednak nie lada wyczyn. Tym większy, gdy się weźmie pod uwagę, że nie były to opowiadania, które przejdą do historii naszej literatury – choćby jedno! Jest to bowiem, jak dla mnie, o wiele bardziej przykład literatury wspominkowej, niż literatury jako takiej, która ma aspiracje stania się czymś więcej niż tylko zapisem czyichś wspomnień.

A może było też tak, że Jerzy Pilch się pomylił, nie dostrzegł czegoś świetnego, nie zwrócił należytej uwagi, zbyt pospiesznie odrzucił? Czy taka sytuacja była w ogóle możliwa? Czy wszystko przebiegło bez zarzutu, zgodnie z oczekiwaniami, zarówno piszących, jak i ogłaszających konkurs? Naturalnie, nie znam odpowiedzi na tak postawione pytanie. Po lekturze jednak owych opowiadań wiem jedno: literatury, dobrej, wyjątkowej, inspirującej w ww. tomiku nie ma za wiele. Zamiast tego jest nadmiar wspomnień, jakby pewnego rodzaju rozliczeń ze swoim życiem, swoją przeszłością; jakby zawarte w nim historie pisali ludzie nierzadko stojący tuż nad grobem! Taka perspektywa literacka mi nie odpowiada. Stąd też moje rozczarowanie i, podejrzewam, nie tylko moje.

07.02.2017 r.

11:51, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 lutego 2017

Oczywiście, życie w swojej różnorodności jest niezwykle czarujące, ujmujące, zaskakujące – i to nie ulega żądnej wątpliwości. Przy wszystkich jednak jego cudownych, różnorodnych przejawach, myślę, że nasza egzystencja jest jednak cholernie niesprawiedliwa. Ale nie dlatego nawet, że czegoś nam nie daje, czy też coś zabiera, przede wszystkim dlatego, że w indywidualnym wydaniu pozbawione jest ono możliwości wniesienia w nie jakichkolwiek istotnych poprawek. Być może z punktu widzenia Opatrzności kosmetycznych, jednak z pozycji człowieka niezmiernie ważkich. Nasza teraźniejszość bowiem, bez względu na czasy, rozgrywając się w ujęciu pojedynczym, bez możliwości wykonania dubla, tak naprawdę pozbawia nas możliwości korygującej nasze błędne, niewłaściwe decyzje. Pomyłki, jakie popełniamy, nasze nietrafione wybory pozostają, niestety, w swoich skutkach nieodwracalne, i bez względu na to, jak bardzo byśmy pragnęli, na co nie przyrzekali, jak bardzo ich żałowali, ku naszej rozpaczy nie ma od nich żadnego odwołania!

Nie wiem, czy mogło być inaczej – być może nie, istotne, czy taka koncepcja naszej egzystencji, z jaką mamy właśnie do czynienia, jest słuszna i sprawiedliwa? Czy nie powinniśmy mieć jednak chociaż jednej szansy zmiany niewłaściwej decyzji, poprawy tego, co źle nam i innym wróży? Niestety, nie wiadomo dlaczego, ale jest inaczej – od raz podjętych przez nas decyzji nie przewidziano żadnego odwrotu. Ktoś lub coś zadecydowało za nas, a my jesteśmy jedynie po to, żeby ów stan zaakceptować i podporządkować się temu. A szkoda, bo gdyby uwzględnić choć niewielkie poprawki, nasze życie mogłoby być o wiele lepsze, znośniejsze. I to nie tylko w wymiarze indywidualnym, ale również zbiorowym. O ile bowiem bardzo rzadko uczymy się na własnych w błędach, a tym bardziej nie wyciągamy właściwych wniosków z błędów innych, to może właśnie możliwość ingerencji w nasze złe wybory byłaby rozwiązaniem idealnym? Może o wiele sprawiedliwsze byłoby jednak danie nam szansy przejścia przez życie po raz drugi, ale w sposób świadomy, z pamięcią popełnionych błędów z pierwszej egzystencji, niż nabywanie przez nas doświadczenia nierzadko za cenę ogromnego egzystencjalnego bólu? Może wówczas nasze życie, pozbawione wielu niepotrzebnych błędów, mogłoby nas przybliżyć do prawdy o naszym stworzeniu, hm?

05.02.107 r.

11:10, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl