RSS
sobota, 28 lutego 2015

    Dla mnie wszystkie istniejące w dotychczasowej formie religie, i to bez wyjątku, są najzwyczajniej w świecie nie do zaakceptowania. Więcej – jestem pewien, że w niedalekiej przyszłości będą one również takie dla większości ludzi. Stanie się tak z jednego prostego powodu: wszystkie one brzmią po prostu niezmiernie prymitywnie! Oczywiście prymitywnie dla człowieka XXI wieku, który wie znacznie więcej, niż jego szacowni antenaci. Dlatego chciałbym skłonić tych wszystkich, którzy to czytają lub też przeczytają w przyszłości, do refleksji na temat naszej jedynej i jedynie słusznej ludzkiej drogi.

     Mamy taki oto początek, czyli wielkie COŚ się zesrało i następuje tzw. Wielki Wybuch! Zero życia przez kilka miliardów lat, tzn. życia w takiej formie, które znamy. W końcu warunki, jakie panują we wszechświecie, nie sprzyjają jakiejkolwiek egzystencji – przynajmniej według stanu nauki i naszego poznania: jest nie tylko zbyt gorąco, ale również brakuje odpowiednich ku temu pierwiastków. Po jakimś czasie jednak następuje schłodzenie naszego wszechświata do tego stopnia, że powstają kwarki (skondensowane cząstki energii), które łączą się i tworzą protony i neutrony, czyli podstawowe cząstki atomów. A jak już pojawiają się one i dochodzi do tego jeszcze grawitacja, to można powiedzieć, że od tego momentu mamy niejako już „z górki”, ściślej – życie, jakie za kolejne miliardy lat pojawi się na Ziemi, być może jest w pewien sposób nieuniknione, bo wpisane właśnie w naturę wszechświata.

    Gdy mamy zatem już za sobą cały ten zgiełk naszego początku, gdy wykształciły się planety krążące wokół słońca, a pośród nich również Ziemia i pojawiło się na niej życie, i nie wskutek kreacjonizmu a zwykłej (może bardziej niezwykłej?) ewolucji tegoż właśnie wszechświata, po kolejnych kilku miliardach lat pojawia się człowiek. Oczywiście nie od razu taki, z jakim mamy do czynienia dzisiaj. Początki są nie tylko trudne, ale nawet niezbyt chwalebne. Cóż, nie od razu w końcu Rzym zbudowano, więc  i z nami jest podobnie. Ale nie to jest w tym momencie dla mnie istotne, ważny jest – On i Ona i ich dalsza droga. A droga jest jedna podstawowa: On, jako istota silniejsza, dominuje! A jak dominuje, to ustala pewne porządki i zasady, podług których obie istoty postrzegają otaczający ich świat. Krótko mówiąc od tego momentu mamy do czynienia z męskim punktem postrzegania rzeczywistości! Stąd rodzi się szereg konsekwencji, łącznie z tym, co mamy dzisiaj: pierwsi szamani – to oni, mężczyźni; ci, którzy stworzyli świat, to oczywiście bogowie z naczelnym bóstwem, którym jest naturalnie On! I tak dalej, i tak dalej. Kobiety w tym kontekście? Cóż, one co najwyżej mogą pełnić role służebne - żon, nałożnic i matek. Jeżeli już pojawi się jakaś zielarka, to będzie w najlepszym razie znachorką. A jak zajdzie jakimś klechom za paznokcie, to zostanie uznana za czarownicę i spalona na stosie wzniesionym oczywiście przez mężczyzn w imię obrony wiary! Tak wygląda w ogromnym skrócie to, co nas spotkało. A teraz wyobraźcie sobie naszą historię trochę inną, jej alternatywną stronę.

    Otóż na początku dzieje się tak, jak wyżej, bo na to wpływu nie mamy. Potem jednak jest już diametralnie inaczej, a ściślej – to kobiety, jako istoty bardziej rozważne, więcej przeczuwające, o wiele bardziej empatyczne, zostają przywódczyniami ludzkich społeczności; to one znajdują się u podłoża pierwszych wierzeń, to one tworzą pierwsze religie i pierwsze boginie! To one są kapłankami, prorokiniami, władczyniami! To ich punkt widzenia świata uchodzi za obowiązujący, jedyny i właściwy. Podoba się? Nie musi. Co innego jest tutaj dla mnie ważne: Gdyby tak właśnie było, jak przed momentem napisałem, to jak myślicie, w jakim miejscu dzisiaj znajdowałby się nasz świat – w tym samym? Czy historia ludzkości zbudowana byłaby z szalonych wojen i milionów bezsensownych jej ofiar? Czy nasz świat nadal zmierzałby w...

    – Halo?! Uwaga! Dziura, czarna dziura przed nami! Aaaaaaa...!!

    Po raz drugi się zesrało. Tym razem jednak nie było to COŚ, ale niezwykle małe nic.

          28.02.2015 r.

09:19, adelmelua
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 lutego 2015

   Wczoraj było o miłości i czyhających na nią pułapkach, dzisiaj postanowiłem pociągnąć temat i przytoczyć scenkę z mojego scenariusza filmowego Motel Dwóch Serc, gdzie dwóch panów na wyjeździe bawi się w pokoju z dwiema młodymi, powabnymi kobietkami.

Motel. Wnętrze. Wieczór.

Marcin: Rebiata! Teraz cicho – muszę zadzwonić.

Irmina: Jaki on poważny: „Muszę zadzwonić”! A dzwoń sobie. W końcu telefony od tego są, żeby z nich dzwonić. Dzyń – dzyń – bell, dzyń – dzyń – bell ...

Marcin: Irmina! Proszę cię, ciszej.

Irmina: Bo się żonka dowie i wałek do ciasta pójdzie w ruch, prawda? A niech się dowie, że kochany mąż znalazł w końcu swoją królewnę z bajki...

Marcin: Robert, uspokój ją!

Robert: Irmina, nie wygłupiaj się. Nie dzwoni do żony. To ważny telefon w interesach.

Irmina: Czyżby?

Robert: On nie ma żony. To znaczy już nie ma.

Irmina: Zabił ją. Od razu to wiedziałam. Źle mu z o oczu patrzy. (do Marcina,  ze  śmiechem) Ty morderco!

Marcin: Nikt się nie zgłasza.

Irmina: Bo ją zabiłeś!

Marcin: Co...?

Irmina: I jeszcze jaki zdziwiony. Tą, do której dzwonisz. Zabiłeś ją, morderco!

Marcin: Irmina!

Irmina: Morderca!

Marcin: Dopiero nim będę. A zacznę od ciebie, ty trzpiotko!

Robert: Napijmy się.

Irmina: Świetnie! Wypijmy za... za jego doskonałe morderstwo.

Robert: Wypijmy za nasze spotkanie.

Marcin: Wypijmy za młodość. Za waszą młodość, dziewczęta!

Irmina: Mari – za twoją młodość!

Maria: Za naszą młodość!

Irmina: I jeszcze za ciebie, suficie, boś nie pił całe życie!

                                          Po chwili.

Marcin: A teraz sobie popląsamy, trzpiocie jeden.

   Marcin podkręca radio, z którego do tej pory raczej cicho, nieprzeszkadzająco sączyła się muzyka. Teraz, już znacznie głośniej, rozbrzmiewa utwór Tango libido Maleńczuka i Pudelsów. Irmina i Marcin tańcząc, wtórują wokaliście.

        26.02.2015 r.

06:33, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 lutego 2015

   To, co w nas niezmienne od tysięcy lat, to z całą pewnością potrzeba miłości. Problem w tym, że jak ona już się pojawi, to nie zawsze to doceniamy i potrafimy o nią należycie zadbać. Bo żeby trwała nie ulega wątpliwości, że należy o nią właśnie odpowiednio zadbać! I pielęgnować – dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku, w innym przypadku odejdzie, a my pozostaniemy w pustce codzienności. Oczywiście, odejścia są różne: można powiedzieć, że gdy kobieta odchodzi od mężczyzny, to odchodzi po prostu kobieta i nic takiego się nie dzieje. Tyle, że się dzieje! Bo żadna strata, gdy się kogoś kocha, nie jest bezbolesna i obojętna – bez względu na płeć. Można również powiedzieć, że gdy mężczyzna porzuca kobietę, to wali się niejako cały świat. Bo on dla niej, to coś więcej niż jakiś tam partner – to jedność, wspólnota, opoka i nierzadko właśnie cały jej świat!  

    Miłość może również odejść pomimo naszych wysiłków, aby ją zatrzymać. Tutaj winna będzie jednak przede wszystkim codzienna monotonia i rutyna, która z czasem pojawia się chyba w każdym niemal związku. Cóż, życie. Gorzej, niestety, że to nie koniec pułapek w jakie wpadamy, istnieje bowiem jeszcze jedno niebezpieczeństwo rozpadu związku – nasza natura i tkwiąca w niej poligamia! Coś, co tkwi w nas na tyle głęboko, że, jak się okazuje, nie jest łatwe do zabicia nawet przez wielowiekowe konwenanse i normy wypracowane przez społeczeństwa w imię ochrony rodziny! Nie chcę przez to powiedzieć, że nie ma wśród nas monogamistów – jak najbardziej są! I to wcale niemało. Jednak poligamia tkwi w nas niezmiernie głęboko i niczym cierń przypomina o sobie co jakiś czas kolejną zdradą, i to nawet, wydawałoby się z pozoru, w idealnym związku! Dlaczego? Odpowiedź wydaje się dziecinnie prosta: wykształcone przez społeczeństwa normy, jakim podlegamy, ich uwarunkowania, nie są na tyle silnie zdeterminowane, aby wygrać w konfrontacji z naszą naturą! Okazują się one bowiem zbyt kruche, niewiele znaczące, wręcz nieistotne, aby zatrzymać ją lub jego przy sobie – chociaż, muszę przyznać, że z reguły jego. Bo to on dużo częściej odchodzi od kobiety po wielu latach, bardziej lub mniej udanego małżeństwa czy też konkubinatu, do kogoś, kto z reguły jest dużo młodszy, a tym samym ponętniejszy. To on w ten sposób łapie niejako ostatni bonus od życia – czego ma zresztą świadomość! – i odchodzi do młodszej, powabnej partnerki, która, niczym red bull, dodaje mu skrzydeł! Naturalnie, to mało wyszukany sposób, w jaki natura bierze górę nad normami społecznymi. Tyle że kogo w takich sytuacjach obchodzi savoir vivre, dużo ważniejsza od niego staje się po prostu zwykła adrenalina, którą mężczyzna dostaje w postaci młodości partnerki. Lojalność i oddanie w poprzednim związku idą precz, odrzucone ze wzgardą w kąt, liczy się jedynie to, co przed nami. A przed nami widnieje obietnica szczęścia, któremu na imię… Jola, Ania, Dagmarka, Justysia, krótko mówiąc, to po prostu imię nowej, młodszej partnerki.



         25.02.2015 r.

10:49, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 lutego 2015

   Dlatego, że nadal naszym filmem rządzą ludzie, którzy myślą przede wszystkim o tzw. targecie, czyli potencjalnej widowni, a nie o artystycznym aspekcie filmu, mamy do czynienia z powszechną miernotą i siedzimy w polskim grajdole. I najgorsze, że siedzieć będziemy nadal, ponieważ Oskar przyznany Pawłowi Pawlikowskiemu za Idę niczego tutaj nie zmieni. Nie może tego zrobić, ponieważ musiałaby się przede wszystkim zmienić naszą mentalność, a tego zrobić się nie da, ot tak, na zawołanie i pstryknięcie palcami. Więc nadal będziemy kręcić filmy przaśne, hermetyczne, a przez to zrozumiale jedynie dla widzów znad Wisły, albo z krajów dawnego wschodniego bloku. Nadal będziemy się zadowalać czymś, co swojskie, zaściankowe, mocno trzymające się w opłotkach tradycyjnego myślenia – z nielicznymi jedynie wyjątkami.

   Naturalnie, byłaby szansa na zmianę na lepsze, ale tutaj potrzeba byłoby więcej takich Pawłów Pawlikowskich! Tylko skąd ich wziąć?! A jeżeli nawet są – w co wierzę, przynajmniej w obszarze scenariuszowym – to pojawia się pytanie zasadnicze: kto ich dostrzeże i uwierzy w nich, kto wypromuje? Ci, którzy urzędniczo zarządzają polskim filmem nie tylko w imieniu państwa, decydują o nim, to ludzie z reguły ograniczeni w postrzeganiu życia, mentalnie tchórzliwi i bojący się jakiegokolwiek ryzyka! Więc niby dlaczego miałoby się coś zmienić po tej wyjątkowej nagrodzie dla filmu Pawła Pawlikowskiego, hm? Zna ktoś odpowiedź? Chętnie ją poznam.

    Jako że dzisiaj jest filmowo, więc postanowiłem okrasić ten wpis dalszym ciągiem dialogu dwóch kumpli, płynących rowerem wodnym po rzece. Ta scenka przedstawia niemoc porozumienia się. Kogo? Może filmowców z widzami. Chociaż zapewne nie tylko. 

                                             xxx

   Adam, nie otwierając oczu, mówi:

   – Wiesz, co robię, gdy chcę porozmawiać z kimś miłym i inteligentnym?

   – No, słucham – mówi Jurek.

   – Dzwonię do siebie. Proste nie? (śmiech)

   Jurek wzrusza ramionami i pociąga łyk piwa z kolejnej dzisiaj butelki.

   – Powiedziałbym, że nawet prostackie.

   – Czyżby?

   – Oczywiście, bo pieprzysz jak potłuczony.

   – Niby dlaczego? – obrusza się Adam.

   – A kto odbierze telefon, gdy ciebie nie będzie, cwanioku?

   – Jak to kto? Sekretarka, ciemniaku. Moja sekretarka! Zawsze ona odbiera, gdy ja nie mogę. No i co, zatkało ruskie kakao? (obopólny śmiech)

        23.02.2015 r.

11:09, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 lutego 2015

   1.Bez względu na tytuł naukowy czy też zajmowane stanowisko państwowe, ludzie wypowiadający się na temat niedozbrajania Ukraińców w broń w obecnym konflikcie z Rosją, są dla mnie najzwyczajniej w świecie intelektualnymi pięknoduchami, a argumenty, jakie przy tym przytaczają, pozostają spektakularnymi niewypałami! I piszę to najdelikatniej jak mogę, bowiem ten brak realizmu powinno się nazwać znacznie dobitniej.

    Dlaczego tak uważam? To proste: argumenty tych, którzy opowiadają się za utrzymaniem status quo, są w zasadzie takie: pierwszy – niepotrzebna eskalacja konfliktu, drugi – że to niepotrzebne drażnienie Rosji! Niestety, oba nietrafione. Bo tak jak Rosja, bez względu na wszystko, zrobi to, co sobie znacznie wcześniej wytyczyła, tak samo młodzi chłopcy, zarówno po jednej jak i po drugiej stronie, będą nadal niepotrzebnie ginąć w imię chorej wizji szaleńca. Ale, jak się okazuje, ofiary nieistotne, ważne, żeby robić z Rosją interesy! Żeby nie drażnić kolosa na glinianych nogach!

   Powiem tak – mamy do czynienia, wypisz wymaluj, z powtórką z historii: przed wojną próbowano za wszelką cenę udobruchać Hitlera polityką ustępstw – najlepiej czyichś, swoje bowiem niezmiernie bolą – podczas wojny z kolei nie wierzono w obozy koncentracyjne i systemową eksterminację ludzi. Czym to się zakończyło, wiemy wszyscy. Czy to czegoś nas nauczyło? Jak się okazuje niczego. Wychodzi więc na to, że rodzaj ludzki posiada immanentnie wpisaną głupotę w swoją naturę i jest mu z nią najzwyczajniej w świecie dobrze. Aż przykro.

   Głupota, głupota i jeszcze raz głupota! I niewyobrażalna wręcz krótkowzroczność i bezduszność rządzących tym światem. Tyle.

    2.Te słowa kieruję do tej części Polek i Polaków, którzy uważają, że nie powinniśmy  pomagać Ukrainie, bo… bo Ukrainiec nigdy nie będzie Polakowi przyjacielem, że takiego państwa jak Ukraina w ogóle nie powinno być itd., itp., krótko mówiąc w postrzeganiu tu i teraz decydują u nich zaszłości. Dlatego tym wszystkim, którzy tak właśnie myślą i mówią, powiem tyle: wolę mieć do czynienia z Ukraińcem niż Rosjaninem! Moje doświadczenia są diametralnie inne, niż to, co się wydarzyło incydentalnie na Wołyniu podczas drugiej wojny światowej. Czym innym jest bowiem spuszczenie z łańcuchów morderczych instynktów podczas trwania wojny, a zupełnie czym innym zaplanowana na zimno eksterminacja narodu! Wtedy mieliśmy do czynienia z wojną i wykorzystaniem tego czasu przez nacjonalistów i zwykłych bandytów wojennych, dzisiaj mamy zbrodnicze działanie Rosji i to ze szczególną wręcz  premedytacją. Zresztą, Rosja zawsze tak działała, więc w zasadzie nic nowego. Nowe jest jednak dla mnie to w tej sytuacji, niestety, co większość Polaków o tym konflikcie myśli. Piszę większość, ponieważ sondaże tak pokazują. Mam nadzieję jednak, że są one błędne.

    3.Ci, którzy mieszkają dzisiaj na wschodzie Ukrainy i tak ochoczo pomstują na władze w Kijowie, powiem jedno: możecie nie interesować się światem, ale tym, co dzieje się w granicach Rosji więcej niż powinniście! A dzieje się tak, że wkrótce podzielicie los Naddniestrza, Abchazji czy Osetii. To regiony, w których czas się zatrzymał i gdzie nie żyje się najłatwiej. Jakie są tego powody, znają tylko rządzący na Kremlu. Jakiekolwiek jednak są tego przyczyny, jedno jest pewne – wielu ludzi mieszkających na ww. terenach, żałuje podjętego kiedyś wyboru. Albowiem zawsze jest jednak lepiej zgubić z mądrym, niż znaleźć z głupim.

            22.02.2105 r.

10:32, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lutego 2015

    Nie będzie zwiększenia kwoty wolnej od podatku! Sejm większością głosów wrzucił poselski projekt jej podwyżki do kosza. Powód? Nader prozaiczny i jak zwykle przy tego typu sprawach zawsze na podorędziu: budżet państwa nie wytrzyma takiego obciążenia! Czyli ile? Około 14 miliardów złotych. Co ta informacja oznacza? Ni mniej ni więcej jak tylko to, że liczba ludzi żyjących w naszym pięknym kraju pomiędzy obowiązującą dzisiaj kwotą wolną od podatku (3091 zł), a proponowaną przez Twój Ruch (6253 zł), jest po prostu ogromna! I uwłaczająca zadowolonemu z życia społeczeństwu! Więc pieprzenie głodnych kawałków i zwykłych farmazonów, że budżet państwa tego nie wytrzyma, to najzwyczajniej w świecie zasłanianie nim swojej bezduszności i zwykłej głupoty. Bo właśnie fakt, że tych osób jest tak dużo, którzy balansują pomiędzy ww. sumami, obliguje posłów do natychmiastowego podwyższenia tej kwoty! I to bez zbędnej dodatkowej dyskusji! Tego wymaga od posłów po prostu zwykła ludzka przyzwoitość.

    Niestety, przyzwoitość większości posłów obecnego parlamentu (nie tylko zresztą obecnego) jest obca, więc stało się tak, jak się stało – projekt została odrzucony. Z drugiej jednak strony jak mogło być inaczej, skoro od wielu lat rządzą w tym kraju bezduszni technokraci, którzy potrzeby najuboższej części społeczeństwa mają najzwyczajniej w świecie w przysłowiowej d.?

   Wkrótce będziemy mieć wybory. Na początek prezydenckie. Sondaże mówią o wygranej obecnej głowy państwa. W zasadzie żadna niespodzianka – ludzie nie lubią zmian. Tyle tylko, że zmiany w tym kraju są niezbędne! A takie mogą dzisiaj przynieść jedynie dwa ugrupowania: partia Zielonych oraz Twój Ruch J. Palikota. Cała reszta gwarantuje jedynie zakonserwowanie zastanego układu i ich chocholi taniec na zgliszczach państwa. Dlatego mam ogromną nadzieję, że nawet może nie tyle w prezydenckich, ile w najbliższych wyborach do parlamentu, społeczeństwo pokaże tym panom i paniom należny im gest – sławny od lat 80-tych na całą Polskę gest Kozakiewicza!

       19.02.2015 r.

09:49, adelmelua
Link Komentarze (3) »
wtorek, 17 lutego 2015

   Sisxto Rodriguez, to doskonały przykład na potwierdzenie czegoś, o czym już kiedyś pisałem, mianowicie – że miejsce, w którym przychodzimy na świat, w którym wzrastamy, uczymy się, pracujemy, próbujemy odnieść większy czy też mniejszy sukces, niekoniecznie nam sprzyja, bo nic z tych naszych starań nie wynika. To znaczy wynika tyle, że oczywiście jesteśmy, żyjemy, uprawiamy na co dzień swój jakiś tam skromny ogródek, jednak bardziej jako ludzie niespełnieni niż zrealizowani tak, jak tego pragniemy. Jest bowiem tak, jakby miejsce, w którym przyszło nam istnieć, ograniczało nas swoimi granicami, przytłaczało swoją energią i nie pozwalało rozwinąć skrzydeł do lotu w przyszłość, w świat! I nieważne, ile wykonamy przy tym prób, aby wzbić się w górę i pofrunąć by poczuć w końcu pełnię życia, jak najgłębiej doświadczyć własnego istnienia,  albowiem wszystkie nasze próby będą po prostu nieudane. A dzieje się tak prawdopodobnie tylko z jednego powodu – miejsca, w którym uparcie tkwimy od lat i w którym jesteśmy właściwie niejako skazani na niepowodzenie! I dopiero wyjazd, opuszczenie swojego dotychczasowego środowiska, przecięcie tej pępowiny z którą jesteśmy zrośnięci niczym las z mchem, jest w stanie odmienić nasz los na lepsze, jest w stanie zmienić naszą karmę!

    Mam głębokie przeświadczenie, że tak właśnie się stało z S. Rodriguezem. On, co prawda, nie wyjechał, nie opuścił swojego rodzinnego miejsca, niemniej zrobiła to za niego jego twórczość. Gdyby tak się nie stało, gdyby nie zrządził tego zwykły przypadek, pozostałby być może na zawsze anonimowym muzykiem, który kiedyś coś tam grał, nagrał jakąś płytę czy dwie i, tak jak nagle się pojawił, tak samo błyskawicznie zniknął, zamilkł. Na szczęście, dzięki Opatrzności, a właściwie uporowi jego fana z RPA, który chciał dotrzeć do autora utworów za wszelką cenę, mieliśmy to szczęście, że dowiedzieliśmy o istnieniu S. Rodrigueza i jego muzyki. Gdyby nie to jest więcej niż prawdopodobne, że do dzisiaj pozostałby on dla nas i dla świata anonimowy, a jego twórczość prawdopodobnie odeszłaby niezauważona i niedoceniona tak, jak na to zasługuje. Więcej – on by odszedł niespełniony jako artysta. Nie jako człowiek – mąż, ojciec, pracownik, a właśnie jako artysta! I to byłoby już, przynajmniej w mojej ocenie, porażką, zarówno jego, jak również tzw. show biznesu, a w końcu i nas – słuchaczy, wielbicieli jego talentu. Chociaż, z drugiej strony, już sama świadomość utraty czasu, w jego przypadku ponad ćwierćwiecza, w wyniku niezawinionej przez siebie anonimowości, musi pozostawiać pewien żal i smutek, zarówno – tak myślę – u samego artysty, jak i zwolenników jego talentu. Musi pozostawiać świadomość utraty czegoś, co tak naprawdę odeszło na zawsze i bezpowrotnie, a my poprzez tę utratę jesteśmy o wiele ubożsi. Bo to, co mógł nam dać w sferze artystycznej, po prostu odeszło. Minęło. I to najboleśniejszy fakt historii zwanej „Sugar Man”.

   Gdy o tym piszę, myślę o takich jak on, wielu anonimowych a zdolnych w różnych artystycznych dziedzinach, bez możliwości zaistnienia, przebicia się, bo… po prostu nie ta karma w tym miejscu, w którym żyją. Może rzeczywiście jedynym sensownym wyjściem, aby odwrócić jałowy bieg wydarzeń, jest wyjazd, opuszczenie miejsca w którym się tkwi od chwili przyjścia na świat, opuszczenie swojego miejsca zamieszkania i wyjście życiu naprzeciw, hm?

    

            17.02.2015 r.

08:40, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 lutego 2015

    Mówią: mamy dobre prawo, tylko sędziowie nie korzystają z niego w sposób właściwy, tzn. nie zasądzają takich kar, na które ono pozwala, a które w społecznym odbiorze byłyby postrzegane nie tylko jako usprawiedliwione, ale również, co istotne, jako sprawiedliwe! No dobrze, jeżeli nawet jest tak, jak mówią, to ja mam tutaj pewne pytanie: Dlaczego wymiar sprawiedliwości dziwnie twardo karze słabych, bezbronnych (czytaj: bez właściwych koneksji i odpowiednio dużych pieniędzy, czyli bez możliwości skutecznej obrony), a nadzwyczaj łaskawie obchodzi się ze zwykłymi bandytami, ludźmi władzy – również tej lokalnej, czy tymi, którzy cieszą się tzw. uznaniem w środowiskach, które u nas są uprzywilejowane? Czy to świadczy o  sile i mocnych podstawach państwa prawa? Wątpię!

   Pisałem kiedyś, że nigdy nie zapomnę tego, co zrobił swego czasu były premier T. Mazowiecki – przy całym szacunku dla jego osoby – odrzucając propozycję L. Wałęsy w sprawie skorzystania na jakiś czas z formy dekretowania pewnych ustaw. Chodziło w tej propozycji nie tyle o sprawowanie rządów za ich pomocą, co wyraźnie zaznaczył prezydent L. Wałęsa, ile o to, żeby przy ich pomocy regulować te dziedziny życia, które wymagałyby natychmiastowej reakcji państwa.

    Dzisiaj, po wielu latach od początku zmian ustrojowych, widać, jak bardzo trafna była to propozycja, a fatalną w swoich skutkach odmowa jej przyjęcia. Fatalną, albowiem odrzucenie skutkowało wieloma aferami, bezkarną działalnością parabanków, świadomym upadkiem wielu państwowych i prywatnych firm (Ostatnio na moim lokalnym podwórku stało się tak właśnie z KKSM: firma, która istniała od stu czterdziestu lat i która świetnie prosperowała, w ciągu roku czy dwóch została doprowadzona do upadku i nikt za to nie odpowiedział! To jaskrawy przykład kpiny z praworządności i uczciwych obywateli! A przecież nie jest to jakiś wyjątkowy przypadek, to reguła świadomie chorego państwa!), dziwną, zaskakującą niemocą wymiaru sprawiedliwości, bezkarnością przestępców – również tych w garniturach; niechlujstwem decyzyjnym państwowych urzędników (komorników, lipnych policjantów, pracowników skarbówki, sędziów i prokuratorów), ich świadomym działaniem na niekorzyść państwa i poszczególnych obywateli. Niestety, do dzisiaj płacimy cenę za tamtą koszmarną w swoich skutkach decyzję,  bo komuś, jak zwykle, zabrakło wyobraźni. Więcej – gorzej, że w ogóle nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków z przeszłości i popełnionych przez nas błędów, co skutkuje również dzisiaj i będzie skutkowało negatywnie w przyszłości. Bo to, że koszta tego już są ogromne i będą rosły, to pewnik! A będzie tak dlatego, ponieważ Polska wygląda tak, jak nasze firmy ochroniarskie: dotkliwie nieprofesjonalna, bo skrajnie przede wszystkim niepełnosprawna!

            15.02.2015 r.

06:52, adelmelua
Link Komentarze (1) »
sobota, 14 lutego 2015

     Niespodzianka – news z ostatniej chwili: to nieprawda, że żaden z synów ukochanego przez wielu Rosjan generalissimusa Josifa Wisarionowicza Stalina nie żyje, jeden, ten najmłodszy, jest nadal, istnieje i ma się świetnie, bo kroczy dumnie drogą wyznaczoną przez swojego protoplastę. To Władimir Władimorowicz Putin, któremu nic tak nie poprawia humoru z rana, jak lista zabitych w jakimkolwiek konflikcie, który uda mu się rozpętać w imię swojej chorej wizji świata! Krótko mówiąc ukochany syn gruzińskiego rzeźnika Dżugaszwilego święci dzisiaj triumf! Polityka jego ojca – choćby i tylko mentalnego – będzie prowadzona nadal, bo to skuteczna polityka podstępu, ustawicznego zagrożenia, nieufności, stałej podejrzliwości i totalnej wręcz nienawiści do wszystkiego, co obce, nierosyjskie!

    Politycy mówią, że tego konfliktu nie można rozwiązać militarnie. Bzdura! Ten konflikt można rozwiązać jedynie w ten właśnie sposób! Ponieważ Putin i jego chory kraj nie uznaje dialogu, on zna jedynie język siły, mowę agresji. Dlatego szlag mnie trafia, gdy w kółko słyszę to bezradne – „kruchy rozejm; jeszcze długa droga przez nami do całkowitego zakończenia konfliktu; najważniejsze to zawieszenie broni”, ble, ble, ble. Każde bowiem zawieszenie broni, to kolejne ataki bandytów ze wschodu i ustawiczne napieranie na wojska ukraińskie, aby wycofały się jak najdalej w głąb kraju. Zgodnie zresztą z buńczucznymi zapowiedziami separatystów, że podejdą aż pod Kijów!

   Jako że nie jestem politykiem, więc mogę pozwolić sobie na więcej, na dużo ostrzejszą krytykę, niż politycy, którzy mają gęby pełne frazesów i niedopowiedzeń. Dlatego, mimo że nigdy nikomu niczego złego nie życzyłem, tobie, panie P., życzę jednego: losu Rasputina! Nic więcej, tylko jego losu. Bo to prawdopodobnie jedyne wyjście z sytuacji, w której znalazła się Rosja i Ukraina z twojej woli. Sen szaleńca powinien się skończyć jak najszybciej!

          14.02.2015 r.

09:40, adelmelua
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 lutego 2015

   Większość ludzi potrzebuje przewodnika, który przywróci im godność, wzmocni wiarę w życie, w sens własnego istnienia, da im poczucie siły. Takich ludzi w naszej ogólnoludzkiej historii, co zrozumiałe, mieliśmy sporo. Mieliśmy ich również w naszej, polskiej.

   Niewątpliwie do największych z nich należał w ostatnim stuleciu Józef Piłsudski, dzięki którego politycznym umiejętnościom mogliśmy się cieszyć odzyskaniem niepodległości po 123 latach od jej definitywnej utraty (III rozbiór). Podobny geniusz polityczny cechował również Lecha Wałęsę, który, co prawda, w innych diametralnie okolicznościach, jednak również, można powiedzieć, pozwolił nam  poczuć się u siebie w domu, po 45-latach radzieckiej zależności. Trzecim, który uzupełnia ów wielki polski triumwirat, to bez wątpienia Karol Wojtyła – bez względu na to, czy jesteśmy osobami związanymi z Kościołem czy też nie i jak się zapatrujemy na jego pontyfikat. Tyle fakty.

   Dzisiaj z ww. trójką wielkich Polaków próbuje się zrównać Jarosława Kaczyńskiego, a wcześniej jego brata Lecha. Nie będę się pastwił nad św. pamięci byłym prezydentem, powiem krótko o jego żyjącym bliźniaku: to największy szkodnik sceny politycznej, jakiego nie mieliśmy od wieków! To człowiek, który znany jest nie tyle z budowy czegokolwiek, ile jedynie z rujnacji wszystkiego i wszędzie. To człowiek, który lubi wszystko podważać, wstrząsać, burzyć, więc podważa, wstrząsa i burzy. I robi to z premedytacją szaleńca i z opaską na oczach. Bo taki jest i tak po prostu ma! Dziel i rządź – to jego podstawowa maksyma.

   Na szczęście w ostatnim czasie dał nam wolne od siebie – zniknął z mediów, więc ja i mnie podobni odpoczywamy od niego. I świetnie, lubię takie niespodziewane prezenciki. Nawet jeżeli są krótkotrwałe. Bo to, że pan prezes wróci, to pewne, może nawet z podwojonym zapasem żółci. Nie ma bowiem lekko – koszmary tak łatwo się nie kończą.

        13.02.2015 r.

09:05, adelmelua
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
O autorze
więcej: www.kiler.blox.pl kontakt: czaplinski@tlen.pl